I wcale, tak naprawdę, jej nie chciała. I nie przywitałaby jej z otwartymi ramionami i z wytęsknieniem, ani bez strachu. Nie to, co niektórzy.
Chciała żyć. Była młoda, zdeterminowana i chciała się dowiedzieć, co tak naprawdę stało się jej rodzicom. Nie mogła mówić o tym, że chciałaby też wymierzyć sprawiedliwość, bo – jak się domyślała – nie dałaby rady. Na pewno nie sama, skoro była tylko niewinną dwudziestoparolatką.
Porażka była oczywista – a jednak musiała spróbować, bo nie chciała po prostu leżeć i pozwalać mu decydować o niej. O tym, że będzie ją chronił czy zabijał. Chciała walczyć o siebie i robiła to na tyle, na ile mogła. Ale to było niczym.
Uwięziona pod jego uściskiem, zacisnęła zęby. Nie dlatego, by zazgrzytać nimi ze wściekłości, ale aby z wszelkich sił zdusić w sobie te łzy, które cisnęły jej się na oczy. Nie strach, nie smutek, tylko to dobijające uczucie bezradności. Była słaba, to fakt.
Ale też nigdy wcześniej nie wymagano od niej, by była silna fizycznie.
Gdzieś go na pewno podrapała i to do krwi. A może ta krew już tam była z szarpaniny z tym innym mężczyzną – ale wolała ten mikroskopijny sukces przypisać sobie, by się całkowicie nie załamać.
Oddychała ciężko, zwyczajnie zmęczona walką z, pewnie ponad stukilogramowym, napastnikiem. To była chwila, a wyciągnęła z niej więcej energii niż planowała.
Jego słowa zahuczały w jej umyśle, nadgarstki zapiekły pod zwiększającym się naciskiem jego dłoni, a spojrzenie uciekło na bok – bo w tym rozkładzie, tej przegranej pozycji, nie miała już nawet smiałości by na niego patrzeć.
— Sam zacząłeś z rzucaniem — rzuciła, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że burknęła to na głos; nawet jeśli pod nosem. I do tego zrzucając wszelkie honoryfikaty. Zagryzła policzek od wewnętrznej strony.
Ale w jednym miał rację – gdyby faktycznie chciał, aby stała jej się krzywda, to nie interweniowałby. O ile to nie była ustawka. Chociaż… To by było zbyt filmowe, prawda?
W takiej sytuacji, w jakiej się znalazła, nie bardzo już wiedziała, jak może się stawiać. Nie zamierzała też tego dalej robić chaotycznie, bez planu, bo już trzykrotnie jej plan umknięcia mężczyźnie został przez niego szybko pokrzyżowany. Z czego dwa razy po sobie w przeciągu dosłownie paru minut.
— Nie da się w to wierzyć — bąknęła po chwili. — W to co mówisz. Wpadasz do mojego domu, grozisz mi, rzucasz mną po kątach i nazywasz głupią, tylko w ładniejszych słowach, a potem znikasz, żeby się pojawić i oświadczyć, że Pan Salvatore cię przysyła, bo moi rodzice poprosili o moją ochronę. — W zbiegi okoliczności zdarzało jej się uwierzyć, ale nie kiedy były takiego kalibru. Zawiesiła głos, a razem z nim myśl, której nie postanowiła wypowiedzieć.
Zgubiła wątek, kiedy zapiekło ją w okolicy czaszki. Poruszyła głową odruchowo, nerwowo i skrzywiła się, kiedy ból rozlał się od skroni dalej. I poczuła coś ciepłego. Początkowo nawet nie ogarniała, że to krew. Pamiętała jednak, że kiedy wylądowała pierwszy raz na dechach, to widziała przez moment gwiazdy. I to nie gwiazdy k-popu z Seventeen, jak coś.
— I jak coś, to najwyraźniej jednak zrobiłeś mi krzywdę — powiedziała po chwili z tym samym drżeniem w głosie, ale było w nim coś jeszcze. Przekąs w ramach ostatniego, nędznego ochłapu oporu z jej strony. — Tak technicznie, skoro już jesteśmy przy tym, co byś zrobił gdybyś chciał.
Damon Tae