26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Wierzgała, kopała i, gdyby miała ku temu okazję, ugryzłaby go. W cokolwiek, byleby coś zrobić. I nawet nie była świadoma, że samym faktem, że w ogóle podjęła walkę przeczyła samej sobie. Kiedy mówiła, że nie ma nic do stracenia i że takie groźby nie robią na niej wrażenia, to może i miała rację – ale z drugiej strony to przecież walczyła. I to zaciekle, choć wyglądało to naprawdę słabo – w końcu była drobna w porównaniu do przerośniętego, umięśnionego Azjaty. Walczyła, a to znaczy, że jednak jej zależało. Zależało na jej własnym życiu, bo wcale nie była taka pogodzona ze śmiercią.
  I wcale, tak naprawdę, jej nie chciała. I nie przywitałaby jej z otwartymi ramionami i z wytęsknieniem, ani bez strachu. Nie to, co niektórzy. Patrzymy na ciebie, Senna
  Chciała żyć. Była młoda, zdeterminowana i chciała się dowiedzieć, co tak naprawdę stało się jej rodzicom. Nie mogła mówić o tym, że chciałaby też wymierzyć sprawiedliwość, bo – jak się domyślała – nie dałaby rady. Na pewno nie sama, skoro była tylko niewinną dwudziestoparolatką.
   Porażka była oczywista – a jednak musiała spróbować, bo nie chciała po prostu leżeć i pozwalać mu decydować o niej. O tym, że będzie ją chronił czy zabijał. Chciała walczyć o siebie i robiła to na tyle, na ile mogła. Ale to było niczym.
  Uwięziona pod jego uściskiem, zacisnęła zęby. Nie dlatego, by zazgrzytać nimi ze wściekłości, ale aby z wszelkich sił zdusić w sobie te łzy, które cisnęły jej się na oczy. Nie strach, nie smutek, tylko to dobijające uczucie bezradności. Była słaba, to fakt.
  Ale też nigdy wcześniej nie wymagano od niej, by była silna fizycznie.
  Gdzieś go na pewno podrapała i to do krwi. A może ta krew już tam była z szarpaniny z tym innym mężczyzną – ale wolała ten mikroskopijny sukces przypisać sobie, by się całkowicie nie załamać.
  Oddychała ciężko, zwyczajnie zmęczona walką z, pewnie ponad stukilogramowym, napastnikiem. To była chwila, a wyciągnęła z niej więcej energii niż planowała.
  Jego słowa zahuczały w jej umyśle, nadgarstki zapiekły pod zwiększającym się naciskiem jego dłoni, a spojrzenie uciekło na bok – bo w tym rozkładzie, tej przegranej pozycji, nie miała już nawet smiałości by na niego patrzeć.
   Wcale nie chodziło o to, że to ją zawstydzało.
  — Sam zacząłeś z rzucaniem — rzuciła, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że burknęła to na głos; nawet jeśli pod nosem. I do tego zrzucając wszelkie honoryfikaty. Zagryzła policzek od wewnętrznej strony.
  Ale w jednym miał rację – gdyby faktycznie chciał, aby stała jej się krzywda, to nie interweniowałby. O ile to nie była ustawka. Chociaż… To by było zbyt filmowe, prawda?
  W takiej sytuacji, w jakiej się znalazła, nie bardzo już wiedziała, jak może się stawiać. Nie zamierzała też tego dalej robić chaotycznie, bez planu, bo już trzykrotnie jej plan umknięcia mężczyźnie został przez niego szybko pokrzyżowany. Z czego dwa razy po sobie w przeciągu dosłownie paru minut.
  — Nie da się w to wierzyć — bąknęła po chwili. — W to co mówisz. Wpadasz do mojego domu, grozisz mi, rzucasz mną po kątach i nazywasz głupią, tylko w ładniejszych słowach, a potem znikasz, żeby się pojawić i oświadczyć, że Pan Salvatore cię przysyła, bo moi rodzice poprosili o moją ochronę. — W zbiegi okoliczności zdarzało jej się uwierzyć, ale nie kiedy były takiego kalibru. Zawiesiła głos, a razem z nim myśl, której nie postanowiła wypowiedzieć.
  Zgubiła wątek, kiedy zapiekło ją w okolicy czaszki. Poruszyła głową odruchowo, nerwowo i skrzywiła się, kiedy ból rozlał się od skroni dalej. I poczuła coś ciepłego. Początkowo nawet nie ogarniała, że to krew. Pamiętała jednak, że kiedy wylądowała pierwszy raz na dechach, to widziała przez moment gwiazdy. I to nie gwiazdy k-popu z Seventeen, jak coś.
  — I jak coś, to najwyraźniej jednak zrobiłeś mi krzywdę — powiedziała po chwili z tym samym drżeniem w głosie, ale było w nim coś jeszcze. Przekąs w ramach ostatniego, nędznego ochłapu oporu z jej strony. — Tak technicznie, skoro już jesteśmy przy tym, co byś zrobił gdybyś chciał.

Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Mark your calendar for Canada Day
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Walka z nią była jak walka z wściekłym kotem, który się rzucał, drapał i był paskudnie zwinny. Jego normalny przeciwnik zwykle był jego postury i nie tarzał się z nimi po ziemi. Jak już to po to, aby sprać się po mordzie. Do walki używał nie tylko swoich pięści, ale też różnych broni – noży, pistoletów, kastetów. Korzystał z liny, paralizatora czy kajdanek, aby spacyfikować przeciwnika. Blondynka była na tyle problematyczna, że nie mógł wykorzystać żadnej z powyższych rzeczy i jedynie mógł się z nią przepychać.
Strasznie upierdliwe.
W końcu jednak unieruchomił ją na tyle, aby raz jeszcze móc spróbować do niej przemówić. Jakby wziął ją siłą i faktycznie walnął do jakiegoś kontenerowca, to byłoby łatwiej. Nie był dyplomatą. Nie umiał przekonywać do siebie ludzi. Od tego był Giovanni, aby owijać sobie ich wokół palca, składać oferty nie do odrzucenia. On… miał inne metody, nieco bardziej drastyczne i brutalne. Nawet jak chodziło o drobne, niewinne blondynki.
Aż chciało się wywrócić oczami na jej pyskowanie. Skupił się jednak na tym, aby trzymać jej nadgarstki blisko głowy. Wolał już się nie dać zaskoczyć, bo musiał przyznać, że wcześniej jej nie doceniał. Drugi raz jednak nie chciał oberwać między nogi. Było to niepotrzebne i, kurwa, bolesne.
Z jednej strony mógłby ją puścić, pozwolić jej zadzwonić na policję i obserwować jak nic się nie dzieje. Nie pierwszy raz jego rysopis byłby zgłaszany, ale dzięki znajomościom i skorumpowanym policjantom opłacanym przez Włocha, jego morda szybko znikała ze wszystkich rejestrów. I znowu okazywało się, że nigdy nie istniał. Z drugiej strony nie lubił niepotrzebnych problemów, dlatego wolał je ograniczać do minimum.
Mocniej zacisnął palce na jej nadgarstkach. Miała rację, że zbieżność losu była… niespodziewana i wręcz głupia, ale taki był fakt. Niczego nie ustawiał. Ich pierwsze spotkanie było zwykłym przypadkiem. Miała być nieznaczącym nic świadkiem, który stanął na jego drodze. Teraz jednak okazywało się, że spędzą przy sobie o wiele więcej czasu i to nie w roli ofiara-napastnik.
Też tego nie planowałem, blondi. Wierz lub nie. — Nieważnym w końcu było czy mu uwierzy, bo robotę i tak będzie musiał mieć odwaloną. Nawet jeśli nie będzie chciała jego obecności obok, to nie miała za bardzo nic do gadania. Nie był tu na jej zlecenie, tylko Giovanniego, więc dopóki on go nie odwoła, to Maelle będzie musiała przyzwyczaić się do swojego nowego cienia.
Przeniósł spojrzenie na szkarłatny kolor w okolicach jej jasnych włosów. Miał jej włos z głowy nie spaść, ale lekkie rozbicie głowy podczas szamotaniny chyba się w to nie wliczał.
Ssibal — przeklął pod nosem, rozluźniając swój chwyt na jej nadgarstkach. Odetchnął ciężej, zmęczony całą tą farsą.
Wypuścił ją i podniósł się z ziemi, obserwując jednak ją kątem oka. W końcu znowu mogła wpaść na głupi pomysł ucieczki, a nie chciał znowu za nią biegać, jak za kilkuletnim dzieckiem dla którego uciekanie jest formą rozrywki.
Siadaj — polecił, samemu kierując się za kanapę. Przeszedł do kuchni i sięgnął po jakąś ścierkę, którą znalazł przewieszoną. Wyciągnął też z zamrażarki jakiś zmrożony groszek, który otoczył materiałem.
Wrócił do dziewczyny i podał jej ten prowizoryczny okład.
Masz, przyłóż to — powiedział, lustrując ją ciemnym spojrzeniem. Na moment zerknął na wciąż leżące ciało mężczyzny, a potem na swój telefon, gdzie widniała wiadomość od jego człowieka informującego za ile czasu będzie, aby pozbyć się zwłok.
Odpisał i wrócił wzrokiem do blondynki. Skrzyżował ręce na piersi.
Jesteś strasznie uparta — rzucił luźno. Pewnie to wiedziała. — Zaczniesz współpracować czy dalej będziesz próbować uciekać? — Mogła, ale skończyłoby się to tak samo jak zawsze. Zwłaszcza, że niezależnie od odpowiedzi i tak się go nie pozbędzie.

Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Głupi detal, zwłaszcza jak na te okoliczności, ale denerwowało ją to, jak się do niej zwracał. Nie był pierwszy, który ją tak określał i każdorazowo to hasło zgrzytało jej w głowie. Sprowadzanie jej do koloru włosów. Brakowało jeszcze tekstów o stereotypowych blondynkach. Szkopuł jednak w tym, że zwykle grzecznie, acz bardzo stanowczo, zwracała uwagę, by tak do niej nie mówić, ale teraz? Może i pyskowała (gdyby jej powiedział, że tak to widzi, to pewnie by się zreflektowała i przeprosiła), ale nie była aż tak odważna.
  I głupia. Jak te stereotypowe blondynki.
  Początkowo nawet nie czuła tego, że miała ranę, ale odezwała się ona po czacie od uderzenia przez piekący ból, który wykrzywił jej usta w niewielkim grymasie.
  Nie spodziewała się jednak, że jakkolwiek zainteresuje mężczyznę swoim stanem zdrowia i raną. Jakby nie patrzeć, to on ją rzucił na te panele. W wyniku szamotaniny, ale wciąż.
  Poruszyła odruchowo nadgarstkami, kiedy je wypuścił całkowicie i powiodła czujnym spojrzeniem za jego sylwetką, gdy się podnosił. Przekleństwo, które z siebie wyrzucił, było jej nawet znane – zdarzało jej się oglądać jakieś koreańskie produkcje. Chociaż nie na tyle i nie z takim zaangażowaniem, żeby twierdzić – jak niektórzy – że mówi w tym języku. Jej znajomość słówek ograniczało się do krótkich wyrażeń i to pewnie z godnym pożałowania akcentem, gdyby zdecydowała się je wypowiedzieć na głos.
Podniosła się powoli, najpierw podpierając na dłoni. Gdy się wyprostowała- zatoczyła się nieznacznie, jednak szybko odzyskała równowagę. Opadła na siedzenie, na którym i tak kazał jej usiąść. Tyle, że zrobiła to nie tyle, co z jego sugestii, a bardziej z braku wyboru. Kręciło jej się w głowie; choć powoli to zwalniało.
  Nim się zorientowała, intruz pojawił się z powrotem, podając jej owiniętą w szmatę mrożonkę. Spojrzała na pakunek z nieufnością, jak gdyby zamiast opatrunku podawał jej jadowitego węża i z niemałym wahaniem w końcu przyjęła od niego przedmiot i powoli przyłożyła go do tyłu własnej głowy. Na początku zapiekło, bardziej niż na samym początku, ale później styczność chłodu z raną przyniosła ulgę.
  Nie przyniosła jednak rozluźnienia.
  — Uparta? — powtórzyła, chyba nie za bardzo rozumiejąc, czym sobie zasłużyła na takie określenie. Podstawową wolą przetrwania i tak zwaną trauma-response? Choć w zasadzie nazwanie jej upartą mogłaby podciągnąć pod miły awans w jego drabince, bo jeszcze chwilę temu nazywał ją głupią. Czy tam nierozsądną. Miał to do siebie, że dla niej jedno i drugie pewnie brzmiałoby tak samo z jego ust. — Nie wiem co jest w tym takiego dziwnego, że próbowałam uciekać. — Choć pewnie nie tyle, co ‘dziwnego’ co raczej frustrującego dla niego. — Normalna, ludzka reakcja kogoś, kto ma do czynienia z umięśnioną drabiną o niewiadomych zamiarach, która w dodatku pojawiła się nie pierwszy raz, a poprzednim razem nie zostawiła ani jednego wspomnienia, które nie wywoływałoby traumy. — Więc dalej twierdziła, że to była normalna reakcja w jej przypadku. Nie mogła się bronić, wiedziała, ze nie może walczyć. W zasadzie wiedziała też, że z uciekaniem też był problem, ale to była jedyna szansa. Sensowna przy jej warunkach.
  W końcu spadła na nią świadomość, dość skutecznie odsuwana na drugi plan, przez bieżące wydarzenia. Żołądek wywrócił jej się na drugą stronę, ona sama pobladła na twarzy, a w klatce piersiowej poczuła ciężar.
  Siedziała jakiś metr od świeżego trupa. Zrobiło się jej niedobrze. Bardzo. Nie na tyle, żeby zaczął ją dławić odruch – tego by pewnie nie powstrzymała, gdyby na zwłoki musiała spojrzeć. Ale one były za kanapą. I tego miała świadomość.
  — Co z… — W zasadzie nie wiedziała jak o to zapytać, więc urwała w połowie. Nie wiedziała nawet czy chciała usłyszeć ‘co z…’. Ale truchło w salonie, w domu w Toronto, to był realny problem.

Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Mark your calendar for Canada Day
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odkąd miał polecenie, że miał ją chronić, to jego priorytety i zachowania musiały się nieco zmodyfikować. Przede wszystkim miało mu zależeć na jej bezpieczeństwie. Może i nie był najlepszym kolegą, ale był dobrym ochroniarzem, a jego ludzkie odruchy zostały wyuczone przez ostatni rok. Wcześniej pewnie nie podałby jej żadnej mrożonki, tylko nakazał, aby przestała jęczeć. Należało jednak przyznać, że trochę się zmienił pod wpływem nowo poznanych osób. Może nie było to niebo, a ziemia, ale chociaż był bardziej ludzki.
A przynajmniej czasami miał jakieś podrygi tego człowieczeństwa.
Nie zamierzał się z nią kłócić. Jakby nie wzięła chłodnego okładu, to by go po prostu odrzucił na bok. To była jej sprawa, ale na jej szczęście przyjęła tą drobną pomoc. To już jakiś mały krok do przodu w ich relacji. Tip-top.
Brew mu lekko drgnęła wyżej, gdy mu odpowiedziała, ale to był jedyny wyraz na jego twarzy na jej wywód. Faktem było, że każdy normalny człowiek chciałby się bronić i uciekać, nawet jeśli druga osoba zapewnia, że nie chce ci zrobić krzywdy. Sam by sobie nie zaufał, niemniej z jego perspektywy było to irytujące i frustrujące, bo musiał za nią gonić i usiłować, o zgrozo, przekonać do siebie. Aktualnie było to utrudnione ze względu na ich pierwsze spotkanie, ale jakoś musieli to przeskoczyć.
Przynajmniej na jakiś, bliżej nieokreślony czas.
Drabiną? — Z resztą musiał się zgodzić. To określenie było jednak dla niego lekkim zaskoczeniem, ale z drugiej strony lepiej chyba tak, niż głupi cwel czy śmieć. Chociaż jakby jego spytać, to jemu różnicy nie robiło jak ktoś na niego wołał. Słyszał już przecież wiele określeń, które miały go obrażać, ale niestety spływały po nim jak po kaczce. Słowa miały wielką moc, ale tylko jeśli były dobrze ukierunkowane. Wiele osób obrażało się i czuło się faktycznie urażonym, gdy ktoś ich nazywał słabym, głupim, biednym, ale Damon… on miał nieco inne spojrzenie. Trudno było go w ten sposób poruszyć.
Obserwował zmianę wyrazu na jej twarzy, gdy urwała swoje pytanie.
Ciałem? — dokończył. Jego spojrzenie dość instynktownie przeniosło się na ciało mężczyzny i szkarłatną plamę rozlaną po podłodze, która źródło miała w jego plecach. — Zaraz je ktoś sprzątnie. — Sprzątnie. Jak jakiegoś śmiecia, a nie człowieka, który zapewne miał rodzinę, przyjaciół i życie przed sobą. Dla Damona ludzie nie byli ludźmi, tylko przeszkodami, celami, elementami, które należało chronić, wykorzystać albo wyeliminować. Nie miał ludzkiego odruchu, że życia nie należy odbierać, bo wychowywany był od najmłodszych lat, że aby przeżyć, trzeba zabić.
Zdawał sobie jednak sprawę, że normalni ludzie mieli nieco inne spojrzenie na ten temat, a bladość na licu dziewczyny jedynie to potwierdzała. Dla niego ludzkie zwłoki były niczym przedmiot, jebany kwiatek, który leżał na ziemi. Dla blondynki i każdego innego człowieka, była to kolejna trauma.
Zerknął na telefon, gdy otrzymał wiadomość, informującą, że wkrótce się zjawi jego człowiek, ale nie odpisał. Przeniósł wzrok na dziewczynę. Skrzyżował ręce na piersi, nie ruszając się z miejsca.
Zacznijmy jeszcze raz: wiesz nad czym pracowali twoi rodzice i dlaczego stali się czyimś celem? — Z powrotem do interesów. Był konkretnym człowiekiem i raczej nie rozwodził się nad czyimiś tragediami. Wciąż miał problemy z ogarnianiem tej całej emocjonalności i uczuć, ale hej, przynajmniej podał jej mrożonkę w geście dobrej woli.

Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Nie potrafiła, a raczej nie chciała, go inaczej określić, nie szufladkując niepotrzebnie, ani nie obrażając zbytnio, ale skoro nie wiedziała nawet z kim ma do czynienia, to korzystała z dostępnych, nieinwazyjnych środków. Drabina wydawała się być neutralnym określeniem. Mogłaby też rozpatrzeć hasło ‘żyrafa’, ale co w momencie, w którym on nie lubił żyraf? Do drabin raczej nikt nic nigdy nie miał, bo były w zyciu potrzebne. I to nie była żadna ukryta metafora.
   Ciałem. Tak po prostu. Tak, jak gdyby nie było to nic wielkiego. Jak gdyby to nie był martwy c z ł o w i e k, któremu odebrano życie. Z drugiej strony… nie powinna być wcale zaskoczona, skoro tym, kto to życie faktycznie zabrał, był nikt inny jak właśnie intruz i samozwańczy ochroniarz, o którego nigdy nie prosiła. A gdyby w ogóle miała prosić – to na pewno nie wskazałaby jego. Bo abstrahując od wyraźnej skuteczności i umiejętności walki, czasu reakcji i tym podobnych czynników – na których tak naprawdę się nie znała – to raczej nie roztaczał wokół siebie aury, że można było mu zaufać..
  Więc tak, znajdowała się w jednym pomieszczeniu z c i a ł e m, jak to określił. Niecałe dwa metry od niego. I chociaż nie widziała go, to wystarczyła świadomość, że tam po prostu było. I pewnie jeszcze przez kilka chwil drgało pośmiertnie.
  Jej sympatyczny… wstaw tutaj jakieś pasujące określenie dla tej relacji… najwyraźniej nie zamierzał dłużej się rozdrabniać nad ludzką śmiercią z jego ręki, ani tym bardziej tez nie zamierzał jej oszczędzać, tylko pociągnąć dalej swoim rytmem. Pogratulować wyczucia i zdolności interpersonalnych. A przede wszystkim: pogratulować empatii.
  Zdecydował się jednak męczyć ją dalej o to samo, co chwilę wcześniej. Do grona powodów do gratulacji powinna mu dołożyć jeszcze konsekwencję.
  — Nie i nie — odpowiedziała słabym głosem. Była to półprawda, bo mogła mieć pojęcie nad czym pracowali, ale jeśli już to pobieżne – bo jak raz w ten projekt nie angażowali jej aż tak. Nie wprowadzali jej w tajnik i najmniejszy odkryty detal. Ale z pewnością nie miała pojęcia, że jej rodzice stali się celem. Ani dlaczego w ogóle mieliby się stać.
  Ale to, że o tym mówił, już całkowicie cementowało ją w przekonaniu, że to nie był zwyczajny wypadek (nie to, żeby wcześniej już nie była w tym utwierdzona). Więc pewnie ich zabito – z taką samą zimną krwią, jak zrobił to on; i pewnie w ich wypadku też pojawił się ktoś, kto miał ich ciała ‘zaraz sprzątnąć’.
  Niemniej rozmyślanie o przyczynach i późniejszych skutkach niedawnych wydarzeń było dla niej ciężkie. Wciąż była blada – nie wiedzieć czy bardziej od strachu, utraty krwi (choć wcale nie krwotocznej) czy może jednak świadomości tego, że na panelach miała zwłoki.
     Jak długo trwało zaraz?
  Zdecydowanie za długo i zdecydowanie nie była w stanie wyczekiwać całego czasu jego trwania.
  — Chyba muszę się przewietrzyć — powiedziała, jeszcze ciszej i jeszcze bardziej bez mocy, niż chwilę temu, wstając nagle, z zamiarem zignorowania potencjalnych zakazów czy protestów z jego strony – w końcu tak samo jak ona nie ufała jemu, tak również ona nie dała mu powodów do zaufania. Inna sprawa, że ona nie była mu w stanie zrobić krzywdy. Ani nawet uciec.
  Oświadczenie to padło nagle, równie nagle wstała i tak samo nagle się zatoczyła. W jednym momencie poczuła się jeszcze słabiej niż dotychczas i ciemność bardzo szybko ogarnęła obraz, który na ułamek sekundy przed jej nadejściem zawirował intensywnie.
  Jej ciało osunęło się bezwładnie na kanapę (przynajmniej głowy sobie nie rozbije znowu), prowizoryczny okład wysunął się z dłoni, a ona sama straciła kontakt z rzeczywistością. Jej ciało najwyraźniej miało zbyt dużo wrażeń, zbyt dużo adrenaliny i zbyt dużo… stresu, więc wyłączyło się w najmniej odpowiednim do tego momencie.

Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Mark your calendar for Canada Day
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To co dla innych było chore, niedorzeczne i przerażające, dla niego było zwykle normalnością. Ale z drugiej strony, to co dla innych było normalne i codzienne, dla niego było… dziwne. Potrafił się odnaleźć w świecie wojny, odwiecznej walki, konfliktów i spisków, ale życie codzienne, rodzinne było dla niego czymś nowym w czym musiał się odnaleźć. Doskonale wiedział jak rozłożyć i złożyć broń, a potem zastrzelić trzech typów. Wiedział gdzie miał celować, aby zabić natychmiast, a gdzie, aby człowiek żył, ale cierpiał. Znał się na stylach walki, broni białej i palnej, strategii. Był świetny w obliczeniach, matematyce. Był cholernie mądry i inteligentny, ale codzienne, spokojne życie było dla niego nowe.
Nie umiał korzystać tak płynnie z Instagramów czy innych socjal mediów. Nie korzystał z youtube’a czy chata GPT. Nie oglądał normalnych filmów i seriali. Nie chodził do klubów, pubów, na imprezy czy domówki. Nie spotykał się na mieście ze znajomymi. Nie łaził po sklepach i nie robił tzw „shoppingu”. Jego „normalność” była zupełnie inna.
Był trochę jak wyrwany z rodziny Addamsów.
Dawno temu przestał zwracać uwagę na ciała, jak na coś co jakkolwiek wzbudzało emocje. Teraz były tylko czymś, co przeszkadzało, bo zwykle nie można było zostawić zwłok, aby zwyczajnie leżały. Należały je ukryć, bo inaczej był problem. I w podobnych kręgach się obracał. Więc jak wchodził w środowisko ludzi, którzy byli normalni, to czasami się zapominał. Nie żeby jakkolwiek zwracał i tak na to większą uwagę.
Gdy mu odpowiedziała, przytaknął w milczeniu, odwracając zaraz spojrzenie od jej przerażonego wyrazu. Skupił się raz jeszcze na otoczeniu i przeszedł dookoła kanapy, by przykucnąć przy ciele. Nie znał człowieka, ale musiał być wysłany przez kogoś. Sprawdził jego telefon, ale każde połączenie i sms był usunięty. Profesjonalne przygotowanie, ale działanie dość nieudolne. Chociaż zgaduje, że nie spodziewał się, że dziewczyna będzie mieć psa obronnego.
Ona w zasadzie też się nie spodziewała.
Podniósł się i spojrzał w kierunku dziewczyny, gdy się podniosła. Przeszedł bliżej niej, lustrując ją spojrzeniem. Zachowywała się dziwnie i była bardziej blada niż przed chwilę, więc instynktownie się bardziej zbliżył.
I to właśnie wtedy nogi się pod nią załamały. Schwycił ją, gdy leciała, nie pozwalając w pełni upaść na kanapę. Byłoby słabo, jakby upadając ponownie walnęła o coś głową. Westchnął ciężej, zmęczony i pochwycił jej bezwładne ciało pod nogami oraz plecami. Nie miał pojęcia gdzie jest jej sypialnia, ale zgadywał, że na piętrze. Skierował się więc w stronę schodów, aby po nich przejść wyżej. Z selekcji wybrał ten, który najbardziej wydawał się pasować do niej i był ostatnio ruszany. Zgadywał, że sypialnia należąca do jej rodziców wciąż była nietknięta.
Ułożył ją na łóżku i w swojej grzeczności nawet ją przykrył.
A potem zostawił, aby zająć się resztą.
Gdy blondynka spała, pojawił się jego człowiek, który miał zająć się zwłokami nieznajomego włamywacza. Wymienił z nim kilka słów, mówiąc, że ma nie być po nim śladu. Ani w domu, ani nigdzie indziej. Było to oczywiste, ale Damon wolał to podkreślić raz jeszcze. W końcu za to dostawał odpowiednie pieniądze.
Kiedy zwłoki zniknęły, a dom zaczął pachnieć wieloma chemikaliami, których zadaniem było pozbycie się śladów krwi, Damon zajął się inspekcją samego domu. I był dość wścibski. Otwierał poszczególne szafki, sprawdzał półki i szuflady. Przeglądał notatniki, zeszyty i różne książki, gdzie ktoś mógł coś schować. Zaglądał nawet za obrazy i pod dywany, które były mało oczywiste. Najbardziej skupił się na sypialni rodziców, gdzie spodziewał się znaleźć coś więcej nie tylko na ich temat, ale też temat ich pracy. W końcu wszyscy, którzy byli odpowiedzialni za śmierć archeologów, spodziewali się znaleźć coś w tym miejscu.
Dlatego szukał. Bardzo dokładnie.
Szkoda tylko, że nie bardzo wiedział co miało być „ważne”.
Wrócił w końcu do sypialni, ze szklanką wody. Postawił ją na szafce nocnej, akurat w momencie jak dziewczyna zaczęła wydawać z siebie pierwsze oznaki życia. Zerknął na nią kontrolnie i wycofał się, aby stanąć pod jedną ze ścian. Oparł się o nią plecami i skrzyżował ręce na piersi.
Żyjesz? — spytał, gdy w końcu odzyskała świadomość i zaczęła ponownie kontaktować ze światem. To już można było uznać za objaw troski. Zwłaszcza, że był na tyle miły, że przyniósł jej wodę. Wyłapane zachowanie od kogoś, z kim spędzał sporo czasu.

Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Pierwszy raz w życiu jej organizm był na tyle przeciążony, że świadomość się załamała, a ona straciła przytomność. Spodziewałaby się, że szybciej coś takiego miałoby po długotrwałym wysiłku fizycznym, a tu taka niespodzianka. Na ogół była zdrowa, nie chorowała na nic przewlekle, nie narzekała na kondycję, bo dwa razy w tygodniu biegała, również dwa razy chodziła na ten ‘głupi, babski pilates’. Umysłu jednak nie przygotowała na żadne przeciążenia. W zasadzie nie dało się go tak prosto przyszykować na tak obciążające doświadczenia.
  Nie, kiedy raczej nie pochodziło się z patologicznej rodziny i nie miało za sobą jakichś większych traum. Jeśli mówić o jakichkolwiek, to potrafiłaby wskazać jedynie wcześniejsze nieplanowane spotkanie z mężczyzną, którego spotkała podobnie dzisiaj.
  Zanim całkowicie otworzyła oczy i przywitała obraz z powrotem, do jej świadomości wtargnął, jako pierwszy, ostry zapach chemikaliów. Na krótką chwilę pozwoliło to pomyśleć, że nie jest już w domu, ale gdy tylko otworzyła oczy i skojarzyła sufit własnego pokoju, myśl ta odeszła.
  Po prostu dom przestał już pachnieć domem. Bo nie pachniał już jak kiedyś, jedynie zacierając powoli z dnia na dzień ten znajomy zapach.
  Jej wzrok spadł z sufitu w kąt pomieszczenia niemal momentalnie, kiedy usłyszała głos, który rozpoznała bezbłędnie. Pomimo, że nie był elementem jej codzienności. Widok mężczyzny wywołał w niej reakcję poza kontrolą – barki opadły jej w zrezygnowaniu, jakby na dowód tego, że przez chwilę liczyła na to, że go tu nie zostanie, a to wszystko wcześniej było tylko senną marą.
  Jego obecność była brutalnym potwierdzeniem rzeczywistości, z którą się mierzyła.
  Nie odpowiedziała na to pytanie, bo akurat kwestia ‘życia lub nie życia’ była dla niej tematem dość drażliwym. Plus – wciąż czuła się przeciążona rzeczywistością i potrzebowała jeszcze chwili.
  Przekręciła się powoli na bok, wspierając na przedramieniu i łokciu, próbując ogarnąć samą siebie. Dostrzegła wodę, ale nie sięgnęła po nią. Może nie był to bar, choć czuła się jak po ostrym melanżu, ale nie zamierzała pić tego, czego nie widziała jak przyrządzano. Z innej strony to przecież i tak była nieprzytomna do tego momentu, więc po co miałby jej dosypywać jeszcze czegokolwiek do wody.
  Podniosła się do siadu tureckiego i sięgnęła dłońmi do skroni, by odgarnąć włosy za uszy, a później rozmasować swoje skronie w zafrasowaniu. Głowa ją bolała – nie była pewna czy bardziej przez smród chemikaliów czy było to pokłosie niedawnych zdarzeń.
  — Nie masz domu, do którego powinieneś wrócić? — spytała, bez przekąsu czy uszczypliwości. Bez jakiegokolwiek wyrzutu. To po prostu było dla niej dziwne, żeby ktoś siedział tyle (sprawdziła, która była godzina) w innym miejscu. Było bliżej poranka niż dalej. A jego obecność coraz bardziej uświadamiała ją w tym, że wcale nie żartował (chociaż ‘żart’ przy jego postaci to raczej bardzo niecelne stwierdzenie; nie sprawiał wrażenia kogoś, kto w ogóle lubił żarty), kiedy mówił, że przysłał go wspólnik jej rodziców, pan Salvatore, aby ją chronił. Dla niej było to dość abstrakcyjne, bo widziała go jedynie parę razy w życiu, zamieniła maksymalnie kilka słów o tp szybciej zwrotów grzecznościowych, więc niezrozumiałym było, dlaczego miałby przysyłać kogoś do ochrony.
  Drabina mówił, że na prośbę jej rodziców, ale wciąż…
  Chyba powinna się pogodzić z losem. Z losem, którego pewnie nie jedna Carat by jej pozazdrościła, bo wyglądało to jak urzeczywistnienie jednego z Tumblrowych faficów. Nie żeby czytała.
  Podniosła spojrzenie zielonych oczu na mężczyznę. Przez krótką chwilę, zanim można byłoby to uznać, za niezręczne, obserwowała go, tak naprawdę mieląc w głowie nieodległe wydarzenia. Potem rozchyliła usta, chcąc coś powiedzieć, ale zatrzymała się jeszcze na jeden moment, by jeszcze raz sobie to wszystko ułożyć, aż w końcu faktycznie się odezwała.
  — Dziękuję. — Kto by się spodziewał? Pewnie nie on. Ciekawe czy ktokolwiek obcy ci dziękował, Danon. — Za ratunek, za przeniesienie mnie i za wodę. — O ile ratunek miałby pewnie wchodzić w jego kompetencje jako ‘ochroniarza’ to raczej dźwiganie jej na piętro i przynoszenie wody niekoniecznie. Równie dobrze mogła leżeć na podłodze w salonie aż się nie wybudzi. No przecież była tam bezpieczna.
  Przeczesała palcami włosy, nie oczekując jakiejś reakcji.
  — Zjesz coś? — spytała. Ta propozycja wymagała od niej wiele. Bo próbowała teraz zaakceptować jego obecność, a przynajmniej dać temu szanse, dopóki nie zrozumie, o co chodzi i jak to ma wyglądać. I próbowała sięgnąć jakiejś normalności.

Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Mark your calendar for Canada Day
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zamierzał spuszczać z niej oka, bo zdawał sobie sprawę, że wystarczyła głupia chwila nieuwagi, aby stała się tragedia. Raz popełnił błąd, to teraz nie zamierzał go popełnić ponownie. I nawet jeśli by go nie widziała, to i tak byłby w pobliżu. Możliwe, że wyczuwałaby jego obecność, bez jego osoby obok. Może czułaby jego wzrok na sobie. Może zauważałaby drobne sygnały, że nawet jeśli go nie ma, to i tak ją obserwuje. Można powiedzieć, że chcąc nie chcąc nabawiła się stalkera, tylko on nie zamierzał jej krzywdzić, a chronić.
I niestety nie miała w tym temacie nic do gadania.
Nie masz domu, do którego powinieneś wrócić?
Nie — odpowiedział sucho.
Miejsce w którym teraz mieszkał było zbyt ciche. Wcześniej mu to nie przeszkadzało, ale odkąd przyzwyczaił się do życia z kimś, tak teraz nie chciał siedzieć w mieszkaniu. Nie po to rzucał się w wir pracy, aby siedzieć na kanapie i oglądać głupie programy w telewizji. Wolał być produktywny. Wolał coś robić. A jej ochrona, która miała zajmować cały jego czas, była mu praktycznie na rękę, bo wiedział, że musiał być obok. Dzisiejsza sytuacja była jedynie utwierdzeniem, że potrzebowała ochrony.
Nie znał szczegółów i nie wiedział jak bardzo chciał ktoś ją dorwać, ale sądząc po nakazie Giovanniego, sytuacja miała być poważna. A to mu wystarczyło, aby siedzieć przy niej na okrągło. Gorzej jeśli będzie chciała chodzić na jakieś imprezy czy inne domówki. Raczej nie był imprezowym typem i nie było to jego środowisko, ale w takich zatłoczonych miejscach najłatwiej o zatarcie śladów i wtopienie się w ludzi.
Zupełnie jak na ślubie.
Dziękuję.
Brew mu drgnęła wyżej w zaskoczeniu i w pewnym niezrozumieniu. Nie oczekiwał od niej podziękowań i zdecydowanie się ich nie spodziewał po ostatnich wydarzeniach. Prędzej by pomyślał, że znowu będzie próbować uciekać, albo nakaże mu sobie iść. Normalnie nikt mu za ochronę nie dziękował, bo to była jego praca. Nie robił tego z dobroci serca, tylko dlatego, że mu nakazano. I za to płacono.
Chociaż w jego przypadku, płaca wyglądała inaczej, niż u przeciętnego człowieka.
Nie odezwał się. Nie odpowiedział. Wciąż stał nieruchomo pod ścianą, nie zmieniając swojego położenia nawet o centymetr, nie bardzo wiedząc co z tym zrobić. Wciąż nie był na tyle zsocjalizowany z ludźmi, aby przyjmować podziękowania czy komplementy naturalnie.
Na jej kolejne pytanie, brew raz jeszcze uniosła się wyżej. To było kolejne pytanie, którego się nie spodziewał. Raczej domyślał się, że ich relacja będzie mocno uwarunkowana pracą. Nie będą przyjaciółmi, a ona po prostu będzie w pewnym momencie traktować go jak powietrze. Jak cień, który jest, ale na który nie zwraca się większej uwagi.
Co proponujesz? — spytał.
Sam nie umiał gotować. Nigdy się nie nauczył i raczej nie miał takiej potrzeby. Wystarczyło mu jak zje coś na mieście lub jakiegoś gotowca. Często był podkarmiany przez żonę swojego pracodawcy, gdy akurat był w ich domu, a tak, to żył z dnia na dzień. Nie gotował obiadów, nie przyrządzał sobie śniadań.
Ale stał się fanem...
Pizza jest dobrą opcją — powiedział, odpychając się plecami od ściany. — Chcesz?
Nie ruszył się jednak z jej pokoju, dopóki ona sama nie wstała. Bo chociaż jej dom został już zabezpieczony odpowiednio przed nieproszonymi gośćmi (nawet rolety zostały naprawione przez ludzi), to wolał się upewnić, że zaraz znowu nie upadnie ze zmęczenia, rozbijając sobie głowę o kant szafki.

Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Zatrzymała się na chwilę na jego odpowiedzi, na tym krótkim ‘nie’. Nie znała go, ale to było coś, co spodziewała się usłyszeć z jego strony i to wcale nie dlatego, że wyglądał na kogoś bezdomnego! Jeśli już to na kogoś, kto takie pytania, zbywałby przez poczucie obowiązku. Tylko cały szkopuł tkwił w tym, że nie potrafiła tego ‘obowiązku’ zrozumieć. Nie potrafiła też zaakceptować ów ‘dziwnego zbiegu okoliczności’, który miał stawić ją w sytuacji, gdzie jej wcześniejszy oprawca – jedni powiedzą, że przecież wcale jej nie zrobił krzywdy, a ona miała nieco inne zdanie – ma stać się kimś, kto odpowiadał za jej bezpieczeństwo.
    Absurd.
  Niemniej fakt, że wciąż tutaj był, podczas gdy ona była cała bezbronna (nie to, żeby przytomna miała jakiekolwiek większe szanse), uświadamiał ją, że wcale się go tak łatwo nie pozbędzie. A problem był taki, że niespecjalnie miała ochotę na towarzystwo. Choćby milczące.
  Ale to wszystko nie zmieniało faktu, że była mu wdzięczna. Nie rozkładała już na warstwy tego, czy cały ten spektakl był ustawiony czy nie – ba, mogłaby się założyć, że ten tutaj nie był kimś, kto chętnie by się w takie coś bawił. Tym bardziej, że ona nie miała za sobą ciężkiego życia, więc raczej prosto byłoby ją złamać, aby powiedziała wszystko, co wie. Wystarczyło tylko odpowiednio nacisnąć.
Zarejestrowała jego reakcję na jej słowa, ale nie skomentowała jej. Nie było czego się czepiać; należało jednak, w jej pozycji, obrać nieco inną strategię. No i ulec podyktowanemu również wdzięcznością pomysłowi.
  Spojrzała odruchowo na zegarek przy swoim łóżku.
  — Jest czwarta rano, żadna szanująca się, dobra pizzeria nie jest już otwarta. Pizzy ci nie zrobię, nie umiem, wyjdzie raczej kiepska, ale ponoć robię bardzo dobre tosty. — Nie sprowadzała tej opinii wyłącznie do zdania rodziców, którzy akurat w większości przypadków byli zobligowani do wspierania swojej pociechy (a przynajmniej w zdrowym modelu rodziny, czyli tym jej). Znajomi też sobie chwalili to nieskomplikowane, szybkie danie spod jej ręki. Ona sama nie widziała w nim nic wyjątkowego i wychodziła z założenia, że tostów nie da się spieprzyć. Ewentualnie przekombinować, ale akurat to jej nie groziło.
  Spróbowała się nawet uśmiechnąć – wcześniej na jej buzi ten wyraz gościł dość często, ale teraz kącik jej ust jedynie zadrgał nieznacznie, ostatecznie nie wykrzywiając się w zachęcającym grymasie.
Nawiązała jednak z mężczyzną jakąś minimalną nić porozumienia, przez ich żołądki. Co prawda jej był ściśnięty, ale pozostawał taki przez ostatnich kilkanaście dni, a może już tygodni? Schudła, to na pewno. Wyglądała trochę jak wieszak na ubrania, cień samej siebie. Niemniej wiedziała że propozycja jedzenia była dość dobrym lodołamaczem.
  Nie celowała w wielką przyjaźń, a bardziej w warunki do możliwości zadania paru pytań. Miała ich wiele i potrzebowała informacji, aby sobie obecny stan rzeczy uporządkować w głowie. Jakiś obcy facet wtargnął do jej domu z niewiadomymi zamiarami – fakt; mężczyzna, który wcześniej sam wepchnął się do niej do domu go z a b i ł - również fakt. Ten sam mężczyzna twierdził, że przysłał go Pan Salvatore celem jej ochrony, na wcześniejszą prośbę jej rodziców – ta część budziła wiele wątpliwości i pytań. Ale wciąż żyła – to był niezaprzeczalny fakt.
  Zsunęła się z łóżka, aby stanąć na własnych nogach. Z ostrożności podparła się jeszcze pobliskiego mebla, nim upewniła się, że jej nogi jednak będą współpracować. Spojrzała w kierunku nieznajomego, jak gdyby samym tym chcąc zaprosić go, aby podążył za nią. Zeszła na dół, wbrew postanowieniu zerkając w stronę salonu. Nie zauważyła tam ani ciała, ani śladów. Aż chciałoby się pomyśleć, że ten element był snem. I może by w to uwierzyła, gdyby drugi z elementów nie schodził za nią teraz po schodach.
  — Nie miałam czasu zrobić zakupów bo gniłam w domu, będąc w żałobiewięc mogę zaproponować tylko takie zwyczajne — powiedziała, zerkając przez ramię na swojego gościa(?). — To znaczy z serem i pieczarkami, jeśli to nie problem — doprecyzowała, wyciągając z lodówki jeden z pojemników, w którym miała jeden z wspomnianych składników.
  Szacując po budowie i postawie nieznajomego to jednym czy dwoma raczej się nie naje.

Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Mark your calendar for Canada Day
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Szczerze mówiąc niespecjalnie znał się na życiu miastowym. Nie wiedział jakie są knajpy, do której pracują i co serwują. Wiedział jednak, że pizza była jednym z tych dań, które posmakował w Kanadzie i zapadły mu w pamięć. Z jego aktywnością i zapotrzebowaniem, mógł zjeść takie dwie i nie odczuć tego jakoś specjalnie. Nie znał się więc też na innych kuchniach. Może zjadał na mieście jakiegoś kebaba, gdy był w drodze, ale też to człowiek, który rzadko bywał w jednym miejscu.
Mógł się jednak spodziewać, że nie wszyscy pracują dwadzieścia cztery na siedem.
Zainteresowała go jednak propozycja blondynki.
Tosty? — powtórzył. Nie był smakoszem, nie umiał gotować i generalnie jadł wszystko, co by mu przedstawiono. Wybredny nie był, a głód zwykle miał wielki. Tosty jadł może kilka razy w życiu i to po tym, jak przyjechał do Kanady. Wcześniej nie dane było mu posmakować takich przysmaków, bo zwyczajnie Korea nie słynęła z takich dań. Generalnie, z mało czego słynęła poza dyktaturą i okrucieństwem wobec własnych ludzi czy przyjezdnych, którzy łamali prawo. — Mogą być — powiedział leniwie. Był środek nocy, ale on jedzenia nie odmawia.
Podobnie jak pacierza.
Jego wyraz w dalszym ciągu był niezmącony. Wydawał się być niemalże znużony. Jego firmowa morda była zupełnie innym levelem bitch face’u, a czasem wystarczyło, że jedynie podniósł brew, aby ktoś poczuł się urażony. To było dla niego naturalne. I chociaż większość ludzi do odstraszało, tak ta część, która go poznała, wiedziała jak przy nim funkcjonować.
Wtedy też łatwo było zauważyć wyraz, który coś okazywał.
Obserwował ją jak zsuwała się z łóżka, ale samemu nie drgnął nawet o centymetr. Pozwolił jej samodzielnie się podnieść i stanąć na nogi. Był jednak gotów w każdej chwili zareagować, aby uchronić ją przed upadkiem i rozwaleniem głowy o kant szafki nocnej. Byłby przypał, jakby uratował ją przed napastnikiem, a pokonał go mebel.
Gdy minęła go w drzwiach, przeszedł za nią, oglądając jak nieco chwiejnym krokiem schodzi po schodach w dół. Cały dom był uprzątnięty. Wyglądał lepiej niż przed próbą napaści. Jakby jakikolwiek stróż prawa próbował doszukiwać się tu śladów zbrodni, nic by nie znalazł. Wszystko było wyczyszczone. Każdy skrawek, każdy odprysk na ścianie, każda fuga i szczelina w drewnianej podłodze.
W końcu to nie była ich pierwsza robota.
Czyli jakie — spytał, gdy określiła swoje tosty jako te „zwyczajne”, bo samemu nie umiałby określić. Prędzej powiedziałby, że to chleb posmarowany masłem, bez dodatków. To brzmiało zwyczajnie.
Jej definicja jednak nieco się różniła od tej jego.
Żaden — odpowiedział. W końcu jakby go poczęstowała samym chlebem, to i tak by zjadł. Jako człowiek wychowany na Północy, nie wybrzydzał w kwestii jedzenia. Jedynie ryż mu się już przejadł, ale to jedynie nic nie znacząca preferencja.
Oparł się tyłkiem o blat, obserwując jak przyrządza chleb tostowy, nakłada ser i pokrojone pieczarki.
To tyle? — spytał, chociaż w zasadzie to nie wiedział czego się spodziewał. W końcu sama przedstawiła to jako proste, szybkie danie. Zwyczajne. Nie było więc skomplikowane i normalnie mógłby je sobie robić w domu, gdyby w nim nocował i spędzał więcej czasu. I miał w ogóle ochotę cokolwiek sobie przyrządzić.
Kiedy podała mu pierwszą porcję. Spojrzał na nią zaciekawiony, aby zaraz chwycić i podnieść do ust. Przy pizzy to nie stało, ale też miało gluten, ser i dodatki, więc w sumie można powiedzieć, że była to jakaś uproszczona wersja. Taka bardzo bardzo uproszczona.
Dobre. — No, jurorem w programie kulinarnym raczej nie mógłby być. Jego ocena i opinia ograniczałaby się do maksymalnie dwóch słów. I to tak w porywach.
Drugiego tosta przesunął na talerzyku w jej kierunku.
Jedz. Wyglądasz jakbyś znowu miała zemdleć — powiedział, jakże subtelnie. Że co, że blada była? Wyglądała słabo? No w zasadzie nic, co nie było prawdą.

Maelle Lennox
ODPOWIEDZ

Wróć do „#12”