-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Uznała, że z samego rana będzie najmniej osób. Nikt nie będzie patrzył na nią z politowaniem, gdy będzie rozkminiała zasady użytkowania danego sprzętu. W teorii brzmiało to wyjątkowo prosto, ale znała swoje umiejętności w tym zakresie. Jeśli ktokolwiek w dniu dzisiejszym miał się wygłupić, to była tą osobą właśnie ona.
Pełna zapału wkroczyła do budynku i już na samym wstępie oczywiście napotkała pewne komplikacje. Aplikacja nie chciała z nią współpracować, przez co na bramkach nie mogła odbić swojego indywidualnego kodu QR. Przez dobre kilka minut razem z recepcjonistką próbowały dojść do rozwiązania tej sprawy, ale w końcu się udało. Przebrała się w swój różowy strój do ćwiczeń, który ostatnio zamówiła przez Internet i odetchnęła głęboko obserwując swoje odbicie w lustrze.
Dasz radę.
Poprawiła kitkę, ruszyła w stronę drzwi, które prowadziły na salę i zamarła widząc w progu mężczyznę. Jak na zawołanie jej policzki pokryły się rumieńcem, gdy jej wzrok prześlizgnął się po tabliczce, która wisiała obok drzwi na ścianie. Oczywiście, że pomyliła szatnie. Przyłożyła dłoń do ust i rozejrzała się po pomieszczeniu dopiero teraz zauważając te drobne wskazówki, które już wcześniej powinny dać jej do myślenia. - Przepraszam... Ja... Co za wstyd! - spanikowana ruszyła do swojej szafki, ale i tym razem nic nie poszło po jej myśli. Gdy tylko włożyła kluczyk do kłódki, to ten się połamał, gdy tylko spróbowała go przekręcić. - Ja w to po prostu nie wierzę... - wymamrotała pod nosem wpatrując się w pozostałości klucza w swojej dłoni.
I co teraz miała zrobić?
Robbie Cole
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie lubił publicznych siłowni. Czuł się na nich skrępowany, szczególnie kiedy starał się wspierać mięśnie kontuzjowanego ramienia. Zawsze miał wrażenie, że wyglądał przy tym głupio. Na szczęście dzisiaj ruch był mały, zresztą z tego powodu wybrał też wczesny ranek. A po drugie, na szczęście, jego uwagę rozpraszało blondwłose tornado, które sprawiało, że sama jego obecność przykuwała uwagę.
Najpierw afera z aplikacją przy wejściu, którą Robbie przyjął z delikatnym uśmiechem rozbawienia, a potem triumfalny przemarsz uroczego stworzenia, za którym ciągnął się ogon przyjemnych perfum. Leginsy na zgrabnych nogach sprawiły, że na moment zapomniał o swoim bólu i treningu i dopiero chrząknięcie trenera, z którym tutaj przyszedł, przypomniało mu o ostatniej serii.
- Dobrze... Teraz bieżnia, a potem możesz wygrzać to ramię w saunie.
Robbie rozejrzał się, sprawdzając, czy ktoś nie słyszy tej uwagi.
- 'Key... - mruknął, podnosząc się z ławeczki.
Ból doskwierał mu dzisiaj bardziej niż zwykle, więc zamiast skierować się na bieżnię, jego nogi poniosły go od razu do szatni, gdzie w jego szafce czekał opiatowy wybawiciel, przyjaciel Vicodin. Otworzył drzwi i stanął jak wryty, widząc tę samą blondynkę, ściągającą właśnie bluzę z kapturem przez głowę, by schować ją w jednej z szafek. Przyglądał się temu zjawisku o chwilę za długo, ale wreszcie, lekko zażenowany, cofnął się, przymykając za sobą drzwi po cichu. Sprawdził jeszcze, czy na pewno to była męska szatnia, ale tabliczka nie pozostawiała złudzeń.
Odwrócił się gwałtownie, powstrzymując innego gościa siłowni przed wejściem do przebieralni.
- Dude... Nie wiem, jak Ci to powiedzieć, ale tam właśnie przebiera się dziewczyna i... - drzwi się uchyliły, a Clem prawie wpadła na niego.
Jej oczy skrzyżowały się z jego spojrzeniem. Potem powędrowały na drzwi i tabliczkę, którą on też czujnie zlustrował. Wreszcie ich spojrzenia, splecione w niewyjaśniony sposób, powędrowały w głąb szatni, do szafki, i wróciły do siebie, by jeszcze zahaczyć o faceta stojącego obok.
- Dobra, nie wnikam... - gość uniósł ręce i ruszył w innym kierunku, zostawiając dwójkę samych.
- Póki nie paradowałaś po szatni w ręczniku... - ugryzł się w język, bo dziewczyna naprawdę się przejęła.
Więc wszedł za nią do szatni i podszedł do swojej szafki, która była akurat o trzy miejsca obok. Starał się nie przyglądać nerwowym poczynaniom Clem, ale ciche: Ja w to po prostu nie wierzę..., sprawiło, że zatrzymał się w połowie ruchu po fiolkę z lekami i po chwili zawahania zamknął szafkę, podchodząc do niej.
- Spokojnie, pokaż... - delikatnie wyjął z jej rąk kłódkę i kluczyk, ale po wstępnych oględzinach zacmokał z niezadowoleniem.
Spojrzał jeszcze na kółko z kluczykiem, czy miało zapasowy, jednocześnie myśląc nad tym, jak wyjąć złamaną część klucza.
Clementine Thallman