-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I chyba nawet faktycznie przynajmniej czasami potrafił zadbać o to, żeby nie odzywać się bez potrzeby. Co zresztą udowodnił, powstrzymując się od chyba dość oczywistej odpowiedzi na pierwsze zadane mu pytanie. A także – a może przede wszystkim – od tej trochę mniej oczywistej, która mogłaby nasunąć mu się na myśl jeszcze kilka chwil temu.
Mimowolnie znów skupił spojrzenie na broni, kiedy ta ponownie poruszyła się wraz z ręką tamtego. Dopiero po chwili, wychwytując sens kolejnych kierowanych do niego słów, przymknął na moment oczy, przecierając twarz rękoma i naprawdę starając się jakkolwiek skupić. Szkoda tylko, że ani wciąż całkiem daleki od trzeźwości stan, ani mający przed chwilą miejsce wyrzut adrenaliny, jakoś wcale temu skupieniu nie sprzyjały. Przypominaniu sobie jakichkolwiek szczegółów z poprzedniego wieczora i nocy – też niespecjalnie.
– Kręcił się tu dłuższy czas… I zmył się chyba jakoś nad ranem z paroma innymi osobami… – zmyślał, czy faktycznie cokolwiek jednak pamiętał…? Pewnie obie możliwości można byłoby uznać za równie prawdopodobne. Bo przecież mógłby po raz kolejny powtórzyć, że za cholerę nie pamiętał, co działo się w ciągu ostatnich kilku godzin, ale skoro do tamtego ewidentnie w żaden sposób to nie docierało… to chyba nie było sensu.
Choć jednak otwierał już usta, żeby dodać coś jeszcze, co ostatecznie odpuścił sobie, kiedy odruchowo zerknął w kierunku tego, co właśnie wylądowało na podłodze. Jasne, że okoliczności jakoś niekoniecznie sprzyjały wyłapywaniu szczegółów, ale… ten jeden akurat zdążył mu się rzucić w oczy.
Harrison.
Nazwisko było mu zdecydowanie zbyt dobrze znane, a on wciąż miał zbyt zamroczony umysł, żeby móc dojść do całkiem przytomnego wniosku, że równie dobrze mógł to być zwykły zbieg okoliczności. Albo, że mógł coś źle przeczytać przez tę krótką chwilę.
Tylko… czy jego wciąż chyba dziewczyna o dokładnie tym samym nazwisku, nie wspominała całkiem niedawno, że miała w Toronto brata, który pracował w policji…?
Kurwa mać.
Na dłuższą chwilę zawiesił spojrzenie na twarzy tamtego, być może doszukując się jakiegoś podobieństwa. Albo innego potwierdzenia dość oczywistych wniosków, które same nasunęły się po odczytaniu tego nieszczęsnego nazwiska.
– No jasne, kurwa, że akurat Harrison… – mruknął wreszcie, chyba bardziej do siebie i może nie do końca nawet świadomy, że faktycznie mówił to na głos. Przy okazji odwrócił na chwilę wzrok, tym razem zatrzymując go na stojącej nieco dalej butelce. Jeżeli zdarzył mu się już jakiś moment, w którym mógłby uznać, że potrzebował się napić bardziej niż teraz, to zdecydowanie trudniej było go sobie przypomnieć niż choćby tego cholernego Scotta, o którego tak usilnie dopytywał Harrison.
David Harrison
-
Woop-woop, that's the sound of da police
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiczas narracji-postaćautor
zmył się chyba nad ranem... na tę informację Harrison westchnął i nerwowo przeczesał dłonią włosy, ponieważ zaniepokoiła go ona, aczkolwiek (jakby nie patrzeć) powinien wziąć coś takiego pod uwagę - inna kwestia, że miał cichą nadzieję, iż ten po którego tu przyszedł, czyli Scott, po prostu się bardzo dobrze ukrywał. David nie jeden film oglądał i czasami zastanawiało go, czy niektóre kryjówki były tylko wymysłem reżysera, czy niektórzy naprawdę byliby zdolni schować się w bardzo niepozornych i mało wygodnych miejscach.
Cała ta sytuacja zaczynała mu się kojarzyć z popularną grą Among Us, polegającą na odkryciu, kto jest impostorem. O ile tutaj wiedział już, kogo szuka, o tyle wciąż nie miał pewności, czy młodzieniec mówi mu CAŁĄ prawdę. No ale po tonie uznawał, że mówi prawdę. A przynajmniej był w stanie taką informację przyjąć do wiadomości.
- Niech to szlag! - wymsknęło mu się w odpowiedzi, bo to oznaczało jedno, iż był S P Ó Ź N I O N Y. Miał ochotę krzyczeć, ale ostatecznie tylko wykonał zamach nogą, udając, że kopie coś niewidzialnego - chociaż najchętniej miał ochotę kopnąć tego, który stąd
- Obyś mi tu nie ściemniał, bo jak się okaże, inaczej porozmawiamy. - powiedział ostrzegawczo, wymachując bronią niczym palcem wskazującym, dość chłodnym tonem, David zmrużył oczy, wpatrując się w chłopaka tak, jakby próbował wyczytać z jego twarzy, czy go okłamywał, czy wręcz przeciwnie. Nerwy aż w nim buzowały. Czuł to nieprzyjemne napięcie rozlewające się po całym ciele, przez które nie potrafił ustać spokojnie w miejscu. I jak było widać, z rękami też miał jakiś mały problem, skoro zaraz jego ważne rzeczy wylądowały na ziemi.
Słysząc jakże miłe słowa po tym, jak z kieszeni wypadły mu dokumenty wraz z policyjnym identyfikatorem, ukazującym jego dane, uniósł brew po wyprostowaniu się i złapał za bok ręką, w której nie trzymał broni.
- A to niby co ma znaczyć? - bo chyba nie rozumiem tej reakcji… zapytał, domyślając się, że skoro tamten znał jego nazwisko, to albo znał kogoś z jego rodziny, albo już wcześniej o nim słyszał… Skąd miał wiedzieć, że stojący przed nim gość był tym, o którym jakiś czas temu wspominała jego siostra?
- Skoro moje nazwisko i w sumie imię znasz, to może Ty się przedstawisz? - zaproponował całkowicie poważnie. Przynajmniej będzie sprawiedliwie. I będzie mógł mówić do młodzieńca po imieniu.
Dante
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Chociaż… w porządku, ochotę na to prawdopodobnie miał i tak. To akurat było chyba silniejsze od niego. Po prostu… dostrzegając cień szansy na to, by koleś wreszcie sobie odpuścił i znalazł jakieś sensowniejsze zajęcie, nie miał zamiaru dawać mu powodów do tego, by został na miejscu jeszcze dłużej. I żeby ponownie robił użytek z broni, tym razem może faktycznie niekoniecznie strzelając akurat w okno…
Szkoda tylko, że powód pojawił się sam, wypadając z kieszeni – jak się okazywało – Harrisona. Jeszcze większa szkoda, że tym razem Dante nie potrafił już tak po prostu się zamknąć i zachować jakichkolwiek przemyśleń dla siebie.
– Nie wiem, pewnie, że mam jednak zajebistego pecha – mruknął bez większego zastanowienia, nie spiesząc się najwyraźniej z tym, by jakoś konkretniej wyjaśniać, z czym miała się wiązać jego reakcja na stanowczo zbyt znajomo brzmiące nazwisko. Zwłaszcza, że ta odpowiedź chyba mimo wszystko wciąż brzmiała zdecydowanie lepiej, niż wyjaśnienie, że jeszcze był w związku z dziewczyną, która nazywała się tak samo i najprawdopodobniej była siostrą tego Harrisona. Niespecjalnie też samemu miał ochotę się przedstawiać i najpewniej zbyłby tę sugestię jakimś uprzejmym pierdol się, gdyby nie fakt, że tamten wciąż trzymał w ręku tę cholerną broń. I, co gorsza, raz już udowodnił, że potrafił być jednak dość przekonujący.
– Levasseur. Dante – westchnął więc z rezygnacją, mimo wszystko nie sądząc, by miało mu to cokolwiek mówić. Pewnie mogłoby, gdyby dla rozrywki zaczął w bliższej lub dalszej przyszłości grzebać w policyjnych zapiskach i gdyby przy tej okazji miał doszukać się wielokrotnie przewijającego się tego właśnie nazwiska. Choć pewnie wszelkie nastoletnie wyskoki, czy nawet dość świeża, ale niezbyt udana próba kradzieży leków ze szpitala, może niekoniecznie wskazywałyby na to, że mógłby mieć coś wspólnego z siostrą tamtego.
– Zajebiście, uprzejmości mamy za sobą, możemy na tym skończyć…? – właściwie z dwóch dość kiepskich opcji, chyba jednak wolałby porozmawiać o tym cholernym zbiegu, na temat którego i tak nie miał za wiele do powiedzenia. A jeszcze bardziej wolałby prawdopodobnie, by Harrison faktycznie przypomniał już sobie, że na pewno czekały na niego inne, zdecydowanie ważniejsze sprawy. I żeby po prostu sobie do nich poszedł. Albo w jakąś inną cholerę, byleby z dala od tej nieszczęsnej kuchni, którą Dante również wolałby już zostawić za sobą.
David Harrison
-
Woop-woop, that's the sound of da police
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zmarszczył brwi, bo za Chiny nie pojmował, o co młodzieńcowi chodziło.
- Pecha? - powtórzył, a zaraz potem wysłuchał imienia i nazwiska chłopaka. Dante, Dante.... coś mu mówiło to imię, coś gdzieś dzwoniło, ale aż musiał się popukać w głowę. Nagle jakby go oświeciło - nawet się wyprostował - bo przypomniał sobie rozmowę z siostrą. Czy możliwe, że chodziło właśnie o niego?
- Czy Ty i Ivy... czy wy chodziliście ze sobą? - spytał, choć nie był pewien, czy dalej ze sobą nie chodzą, bo już dawno z siostrą nie rozmawiał. A coś kojarzył, jak mu mówiła o złodzieju leków ze szpitala....
Gdyby David nie był w pracy, rzuciłby zapewne coś w stylu:Ale o chuj Ci chodzi? (i nawet chodziły mu te słowa po głowie), ale ostatecznie tylko podniósł brew.
- To Ty okradłeś szpital? - spytał nagle, całkowicie poważnie, choć jakby nie patrzeć, poprzednie pytanie było powiązane z tym zadanym teraz, więc....nie musiał pytać. Mógł po prostu poczekać, aczkolwiek ten ton niezbyt mu się podobał.
- I co chcesz zrobić? Spierdolić stąd? - zadał kolejne pytanie, zastanawiając się nad zamiarami Dantego.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jakby nie było – najwyraźniej nie czuł większej potrzeby, by poprawiać tę wypowiedź.
– Mówiła ci…? – jeszcze do niedawna nie miał nawet pojęcia, że miała w Toronto jakąś rodzinę. Nie wspominając o tym, że jak dotąd nie miał okazji osobiście poznać jej krewnych, co… już samo w sobie chyba nie najlepiej świadczyło o tym ich związku. Ale też całkiem nieźle tłumaczyło szczere zaskoczenie zawarte w tym krótkim pytaniu. Nawet jeśli to już chwilę później musiało przekształcić się w krótkie, mimowolne parsknięcie, gdy w powietrzu zawisło kolejne pytanie.
No bo oczywiście. Skoro już najwyraźniej wspominała o nim swojemu bratu, to najwyraźniej istniał tylko jeden temat, jaki mogłaby z nim poruszyć. Chociaż to – na etapie, w jakim właśnie się wraz z nią znajdowali – chyba nawet nie powinno go dziwić.
– Nie. Żeby coś ukraść, to najpierw wypadałoby to ze sobą wynieść. Wszystko został na miejscu, więc na pewno niczego nie okradłem – nie miał zamiaru się przed nim tłumaczyć, a poirytowany ton chyba dość dobitnie o tym świadczył. Nieudolna próba wyniesienia leków ze szpitala zdecydowanie nie była jednak sprawą tego konkretnego Harrisona, a z tą, której rzeczywiście dotyczyła – dawno została już wyjaśniona. A przynajmniej tak mógł do niedawna sądzić. Póki nie okazało się, że cała ta sytuacja miała nieco szersze konsekwencje, z których do tej pory nawet nie zdawał sobie sprawy.
– Wrócić do… – zawahał się przez moment, po krótkiej chwili dochodząc jednak do wniosku, że w mieszkaniu i tak przecież nie spodziewał się zastać Ivy. Nie po ich ostatniej rozmowie i nie po tym, co powiedziała mu podczas niej. W takim wypadku chyba nie musiał więc przejmować się tym, że ten fatalnie rozpoczęty dzień, z czasem miałby stać się tylko gorszy i bez większych oporów mógł wrócić właśnie tam, gdzie pierwotnie planował. – …domu. Ale to chyba nie twój interes, nie? Więc może wreszcie opuścisz tę pieprzoną broń i łaskawie się odsuniesz…? Jak masz zamiar mnie zatrzymywać, to przynajmniej znajdź sobie wcześniej jakiś konkretny powód…
W końcu… poza ewentualną chęcią uprzykrzenia mu dnia jeszcze bardziej, Harrison nie miał chyba żadnego powodu, by chcieć go zatrzymywać, urządzać wycieczkę na komisariat, czy bawić się w inne tego typu atrakcje. Może poza tym niewielkim woreczkiem, który wraz z sypką zawartością wciąż spoczywał w kieszeni Dantego. Ale o tym akurat on sam zdążył już chyba zapomnieć, a tamten wiedzieć nie mógł. Sprawa z lekami rzeczywiście była już nieco podstarzała, w dodatku wyjaśniona jeszcze tego samego dnia w towarzystwie policji. Z kolei kwestię Scotta… chyba mieli już okazję sobie przedyskutować. Może i w niezbyt satysfakcjonujący dla Harrisona sposób, ale bardzo mało prawdopodobne wydawało się, by Dante miał powiedzieć mu cokolwiek więcej, co mogłoby usatysfakcjonować go bardziej.
Zwłaszcza teraz, gdy może i zaczynał powoli czuć się stanowczo zbyt trzeźwy jak na całą tę sytuację, ale poirytowanie zdecydowanie zaczynało brać górę nad zdrowym rozsądkiem, który najwyraźniej nie bywał u niego dopuszczany do głosu na zbyt długo…
David Harrison
-
Woop-woop, that's the sound of da police
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Coś tam wspominała. - O szpitalu też. dlatego nie omieszkał zadać pytania o to, czy kradzież szpitala znajdowała się na liście wykonanych przez chłopaka czynności. Zmarszczył jednak brwi bo…
- Jak to zostało na miejscu? Nie blefujesz? - spytał, bo miał wrażenie, jakby wlazł do jakiegoś labiryntu i się w nim właśnie pogubił. Był wręcz pewien, że słyszał o kradzieży, a nie, że jednak wszystko zostało ODDANE. Przejechał nerwowo dłonią po włosach.
Nie, nie miał zamiaru go już dłużej zatrzymywać, ponieważ zwyczajnie po pierwsze, wiedział, że niczego więcej o tym, czego szukał, się nie dowie, a po drugie, nie miał do niego więcej pytań. Pula została wyczerpana.
- A idź. - powiedział, robiąc krok w bok, jakby tym samym dawał zielone światło na opuszczenie przez Dantego budynku. Chyba… będę musiał dziś się napić. Albo pójść na masaż. tak, takie plany miał na dzisiejszy wieczór - choć aby zdążyć na masaż, musiał skończyć pracę koło 19-stej.
Westchnął głośno i kiedy Dante się ulotnił, Harisson jeszcze przez chwilę układał sobie to wszystko w głowie i gdy skończył, wznowił poszukiwania, dokładnie sprawdzając każdy kąt wraz z pobliskimi budynkami. Choć jeśli tu był i usłyszał strzał… to mógł już dawno się ulotnić. pomyślał, kopiąc jakiś kamyk, który leżał na podłodze.
//ztx2