
- potrafi błyskawicznie odnaleźć się w kryzysowych sytuacjach i wydaje się, że im większy wokół niej chaos, tym lepiej zdaje się sobie z nim radzić;
- zachowuje zimną krew w najbardziej stresujących sytuacjach;
- ma świetną pamięć do twarzy i do szczegółów, pamięta swoich pierwszych pacjentów, których czasami widziała tylko raz w życiu;
- w szkole średniej i na studiach była w drużynie biegowej i do dzisiaj ta pasja z nią została - kiedyś sprawiała jej radość, a teraz dzięki zmęczeniu pozwala jej się odciąć;
- potrafi zachować dyskrecję;
- przez to w jaki sposób została wychowana i jakimi ludźmi się otaczała ma bardzo duży problem z zaufaniem,
- nie potrafi gotować, przygotuje jakieś najprostsze dania, jednak jej dieta głównie opiera się na testowaniu jedzenia z różnych knajp w pobliżu;
- niespecjalnie dobrze znosi porażki, dlatego, że przez całe życie stawiano wobec niej wysokie oczekiwania;
- z tego samego powodu ma niesamowitą potrzebę udowadniania własnej wartości nawet wtedy, gdy nikt tego od niej nie oczekuje;
- nie pozwala sobie na słabości i zawsze zaciska zęby, a później często to odchorowuje;
- jest bardzo kiepska w small-talk;
Wiodłam dwa życia - to na pokaz i to prawdziwe. Nie zawodziłam, aby usłyszeć słowa pochwały, bawiłam się, bo to lubiłam. Jedno z drugim nie kolidowało, nigdy nie nakładało się na siebie. Byli dumni, bo mogli pochwalić się, gdy dostałam się na medycynę za pierwszym strzałem. Zadzierali głowę do góry, bo grałam tak, jak chcieli. Szłam hardo wytyczoną przez nich ścieżką, nie mówiąc nie. Mogłam robić w życiu tysiące innych rzeczy, znaleźć coś swojego, ale za fasadą twardej i pewnej siebie kobiety, na jaką mnie wychowali, skrywała się dziewczyna wciąż pragnąca ich uwagi.
Wyjście za mąż było ostatnim, cichym krzykiem o przychylność, spełnieniem ich marzenia, zwieńczającego obraz idealnej rodziny. Prawdopodobnie oszalałam, kiedy wbrew logice powiedziałam tak, gdy Elliot ukląkł przede mną na jednym kolanie i czarującym uśmiechem zawrócił w głowie po niespełna roku znajomości.
Poznając go byłam pewna, że taka miłość nie zdarza się każdemu. Czarujący, przystojny, zabawny. Nasze spotkanie nie było przypadkowe, znałam go, spotykaliśmy się przy okazji imprez, nasi znajomi byli swoimi znajomymi. Wreszcie zainteresowaliśmy się sobą, najpierw dla zabawy, później na poważnie, co było nieuniknione.
Przepadłam. Z a t r a c i ł a m się.
Drugi raz powiedziałam tak przed ołtarzem, ślubując, że będę z nim z a w s z e. Nie odpuszczałam, gdy wyjeżdżał, cieszyłam się, kiedy wracał, wspierałam w każdej decyzji, jednocześnie rozwijając swoją karierę.
Chmury nad naszym związkiem zbierały się coraz częściej i coraz gęściej. Najpierw były to niewinne uwagi rzucane półżartem, potem pretensje o drobiazgi. Z czasem zaczął decydować za mnie, podważać moje zdanie, krytykować ludzi, którymi się otaczałam. Niby troszczył się o mnie bardziej niż ktokolwiek inny, niby chciał dla mnie dobrze.
Później pojawiły się kłótnie - coraz częstsze i coraz głośniejsze. Aż wreszcie pierwszy raz musiałam makijażem zakryć siniaka pod okiem. Nie zdawałam sobie sprawy, jak łatwo przychodzi zakochanej kobiecie kłamać - że ten siniak na przedramieniu to wina lekkiego uderzenia w klamkę, a ten na udzie powstał, bo upadłam. Jak łatwo znaleźć usprawiedliwienie dla człowieka, którego kocha się bardziej niż siebie samą.
W końcu przepraszał. Za k a ż d y m razem, a ja wybaczałam, bo tak należało. Bo przecież byliśmy małżeństwem, bo przecież każdy popełnia błędy. Dałam mu ostatnią szansę, potem kolejną i jeszcze jedną. Obiecywał naprawić wszystko, co między nami nie działało. Byłam naiwna, ale wciąż wierzyłam, że nam się uda. Ten podniesiony głos miał więcej nie naruszyć fasady naszego domu. Wyrzuty sumienia miały zniknąć, strach miał odejść.
Najtrudniejsze było uświadomienie sobie, że człowiek, którego pokochałam, nigdy nie był tym samym mężczyzną z którym dzieliłam życie. Za uśmiechem, urokiem osobistym i starannie budowanym wizerunkiem krył się ktoś, kto potrzebował kontroli bardziej niż miłości. Kto chciał posiadać, a nie być obok.
Odeszłam wtedy, gdy po raz pierwszy pomyślałam, że jeśli zostanę, któregoś dnia mogę nie mieć już okazji odejść. Spakowałam się do jednej walizki. Zabrałam dokumenty, trochę gotówki i resztki odwagi, które jeszcze we mnie zostały. Zostawiłam za sobą dom, małżeństwo i życie, które z zewnątrz wyglądało jak spełnienie marzeń.
