-
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wychodząc z przeludnionego autobusu, postawiła nogę na rozgrzanym asfalcie. Nie była boso, nie, ale miała pewność, że gdyby przyłożyła do niego otwartą dłoń, to ten by ją oparzył. Było dzisiaj cholernie gorąco, duszno... jednej chwili zbierało się na deszcz, a drugiej wychodziło słońce i nie dawało żadnych szans, żeby gdzieś uciec i schować się przed jego promieniami. Otworzyła aplikację w telefonie i podążała pięknie, ładnie w kierunku owej budki z deserem, na który od samego rana miała ochotę. Może okres jej się zbliżał? Who knows. Jeżeli kobieta ma zachciankę, to trzeba ją spełnić, nawet jeżeli robiła to sama dla siebie. O!
Podążając deptakiem, z każdą chwilą widziała, że zbliża się do swojej destynacji, gdy nagle poczuła, jakby coś ją uderzyło. Jakieś dziabnięcie? Wydobyła z siebie ciche jęknięcie, spojrzała do góry i zorientowała się, że to cholerna rybitwa próbowała zakosić jej telefon, pewnie myśląc, że trzyma w dłoni coś do jedzenia. - Daj mi spokój! - rzuciła, jakby rozmawiała z człowiekiem, a nie latającym cholerstwem. Machnęła dłońmi w lewo, w prawo, starając się ją jakoś wystraszyć, ale ptaszysko tylko wzbijało się ku górze, by chwilę później spaść w dół z niesamowitą szybkością i znowu ją zaatakować. A na domiar złego, po jakimś trzecim ataku, poczuła coś w rodzaju gradu, który spadł jej na koszulkę.
O nienienie...
Pomyślała, bo czuła... czuła, że to nie było nic z rodzaju atmosferycznego zbawienia, a raczej ptasie gówno. Zdenerwowała się, marszcząc nos, a kiedy machnęła kolejny raz, zauważyła, że druga rybitwa leci pomóc tej pierwszej. No cudownie. Jeszcze tego jej brakowało, żeby została oficjalnie zaatakowana przez duet. Rosenhall zaczęła się rozglądać i wtedy zauważyła chłopaka siedzącego pod drzewem, na murku. Bez większego zastanowienia ruszyła w jego stronę, jakimś cudem wdrapała się na murek, schowała za jego plecami i wydusiła z siebie, - Błagam, ratuj!
pomóż?
-
urodził się tu, jako bobas wyruszył do Ottawy, a stamtąd znów do Toronto, nie wie że ma blizniaka, szuka wartości pieniądza i szybko biega przed policją.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Życie Coltona było raz proste i łatwe, innymi razy skomplikowane i przytłaczające. Nie prosił o wiele, może jedynie o drogowskaz, o coś w końcu dobrego w tym nędznym życiu. Kariera hokeisty była mierzeniem i wspomnieniem, z kolei basisty? Któż to wie. Narazie chodził do jednej kawiarni, zarabiał grosze za bycie asystentem ale wciąż - próbował zarabiać w sposób legalny i tak jak należy i przykazano. To zawsze był jakoś pozytywny ruch, zmiana na lepsze zamiast krążenie wokół tego co wpakowalo go w problemy. W teorii był sam rozumny i dorosły, sam się w to wpakował.
Zajadał loda pod drzewem nad murkiem, dumał nad losem i sensem tego biznesu, który wyraźnie ożywał w takie dni. Chłodny lód zniknął szybciej niż się pojawił, pozostawiając po sobie jednak zawsze jakieś ochłodzenie, nawet jeśli było tylko chwilowe i na moment. Wciąż jednak odpoczywał, próbował zrozumieć swoje błędy, znaleźć jakiś sens w tym wszystkim. Obserwował ludzi, którzy go mijali i zastanawiał się czy ktoś z nich ma lepiej czy gorzej od niego. Zgadywał kto czym się zajmuje i dłubał trochę w telefonie.
Jego spokój zanurzyła dziewczyna, która walczyła z ptakiem, głośno i wyraźnie wyrażając swoje niezadowolenie i irytację. Chciało mu się śmiać gdy tak patrzył na tą sytuację i w sumie to pokusił się aby ukradkiem jednak jakieś zdjęcie zrobić jej. Tak dla beki i na kiedyś, bo oprócz tego że było zabawnie to ona sama wyglądała całkiem nieźle, a Lewis po prostu dostrzegał kobiece piękno. Czy by do niej zagadał? Pewnie nie.
Nie musiał jednak tego robić ani w ogóle cokolwiek bo dziewczyna sama pojawiła się przed nim, uciekając od wstrętnej natrętnej ptasiej mendy. On sam poczuł szarpnięcie za ramię oraz wyczuł jej ciepło ciała obok siebie. Uniósł brew ku górze, bo co on też mógł jej poradzić? Instynkt przetrwania, instynkt głodu i zapachu budził w zwierzętach demoniczne odczucia. - Ja? A co mam wiatrówkę aby odstrzelić to dziadostwo? - zapytał trochę wkurzony ale trochę też rozbawiony na jej prośby. Żaden z niego bohater ale parę razy machnął rękami i zawołał "sio sio sio" nieco grubszym i doniosłym głosem. Czy to coś dało? Może odrobinę, ale na pewno raźniej było jej z nim niż bez niego aktualnie, przynajmniej na moment do póki nie spalaszuje swoich dobroci.
Thalia Rosenhall