-
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitaktyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bo tam gdzie ona z jednej strony miała jego i tę chwilę szaleństwa w jego ramionach, to jak na nią patrzyły te jego zielone oczy, i to jak jego usta układały się w sei bellissima, to jak jego palce sunęły po jej gorącej skórze z uwielbieniem, a z drugiej... to przecież była jej rodzina. Mąż, córka i tych dwóch chłopców, którzy biegali po ogrodzie z piłką. Bowen nie miał takich wyborów. On po prostu mógł sobie pozwolić w to wejść, niczego nie ryzykując, no może jedynie ten związek z Aurelią, który i tak nie był za poważny. A przynajmniej z jego punktu widzenia.
Chociaż wciąż patrzył na Lię tymi oczami zauroczonego szczeniaka, wciąż lgnął do niej i traktował ją trochę jak księżniczkę, którą ona przy nim była przecież zawsze.
Mniej było w niej ognia niż w jej matce, więcej tej słodyczy. Ogień, czy słodycz, ciężki wybór.
I dzisiaj na boisku też pokazywała przed ojcem tą swoją słodką stronę, a Maria pokazała, że wychowała się na barcelońskim podwórku, ale to nawet dobrze, bo Bowen wychował się na sycylijskim, w Palermo, gdzie słońce grzało karki i piekło policzki, a pomarańcze smakowały wybornie, latem. Gdzie ulice kurzyły się, kiedy kopali tam piłkę z chłopakami i krzyczeli w głos.
Donnie zawsze był ciekawy świata, i kiedy już Palermo nie miało przed nim tajemnic, to wyruszył dalej. Wiele tych piłek przekopał w swoim życiu, w różnych zakątkach świata. A później trafił do Toronto i kiedy on myślał, że to tylko chwilka, że zaraz ruszy dalej, to jednak...
Zatrzymał się na dłużej, ale przecież nie spodziewał się nigdy, że któregoś dnia, wyląduje w takim ładnym ogródku ze swoją dziewczyną, z jej mamą, która do tego zawróci mu w głowie. I będzie szła do niego jeden na jeden z piłką przy nodze.
Nigdy by się czegoś takiego nie spodziewał.
A tego, że dostał w łeb tym bardziej. Maria powaliła go już wcześniej, w tym klubie, w pokoju numer trzynaście rozłożyła na łopatki, a teraz jeszcze doprawiła to wszystko... piłką. Na chwilę go nawet zamroczyło, Aurelia coś nad nim panikowała, ale Bowen już się podniósł do siadu i tylko powiódł spojrzeniem za Panią Perez.
Powalająca. I jak on miał być w nią nie zapatrzony? Nie zauroczony, do tego stopnia, że kiedy wszyscy krzątali się pod jej dyktando, to on tylko patrzył. Zakochany szczeniak.
Nie za bardzo łapał to co się działo dookoła, bo jeszcze trochę kręciło mu się w głowie, jeszcze zbierał myśli, kiedy Maria rozstawiała wszystkich po kątach.
- Ale kopniak... Zawrócił mi w głowie - rzucił kręcąc głową i zbierając się z ziemi, wytrzepał się trochę z piasku, ale nie zauważył wcale, że krew mu puściła, chociaż na słowa Marii zaraz sięgnął do nosa, rozmazał tylko krew na policzku, po czym ścisnął oba płatki nosa - ogarnę to - mruknął przez nos i skierował się do kuchni. Koszulkę też już miał brudną, a na kuchennym blacie, koło zlewu, zrobił kilka kropek. Jedną ręką przyciskał ręcznik do nosa odchylając do tyłu głowę, drugą wytarł krew z blatu, a zaraz starał się wyczyścić swoją koszulkę, na marne, więc w pierwszej chwili nie zauważył, że Maria do niego dołączyła. Dopiero kiedy usłyszał trzaśnięcie drzwi od lodówki, to się odwrócił, usiadł na jakimś wysokim stołku przy kuchennej wyspie. A kiedy Pani Perez do niego podeszła, to utkwił w niej zielone spojrzenie, którym zaraz zezował, kiedy sięgnęła do jego czoła. Trzymał, tak jak mu kazała, a drugą ręką wciąż papierowy ręcznik, i jak on teraz miał do niej sięgnąć? Kiedy stała tak blisko...
Chciał.
A kiedy Maria zrobiła krok do tyłu, to on zahaczył ją nogą zatrzymując przy sobie. Trampkiem o jej łydkę.
- Poczekaj... - odłożył na blat obok zakrwawiony papier i może zatamował krwawienie, ale twarz miał całą wymazaną i koszulkę też - chciałaś mi nabić guza, czy jednak poprzestawiać jakieś klepki, żebym przestał o tobie myśleć? Bo jeśli tak, to nic to nie dało... Jest jeszcze gorzej - sięgnął do niej ręką, jego palce przesunęły się po jej przedramieniu - spotkaj się ze mną jeszcze raz, Aurelia i twój mąż nie będą o niczym wiedzieć - chyba jednak ten cios sprawił tylko tyle, że Donnie postanowił nie odpuszczać. Nie tak łatwo - ostatni raz, Mario - zielone spojrzenie utkwił w jej pięknych, ciemnych oczach. I czekał... aż mu to obieca.
Nie zraziła go ta piłka, ani nawet to co powiedziała mu wcześniej, bo Donnie miał w sobie coś takiego, że rzadko się poddawał, szedł na przód, i brał życie garściami, tego nauczyło go Palermo, a może ta tułaczka po świecie? I to, i to pewnie.
promettimi questo Mario ✿˚ ༘ ⋆。♡˚
-
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ona miała do stracenia absolutnie wszystko.
Całe swoje życie.
Wtedy w kuchni, gdy wybuchła ze złości jej myśli krążyły wokół jej relacji z Aurelią. To nie była kwestia Rafaela, bo z mężem miała swoje do wyjaśnienia już od dawna, a on sam jako pierwszy znalazł ukojenie w ramionach innej i szukał go raz po raz w coraz to nowszych. I to nie tak, że o męża nie dbała, ale teraz jej głównym zmartwieniem była Aurelia. Gdyby dowiedziała co wtedy zrobili… przecież Maria straciłaby jej zaufanie bezpowrotnie. Jego bezczelna beztroska i zuchwałość budziły w niej wściekłość, a choć sama była sobie winna to i tak musiała znaleźć upust dla tej złości. To, że odnalazła go akurat w zbyt mocnym kopnięciu było całkowicie przypadkowe, bo nie planowała go dosłownie powalić.
Strzelić kilka bramek? Owszem!
Wygrać na boisku? Z całą pewnością.
Sprawy potoczyły się inaczej, ale może to i dobrze. Domowy chaos dobrze jej zrobił, szybko poczuła się jak w swoim żywiole rozwiązując kolejne problemy i rozstawiając wszystkich po kątach. Emocje powoli opadały zarówno te na podwórku, ale też te kłębiące się w niej odkąd zobaczyła Donniego w swoim domu. Początkowy strach i poczucie winy zaczęły ustępować zupełnie nowej odsłonie… odsłonie pewnej siebie, dojrzałej kobiety, która przed momentem zaprowadziła porządek na podwórku wśród dzieci i męża, a teraz z tym samym spokojem zamierzała ogarnąć chaos w kuchni.
Donnie był chaosem.
Kto by pomyślał, że ten jeden kopniak który jemu jeszcze bardziej zawrócił w głowie, tak jej pomoże? A jednak teraz przestała strzępić nerwy. Jego upartość i zuchwałość nawet ją nieco rozbawiły i choć głośno by tego nie przyznała, to też schlebiało jej jego zainteresowanie. Przez krótką chwilę, kiedy byli w kuchni sami odsunęła na bok strach.
Kiedy zahaczył ja noga o łydkę przyciągając ku sobie, na ułamek sekundy straciła równowagę. Nie odsunęła się jednak, a zamiast tego oparła dłoń na jego udzie, by się nie wywrócić. Nie wycofała się, nie odsunęła. Dłoń też pozostawiła na miejscu, bo przecież teraz i tak nie był w stanie dostrzec tego gestu z ogrodu. Przyglądała się mu, kiedy mówił… kiedy prosił i gdy czekał na odpowiedź.
Ostatni raz, Mario.
Zaśmiała się lekko i pokiwała głową z niedowierzaniem.
— Ostatni raz? — powtórzyła cicho przesuwając lekko dłoń prowokująco w górę uda spoglądając w te jego zielone rozbiegane ślepia. — Donnie… nie wiem o czym mówisz, będziemy się teraz widywać… dość często — zaczęła, bo czy nie obśmiał się gdy wspomniała o zerwaniu? — Przecież będziesz regularnie odwiedzał Aurelię, prawda? Może wpadniesz czasem na rodzinny obiad — dodała wbijając w niego wzrok pełen rozbawienia. — Obiecuję, że nie będę kopać zbyt mocno następnym razem — zapewniła nagle odrywając dłoń od jego nogi, bo skoro on mógł być tak bezczelnie pewny siebie, to czemu ona nie miała zagrać w tę grę? — A teraz obiecuję naprawić wyrządzone szkody, ale musisz dać mi swoją koszulkę — oznajmiła wycofując się o krok i zerkając znacząco na plamy, jakie pozostawiła po sobie krew. — No zdejmuj póki krew jest świeża — ponagliła, a gdy faktycznie zajął się jej ściągnięciem ona z nieskrywaną satysfakcją obserwowała każdy jego ruch gdy unosił materiał do góry odsłaniając swoje wyrzeźbione ciało. Po wszystkim wzięła od niego koszulkę, przewróciła na lewą stronę i odwróciła się do zlewu, by zalać plamy lodowatą wodą wypłukując krew. Po wszystkim rozłożyła materiał na blacie i zasypała go solą kuchenną. Z szuflady wyciągnęła suchą ścierkę i ją też namoczyła w zimnej wodzie ponownie obracając się w jego stronę.
Podeszła bliżej.
Zbyt blisko.
Bez uprzedzenia zaczęła ścierać zaschniętą krew z jego twarzy powolnymi i precyzyjnymi ruchami. Nie mówiła nic. Co zresztą miałaby powiedzieć? Złożyć obietnicę, której spełnić nie mogła, a już na pewno nie powinna? Bez sensu… Milczała więc ścierając resztki krwi z jego policzka i okolic nosa, by na koniec trochę jakby od niechcenia przesunąć kciukiem po jego dolnej wardze… uśmiechając się lekko na samo wspomnienie tego jak smakowały.
Co jej zostało, jeśli nie wspomnienia?
Tyle mogła zachować w pamięci…
…i to by było na tyle, bo dokładnie w tym momencie od kuchni wtargnęła Aurelia.
To był nienaganny refleks, szybki ruch. Wcisnęła mokrą ścierkę w ręce Donniego odsuwając się o krok i zerkając w stronę córki. — Będzie żył, jest cały twój — obwieściła ciepło słodko się przy tym uśmiechając. — A ty następnym razem nie odchylaj głowy do tyłu, zawsze tylko w przód i zimny okład na kark — poleciła zerkając jeszcze raz na półnagiego Bowena, po czym znów zwróciła się do Lii. — Kochanie daj mu z szafy jakąś koszulkę, bo musieliśmy zaprać plamy — wyjaśniła, ale na szczęście w korytarzu mieli sporo uniwersalnych koszulek jeśli nie z meczów chłopaków to jakieś koncertowe też. Nie były przypisane do nikogo, bo akurat w tych to każdy czasem chodził. Nawet Maria.
Widząc jak córka podchodzi do chłopaka Maria taktownie się wycofała, w końcu i tak nie dałaby mu żadnej odpowiedzi, a prawdę mówiąc i tak nie zamierzała… bo jak on to sobie wyobrażał?
Jej pragnienia przegrywały w starciu z córką.
Musiała odpuścić.
Te prometo verte seguido, Donnie, solo ven de visita. ₊˚⊹ᰔ
-
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitaktyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z tym swoim nie wiem do końca czego chcę, z luźnym podejściem do wszelkich relacji i ucieczkami, które miał gdzieś tam we krwi. Bo kiedy robiło się poważniej, to Bowen pakował plecak i znikał. I może z tej relacji z Aurelią też już powinien się wycofywać?
Może by nawet to zrobił? Przy kolejnym spotkaniu stwierdził, że to jednak nie to, że jest zbyt... poważnie?
Ale jak, kiedy teraz stała przed nim matka Aurelii, która zawróciła mu w głowie, w jakiś inny sposób, poważniejszy. Jakby to nie była kolejna przygoda, która potrwa w porywach kilka tygodni... Bo ona mu nawet tego nie chciała dać. Z takiego założenia wychodził Donnie, więc kiedy zaczepił ją nogą, kiedy jej ręka wylądowała na jego udzie, a ona nie odsunęła się, a potem doprawiła to wszystko tym ostatni raz?, to uniósł brew. Bo w co ona z nim grała?
Ale zaraz okazało się w co, aż odchylił do tyłu głowę kręcąc nią, a zaraz zielone spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy, odszukało jej ciemne, piękne oczy. A noga mu drgnęła pod jej dotykiem.
- Ale przecież nie o to mi chodzi - wiedziała o co mu chodzi, a on wiedział, że ona wie. A jednak patrzyli sobie wyzywająco w oczy. A jednak żadne nie chciało ustąpić w tej grze zwanej... pożądaniem?
Tylko on nie pożądał jej córki, a ją.
- No chyba, że kręci cię ta cała gra pozorów - poprawił się na krześle tak, że kiedy na moment się podniósł to w nią wlazł, jak wtedy w klubie, nieostrożny Donnie - ale jeśli nie, to zerwę z Aurelią i... możemy się spotykać - no tak, dla niego to było takie proste, ale tak było. Donnie tu nic nie tracił. Bo on przecież nie umiał się angażować. A z Marią chciał? O co mu właściwie chodziło? - a gryźć i drapać? - od razu pytał na te jej słowa, że następnym razem nie będzie mocno kopać, gdzieś na szyi jeszcze miał ślad po jej paznokciach, już blady i ledwie widoczny - powtórzmy to - zaproponował, a kiedy zabierała rękę, to on sięgnął, żeby ją za nią złapać, zacisnąć palce na jej nadgarstku i zatrzymać ją w miejscu. Nabrał w płuca powietrze, a na języku już układał to słowo.
Proszę...
Ale Maria już nawijała o jego koszulce, a Donnie spuścił spojrzenie na plamy, rozproszył się i puścił jej rękę. A ona wykorzystała to, wycofując się.
Tylko czy na pewno? Skoro zaraz kazała mu ściągać z siebie koszulkę. W pierwszym odruchu Donnie ściągnął do siebie brwi, a w drugim już przerzucał przez głowę koszulkę ściągając ją z siebie, bez żadnego skrępowania. Wręcz przeciwnie jego spojrzenie było jakieś wyzywające.
- O to ci chodziło od samego początku? Żeby mnie powalić, zamroczyć, rozebrać i... - i już miał powiedzieć co jeszcze, ale Maria wtedy podeszła do niego i dotknęła jego twarzy zimną, namoczoną ściereczką, a Donnie jakoś się wzdrygnął, bo skórę miał już rozgrzaną, od tego jak gorąca krew pulsowała w żyłach, kiedy tylko myślał o niej, i o tym co robili w pokoju numer trzynaście - zimne... - mruknął, a swoje ciepłe palce wsparł na jej przedramieniu, przesunął nimi do jej dłoni - myślałaś o mnie? - Donnie to był czasem jak takie dziecko. Gadał, dużo, pytał, a teraz jeszcze wpatrywał się w nią tymi zielonymi ślepiami, kiedy sunęła mokrą ściereczką po jego twarzy, opierając miękko palce na jej dłoni, a gdy musnęła kciukiem jego dolną wargę, to się do nie wyrwał, szarpnął, i tymi wargami złożył przelotny pocałunek na jej dłoni.
Chciał więcej, i mogła to widzieć w jego oczach, całych zawiedzionych, kiedy do kuchni weszła Aurelia. Oparł się łokciami o zimny blat i przesunął mokrą, chłodną ściereczką po szyi, żeby trochę ostudzić swój zapał. Na niewiele to się zdało.
Spojrzał jeszcze za Marią i skinął głową.
- Yhm… Dziękuję Pani Perez - rzucił jakimś takim dziwnym tonem, chociaż zaraz się uśmiechnął, żeby Lia nie wyczuła, kiedy już podeszła do niego i kiedy mierzwiła mu włosy, przytulając się do niego. Coś już mu nawijała, że dobrze, że nic mu nie jest, bo wyglądało to poważnie, ale Donnie jej nie słuchał, bo spojrzeniem śledził Marię, która wróciła do ogrodu.
Aurelia dała mu koszulkę Messiego, w której też wyglądał dobrze, a zaraz wszyscy, cała szczęśliwa rodzinka, siedzieli przy stole w ogrodzie, tylko Rafael stał przy grillu pilnując mięsa. Aurelia wisiała na ramieniu Donniego i szczebiotała mu na ucho, że sama wyciskała lemoniadę, czy coś, a on znowu się zagapił na Marię, która zadzierała do góry głowę, żeby spojrzeć na swojego męża, gdy za nią stanął.
- Co robisz Donnie? Studiujesz coś? - zapytała Rafael opierając palce na ramieniu swojej kobiety. Bowen w pierwszej chwili się zawiesił, a zaraz zerknął na Aurelię, czy może mówić, ale przecież nie będzie tu zmyślał.
- Jestem fotografem, ale to bardziej taka sztuka uliczna, chociaż sprzedałem już kilka zdjęć, piszę też nekrologi do gazety - akurat Aurelia o wszystkim wiedziała, bo kiedyś jej nawet to pokazywał, swoje zdjęcia i nekrologi też.
- Takie o trupach? - wypalił Matteo, a Donnie się uśmiechnął i skinął głową.
- Ta... Takie, że żegna ukochana żona, pogrążona w smutku rodzina i bla bla bla - Aurelia zachichotała i założyła mu włosy za ucho.
- Można na tym zarobić? - zainteresował się Xavier, a Bowen pokiwał głową.
- Trochę, ale ludzie zawsze będą umierać, a niektórzy już za życia umierają dzień po dniu... - trochę mrocznie to zabrzmiało, ale przecież Donnie to właśnie też w pewnym sensie fascynował się śmiercią. Lubił jej motyw na zdjęciach. Jakiego takiego u-mie-ra-nia.
Sabes perfectamente a qué me refiero, Mario °❀⋆.ೃ࿔*:・
-
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W tej kuchni - tu i teraz z dala od ciekawskich spojrzeń - popłynęła za bardzo.
Nie powinna grać w tę grę, choć tak właściwie sama nie potrafiła określić w co sobie pogrywała. Zwyczajnie przepadła w tych zielonych oczach nie potrafiąc znaleźć odpowiedzi, choć wiedziała, że nie powinna, bo stawka była zbyt wysoka. Niebezpieczna wręcz… a z drugiej strony, teraz gdy się tak do niej wyrywał na tym krześle i prosił, nie potrafiła przestać. Przyciągał ją i tak bardzo… pociągał. I budził na nowo, przywoływał, znów tchnął życie w to uśpione od lat serce, a takich rzeczy się po prostu nie zapomina, prawda? I z rąk bez walki nie puszcza. Raz wprawił w drżenie tamtej nocy w pokoju z numerem trzynaście i za każdym razem wprawiał gdy o nim myślała, bo dios mío… myślała o nim nie raz!
I teraz miała go przed sobą, bezczelnie oferującego, że zerwie z Aurelią, byle tylko mogli się spotykać. Pytał o to gryźć i drapać, ujmował jej nadgarstek, a ona? Ona zamiast się wyrwać, dawała się temu zakazanemu przyciąganiu porwać.
Na chwilę tylko, choć na moment.
Powtórzymy to.
P o w i n n a odmówić.
Wypadało odmówić, prawda? Już wtedy w klubie wyznała mu przecież, że jej życie to jedna wielka powinność, a on dał jej wtedy cicha zgodę na to, by robiła co tylko chce i tak to się zaczęło. Gdyby poza nimi i poza tą kuchnią nie było nikogo, znów zrobiłaby to czego robić nie powinna.
To co chciała.
Jednak nie byli sami. — Co ci tak zależy? — zapytała, a ciekawość mieszała się z lekkim rozbawieniem, bo w zasadzie to nie rozumiała. Why me? Choć ona dobrze wiedziała dlaczego on. Wcale nie dlatego, że był młody i bezczelny, a dlatego, że tych pierwszych się nie zapomina, a to właśnie on pierwszy obudził po wielu latach barcelońską dziewczynę na zawsze odznaczając się w jej pamięci.
— Tylko o to — przytaknęła wyraźnie rozbawiona sunąc chłodną ścierką po jego rozgrzanym policzku. Bujda, wpierw to chciała go rozszarpać, później wolała zapaść się pod ziemię, a teraz gdy jej oczy zbyt długo zatrzymywały się na jego klatce mógł wiedzieć, czego pragnie.
Myślałaś o mnie?
Pochyliła się minimalnie w jego stronę zerkając na jego usta. — Często — przyznała wracając do jego oczu i nie odwracając wzroku, gdy składał pocałunek na jej dłoni. — Gdy byłam sama — dodała pochylając się w stronę jego ucha, by koniec końców wyszeptać. — I gdy nikt nie patrzył — odsunęła się przyglądając się czy wyłapuje każde podwójne dno jej wypowiedzi? Czy dociera do niego jak bardzo nieodpowiednie i jednocześnie przyjemne były to myśli.
I jak bardzo okrutne…
…względem Aurelii, która właśnie weszła do kuchni i sprowadziła ich na ziemię. Marię na pewno, nie była pewna co do Donniego, czy sprowadziła go na ziemię z taką łatwością jak matkę, ale wiedziała, że jeśli zostanie tutaj jeszcze chwilę to ten dom runie jakby był zbudowany z kart. Z trudem się nie zdradzała opowiadając o praniu i czystej koszulce, nie zerkając już w jego zawiedzione oczy uciekła z kuchni.
Powietrze w ogrodzie wcale nie było lżejsze, choć lekki wiatr sprowadzał ją na odrobinę ziemię. Zsunęła buty, by bosą stopą spróbować tego całego uziemiania, o którym tak ostatnio dyskutowali na tańcach, ale okazało się wielkim oszustwem, bo nie działało.
Istna rodzinna sielanka zapanowała na ich tarasie, gdy zasiedli wszyscy do stołu. Aurelia wisiała na ramieniu Donniego szczebiocząc mu coś o lemoniadzie, Mateo wyjadał słodsze przysmaki, a Xavier mu je dla żartu podbierał. Rozsiadła się zadzierając głowę do góry, by zerknąć na męża, który teraz ułożył swoje dłonie na jej ramionach. Była spięta, co z łatwością mógł wyczuć pod swoim dotykiem, znali się bowiem nie od dziś. Na szczęście miał na to swoje sposoby, dobrze wiedząc gdzie wbić mocniej palec, a gdzie dłużej przesunąć ręką. Odchyliła nieco głowę z bok, czując jak delikatnie luzują się jej ramiona słuchając jednocześnie o fotografi i uśmiechając się pod nosem, gdy Mateo dał upust swojej trupiej fascynacji.
— Pokażesz nam kiedyś swoje zdjęcia? Chętnie zobaczymy, jak widzisz świat przez obiektyw — wtrąciła przerywając dziecięce przekomarzania. Mówiła to tak spokojnie, ciepło wręcz, choć pod stołem jej bosa stopa nerwowo trącała trawę raz po raz.
Chciała zobaczyć tamte zdjęcia.
Niektórzy już za życia umierają dzień po dniu... słysząc to uśmiechnęła się blado. — Trochę to depresyjne, Donnie — skomentowała nalewając sobie odrobinę lemoniady wyciśniętej przez Aurelię. Kwaśnej — taka właśnie powinna być, a jednak z nutą nieproszonej goryczy, pewnie za sprawą nieodrzuconych pestek. Przełknęła to, jak przełknąć musiała też fakt, że uwaga Donniego była zbyt trafna. Gdzieś głęboko pod skórą rozumiała te słowa lepiej, niż pozostali. Uderzył w czuły punkt.
— Ty słuchasz depresyjnych podcastów o morderstwach— rzucił Xavier. — No to gorsze niż nekrologi — dodał Mateo. — To nie to samo — skomentowała i zerknęła porozumiewawczo w górę na męża, a potem na wino. Potrzebowała czegoś więcej niż lemoniady.
— Przecież ciebie fascynuje śmierć — wtrącił ku jej zaskoczeniu Rafael wręczając jej kieliszek z winem, po czym zaczął zdejmować mięso z grilla, by w końcu mogli zasiąść do posiłku. — Nawet jesli to nie wiem czy śmierć to dobry temat na zapoznawanie się — broniła się, ale Rafael nie dawał za wygraną. — Przecież ledwo mnie poznałaś, a chciałaś mi pokazać rzeźbę El Bes de la Mort, która de facto jest nagrobkiem. Jakbym szedł twoim tokiem myślenia, to nasze zapoznawanie na tym by się skończyło, a tak to patrz, gdzie teraz jesteśmy — spojrzał na swoją rodzinę, a jej nie pozostawało nic tylko się uśmiechnąć i napić wina.
Próbowała spokojnie trwać w tej sielance i z pozoru zwykłej rozmowie, ale jej spojrzenie rwało się do niego w tych sekundach, gdy Lia zajmowała się nakładaniem mu posiłku, a Rafael grzebał coś jeszcze przy grillu. — Spodobałaby ci się… może — zagadała bez namysłu widząc, że xavier dostrzegł jej spojrzenie zawieszone na Donniem. — Przedstawia młodego człowieka, który pada w ramiona kostuchy, ale nie walczy. Śmierć całuje go czule — urwała wysuwając talerz w stronę męża. — Nałożysz mi? — wtrąciła jakby nigdy nic, bo nie będzie urządzać sobie pogawędki o pocałunkach z chłopakiem córki, prawda? — Czemu nigdy nas tam nie zabrałaś? — wtrącił Xavier. — Bo wolicie plażowanie jak już tam jesteśmy — a Barcelona miała o wiele więcej do zaoferowania. — Pojedźmy w tym roku — wtrącił bezmyślnie Rafael, a Aurelia mu zawtórowała klepiąc Donniego po ramieniu i mówiąc mu jakby to było wspaniale, gdyby poleciał razem z nimi. Jakby się opalali na plaży Mar Bella, jak mógłby smarować ją olejkiem do opalania po caaaałym ciele, jak graliby w siatkówkę na plaży, a wieczorami kąpali się nago w Morzu Śródziemnym. I już zaczynała szukać stroju na telefonie jaki sobie zamówiła, mówiąc jakby się nadał idealnie.
Te gustaría darte un vuelo a Barcelona?
-
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitaktyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Podobasz mi się... - zaczął - jesteś inna niż wszystkie dziewczyny, które znam... - bo była, bo Donnie zazwyczaj umawiał się równolatkami, albo ciut starszymi kobietami, a ich dzieliło zdecydowanie więcej... lat, bo on zaraz kontynuował - i wydaje mi się, że więcej nas łączy niż ci się wydaje - bo tak po prostu czuł. Kiedy patrzył w jej piękne, ciemne oczy. Kiedy opowiadała mu w klubie czym się zajmuje, a on jej o swoich zdjęciach, a ona go rozumiała.
Mogliby się rozumieć. A nie tak jak Aurelia, określałaby jego sztukę przez ilość serduszek, które ktoś dał mu pod zdjęciem na Instagramie.
Wydawało mu się, że mieli podobną wrażliwość.
Nawet teraz kiedy on ją zaczepiał, a ona uśmiechała się do niego delikatnie, tak jakoś ciepło, tak, że przysunął się do niej jeszcze bliżej, kiedy przesuwała mokrą szmatką po jego policzku, a zaraz pytał jej czy o nim myślała.
Często, wyrwał się do niej, do tej dłoni, którą musnął wargami, bo on też. Często. Nawet jak był z Aurelią.
Nabrał mocniej powietrze w płuca, bo jej słowa zadziałały na wyobraźnię.
Wciąż był jej sekretem, niegrzecznym i takim, który sprawił, że pokój numer trzynaście wypełniły jej jęki i jego imię, układające się na jej ustach, na których teraz zawiesił zielone tęczówki.
- I myślisz wtedy jak moje palce sunęły po twojej rozgrzanej skórze? - może Bowen jednak nie był taki najgorszy w gry słowne? Zdecydowanie gorzej szło mu odgrywanie ról - mogły by to robić znowu, i znowu... Nie musiałabyś sama... - ale wciąż jednak był tym młodym chłopakiem, który szybko się nakręcał.
Fiksował się na jej słowach, na jej spojrzeniu. Wyrwałby się do niej, gdyby nie przyszła Aurelia.
Powiódł za Marią tym zawiedzionym spojrzeniem, ale zaraz zajął się swoją dziewczyną. Bo już po chwili przecież siedział ze wszystkimi przy stole, jak jakiś doklejony członek rodziny. Niby uśmiechał się do Aurelii, a jednak jego zielone spojrzenie uciekało do Marii, do tego jak Rafael ją dotykał, była jego żoną przecież. Tutaj taką ułożoną, panią domu, a w Emptiness na parkiecie dziką barcelońską dziewczyną, która tańczyła salsę z taką pasją, że... można było się w niej zakochać.
- Pewnie, wezmę następnym razem aparat - uśmiechnął się do Marii. Jej trzynaście zdjęć, mógłby je jej pokazać, w pokoju numer trzynaście, albo... - właściwie to mieszkam tutaj w okolicy, na końcu ulicy, pod siódemką - Aurelia wiedziała, bo przecież przychodziła do niego czasem, ale jej mama nie. A co ten Donnie sugerował? Że też mogłaby wpaść?
Zaraz nawijał o tej swojej drugiej pasji, zaraz koło fotografii.
Śmierć.
A kiedy Maria uznała, że to depresyjne, to utkwił w niej zielone spojrzenie - ja jestem trochę depresyjny, lubię motyw śmierci w sztuce i... - i może powiedziałby coś jeszcze, ale wtedy Xavier wtrącił, że jego mama słucha depresyjnych podcastów o morderstwach, a Donnie się uśmiechnął, do Marii. Bo może rzeczywiście więcej ich łączyło niż im się wydawało?
Słuchał wymiany zdań Rafaela i jego żony. Rzeźbę El Bes de la Mort.
- Byłem w Barcelonie, ale widziałem ją tylko na zdjęciach, jakoś nie było okazji - bo Donnie dużo podróżował, ale szybko. Czasami po prostu nie miał czasu, żeby się gdzieś zatrzymać, czy wypuścić, bo już siedział w pociągu, albo samolocie i gnał dalej. A później żałował, bo... - na pewno by mi się spodobała, robi wrażenie - jego zielone oczy zatrzymały się na twarzy Marii, jakby tym spojrzeniem chciał jej powiedzieć jak ty.
Śmierć całuje go czule - chyba zbyt intensywnie patrzył na jej usta, kiedy wypowiadała to zdanie, bo Aurelia go zaczepiła. Zaraz nakładała mu na talerz jakąś sałatkę, a Donnie się do niej uśmiechnął, a po chwili już podłapała pomysł jej ojca i nawijała o wizycie w Barcelonie. Bowen tylko zerknął na Marię.
Powinien się wykręcić.
No przecież powinien.
- W sumie, dawno nie byłem na takiej wyprawie, zasiedziałem się trochę w Kanadzie - stwierdził.
Tylko, że teraz to kolejny powód, żeby jednak dłużej zabawić w Toronto siedział na przeciwko niego przy stole. Nie obok.
- Poszukam jakiś tanich biletów, czasem można dorwać naprawdę dobre ceny - bo akurat Donnie był w tym dobry, w przeciwieństwie do Rafaela, to on tak dobrze nie zarabiał na swoich nekrologach i zdjęciach.
Ale miał inne zalety i zaraz Aurelia nawijała mu na ucho, co mogliby robić na plaży, a on sobie myślał, co by mógł z jej matką.
Powinien mieć z tego powodu wyrzuty sumienia?
Może tak, ale nie miał. I bez takich wyrzutów spojrzał znowu na Marię - moglibyśmy zobaczyć ten Pocałunek Śmierci - nie to, że Bowen myślał teraz o innych pocałunkach. Aurelia chyba też, bo zaraz jęknęła, że ona nie lubi takich makabrycznych rzeczy, a w Barcelonie jest tyle rzeczy do roboty - bo ty lubisz tylko słodkie - zaśmiał się z niej Donnie, i chwilę przepychali się przy stoliku. Dzieciaki...
Szkoda, że ten jeden dzieciak, to już myślał tylko o tym, że tą makabryczną rzeźbę mógłby obejrzeć z Marią.
Podríamos ver juntos el beso de la muerte ˚˖𓍢ִ໋❀
-
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Podobasz mi się też…pomyślała, nie powiedziała.
Uśmiechnęła się tylko lekko, kącik jej ust ledwo drgnął do góry, kiedy na moment zatracała się w zieleni jego oczu. Jakby chciała tam znaleźć to co ich łączy. To więcej o którym jej teraz mówił z takim przekonaniem.
I gdy tak stała przy nim niebezpiecznie blisko, a jego usta delikatnie musnęły jej dłoń, czuła jak traci pewny grunt pod nogami. A kiedy pytał czy myślała o nim, nie potrafiła przecież skłamać. Myślała. Zbyt często, zbyt przyjemnie.
I myślisz wtedy jak moje palce sunęły po twojej rozgrzanej skórze?
Przytaknęła nie odwracając wzroku. Znów czuła to ciepło pod skórą, ten żar co rozchodzi się po całym ciele, rozgrzewa, wyrywa się by spalić, strawić wszystko co w jego zasięgu. Mogłyby to robić znowu i znowu, a ona by nie protestowała, bo tak jak i on szybko się fiksowała — na nim. Na tym jak szybko się nakręcał, na tym jak rwał się do niej, jak jej pragnął.
Lecz gdzieś pomiędzy jednym zgubnym pragnieniem, a drugim łapała się na tym, że też chciała go poznać. Dowiedzieć się kim jest ten bezczelny chłopak i czy faktycznie coś ich łączy. Coś więcej niż ta ukryta namiętność rozbudzona w klubie, ta dzikość, która po latach uśpienia wróciła przez niego. Dla niego, Donniego. Bezczelnego chłopaka o zielonych oczach, wpatrzonych w nią tak błagalne, a chwilę później już tak boleśnie zwiedzionych.
Rodzinny teatrzyk należało kontynuować i była przekonana, że całkiem nieźle im to szło biorąc pod uwagę wcześniejsze kuchenne rewelacje. Wciąż czuła ciepły prąd pod skórą, gdy próbowała zebrać myśli, by być tą poukładaną panią domu. I gdy tak próbowała on swobodnie rzucił, że mieszka parę kroków stąd, na końcu ulicy, pod siódemką. Prawie zakrztusiła się winem, ta wiedza była
A potem nagle z sąsiedztwa przenieśli się do Barcelony. — Byłeś w Barcelonie? — zaciekawiło ją to. — Podobało ci się? — Co robił? Co zobaczył? Ne zdawała sobie sprawy z tego, że żył szybko, gnał przed siebie, pewnych rzeczy być może nie dostrzegał, a Barcelona była warta… zwolnienia.
Jak ona.
Nim się obejrzała Donnie deklarował, że poszuka tanich biletów, Aurelia przeglądała wcale nie tanie stroje kąpielowe matchy matchy dla siebie i Donniego, a Rafael zagadywał, że będą musieli wziąć mamie te kanadyjskie smakołyki, które sobie tak umiłowała. Xavier zdążył napisać smsy do kuzynostwa, że wpadną w te wakacje być może, a Mateo ekscytował się plażowaniem i lodami. Nagle zrobiło się po prostu głośno, ale jego propozycja wspólnego oglądnięcia Pocałunku Śmierci wcale jej nie umknęła. Aureli również, zaraz skrzywiła się na myśl o oglądaniu nagrobków. narzekając, że w Katalonii jest tyle innych, słodkich rzeczy do roboty, na co chłopak zaśmiał się i zaczął się z nią droczyć.
Dzieciaki.
Słodkie, beztroskie dzieciaki...
Tyle że ten jeden dzieciak patrzył na nią w sposób, który ze słodyczą niewiele miał wspólnego.
— Nikt cię słońce nie zmusi, będziesz mogła rzucić się w wir zakupów na targowiskach i kupić najsłodsze brzoskwinie, a gdy my skończymy zwiedzać poczęstujesz nas tym kruchym ciastem, które zawsze pieczesz z abuelitą jak już tam jesteśmy — zaproponowała posyłając córce krótkie spojrzenie, przenosząc je po chwili na Donniego.
Czy to ta obietnica kolejnego spotkania?
Żadnej gwarancji mu nie mogła dać, co jeśli znajdą się inni chętni podziwiania Pocałunku Śmierci.
A mimo to, ta wizja w jej myślach układała się już niczym idealny scenariusz podróży… który składał się w jedną grzeszną całość. Rafael pilnujący Mateo, Xavier w towarzystwie kuzynostwa, Aurelia rozpływająca się na La Boqueria w żywiole zakupów i oni.
Oni sami.
Na moment odpłynęła myślami, a pod stołem jej bosa stopa przypadkiem zaczepiła o jego trampek.
Z zamyślenia wyrwał ją głos
Jednak na tajemnicach już się nie skupiali, bo Aurelia ciągle miała coś do powiedzenia w związku z wycieczką, a Mateo zadawał milion pytań o wczasy u dziadków i czy w końcu będzie mógł spać w pokoju z Xavierem, bo dziadek okrutnie chrapie. Javier podpytywał jeszcze o fotografię, jakby co najmniej się na tym znał, zeszli też na temat jego podróży, a Maria popijając wino niewiele jadła, więc wieczór na pewno zakończy szybciej w łóżku, próbując nie myśleć o Donniem, o tym, że ma go praktycznie na wyciągnięcie ręki i o wspólnych wakacjach, które właśnie sobie zaplanowali.
Teraz jednak znosiła kolejne puste talerze do kuchni i stojąc właśnie nad zlewem pełnym naczyń zastanawiała się co u licha właśnie strzeliło jej do głowy, by w to brnąć, skoro pierwotny plan jak go zobaczyła był taki, że miał zerwać z Aurelią i się tutaj więcej nie pokazywać.
Te mostraré el beso de la muerte