ODPOWIEDZ
21 y/o
For good luck!
155 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

„Dziwne stękanie się nagle rozlega
Czyżby to ktoś wspinał się?
Przez okno księżniczka dostrzega
Konia co rży, czy tam rżnie
To był koń na białym rycerzu
Na białym rycerzu był koń
To był koń na białym rycerzu
Na białym rycerzu był koń”



To nie był jej świat. Nie jej bajka ani kredki, więc stojąc na palarni i krzywiąc się za każdym razem, gdy ktoś chuchał jej w twarz, nikotynową chmurą próbowała dodzwonić się do brata. Nerwowo przenosiła ciężar ciała z jednej nogi na drugą i czekała, aż Benji odbierze i uratuje ją z tej imprezy. Z ulgą odetchnęła, gdy po drugiej stronie rozległy się dźwięki świadczące o tym, że ktoś przyłożył urządzenie do ucha. - Benji. Ratuj mnie. Jestem w Fifth social club. Moja koleżanka próbuje mnie zeswatać ze swoim kolegą. Ciągle wyciąga mnie na parkiet i przyciska do siebie. Łazi za mną i próbuje mnie upić. Nogi mnie już bolą i chcę do łóżka... - na jednym wydechu zaczęła marudzić i po chwili umilkła słysząc w słuchawce ten głos... Dean... Mocniej zacisnęła palce na telefonie i zerknęła na ekran, czując jak serce wali jej w piersi. Wybrała przecież dobry numer...- Um... Ja... Możeesz przekazać... Proszę... - cała pewność siebie, jaką miała jeszcze przed chwilą, uleciała niczym powietrze z balonika. Nie czekając na żadną odpowiedź, próbowała nacisnąć czerwoną słuchawkę, żeby zakończyć to żenujące przedstawienie, ale jej palec zjechał z małej ikonki. Podskoczyła przestraszona, gdy poczuła ciężką dłoń na swoim ramieniu.
- Tu jesteś... Wszędzie cię szukałem. - przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz, gdy mężczyzna przyciągnął ją do siebie. Mdliło ją już od zapachu jego perfum i alkoholu, który wciąż jej podsuwał. Teraz nie było inaczej. Tyle, że tym razem chętnie przyjęła od niego szkło z jakimś kolorowym drinkiem, używając tego jako pretekstu do odsunięcia.
- Właśnie dzwonił mój brat. Rodzinny kryzys. Zaraz będzie po mnie... - pomachała telefonem, który wciąż miała w dłoni nie zauważając nawet, że połączenie dalej trwało. - Czyli mamy mało czasu? Sprawdzasz dziś maleńka moją cierpliwość. Udajesz taką niedostępną... - wypuściła z dłoni urządzenie, gdy tylko mężczyzna przycisnął ją do ściany i nachylił swoją twarz w jej stronę. Wmurowało ją. Nie wiedziała co powinna zrobić w takiej sytuacji. Powinna wylać na niego tego drinka? Wołać o pomoc? Czuła jak jej drobne ciało drżało z przerażenia, gdy tamten przejechał kciukiem po jej pełnej dolnej wardze. Chciał ją pocałować? Zgwałcić? Boziu…
- Ja muszę iść... - wymówiła cicho te słowa i odwróciła twarz w idealnym momencie. Poczuła jego mokre wargi na swoim policzku i delikatnie odepchnęła podrywacza korzystając z tego, że był zaskoczony. Schyliła się po telefon i szybkim krokiem ruszyła do środka klubu. Już po otwarciu drzwi uderzyła w nią głośna muzyka. Starała się w tłumie ludzi dojrzeć swoją koleżankę, która miała numerek do szatni, ale na próżno.
- Przepraszam. - przepychała się pomiędzy ludźmi do stolika, przy którym ostatnio siedziała z koleżanką. Pusto... Zerknęła na parkiet, na którym tańczyły pary, ale tutaj również nie dostrzegła znajomej sylwetki Olivii. W geście desperacji zaczęła się kierować w stronę kolejki do toalety, po drodze zostawiając drinka na jednym ze stolików. - Ciągle mi uciekasz. - pisnęła, gdy on znowu złapał ją w swoje ramiona.


Dean Vanberg
gall anonim
27 y/o
For good luck!
182 cm
właściciel studia tańca oraz instruktor MK Dance Studio
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Obecność Deana w domu Thallmanów nie była niczym szczególnym. Benjamin był jego najlepszym przyjacielem, a co za tym szło bywał u niego dość często, podobnie, jak ten swoimi buciorami właził do domu Vanberga. A raczej jego ciotki, niemniej kobieta bywała tam ostatnimi czasy tak rzadko, że chłopak zaczynał traktować posiadłość tak, jakby należała do niego. Podobnie zresztą pokój kumpla, w którym zawsze działo się tak wiele.
-Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że nagle znudziło ci się jaranie, co? - wywrócił oczami, zerkając na chłopaka znajdującego się obok siebie. Próbował przekonać go do skręta, który był idealną przerwą pomiędzy kolejnymi rozgrywkami na konsoli, jednak ten wyjątkowo się wzbraniał. Siłą go nie zmusi, bez zgody gospodarza nie miał też zamiaru smrodzić zielskiem, którego osobiście i u siebie nie jarał, kulturalnie nawiedzając ogród. Może i miał swobodę, ale szanował swoją ciocię i nie chciał jej gorszyć.
Machnął ręką na odczepnego, kiedy Benjamin stwierdził, że idzie się wykąpać. Rozczarowujące, że nie zaproponował mu towarzyszenia, a co za tym szło, oszczędności wody. Zabieg ten przecież przyczyniłby się do ochrony planety, jak i dostarczył im niebywałej przyjemności. O tym jednak Ben miał się nie przekonać, na własne życzenie.
Skupiając się na grze, w pierwszej chwili zignorował usilnie brzęczący telefon przyjaciela. Kto też tak się do niego dobijał, skoro nie miał dziewczyny. Ani chłopaka. Zaraz, czy Vanberg o czymś nie wiedział?
Niewiele myśląc, a już z pewnością nie o tym, że poniekąd prywatność Thallmana, odebrał chcąc poznać personalia osoby, której zależało aktualnie na obecności Benjamina.
-Clementine? - Przebił się przez wiązankę słów, jaką puściła. Skąd ta młoda miała tak pojemne płuca, żeby na jednym wydechu zaszczycić go kilkusekundowym monologiem.
Zmarszczył lekko brwi, kiedy dowiedział się, co co chodziło. Blondynka była młodszą siostrą jego najlepszego kumpla, a co za tym szło, Dean był za nią odpowiedzialny. Braterstwo z wyboru zobowiązywało.
- Jasne, zaraz mu przekażę. Tylko nigdzie się nie ruszaj - polecił jej, notując w umyśle miejsce, gdzie była. Nawet nie wnikał, czemu właściwie tam polazła, jak ledwo z pieluch wyrosła (na dobrą laskę, tak nawiasem), ale reprymendę zostawi jej prawdziwemu rodzeństwu.
Zorientowawszy się, że połączenie nie zostało zakończone, przysłuchiwał się rozmowie i głosowi jakiegoś napaleńca bez honoru. Aż wewnętrznie mu się flaki przewróciły, że jakiś skurwiel mógł dostawiać się co Clem. Niech tylko Vanberg go zobaczy, a buźkę ładnie poprzestawia. Zacisnął dłoń w pięść, odliczając do pięciu, tak na uspokojenie.
-Młoda? - rzucił do aparatu, nie doczekawszy się jednak odpowiedzi. Biorąc telefon ze sobą, zerwał się z fotela. Wiedząc, że Benjamin nie zdąży się ogarnąć, rzucił mu jedynie krótkie “wychodzę” i już go nie było. Nie miał zamiaru pozwolić, żeby Młodej coś się stało, a czas, który by zmarnowali na czekanie mógł przesądzić o wszystkim.
Udał się do domu i posadził swoje zgrabne cztery litery na motor, kierując się w stronę klubu. Wparował do środka niczym Terminator w mniejszej wersji, rozglądając się w poszukiwaniu znajomej blondynki. Przepchnął się przez tłum, pociągając z bara kilku pijanych kolesi. Nie miał na nich teraz czasu. Omiótł spojrzeniem salę, ostatecznie dostrzegając zgubę.
-Czy ty kurwa po ludzku nie rozumiesz, jak ci panna mówi, żebyś spierdalał? - zmarszczył brwi i nie bawiąc się w jakieś słowne łagodzenie sprawy, wymierzył mu solidnego sierpowego, czując na pięści opór jego twarzy. Poczuł się na tyle wzburzony, że niewiele go interesowało, poza bezpiecznym odstawieniem dziewczyny do domu.

Clementine Thallman
21 y/o
For good luck!
155 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Było to zaskakujące, jak człowiek łatwo ulegał fascynacji, wobec zagrożenia. Ona nie była wyjątkiem. Przez lata czytała o psychologii ofiar. Nigdy jednak nie przypuszczała, że sama znajdzie się w takiej sytuacji. Żadna jednak teoria nie była w stanie jej przygotować na ten moment. Czuła się bezradnie przy tamtym mężczyźnie, gdy coraz nachalniej próbował nagiąć ją do swojej woli. Przez myśl nawet jej przeszło, że bardzo dobrze, że nie upiła ani łyka z tamtego drinka, którego jej dał. Nie widziała procesu jego przygotowania, a wcześniej bardzo tego pilnowała. Bała się tego, że on zrobi jej krzywdę, a nikt nawet jej nie pomoże. Byli w klubie pełnym ludzi, ale ilość alkoholu, innych używek oraz głośna muzyka, idealnie tuszowała znamiona molestowania, którego doświadczała.
Ze łzami w oczach próbowała odepchnąć dłoń, która wodziła wzdłuż jej nagiego uda. Przeklinała w tej chwili własną głupotę, że skusiła się założyć tego dnia wysokie obcasy i króciutką sukienkę. No właśnie... Z całej siły wbiła obcas buta w stopę amanta, ale ten jedynie zacisnął boleśnie łapsko na jej udzie. Szarpnęła się, czując ból, ale był to raczej trzepot małego ptaszka w klatce niż realna możliwość ucieczki.
- Mój brat cię zabije! - o ile Dean mu przekazał wiadomość... O ile był w drodze... O ile ją znajdzie... Boże, skończy jak tamte dziewczyny, które odnajdywano po kilku dniach w rowie, a ich brutalna historia była zamknięta w kilku zdaniach na pierwszej stronie gazet.
Później wszystko działo się zbyt szybko, żeby była w stanie zarejestrować każdy ruch. Jednak, gdy tylko uścisk zelżał, zerwała się na równe nogi i potknęła, gdy tamten mężczyzna próbował ją złapać przez co straciła równowagę.
Instynktownie schowała się za plecami swojego brata, poprawiając sukienkę, która podjechała zbyt niebezpiecznie do góry. I dopiero, gdy podniosła swój wzrok na wybawiciela, to uświadomiła sobie, że to nie był Benji jak początkowo myślała. Dean... Pieprzony przyjaciel jej brata, który odebrał ten nieszczęsny telefon, przyjechał po nią...
Tamten próbował oddać... Wywiązała się krótka bójka pomiędzy mężczyznami, a ona stała z boku przerażona, niezdolna do jakiejkolwiek interwencji. Jednak, gdy kątem oka zauważyła zbliżającą się ochronę klubu, ujęła delikatnie ramię Deana, próbując zwrócić jego uwagę na siebie. - Dean... Proszę... - pociągnęła chłopaka w swoją stronę nie odwracając wzroku od zmasakrowanej twarzy podrywacza. Należało mu się. Wiedziona jakimś impulsem, nadepnęła na krocze typa, który jeszcze przed chwilą próbował ją dotykać. Sama była w szoku, że zdobyła się na taki gest, ale nie mieli teraz czasu na rozmyślania. Odciągnęła Deana na bok, żeby umknąć z miejsca zdarzenia. Prowadziła go przed siebie, trzymając jego dłoń delikatnie pomiędzy swoimi palcami. Nie myślała logicznie, gdy przy akompaniamencie męskich gwizdów wparowała do męskiej toalety. Kolejka do damskiej była zbyt duża, a tutaj... Cóż nie była jedyną kobietą w pomieszczeniu, biorąc pod uwagę jęki dochodzące z jednej z kabin.
- Jesteś ranny.. - nieśmiało ujęła dłoń chłopaka, żeby przyjrzeć się ranie na jego knykciach. Nasączyła sporą ilość papieru zimną wodą i zaczęła delikatnie przemywać skaleczenie. Starała się zająć umysł czymkolwiek. Tyle, że ciało ją zdradzało, jak bardzo była przerażona. - To moja wina.... - szloch wstrząsnął jej ciałem, a pierwsza łza popłynęła po jej policzku zatrzymując się na jego dłoni.

Dean Vanberg
gall anonim
27 y/o
For good luck!
182 cm
właściciel studia tańca oraz instruktor MK Dance Studio
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Jedno było pewne - z rodziną Deana się nie zadziera. Zwłaszcza tą, którą sam wybrał po tym, jak własna postanowiła się na niego wypiąć, zmuszając go do radzenia sobie w inny sposób. Ani jego ojciec, ani zmarła matka nie mieli większego znaczenia dla chłopaka. Wymazał ich, odcinając się od wszystkiego, co było z nimi związane. Ciocia, jak również przyjaciele byli osobami, które sam wrzucił do worka z napisem “nie tykać”. To zobowiązywało i dawało im pewność, że ze strony tancerza nie zaznają zdrady. Był spaczony, widział rzeczywistość trochę opacznie, wyznając własne zasady, niemniej lojalność była czymś szczególnym i nie podlegała negocjacjom.
Clementine, z racji, że była młodszą siostrą jego najlepszego przyjaciela, zyskała pakiet obrończy w postaci Vanberga, który nie miał najmniejszego zamiaru dopuścić do tego, by stała jej się jakaś krzywda. Nie miało znaczenia, czy będzie musiał się zetrzeć z jedną, czy kilkoma osobami. Po telefonie od dziewczyny był tak nabuzowany, że pięści same rwały się do walki.
Sposobność na ujście złości nadarzyła się dość szybko. Jedno spojrzenie w stronę blondynki, wyraz jej twarzy i te łapska na jej ciele. Czara została przelana i teraz sprzątać miał ten, kto był prowodyrem narastających negatywnych emocji.
Pierwszy cios posłany w stronę przeciwnika był dla niego niespodziewany. Zatoczył się lekko i chwilę zajęło mu zrozumienia, co się stało. To wystarczyło, by dać Clementine chwilę czasu na uwolnienie się od niego. Był rad, że postanowiła schować się za nim, znikając z pola ataku.
Bo na jednym ciosie Dean nie miał zamiaru skończyć. Jedno uderzenie nie było w stanie wyplenić zjebanych pomysłów rodzących się w głowach osób nachalnie zmuszających innych do obcowania ze sobą. Sam nie był święty, ale nigdy, po prostu nigdy nie próbował nikogo wykorzystać wbrew jego woli.
Adrenalina krążyła w jego ciele, popychając go do dalszych uderzeń. Przeciwnik, tuż po odzyskaniu panowania nad sobą, starał się bronić, samemu posyłając w stronę Deana ciosy, który je odparowywał. Stan nietrzeźwości drugiego mężczyzny działał na jego niekorzyść, dając Vanbergowi przewagę, której potrzebował. Po raz kolejny poczuł opór na knykciach, kiedy ręka zetknęła się z twarzą przeciwnika. Nie kontrolował się, chcąc zrobić mu największą krzywdę. Przynajmniej tym razem trafi do więzienia za coś, co faktycznie zrobił.
Zamroczyło go na chwilę, kiedy przez nieuwagę odsłonił głowę. Oberwał w policzek, aż przygryzł sobie zębami jego bok. Poczuł smak krwi w ustach, który zmieszał się z wrażeniem delikatnego uścisku w okolicach ramienia. Obrócił lekko głowę, zerkając na dziewczynę. Oddychał znacznie szybciej, niż powinien, nie potrafiąc się opanować.
Dał się odciągnąć od mężczyzny, który w znacznie gorszym stanie leżał na podłodze. Kto wie, może właśnie nieświadomie Clementine przyczyniła się do pozostania Deana na wolności.
-Wypierdalać - warknął do grupki kolesi w męskiej ubikacji, w której się znaleźli. Posłał im takie spojrzenie, że żadnemu na myśl nie przyszło, by oponować. A szkoda, miał w sobie jeszcze trochę adrenaliny zmieszanej z innymi emocjami; mógłby sobie ulżyć.
-Daj spokój, to nic takiego - powiedział jedynie, zerkając na dziewczynę, która była blada ze strachu. - Co ci kurwa strzeliło do łba, żeby tu przychodzić?! Benjamin wie? - rzucił po chwili, nie rozumiejąc. To się prosiło o kłopoty. Dzisiejszy świat, fakt, że nie była już dzieckiem, a pełnoprawną kobietą. Zbyt kruchą, żeby mogła się bronić.
Nie oponował, kiedy zajmowała się jego dłonią. Szczypało, ale ból był potwierdzeniem życia. Widząc jej łzy, jęknął w duchu. Nigdy nie umiał sobie z tym radzić, nie mając pojęcia co robiło się w takich chwilach. Każdej innej osobie powiedziałby, żeby skończyła się mazać, ale Clementine miała szczególne względy.
Śledził więc przezroczystą kroplę, która spływała wolno po jej policzku, kończąc tracę na dłoni.
Co się wtedy robiło?
Wyciągnął zdrową rękę, ocierając następną łzę.
-To wina tego kutasa. Jeszcze chwila, a pożegnałby się z możliwością używania go - skomentował. Nie chciał nawet myśleć, co by się stało, gdyby nie przyjechał na czas.

Clementine Thallman
21 y/o
For good luck!
155 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Jak na dziewczynę, która lubowała się w historiach o seryjnych mordercach strasznie emocjonalnie podeszła do widoku Deana, który zatracił się w przemocy. W ten swój niewinny sposób nie raz prawiła morały, że agresja nigdy nie była rozwiązaniem, ale tym razem sobie darowała wielkie przemówienia o słownym rozwiązywaniu problemów. Nawet ona wiedziała, że czasami nie dało się polubownie załatwić sprawy i trzeba było użyć siły, żeby pewne kwestie do kogoś dotarły. Nie spodziewała się, że Dean w takim stopniu wstawi się w jej obronie. Wręcz modliła się, żeby chociaż przekazał jej wiadomość Benowi, ale to... Jednocześnie w ten dziwny sposób jej to imponowało, a z drugiej strony miała wyrzuty sumienia, że wciągała w kłopoty przyjaciela brata.
Na sam ton jego głosu, sama była gotowa „wypierdalać” z pomieszczenia. Nawet zrobiła jeden mały krok w kierunku drzwi, ale nie mogła go w takim stanie zostawić. Nie po tym, jak on jej pomógł. Gdyby miała siłę, to zapewne wyszłaby na zewnątrz i przeprosiła każdego tego chłopaka, za nieuprzejmy styl bycia jej towarzysza, ale teraz nawet było jej to na rękę, że zostali sami. Szkoda tylko tej pary co nie miała możliwości zakończenia swojej intymnej chwili.
- Nic takiego? Ty krwawisz debilu. - zaczerpnęła powietrza do płuc i mocniej przycisnęła papier do jego rany. A już przez chwilę było jej go szkoda. Czar prysł, gdy tylko otworzył te pełne usta w jej stronę. - Czy moi bracia muszą o wszystkim wiedzieć? Już nie mogę wyjść z koleżanką na drinka? - obruszyła się, bo co jak co ale irytowało ją to, że Dean zawsze ją widział jako młodszą siostrzyczkę jego przyjaciela. Zachowanie Benjiego w jej stronę nie ułatwiało zmiany tego wizerunku, ale... Nie chciała, żeby Dean tak właśnie na nią patrzył. W jego oczach pragnęła być kobietą, którą się zdobywa i pragnie. Mocno to godziło jej ego, że akurat ze wszystkich mężczyzn na świecie, największy ruchacz pospolity w mieście patrzył na nią jak na małą dziewczynkę, która musi meldować się u rodziców.
Starała się obmyć jego knykcie z krwi, uparcie ignorując łzy, które spływały w dół. Zadrżała i uniosła swoje spojrzenie do góry, gdy poczuła jego dłoń na policzku. Otworzyła szerzej oczy na jego słowa. - Dlaczego? - wyszeptała wciąż jak zahipnotyzowana, wpatrując się w jego oczy. - Mogłeś go tylko odepchnąć. Dlaczego zareagowałeś aż tak? Czemu cię to rusza? Myślałam, że masz mnie gdzieś... - nie wiedziała jakiej odpowiedzi oczekuje po tych pytaniach. Jednak jej serce biło nierównomiernie szybko, gdy tak wpatrywali się w swoje oczy. Mimowolnie jej wzrok zjechał niżej. Wprost na jego usta. Zwilżyła koniuszkiem języka swoją dolną wargę i wstrzymała oddech. Co się z nią działo?
- Masz rozciętą wargę... Mogę? - niepewnie uniosła dłoń, żeby przyłożyć mokry skrawek papieru i do tej rany, ale się zawahała.
Clementine Thallman, czy ty chciałaś żeby on cię pocałował?
Głupia.

Dean Vanberg
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Fifth Social Club”