-
shooting star, straight through the heart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pomijając najważniejszą informację, że od jakiegoś czasu zaczął powoli tracić słuch w obu uszach, obecnie lewe ucho radziło sobie znacznie lepiej niż te prawe. Kiedy był zwrócony w stronę rozmówcy lub źródła dźwięku, słyszał niemal idealnie. Gdy jednak się odwracał, słowa zaczynały się rozmywać, a dźwięki stawały się coraz bardziej stłumione.
Kochał muzykę.
Kochał wypełniać swoje otoczenie dźwiękami i melodiami tworzonymi nie tylko przez ludzi, ale także przez zwierzęta, instrumenty i wszystko, co było częścią świata wokół niego. Sam grał na gitarze i śpiewał, a jego undergroundowy zespół indie rock The P!x3ls cieszył się coraz większą popularnością na torontońskiej scenie muzycznej. Kiedy usłyszał diagnozę i dowiedział się, że schorzenie jest nieodwracalne, załamał się. Nie powiedział o tym nikomu. Ani kumplom z zespołu, ani najbliższej mu osobie, starszemu bratu Albertowi, ani młodszej siostrze Clementine. Uznał, że skoro pozostało mu jeszcze trochę czasu, podczas którego będzie mógł cieszyć się dźwiękami, wykorzysta go na imprezy, alkohol i zapomnienie o wszystkim, co powoli zaczynało odbierać mu sens życia.
Tak więc, idąc teraz do sali 605, bo przecież właśnie taki numer usłyszał od dziekana, wparował do pomieszczenia przepełnionego ludźmi wyglądającymi, jakby szykowali się na pogrzeb, a nie zajęcia z kunsztu muzycznego. Żadnych kolorowych ubrań. Żadnych ciekawych fryzur. Żadnych oznak życia… Wszyscy wyglądali tak, jakby ktoś odebrał im ostatnie powody do szczęścia.Hm. Może coś się zmieniło od ostatniego razu, kiedy się tu pojawił. - Ahhh!!! Sorry za spóźnienie! Kontynuujcie! Proszę sobie nie przeszkadzać! - rzucił, niemal zbiegając po schodkach, z uśmiechem od ucha do ucha. Wykładowca wrócił do tłumaczenia czegoś, o czym Benjamin nie miał zielonego pojęcia, a on sam znalazł wolne miejsce obok blondwłosego chłopaka, który wyglądał tak, jakby od słów prowadzącego zależało całe jego życie. Awks. Rzucił plecak w jego stronę. Torba uderzyła o stopy przejętego studenta, jednak nie przejął się tym zbytnio. Upsi? Następnie rozsiadł się na krześle niemal w pozycji leżącej, szeroko rozstawiając nogi. Zerknął na chłopaka. - Ej, czy te zajęcia zawsze były tak kurewsko nudne? - Brzmiał szczerze przejęcie, bo od kiedy na zajęciach z muzyki mówiło się o kodeksie prawnym? Och, kurwa. Nie dosłyszał.
jakiś student?
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Dlatego Burreau na zajęcia uczelniane zjawiał się punktualnie, skupiając na nich całą uwagę, z zapałem chłonąc wiedzę przekazywaną przez bardziej doświadczone osoby. Nie zawsze zgadzał się przy tym z padającymi stwierdzeniami, jednak zamiast głośno wyrażać swoją opinię, nie chcąc niepotrzebnie przerywać monologu, ograniczał się do korygowania notatek, które spisywał ładnym, lekko pochyłym pismem w zeszytach. Laptop? Sprawdzał się na wyjazdach, ale Kieran był trochę staroświecki, lubiąc sunąć piórem po papierze, który wydawał wtedy cichy, uspokajający dźwięk.
Słuchał uważnie kolejnych zagadnień wykładanych przez profesora, co rusz zerkając na prezentację objaśniającą poszczególne paragrafy kodeksu karnego. Było tego sporo, ale jeśli ktoś poważnie myślał o pracy w zawodzie prawnika lub potrzebował prawa do innego zawodu, musiał się liczyć z tym, iż czekało go wchłonięcie każdej zapisanej tam literki.
Niespodziewanie drzwi sali wykładowej otworzyły się, przerywając ciszę panującą pomiędzy studentami. Wywołało to niemałe poruszenie, kiedy każdy z zainteresowaniem patrzył na chłopaka, który nijak nie pasował do otoczenia.
Pokręcił lekko głową, wracając do notowania. Nie rozumiał takich ludzi. Mieli sposobność by nabyć wiedzę, a podchodzili do tego z taką ignorancją. Nie zdawali sobie sprawy, że jeśli oni tu byli, to znaczy, że tym samym innej osobie odebrano możliwości. Powinni być wdzięczni, a nie pojawiać się z taką dzikością.
Wciągnął głośniej powietrze, kiedy coś uderzyło o jego nogę. Zerknął w dół - nowo przybyły rzucił plecak, który zatrzymał się na kończynie Kierana. Podniósł wzrok na chłopaka, wolno wodząc po jego twarzy, próbując odczytać jego emocje i zgadnąć, co mogło odpowiadać za takie podejście.
-To nie jest podrzędny bar, tylko sala wykładowa - powiedział cicho, komentując w ten sposób fakt, jak chłopak się rozsiadł. Daleko było temu miejscu do rynsztoka, który chyba nie był obcy towarzyszowi z przymusu.
Już wracał do pisania, kiedy padły kolejne słowa, zatrzymując jego rękę w połowie drogi do kartki.
-Czemu tu jesteś? Jeśli ci się nie podobają, możesz zmienić kierunek - zauważył, zerkając na niego. Nie rozumiał co w takim razie kierowało nim przy wyborze studiów. Nie każde zajęcia naszpikowane były barbarzyńskimi praktykami czy doświadczeniami, zarezerwowanymi głównie dla kierunków ścisłych.
benjamin thallman
-
shooting star, straight through the heart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Chłopak siedzący obok niego wyglądał, jakby urodził się z książką w ręku. Spięte ramiona, chłodny wyraz twarzy, wzrok wbity w notatki i to pióro w dłoni, na widok którego Benji parsknął cicho pod nosem. Chwilę później, kiedy już rozsiadł się pięknie i wygodnie na krześle, ten elegancik faktycznie się odezwał. Tylko że coś za cicho. Benjamin odchylił głowę, zmrużył oczy i przysunął się do niego zdecydowanie za blisko, przykładając dłoń do ucha i układając ją w półkole. - Jak chcesz coś powiedzieć, to mów wyraźniej, bo cię nieeee słyyszęęęę - przeciągnął specjalnie ostatnie słowa, żeby zrobić swój point i przy okazji troszkę poprzedrzeźniać chłoptasia. Będąc tak blisko, nie przepuścił sobie okazji, żeby zerknąć na jego notatki. Przejechał po nich wzrokiem szybko, ale uważnie, chłonąc każdą idealnie postawioną literkę. No dobra, musiał przyznać, że był pod wrażeniem. Wszystko wyglądało tak równo, jakby ten typ miał linijkę w nadgarstku... Poza tym Benjamin miał zajebiście dobrą pamięć. W końcu pisał teksty piosenek, śpiewał covery i potrafił zapamiętać całe setlisty po kilku próbach. Musiał pamiętać każdy tekst, który śpiewał, bo inaczej... no cóż. Przypał.
Oparł się z powrotem o siedzenie, komentując pod nosem nudę tych studiów, a chłopaczek znowu się odezwał. Feisty, pomyślał Benji, a kącik jego ust od razu drgnął ku górze. - Dostałem zlecenie od dziekana - oznajmił, całkiem poważnie - Chciał, żebym się upewnił, że przykładasz się do zajęć. - Uśmiechnął się szeroko, wyciągnął telefon i zaczął przewijać tiktok, co kilka filmików śmiejąc się cicho pod nosem. Po chwili westchnął głośno, odchylił głowę na oparcie i wbił wzrok w sufit, śpiewając pod nosem crazy town - butterfly - such a sexy, sexy pretty little thing... Fierce nipple pierce, you got me sprung with your tongue ring.
- Nudzę cię... panie? - Doniosły głos wykładowcy rozniósł się przez całą salę. Thallman zerknął na niego, po czym wstał, uderzając dłońmi o kolana. - Thallman. Benjamin Thallman - przedstawił się nonszalancko, posyłając mu zadziorny uśmieszek - Świetnie, panie Thallman. W takim razie może powie nam pan, o czym właśnie rozmawiamy? - Benji nawet nie mrugnął, przypominając sobie notatki blondyna. - O kodeksie karnym w Kanadzie, a mianowicie o sekcji 21 Criminal Code, czyli o stronach przestępstwa. O tym, że osoba może ponosić odpowiedzialność nie tylko wtedy, kiedy sama popełnia czyn, ale też wtedy, kiedy pomaga, nakłania albo współdziała przy jego popełnieniu - odparł pewny siebie - Po prostu czekam na coś ciekawszego. Będę już grzeczny, obiecuję. - Zasalutował dwoma palcami i usiadł z powrotem. Wykładowca przez moment patrzył na niego z szokiem lecz po chwili dodał - Dobrze. Wracając... - Odkaszlnął i znów skierował uwagę na resztę sali. Benjamin odczekał może trzy sekundy, po czym przekręcił głowę w stronę chłopaka siedzącego obok i wyszeptał, - Dzięki za pomoc. Ładnie piszesz, kujonku.
kujonek
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nie drgnął, kiedy ten się do niego przysunął. Nie spuścił z niego jasnoniebieskiego spojrzenie, zamiast tego pozwalając sobie na szczegółową analizę. Do jakich wniosków doszedł? Nieznajomy był mniej więcej w jego wieku, chociaż poza tym nie było większych podobieństw. Miał na swojej twarzy pewną dzikość, może roztrzepanie. Tu Burreau musiałby się bardziej zastanowić, a nie miał na to czasu na ciągle trwających zajęciach.
-Prowadzenie teraz konwersacji jest co najmniej nie na miejscu i pozbawione szacunku do wykładowcy - zaznaczył, a jego ręka po raz kolejny zapisała zdanie, które zasługiwało na zapamiętanie. Wiele informacji znajdowało się w książkach, ale pewne uwagi i wtrącenia starszego mężczyzny były przekazem doświadczenia, które zdobył przez wieloletni staż jako adwokat.
Tym razem popatrzył na niego z lekką konsternacją. Nie powinien mu wierzyć, tak podpowiadała mu intuicja, a tej należało słuchać. Tak zawsze mawiał jego ojciec.
-Jestem ostatnią osobą, którą dziekan musiałby sprawdzać i dobrze o tym wie - odpowiedział. Nie było w jego głosie nuty narcyzmu. Nie mówił tego z wyższością, ani nie starał się udowadniać, jaki to nie jest wspaniały. Ot, zwyczajne stwierdzenie, zdanie wypowiedziane z lekkością, jakby zakomunikował, że właśnie zaczęło padać. Znał swoją wartość, wiedział, że się stara, ale nie sądził by był mistrzem. Jeszcze nie.
-Opanuj się, dobrze? Przeszkadzasz innym, którzy chcą studiować i wynieść coś z wykładów - rzucił i tym razem w jego głosie dało się dosłyszeć drżącą nutę irytacji, która z wolna wkradała się w jego ciało. Ciężko było go wytrącić z równowagi, ale to co robił chłopak zwyczajnie odbierało mu możliwość pełnego skupienia się na wykładzie, dodatkowo ściągając na niego uwagę siedzących najbliżej osób, jak również samego wykładowcy, który nie mógł zignorować zachowania nieznajomego, który ostatecznie podał swoje imię.
Benjamin Thallman, zakodował w myślach, jakby miało mu się to później przydać.
-Mógłbyś nie wykorzystywać mojej pracy do swoich celów? To oszustwo, a to zawsze grozi konsekwencjami - skomentował, kiedy ten pokusił się o posłużenie jego notatkami. Nie mógł wiedzieć tego, co powiedział, nie było go jeszcze wtedy w sali, kiedy nauczyciel zaczął temat. - Dziękuję. Wieloletnia praktyka, lubię pisać piórem. A teraz wróćmy do słuchania, dobrze. Jak nie masz zeszytu mogę pożyczyć ci kartkę - zaoferował zupełnie, nie wiedząc nawet dlaczego wdaje się z nim w dalsze rozmowy. Odczuwał wewnętrzną potrzebę odpowiadania, co było sprzeczne z jego zasadami. Może kiedy tylko Benjamin skupi się na notowaniu, da spokój zarówno Kieranowi, jak i reszcie sali wykładowej, pozwalając dotrwać im w niezmąconej atmosferze do końca.
benjamin thallman
-
shooting star, straight through the heart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Anyways.
Jakiekolwiek podporządkowanie nigdy nie było w jego stylu. Tym bardziej nie robiło na nim wrażenia, gdy ktoś siedział pilniutko na krześle, jakby miał kijek w dupce, tylko po to, żeby idealnie rozpisać notatki, bo inaczej, ojoj, mogłoby się okazać, że może jednak nie jest aż tak perfekcyjny, jak mu się wydawało. Taki właśnie wydawał mu się blondwłosy chłopak siedzący obok. Patrzył na Benjiego, jakby ten był co najmniej jakąś zarazą. Przez myśl przemknęło mu nawet, czy nie powinien na niego kaszlnąć. Tak po prostu. Żeby zobaczyć, czy tamten podskoczy na miejscu i nie krzyknie 'zarazki!'. Rozbawiony samą wizją, przykrył usta dłonią i zaśmiał się pod nosem. Kulturalnie, rzecz jasna. Jezu, ale ten pupilek był rozgadany. Benji mrugnął kilka razy, przyglądając się chłopakowi, kiedy ten serwował mu kolejny wykład z zachowania. - Skarbie, ja nawet siebie nie szanuję, a miałbym kogoś innego? - przewrócił oczami, po czym rozejrzał się po sali, jakby szukał miejsca przy kimś, kto wyglądał chociaż odrobinę bardziej interesująco. Dziewica. Kolejna dziewica. O, z tamtym się przespałem. Nudny. Nudna. Ugh. Westchnął głośno i obrócił się na krześle niczym naburmuszone dziecko, odpowiadając, że przyszedł tu na zlecenie dziekana. Niestety, blondyn najwyraźniej tego nie łyknął. Upsi. - No tak, jesteście blisko z dziekanem. Zapomniałem - uniósł obie dłonie do góry i wzruszył ramionami.
Jezu. Nic tutaj nie można było robić. Ani oglądać TikToków, ani śpiewać, ani najwidoczniej istnieć... - Nie podoba ci się mój anielski głos? - zapytał, pochylając się bliżej. Położył dłoń na jego udzie, tak lekko, jakby to wcale nie miało być prowokacją. Nachylił się do niego i szepnął, - Niektórzy mi za to płacą, wiesz? - Zaraz potem wrócił do swojej nicości i cichego podśpiewywania, aż w końcu idealnie odpowiedzial, kiedy nie jego wykładowca postanowił go wywołać. Mission completed. Dumnie siupnął z powrotem na krzesło, ale blondyn dalej się nie zamykał. - A jak mnie ukarzesz? Chcesz mój numer? - przesunął wzrokiem po jego twarzy. Pomimo tego, że wyglądał jak srający kot na puszczy, był całkiem przystojny. Ha. Okej, może bardzo przystojny, ale Benji nie zamierzał tego mówić na głos... Kiedy trochę wydostał się z tych piekielnych myśli, mrugnął kilkakrotnie i spojrzał na niego z uśmiechem. - Yyy, jasne. Kartka może być, dzięki - wysunął dłoń w jego kierunku, po czym przechylił głowę. - Albo mogę się przysunąć i popatrzeć, jak uczynnie zapisujesz notatki, hm?
pupilek
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
-Mógłbyś się trochę postarać. Szacunek się opłaca, zresztą, czy nie powinien przyjść naturalnie? - spytał, lekko marszcząc brwi, nie do końca rozumiejąc. Jak można nie szanować samego siebie? Jak można z taka lekkością opowiadać, że nie szanowało się innych? Od zawsze wpajano mu, że z respektem należy zwracać się do rodziców, osób starszych i wyższych na drabinie hierarchii, zwłaszcza zawodowej A teraz, zdawać by się mogło, pojawiło się zaprzeczenie, z wolna przebijające się przez utartą otoczkę. Jak miał zrozumieć w pełni ludzi i ich zachowania, skoro tak pełni byli sprzeczności?
Rozpoznał ironię w jego głosie. Miał z nią do czynienia dość często; posługiwało się nią wielu oskarżycieli, kiedy chcieli podważyć zeznania świadków i przekonywania podejrzanych, którzy zapewniali, że nie mieli ze zbrodnią niczego wspólnego.
-Sugestie, że jestem pupilem dziekana są zbędne. Nie jestem z nim blisko, ale on wie o wynikach niemal każdego studenta. Jestem pewien, że o twoich również - odpowiedział i utkwił w nim spojrzenie jasnych oczu. Osoba kierująca placówką musiała wiedzieć, co dzieje się w uczelnianych murach. Był pewien, że gdyby tylko Benjamin odpowiednio się wysilił, doszedłby do podobnego wniosku, zamiast skupić się na usilnej próbie obrażenia Burreau.
-Zdecydowanie nie pasuje tutaj. Przeszkadzasz. Zostało trzydzieści minut wykładu, może mniej, biorąc pod uwagę, że będzie jeszcze krótkie objaśnienie na czym mamy się skupić. Wytrzymasz? Później możesz śpiewać - rzucił, jakby to miało w jakiś sposób okiełznać pana Thallmana i zmusić go, żeby trochę przystopował z jawną prezencją swojej osobowości. Była barwna, z pewnością, ale trochę zbyt głośna na panujące warunki.
Jego wzrok wolno powędrował na dłoń, która znalazła się na jego udzie. Wpatrywał się w nią z lekko zmarszczonymi brwiami, jakby na niej miała krwawym tuszem pojawić się odpowiedź na kłębiące się w głowie “dlaczego”? Dlaczego się tam znalazła? Dlaczego jego przestrzeń osobista została zakłócona i czemu miało to służyć? Czy dotyk nie był przeznaczony dla bliskich? Oni byli sobie obcy i to nie miało żadnego sensu.
-Za dotyk? - wyrzucił z siebie, trochę bez pomyślunku, zbyt skupiony na tym jednym aspekcie. Szybko połączył kropki; chodziło o spiew. - Jesteś piosenkarzem - zauważył, nawiązując do jego poprzedniego stwierdzenia. Co muzyk robił na prawniczym kierunku? Zazwyczaj nie było tu nikogo, kto skupiałby się na tak prozaicznych rzeczach. Tylko czy sam Kieran nie posiadał tajemnicy, którą się nie dzielił?
-Dziwny jesteś. Co ma numer do kary? Poza tym nie daj swojego wszystkim - pokręcił lekko głową, a na papierze pojawiły się kolejne zdania, płynnie przechodząc w dłuższy tekst. Podzielność uwagi się przydawała, chociaż wymagała większego skupienia. - Już i tak mamy mało miejsca. Jeśli przysuniesz się jeszcze bliżej nie będę mógł komfortowo notować. Zresztą, jak to miałoby pomóc tobie? - Tym razem jego głowa została lekko przechylona, kiedy na niego spojrzał, nie rejestrując momentu, kiedy twarz Benjamina znalazła się zaskakująco blisko jego, a do nozdrzy Kierana doleciał przyjemny zapach, zapewne perfum chłopaka.
benjamin thallman
-
shooting star, straight through the heart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Czy to była uczelnia, czy jakieś cholerne przedszkole? A może dywanik u dyrektora? Benjamin naprawdę nie widział większej różnicy, siedząc obok tego typka. - Szacunek, srunek - przewrócił oczami, po czym ziewnął przeciągle, zanim spojrzał na niego przymrużonymi oczami. - Skończyłeś? Nudzi mnie to. - Prychnął jeszcze dodatkowo, tak po prostu, żeby blondyn nie miał żadnych wątpliwości, że jego wykładziki, lekcje savoir-vivre’u czy jak to się tam nazywało, szczerze go nie obchodziły. Miał szczęście, że Benji w ogóle skupiał się na tym, co mówił, bo gdyby chciał, ustawiłby się tak, żeby każde słowo wypowiadane przez tamtego rozmazywało się gdzieś w powietrzu, tracąc sens, zanim zdążyłoby dotrzeć do jego głowy.
Nie no. On go dosłownie rozbrajał.
Thallman naprawdę nie mógł powstrzymać śmiechu przez to, jak ten agencik się odzywał. Normalnie jakby został wyciągnięty prosto z Pałacu Buckingham, w przerwie między popołudniową herbatką a poprawianiem mankietów. - Czyli nie sypiasz z dziekanem, got it - powiedział specjalnie, przekręcając jego słowa, bo chciał sprawdzić reakcję. Tak o. Dla funu. Blondyn wydawał mu rozkazy i był bardziej asertywny niż sam wykładowca, co, szczerze mówiąc, wcale mu się nie podobało. Benjamin nie słuchał nikogo. Chyba że samego siebie, chociaż w tej kwestii też nie zawsze mógł sobie ufać, ale dobrze. Skoro książę William mówił mu, co ma robić, Benji już doskonale wiedział, co zrobi specjalnie dla niego po zajęciach. - Dobrze, już będę grzeczny - parsknął pod nosem, siedząc spokojnie przez calutki moment. A potem ułożył sobie rączkę na udzie blondaska. - Bingo - uśmiechnął się szeroko i zaraz odsunął dłoń z jego nogi, żeby przypadkiem nie oskarżył go o żadne molestowanie.
Benjamin lubił brać to, czego chciał, a teraz, siedząc tak blisko tego spiętego chłopaczka, który zapewne robił sobie dobrze do jakichś świerszczyków 'Playboya' z lat dziewięćdziesiątych... Swoją drogą, czy w którejś edycji nie było wtedy Pameli? Cholera, nie był pewien. Będzie musiał sprawdzić w domu. Wracając jednak do rzeczy najważniejszych, ten skamieniały, poważny blondas całkiem wpadł mu w oko. Przez moment Benjaminowi przemknęło nawet przez myśl, że mógłby go przelecieć. Tak o. Dla zabawy. Żeby zobaczyć, czy w łóżku też byłby taki drętwy. Po chwili znów uśmiechnął się szeroko, wpatrując się w chłopaka. Powoli zjechał spojrzeniem na jego usta i przygryzł swoją dolną wargę. - Benji jestem - poprawił go, bo co to w ogóle były za teksty, że był dziwny? Śmieszne. - Ach, czyli mój numer nie byłby dla ciebie karą? Nagrodą, tak? - Uśmiechnął się jeszcze szerzej i zerknął, czy po drugiej stronie chłopaka było wolne miejsce. Było. Więc oczywiście wstał. Stanął stopą na podłokietniku, zrobił krok do góry, bezczelnie wchodząc w przestrzeń studentów siedzących za nimi. - Przepraszam, przepraszam - rzucił szybko, nachylając się, po czym zeskoczył na dół z drugiej strony. - Może profesorek kontynuować! Mała awaria! - Machnął dłonią w stronę prowadzącego, który najwyraźniej miał już serdecznie dość Benjamina, ale no... co on niby mógł za to poradzić? Kiedy jakaś myśl pojawiała się w jego głowie, musiał ją wykonać. Nikt i nic nie mogło mu w tym przeszkodzić.
Rozsiadł się wygodnie na nowym miejscu, a potem nachylił się bliziutko do chłopaka, niemal wchodząc w jego przestrzeń. - Widzisz? Teraz nie będę ci przeszkadzał, kiedy będziesz pisał swoją przeważającą ręką - puścił mu perskie oczko. - To jak masz na imię? - Oparł łokieć o własne kolano i przechylił twarz tak, żeby mieć na niego lepszy widok. - Masz kogoś? Lubisz dziewczyny? - Czy było już wspominane, że takt nie należał do głównych zalet Benjamina? Nie? No to teraz było to chyba całkiem widoczne.
pupilek
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
-To było wyjątkowo nie na miejscu, a za podobne pomówienia można ponieść konsekwencje prawne. Powinieneś to wiedzieć - odrzekł. Nie spodobały mu się insynuacje nawet, jeśli zawierały w sobie zaprzeczenia. Wiedział doskonale, że jedno źle wypowiedziane zdanie mogło rzutować na przyszłość osoby, której dotyczyło. Jeśli podłapie to osoba, która potrafiła przekręcać wypowiedzi jeszcze bardziej, niż Benjamin, mogła wywiązać się sromotna kabała.
Uśmiechnął się do niego lekko, wdzięczny, że chociaż na chwilę postanowił trzymać emocje na wodzy, poskramiając drzemiącą dzikość, tak obcą blondynowi. Proszę, czyli da się załatwić sprawy polubownie, rozmawiając i przedstawiając swój punkt widzenia.
Szybko okazało się, że radość z niewielkiego sukcesu nie trwała za długo. Potarł dłonią delikatnie czoło. Ciężki przypadek koło niego usiadł. Może to jakiś nieplanowany test? Sprawdzenie umiejętności negocjatorskich i przekonywujących? Jego ojciec był zdolny do wszystkiego; podstawienie wynajętego aktora nie stanowiłoby problemu.
Chyba zbyt bardzo to analizował, jakby nie chcąc pojąć, że student był po prostu drażniący.
-Benjamin - powiedział, preferując pełne imiona. Do niewielu osób zwracał się krótszymi formami i zazwyczaj byli to ludzie, którzy w jego życiu odgrywali bliższe role.
-Dlaczego miałby? To tylko numer. Fakt, że mi go dasz nie znaczy, że będę do ciebie pisał. - Kolejne zmarszczenie brwi. Czuł, że powoli zaczynał tracić skupienie, nie wyłapując całkiem informacji, które w stronę zebranych posyłał nauczyciel. Nie chciał mieć zaległości, nie chciał ominąć żadnej celnej uwagi, którą kiedyś być może będzie musiał wykorzystać. A jednak osobnikowi obok skutecznie udawało się przejąć połowę uwagi Kierana, który dawno nie miał styczności z nikim tak nachalnym i niereformowalnym.
Wciągnął nosem powietrze, kiedy kolejny chaos zapoczątkowany przez Benjamina zburzył spokój panujący w sali. Cóż on wyprawiał? Nie widział niczego złego w swoim zachowaniu? Każdy ruch był nie na miejscu, zupełnie nie odzwierciedlając zaplanowanego postępowania. Przeczył wszystkiemu, co tak znane było Kieranowi.
-Piętnaście minut, tyle zostało. To naprawdę nie jest cała wieczność. Jestem pewien, że stać cię na to, by wysiedzieć w ciszy - westchnął, kiedy ten zasypał go pytaniami. - Chwila skupienia, nic więcej - zerknął na niego, kiedy był tak blisko, że spokojnie mógłby wykorzystać to na sali sądowej podpinając o nękanie, może molestowanie.
-Do czego są ci potrzebne te informacje? - Po co nadal wdawał się w dyskusję? Uwielbiał odpowiadać na pytania, chociaż bardziej podobały mu się te, w których mógł zaprezentować swoją wiedzę. Były idealnym sposobem na sprawdzenie, czy faktycznie posiadał odpowiednie informacje.
-Kiedyś będę miał żonę, jak każdy mężczyzna - wzruszył ramionami, wypowiadając to głosem zupełnie pozbawionym emocji i bez własnego przekonania, że to był jego wybór. Czyste stwierdzenie; przyjęte założenia i zgoda na przyszłość, którą układali mu rodzice.
Odetchnął wewnętrznie, kiedy wykład dobiegł końca. Czuł się winny, że również brał udział w burzeniu ładu zawsze panującego na auli.
-Moim zdaniem, Benjamin, powinieneś się bardziej przyłożyć. Polecam bibliotekę, mają całkiem korzystny zbiór ksiąg - powiedział, wstając i pakując swoje rzeczy. Miał przerwę na lunch, którą chciał wykorzystać na ostatni artykuł, który wpadł mu w ręce. Przewiesił torbę przez ramię, schodząc po stopniach, ku wyjściu, z dziwną premedytacja ignorując pytanie o imię.
benjamin thallman
-
shooting star, straight through the heart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
i can't begin to know when..
Srutututu.
Nie dziwiło go, że chłopak zacznie zaraz biadolić o konsekwencjach prawnych, naruszaniu granic, and so on and on and on, eyeroll. Benjamin tylko uniósł obie dłonie w geście niewinności i posłał mu swoje najlepsze kocie oczka ze Shreka. W ramach przeprosin, rzecz jasna. - Dobrze, dobrze, wypluwam wszystko, co właśnie powiedziałem! Zobacz! - Nabrał śliny do ust i już spojrzał na bok, jakby naprawdę zamierzał ją wypluć, ale niestety, dalej byli w sali. W dodatku wśród ludzi... więc po prostu ją przełknął. - Dobra, odpuszczę ci tego widoku - oznajmił łaskawie, po czym nachylił się odrobinę bliżej, zniżając głos. - Ale przysięgam na wszystko, że nie spaaaleeeeeees z dziekaaaaaaanem. - Te ostatnie trzy słowa powiedział mu cichutko prosto do uszka, żeby przypadkiem nikt nie usłyszał tych jakże nieprawdziwych insynuacji.
- Benji - poprawił go znowu. Nie przepadał, gdy rówieśnicy zwracali się do niego pełnym imieniem. Przeważnie oznaczało to, że narobił sobie jakichś kłopotów albo ktoś był z niego niezadowolony z bliżej nieokreślonego powodu. Nie żeby specjalnie obchodziło go, co tamten myślał na jego temat. Nic. Nada. A jednak wolałby usłyszeć z jego ust swoje imię wypowiedziane w sposób, który sprawiłby mu przyjemność. Ale dobrze. Jeśli blondyn zamierzał dalej tak się do niego zwracać, Benji upewni się, że tę słodszą wersję jeszcze będzie mu kiedyś wyjękiwał do ucha. Nachylił się do swojego plecaka, słysząc kolejny tekst chłopaka. Wyciągnął długopis, zębami ściągnął skuwkę i przytrzymał ją między śnieżnobiałymi zębami. Potem chwycił dłoń blondyna i bezceremonialnie napisał na jej wierzchu swój numer telefonu, a pod spodem nabazgrał jeszcze - 𝔟𝔢𝔫𝔧𝔦 𝔵. - Wsunął skuwkę z powrotem na długopis i spojrzał na niego niemal kokieteryjnie. - Call me. - Zaraz potem parsknął śmiechem sam z siebie. Wiedział, że tamten nie zadzwoni. Nawet nie napisze. Nie był nawet pewien, czy blondyn używał telefonów komórkowych, czy raczej posługiwał się pocztą gołębią, biorąc pod uwagę styl, w jakim się wypowiadał i zachowywał, ale cóż. Szczegóły, co nie?
Uśmiechnął się szeroko, wpatrując się w chłopaka. - Może i stać - odparł rozbawiony. - Chwila skupienia, nic więcej - powtórzył za blondynem, dalej starając się go trochę powkurzać. - Ach, robię badanie w terenie. - Zmrużył oczy, mierząc wzrokiem twarz kujonka. Słuchał go uważnie. Tego całego ogłoszenia, że kiedyś będzie miał żonę, też. Blondyn brzmiał przy tym tak przekonująco, że Benjamin prawie uwierzyłby mu że sam lubił groszek. A groszku szczerze nienawidził, więc to już coś znaczyło. - Ach, czyli kobiety. Płeć piękna, a jakże - przytaknął z uznaniem, po czym przechylił lekko głowę. - Wolisz cycki czy tyłek? To bardzo ważne pytanie, wiesz? Preferencje mówią wszystko o człowieku. - Zaśmiał się pod nosem. Nawet nie zauważył, kiedy wykład dobiegł końca, bo pupilek zerwał się z miejsca, znowu rzucił mu jakąś mądrością w twarz i zaczął schodzić. Nie przedstawiając mu się. Serio? Benjamin parsknął śmiechem sam do siebie, nachylając się po plecak. Poczekał chwilę, aż blondas zacznie kierować się do wyjścia, zanim odwrócił się do dwóch osób schodzących niżej. - Ej! Ten chłopak, który wygląda, jakby mu rodzinę zabili... - Ha. Zabawne swoją drogą, że akurat tak powiedział, skoro sam był sierotą. - Jak ma na imię? - zapytał z uśmiechem, podchodząc do schodów. - On? Kieran Burreau. Rzadko odzywa się do innych - odpowiedziała jedna dziewczyna. - Pochodzi z bardzo wpływowej rodziny - dopowiedziała druga, marszcząc brwi. - Zachowuje się, jakby był lepszy od innych. - Benjamin tylko uśmiechnął się szeroko.
Zbiegł po schodach i wybiegł z sali, a kawałek dalej zobaczył chłopaka idącego w kierunku biblioteki. Och, no szok. Więc co zrobił Benjamin? Oczywiście zaczął głośno śpiewać. Na tyle głośno, że ludzie zaczęli się za nim odwracać. Niektórzy śmiali się pod nosem, niektórzy patrzyli z czystym zażenowaniem, a jeszcze inni najwyraźniej kojarzyli go z widzenia albo z koncertów. - Touching hands... reaching out... touching meeee, touching youuu... - Szedł przed siebie, wymachując dłońmi w nicość i śpiewając - Sweeeet Kieraaaannn... good times never seemed so good! - No, zwariowal, ale przynajmniej robił to z zaangażowaniem. Dalej szedł, śpiewając w jego kierunku, aż w końcu znalazł się wystarczająco blisko, żeby podbiec i zarzucić ramię na szyję blondyna. Thank fuck, że był od niego niższy. - No cześć, Burreau - rzucił z szerokim uśmiechem, nachylając się bliżej. - Nie myślałeś chyba, że tak szybko mi uciekniesz?
Burreau
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nie spuszczał z niego wzroku, jakby to miało przyczynić się do naprawienia chłopaka. Na litość wszechświata, czy on faktycznie chciał splunąć na podłogę uczelnianej auli? Barbarzyńskie skakanie przez ławki to jedno, ale plucie było nad wyraz obrzydliwe i zwyczajnie prostackie. Spojrzał na niego z nieukrywanym zdziwieniem, jak i nutką pewnego zniesmaczenia, a dłoń po raz kolejny zamarła nie notując nawet słowa. To było znacznie powyżej limitu dopuszczalnego szaleństwa.
Poruszył głową, kiedy delikatny oddech Benjamina owiał jego ucho w chwili, w której mu do niego szeptał. Załaskotało go to, niczym lekkie płatki dmuchawca lądującego na skórze. Uczucie zupełnie niepotrzebne w tym momencie.
-Możesz być pewien, że nie będę się tak do ciebie zwracał. Benjamin, tak masz na imię - odparł, nie dając się przekonać. Miał swoje zasady i twardo się ich trzymał. Nie było mowy, aby przez jego usta przeszedł skrót, który usilnie próbowano mu wcisnąć. Nie pasował mu, było w nim coś nieodpowiedniego. Nuta zbyt wielkiego spoufalania się.
-Co ty wyprawiasz?! - wyrzucił z siebie, kiedy jego ręka została uwięziona w dłoni chłopaka, by chwilę później skóra została zabrudzona atramentem z długopisu. Numer plus imię, niemal jak w komedii romantycznej, które koleżanki z roku tak uwielbiały ogladać. Nie raz był świadkiem, jak w bibliotece zamiast się uczyć, oddawały się przyjemności marnowania czasu na coś tak nieistotnego i nierealnego. Historie zawarte w scenariuszu nie miały pokrycia w rzeczywistości, były jedynie wymysłem, dzięki któremu płeć piękna czuła się lepiej z myślą, że któregoś dnia zakochają się bez pamięci.
Z tym, że miłość nie istniała.
-Nie jestem dziewczyną. One lubią takie rzeczy. Nie powinieneś zaczepiać jednej z nich? - spytał, zerkając na niego, kiedy ostatecznie oderwał wzrok od swojej dłoni. Kusił go, żeby pójść do łazienkie, zetrzeć napis. Nie potrzebował numeru; ostatnie co planował, to dalszy kontakt z chłopakiem. Był zbyt natarczywy, upierdliwy i przejawiał cechy, który byłu kompletnie różne od tych posiadanych przez Burreau. Ogień i woda. Żywioły, które warte były namalowania.
-Jakie badania? Moje preferencje nie są żadną statystyką, zresztą nie powinieneś o to nawet pytać - westchnął. Gdyby się zastanowił, nie wiedział o nich wiele. Przyjął za pewniaka, że będzie miał żonę, która przyniesie korzyści rodzinie. Do tego został stworzony. Spłodzi potomka, który przedłuży linię rodu, przejmując kancelarię. I tak w kolejnych pokoleniach. Nie myślał o tym, by mieć wybór. Ba, nigdy nie brał tego pod uwagę, patrząc na ludzi inaczej, niż inni. Byli dla niego dziełami, które dobrze prezentowały się na płótnie. Zagadkami, które trzeba było rozwiązać, by sprawniej wykorzystywać wiedzę na sali sądowej.
-Nie określam kobiecego ciała w tak barbarzyński sposób. Zasługuje na więcej kunsztu, bo jest prawdziwym arcydziełem - odpowiedział, nadal poniekąd trwając we własnych myślach, które niekontrolowanie wybiegły trochę poza salę wykładową. Lekko potrząsnął głową. - Jesteś niemożliwy - dodał jeszcze, wracając do normalności.
Tak skutecznie został rozproszony, że z ulgą przyjął koniec zajęć, obawiając się, że nie wyniósłby z nich niczego więcej. Benjamin mógł być z siebie dumny, bo jeśli jego celem było przekierowanie myśli kierana, to mu się udało. Dlatego musiał się od niego oddalić, ponownie wracając do rytmu przed kolejnymi ćwiczeniami.
Poprawił torbę na ramieniu, kierując się korytarzem w stronę biblioteki. Tam oczyści umysł, skupiając się na ciszy. Nie potrzebował interakcji z innymi, prawdę powiedziawszy długotrwałe przebywanie z kimś wyjątkowo go męczyło.
Stanął jak wryty słysząc głos drący się na cały hol. Zacisnął dłoń na skórzanym pasku, starając się wyregulować oddech. Co on wyprawiał? To nie była sala koncertowa, ani spotkanie z fankami piszczącymi na widok swojego idola. Dodatkowo fakt, że wplótł w to imię Kierana był dla niego, cóż, trochę żenujący. Widział spojrzenia ludzi i chociaż je ignorował, wprawiały go w lekki dyskomfort. Będzie musiał potrenować podobne sytuacje wiedząc, że na sali sądowej większa liczba gapiów będzie się w niego wpatrywać.
Wzdrygnął się, zaraz spinając, kiedy poczuł na sobie ramię chłopaka. Nie musiał się odwracać by wiedzieć, że Benjamin go dogonił. Ponownie uderzyła go woń jego perfum połączona z głosem, którego zdążył się już nauczyć. Tym razem jednak iskierka, która wcześniej jedynie czaiła się w Kieranie, rozrosła się do wielkości małego płomienia. Złapał rękę chłopaka, zdejmując ją ze swojej szyi. Obrócił się, stając do niego przodem.
-Pour l’amour de Dieu, ne me touche pas! - wyrzucił z siebie, automatycznie przechodząc na francuski, co było pierwszą oznaką irytacji chłopaka. - Mais qu’est-ce que tu me veux, à la fin? - nie spuszczał z niego wzroku, kompletnie go nie rozumiejąc. Jaki miał motyw, żeby za nim pójść, dodatkowo wprawiając w konsternację?
benjamin thallman