Muzyka przez całe jego życie stanowiła nieodłączną część codzienności. Grając na gitarze i śpiewając, Benjamin doceniał każdy moment, w którym mógł podzielić się z widownią choćby małym fragmentem swojej sztuki. Scena była dla niego miejscem, w którym wszystko miało sens. Wszystko układało się w jedną całość, której przez długi czas kurczowo się trzymał.
Od kilku miesięcy zaczynał jednak sprawiać swojemu starszemu bratu, Albertowi, coraz więcej problemów. Znikał z domu, nie odzywał się przez kilka dni, robił się drażliwy, opryskliwy i jakiś taki… nieobecny. A gdy ktokolwiek próbował się z nim skonfrontować, po prostu wyśmiewał temat i zsuwał go na bok, jakby nic wielkiego się nie działo. No bo o co im wszystkim chodziło? On przecież po prostu egzystował. A raczej próbował pogodzić się z faktem, że powoli przestaje słyszeć. Był u lekarzy. Diagnoza brzmiała jak wyrok, którego w pierwszej chwili nawet nie potrafił zrozumieć. Otoskleroza. Powolna utrata słuchu. Dla kogoś, kto całe życie budował wokół muzyki, było to jak wyjątkowo okrutny żart od losu. Benjamin nie wiedział, jak sobie z tym poradzić, więc zrobił jedyną rzecz, która wydawała się prostsza od stanięcia z tym twarzą w twarz.
Porwał się w wir imprez, znikania, przypadkowych nocy i obwiniania wszystkich dookoła. Bo łatwiej było wściekać się na świat, niż przyznać, że najbardziej bał się ciszy, która z każdym miesiącem podchodziła coraz bliżej. Zamiast zwolnić i spróbować czerpać z życia tak, jak powinien, Benjamin robił wszystko, by zagłuszyć coś, czego paradoksalnie z każdym dniem słyszał coraz mniej.
Tak było do momentu, gdy pewnego dnia zaintrygował go chaos ukryty w najoczywistszej ciszy.