Horacy przyjął od niej butelkę z miną jakby właśnie powierzono mu wyjątkowo cenny przedmiot, choć oboje doskonale wiedzieli, że wino kosztowało mniej więcej tyle ile obiad w jego szpitalnej stołówce. Mimo wszystko, podobała mu się wspólna zgoda na to, żeby jeszcze przez chwilę potraktować je z przesadną powagą. Przez moment obracał butelkę w dłoniach kolejny raz, przyglądając się etykiecie z takim skupieniem, jakby naprawdę spodziewał się odkryć na niej ukryte informacje, po czym westchnął teatralnie i pokręcił głową.
—
Muszę cię poprawić. Dojrzewało pod wyjątkowo wymagającym oświetleniem LED o chłodnej temperaturze barwowej, a takie warunki mają ogromny wpływ na charakter trunku. Bardzo niedoceniany proces.-Przyglądał się jej, kiedy uniosła butelkę do ust bez najmniejszego przejmowania się tym, czy wypada pić w taki sposób, czy może należałoby najpierw zakręcić winem w szkle, żeby ocenić aromat i znaleźć nuty owoców leśnych, wanilii albo dębowych beczek. I kiedy usłyszał jej stanowcze, zupełnie niewiarygodne wyborne, parsknął śmiechem.
—
Naprawdę? Nie mogę się doczekać.— zapytał, unosząc brew z udawanym zainteresowaniem. —
Gdyby kilka tygodni temu ktoś powiedział mi, że będę siedział na ławce nad klifami z butelką wina za dziesięć dolarów i uznam ten wieczór za wspaniały pomysł, to bym nie uwierzył. - Rano kończył dyżur, który zdawał się nie mieć końca. Kolejne wezwania, kolejne decyzje podejmowane pod presją czasu, zapach środków dezynfekcyjnych wżerający się w ubranie i zmęczenie tak ciężkie, że najprostszy ruch wymagał odrobiny wysiłku. Wychodząc ze szpitala, był przekonany, że jedyne, o czym marzy, to własna kanapa i kilka godzin snu bez dźwięku telefonu. Tak, [i[dawny[/i] Horacy wybrałby samotność. Po chwili przyłożył butelkę do ust. Upił niewielki łyk i pozwolił winu przez chwilę pozostać na języku, jakby rzeczywiście zamierzał wystawić mu profesjonalną ocenę, choć już po pierwszej sekundzie wiedział, że nie było w nim niczego, co mogłoby zachwycić choćby najbardziej wyrozumiałego sommeliera. Było cierpkie i pozostawiało po sobie smak, który uparcie próbował udawać głębię.A jednak wziął jeszcze jednego łyka.
—
Obawiam się, że moje członkostwo właśnie zostało bezpowrotnie cofnięte. Jeszcze wczoraj mogłem udawać człowieka z klasą, ale picie wina za dziesięć dolców w plenerze to już przesada. Takie wybryki uchodzą na sucho tylko na początku studiów. - Odkąd pamiętał, bardzo wiele rzeczy robił dlatego, że wypadało. Bywał w odpowiednich miejscach, spotykał odpowiednich ludzi i znał odpowiednie etykiety. Tylko że siedząc tutaj, obok Liny, coraz wyraźniej uświadamiał sobie, że żadne z tamtych doświadczeń nie dawało mu tego osobliwego spokoju, który czuł właśnie teraz. Była drewniana ławka, chłodniejszy niż godzinę wcześniej wiatr, tania butelka krążąca między nimi i kobieta, która z zaskakującą konsekwencją pokazywała mu Toronto od strony, której nigdy nie znalazłby sam.
—
Z drugiej strony... — odezwał się po chwili, już spokojniej. —
Nawet najlepsze wino nie smakowałoby dobrze, gdyby pić je w złych okolicznościach. Możesz otworzyć butelkę wartą kilka tysięcy dolarów, usiąść przy stole z ludźmi, z którymi nie masz ochoty zamienić ani jednego zdania, i cały ten smak przestaje mieć większe znaczenie. Człowiek zapamiętuje wtedy nie to, co miał w kieliszku, tylko to, że chciał jak najszybciej wrócić do domu. - Nie wiedział, czy to wino zaczynało przyjemnie szumieć mu w głowie, czy może organizm dopominał się w końcu o odpoczynek po zbyt wielu nieprzespanych nocach, a może oba te stany nakładały się na siebie tak subtelnie, że nie sposób było oddzielić jednego od drugiego, ale nagle złapał się na czymś, co jeszcze kilka tygodni wcześniej uznałby za całkowicie niedorzeczne. Siedząc obok Liny, po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł, że coś w nim zaczyna pękać. Nie gwałtownie, nie z hukiem, lecz powoli, niemal bezgłośnie, jak lód, który przez wiele miesięcy wydawał się nie do ruszenia, a potem któregoś dnia ustępuje pod pierwszym naprawdę ciepłym słońcem. Zrozumiał, że nie jest już tym samym człowiekiem, który jeszcze niedawno wracał po dyżurze do pustego mieszkania z przekonaniem, że właśnie tak będzie wyglądać reszta jego życia i że właściwie nie ma w tym nic złego. Ta zmiana nie wydarzyła się jednego dnia. Nie nastąpiła w chwili, kiedy zgodził się pójść z nią na kolację, ani wtedy, gdy usłyszał jej śmiech po raz pierwszy. Zaczęła się znacznie wcześniej, od drobiazgów, którym nie poświęcał uwagi - od tego, że coraz częściej łapał się na myśleniu o niej między pacjentami, że przypominał sobie pojedyncze zdania podczas drogi do domu, i że zauważał, iż pewne miejsca w mieście zaczynają kojarzyć mu się z nią, choć jeszcze nawet ich razem nie odwiedzili. I nagle dotarło do niego, że nie chce już kurczowo trzymać się własnej samotności tylko dlatego, że przez lata wydawała mu się najbezpieczniejszym rozwiązaniem. Poczuł, że serce uderza mu mocniej, zaskakująco wyraźnie, jakby przypominało o swoim istnieniu po latach, podczas których biło wyłącznie z obowiązku. W uszach rozlał się cichy szum, trudny do odróżnienia od wiatru znad jeziora, i przez krótką chwilę miał wrażenie, że cały świat zwolnił tylko po to, aby pozwolić mu zrozumieć coś, czego wcześniej uparcie nie chciał przyjąć do wiadomości. Siedzieli tak blisko, że wystarczyło przesunąć dłoń o kilka centymetrów, żeby zetknęła się z jej ręką opartą na ławce, a ta odległość nagle wydała mu się czymś absurdalnym. Śmiesznie małym dystansem, którego mimo wszystko nie potrafił pokonać.
Liyana Sinclair