ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

005.
Mogłabym ci kiedyś pokazać któreś z takich miejsc.
Lina rzucała podobne obietnice lekko, bo zazwyczaj wiedziała, że większości z nich nie spełni. Tak było bezpieczniej. Łatwiej było to powiedzieć, kiedy to „kiedyś” nie miało daty, godziny ani żadnych realnych konsekwencji. Kiedy mogło zostać tylko zdaniem zawieszonym między nimi, małym uchyleniem drzwi, przez które nie trzeba było od razu przechodzić. Ale przecież od początku wiedziała, że wcale nie chce w tym wypadku zostawić tego w zawieszeniu. Że wbrew wszystkim jej zasadom i zdrowemu rozsądkowi chce pchnąć te drzwi jeszcze mocniej. Czy to było rozsądne?
Najpewniej nie. Ale Lina nic nie mogła poradzić na to, że ostatnio Horacy częściej gościł w jej myślach, niż by sobie tego życzyła. To było głupie. Niewygodne. Trochę śmieszne w sposób, który ją irytował, bo przecież nie miała już szesnastu lat i nie powinna łapać się na tym, że pewne zdania wracają do niej podczas zmywania kubka, zamykania drzwi, na przystanku, na którym autobus spóźniał się siedem minut. A jednak wracały. Jego głos, jego uważność, ten dziwny sposób, w jaki potrafił powiedzieć coś ciężkiego bez robienia z tego przedstawienia.
Zerknęła na niego kątem oka, ale zaraz znów obróciła głowę, pilnując ścieżki, którą szli.
To może nie jest najmniej ładne z miejsc, które znalazłam w Toronto, ale na pewno nie serwują tu kaczki za równowartość małej fortuny – odezwała się z charakterystycznym sobie pomieszaniem rozbawienia i złośliwości. Ścieżka wyprowadziła ich na niewielki skwer ponad klifami. Nie trzeba było podchodzić blisko krawędzi, żeby poczuć przestrzeń. Jezioro leżało gdzieś dalej i niżej; Lina właśnie dlatego lubiła to miejsce. Mogła być blisko, ale nie za blisko. Mogła udawać, że to ona wybiera dystans.
W pierwszej chwili poczuła się dziwnie. Zawsze była tu sama. Nie chodziło o to, że to miejsce było sekretne. Nie było. Ktoś kiedyś postawił tu ławki, przybił tabliczki ostrzegające przed osuwaniem się ziemi, wydeptał ścieżkę i uznał, że to wystarczy. Każdy mógłby trafić na ten niewielki skwer ponad Scarborough Bluffs, gdyby zboczył z bardziej oczywistej trasy. A jednak Lina lubiła myśleć, że miejsce nie oddawało się tak łatwo każdemu. Że trzeba było go nie tyle znaleźć, co zauważyć.
Lina zatrzymała się przy ławce ustawionej przodem do widoku. Usiadła na niej, poklepując miejsce obok siebie. Z torby przewieszonej przez ramię wyciągnęła butelkę wina i uśmiechnęła się do niego w sposób wyraźnie wskazujący, że wybór trunku nie jest przypadkowy.
Dorwałam je za całe dziesięć dolarów w supermarkecie koło mnie – pochwaliła się, jakby udało jej się upolować coś wyjątkowego, a w jej brązowych oczach błysnęło rozbawienie. I coś jeszcze. Zadowolenie.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Horacy szedł obok niej i prawie od początku łapał się na tym, że właściwie nie zwraca uwagi na trasę. Oczywiście dostrzegał mijane drzewa, ścieżki przecinające trawniki, ludzi wyprowadzających psy i rowerzystów znikających za kolejnymi zakrętami, jednak wszystko to pozostawało gdzieś poza nimi. Nie był pewien, w którym momencie przestał traktować to spotkanie jak zwykły spacer. Być może stało się to wtedy, gdy zgodził się przyjść, a może znacznie wcześniej, kiedy po raz pierwszy opowiadała mu o wszystkich tych miejscach ukrytych pomiędzy najbardziej oczywistymi punktami miasta. I choć pozostawał człowiekiem wystarczająco rozsądnym, by nie dopisywać do tego znaczenia, którego mogło tam nie być, nie potrafił całkowicie zignorować faktu, że dla kogoś takiego jak Lina samo zaproszenie stanowiło coś więcej niż zwykłą propozycję wspólnego spędzenia czasu.
Dopiero komentarz Liny o kaczce wyrwał go z zamyślenia.
No tak, nie każde miejsce jest aż tak idealne. — odpowiedział z rozbawieniem, zerkając na nią kątem oka. Kiedy ścieżka otworzyła się nagle na przestrzeń ponad klifami, zwolnił odruchowo. Widok rzeczywiście robił wrażenie. Jezioro rozciągało się daleko poniżej, połyskując w wieczornym świetle, a wiatr niósł ze sobą ten charakterystyczny chłód otwartej przestrzeni, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Przez chwilę nic nie mówił, dochodząc do wniosku, że nie wszystko wymaga natychmiastowego komentarza i nie każdą chwilę trzeba wypełniać słowami. Czasami wystarczyło po prostu patrzeć. Miał nawet wrażenie, że świat odsunął się nieco dalej niż zwykle, jakby ten niewielki fragment przestrzeni ponad urwiskiem został na moment wyłączony z codziennego ruchu miasta i należał wyłącznie do nich. Dopiero kiedy usiadł obok niej, dotarła do niego myśl, której wcześniej nie dopuszczał do siebie zbyt często. Nie pamiętał, kiedy ostatnio spędzał z kimś czas w tak prosty sposób - bez planu i bez konkretnego celu.
Na widok butelki wina uśmiechnął się szeroko. A jeszcze bardziej rozbawił go wyraz jej twarzy — ten szczególny rodzaj dumy, który pojawia się u człowieka przekonanego, że właśnie dokonał wyjątkowo udanego zakupu.
Dziesięć dolarów? — powtórzył z udawanym podziwem. Poczekał, aż poda mu butelkę, po czym zaczął oglądać ją z przesadną uwagą, marszcząc lekko brwi, jakby analizował dokumentację przed wyjątkowo skomplikowaną operacją. Obrócił szkło w dłoniach raz, potem drugi i trzeci, przesuwając wzrokiem po etykiecie z powagą człowieka, który zamierza wydać niezwykle istotny werdykt.
Hmm. Interesujące. Powiedziałbym, że północne nachylenie zbocza. Dość wymagające warunki. Ograniczone nasłonecznienie. Prawdopodobnie niewielka lokalna produkcja. - Otworzył butelkę, nie mogąc już dłużej utrzymać poważnej miny. — Panie przodem.
Spojrzał przed siebie, na jezioro rozciągające się pod klifami, a potem wrócił wzrokiem do Liny trzymającej butelkę. Nie wiedział jeszcze, że ten wieczór zapisze się w jego pamięci znacznie mocniej, niż powinien. Za kilka tygodni nie będzie może pamiętał nazwy tego wina ani temperatury chłodnego powietrza, ale będzie wracał myślami do wyrazu zadowolenia na jej twarzy i tego jak śmiała się, gdy na światło dzienne wychodziła ta snobistyczna część Horacego. Zapamięta również coś znacznie trudniejszego do uchwycenia — osobliwą lekkość rozlewającą się po jego klatce piersiowej w chwilach, gdy przestawał analizować każde słowo i pozwalał sobie po prostu być.

Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Patrzyła na niego, kiedy obracał w dłoniach butelkę wina, jakby ta kosztowała krocie, choć przecież była pierwszym lepszym wyborem, pewnie równie kiepskim, jak wszystkie inne, które stały na tej samej półce. Uświadomiła sobie, że przygląda mu się trochę zbyt intensywnie i zdecydowanie zbyt długo.
Prychnęła z rozbawieniem.
Północne nachylenie zbocza – powtórzyła po nim tonem kogoś, kto zdaje sobie sprawę z absurdu wypowiadanych słów, ale mimo wszystko czerpie z nich jakąś przyjemność. Rozciągnęła usta w uśmiechu. – Warunki były wymagające, to prawda. Stało na górnej półce, musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby je ściągnąć – dodała, znów z tym samym rodzajem zadowolenia, które oczywiście było przez nią odgrywane. A może nie? – Ale z nasłonecznieniem się pomyliłeś, panie znawco. Lampy w sklepie nieźle dawały po oczach – skomentowała, starając się zachować powagę, choć mógł ją zdradzić lekko drgający kącik ust. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz się przy kimś tak często uśmiechała. Nie tylko tym krótkim, ostrym skrzywieniem ust, którym zwykle opatrywała cudze żarty, ani tym wyuczonym grymasem, który pomagał przejść przez rozmowę bez wpuszczania nikogo zbyt blisko. Przy Horacym uśmiech pojawiał się szybciej, niż zdążyła go zatrzymać – cicho, mimochodem, czasem tylko w kąciku ust, ale jednak. Dawno nie zdarzało jej się tak często zapominać o kontrolowaniu własnej twarzy przy drugim człowieku. I chyba właśnie to było najbardziej niepokojące: nie sama jego obecność, nie te wszystkie spokojne zdania i nieznośna uważność, ale fakt, że jej ciało zaczynało reagować na niego, zanim rozsądek zdążył przypomnieć, że ostrożność nie bez powodu stała się jej najlepszą przyjaciółką.
Wzięła od niego butelkę, kiedy podał jej ją z tym swoim „panie przodem”, i uniosła ją odrobinę, przyglądając się etykiecie. Była brzydka, ale czego się właściwie spodziewała po winie bliżej nieokreślonej produkcji? Napiła się, nawet nie próbując robić tego w elegancki sposób. Pociągnęła całkiem sporego łyka, niemal od razu tego żałując. Nie, to nie było najgorsze wino, jakie piła, bo zdarzało jej się próbować gorszych. Ale naturalnie nie umywało się do tego, które pili ostatnio.
Wyborne – skłamała bez zająknięcia, wciskając teraz jemu butelkę w dłonie. – Czuć, ile serca musiał włożyć winiarz w jego produkcję – dodała, patrząc mu pewnie w oczy, choć przecież oboje doskonale zdawali sobie sprawę z tego oczywistego kłamstwa. A jednak z jakiegoś powodu, nawet gdyby ktoś jej w tym momencie zaproponował, że mogłaby się magicznie przetransportować do najlepszej restauracji w mieście, Lina by się nie zamieniła. To było jej miejsce.
Teraz to już na pewno przeskrobałeś na tyle, że więcej cię nie wpuszczą do tego elitarnego klubu snobów i nawet słabość do whisky cię nie ochroni. Coś czuję, że zhańbiłeś właśnie środowisko lokalnych degustatorów absurdalnie drogich win ze szczepów z północnych zboczy – skomentowała żartobliwie, patrząc, jak próbuje wina, które pewnie było zaprzeczeniem wszystkiego, co człowiek w takim klubie szanował. Nie miało rocznika wartego zapamiętania, nie pochodziło z miejsca, którego nazwę wypadało wymawiać z francuskim akcentem, a jego etykieta wyglądała tak, jakby projektował ją ktoś po kilku lampkach podobnego trunku.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Horacy przyjął od niej butelkę z miną jakby właśnie powierzono mu wyjątkowo cenny przedmiot, choć oboje doskonale wiedzieli, że wino kosztowało mniej więcej tyle ile obiad w jego szpitalnej stołówce. Mimo wszystko, podobała mu się wspólna zgoda na to, żeby jeszcze przez chwilę potraktować je z przesadną powagą. Przez moment obracał butelkę w dłoniach kolejny raz, przyglądając się etykiecie z takim skupieniem, jakby naprawdę spodziewał się odkryć na niej ukryte informacje, po czym westchnął teatralnie i pokręcił głową.
Muszę cię poprawić. Dojrzewało pod wyjątkowo wymagającym oświetleniem LED o chłodnej temperaturze barwowej, a takie warunki mają ogromny wpływ na charakter trunku. Bardzo niedoceniany proces.-Przyglądał się jej, kiedy uniosła butelkę do ust bez najmniejszego przejmowania się tym, czy wypada pić w taki sposób, czy może należałoby najpierw zakręcić winem w szkle, żeby ocenić aromat i znaleźć nuty owoców leśnych, wanilii albo dębowych beczek. I kiedy usłyszał jej stanowcze, zupełnie niewiarygodne wyborne, parsknął śmiechem.
Naprawdę? Nie mogę się doczekać.— zapytał, unosząc brew z udawanym zainteresowaniem. — Gdyby kilka tygodni temu ktoś powiedział mi, że będę siedział na ławce nad klifami z butelką wina za dziesięć dolarów i uznam ten wieczór za wspaniały pomysł, to bym nie uwierzył. - Rano kończył dyżur, który zdawał się nie mieć końca. Kolejne wezwania, kolejne decyzje podejmowane pod presją czasu, zapach środków dezynfekcyjnych wżerający się w ubranie i zmęczenie tak ciężkie, że najprostszy ruch wymagał odrobiny wysiłku. Wychodząc ze szpitala, był przekonany, że jedyne, o czym marzy, to własna kanapa i kilka godzin snu bez dźwięku telefonu. Tak, [i[dawny[/i] Horacy wybrałby samotność. Po chwili przyłożył butelkę do ust. Upił niewielki łyk i pozwolił winu przez chwilę pozostać na języku, jakby rzeczywiście zamierzał wystawić mu profesjonalną ocenę, choć już po pierwszej sekundzie wiedział, że nie było w nim niczego, co mogłoby zachwycić choćby najbardziej wyrozumiałego sommeliera. Było cierpkie i pozostawiało po sobie smak, który uparcie próbował udawać głębię.A jednak wziął jeszcze jednego łyka.
Obawiam się, że moje członkostwo właśnie zostało bezpowrotnie cofnięte. Jeszcze wczoraj mogłem udawać człowieka z klasą, ale picie wina za dziesięć dolców w plenerze to już przesada. Takie wybryki uchodzą na sucho tylko na początku studiów. - Odkąd pamiętał, bardzo wiele rzeczy robił dlatego, że wypadało. Bywał w odpowiednich miejscach, spotykał odpowiednich ludzi i znał odpowiednie etykiety. Tylko że siedząc tutaj, obok Liny, coraz wyraźniej uświadamiał sobie, że żadne z tamtych doświadczeń nie dawało mu tego osobliwego spokoju, który czuł właśnie teraz. Była drewniana ławka, chłodniejszy niż godzinę wcześniej wiatr, tania butelka krążąca między nimi i kobieta, która z zaskakującą konsekwencją pokazywała mu Toronto od strony, której nigdy nie znalazłby sam.
Z drugiej strony... — odezwał się po chwili, już spokojniej. — Nawet najlepsze wino nie smakowałoby dobrze, gdyby pić je w złych okolicznościach. Możesz otworzyć butelkę wartą kilka tysięcy dolarów, usiąść przy stole z ludźmi, z którymi nie masz ochoty zamienić ani jednego zdania, i cały ten smak przestaje mieć większe znaczenie. Człowiek zapamiętuje wtedy nie to, co miał w kieliszku, tylko to, że chciał jak najszybciej wrócić do domu. - Nie wiedział, czy to wino zaczynało przyjemnie szumieć mu w głowie, czy może organizm dopominał się w końcu o odpoczynek po zbyt wielu nieprzespanych nocach, a może oba te stany nakładały się na siebie tak subtelnie, że nie sposób było oddzielić jednego od drugiego, ale nagle złapał się na czymś, co jeszcze kilka tygodni wcześniej uznałby za całkowicie niedorzeczne. Siedząc obok Liny, po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł, że coś w nim zaczyna pękać. Nie gwałtownie, nie z hukiem, lecz powoli, niemal bezgłośnie, jak lód, który przez wiele miesięcy wydawał się nie do ruszenia, a potem któregoś dnia ustępuje pod pierwszym naprawdę ciepłym słońcem. Zrozumiał, że nie jest już tym samym człowiekiem, który jeszcze niedawno wracał po dyżurze do pustego mieszkania z przekonaniem, że właśnie tak będzie wyglądać reszta jego życia i że właściwie nie ma w tym nic złego. Ta zmiana nie wydarzyła się jednego dnia. Nie nastąpiła w chwili, kiedy zgodził się pójść z nią na kolację, ani wtedy, gdy usłyszał jej śmiech po raz pierwszy. Zaczęła się znacznie wcześniej, od drobiazgów, którym nie poświęcał uwagi - od tego, że coraz częściej łapał się na myśleniu o niej między pacjentami, że przypominał sobie pojedyncze zdania podczas drogi do domu, i że zauważał, iż pewne miejsca w mieście zaczynają kojarzyć mu się z nią, choć jeszcze nawet ich razem nie odwiedzili. I nagle dotarło do niego, że nie chce już kurczowo trzymać się własnej samotności tylko dlatego, że przez lata wydawała mu się najbezpieczniejszym rozwiązaniem. Poczuł, że serce uderza mu mocniej, zaskakująco wyraźnie, jakby przypominało o swoim istnieniu po latach, podczas których biło wyłącznie z obowiązku. W uszach rozlał się cichy szum, trudny do odróżnienia od wiatru znad jeziora, i przez krótką chwilę miał wrażenie, że cały świat zwolnił tylko po to, aby pozwolić mu zrozumieć coś, czego wcześniej uparcie nie chciał przyjąć do wiadomości. Siedzieli tak blisko, że wystarczyło przesunąć dłoń o kilka centymetrów, żeby zetknęła się z jej ręką opartą na ławce, a ta odległość nagle wydała mu się czymś absurdalnym. Śmiesznie małym dystansem, którego mimo wszystko nie potrafił pokonać.

Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
ODPOWIEDZ

Wróć do „Scarborough Bluffs”