-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
I plotki. Plotki były równie ważne. Każdemu mogło się wydawać, że faceci nie zajmowali się czymś tak prozaicznym jak gadulstwo, jednak była to zwyczajnie ściema. Uwielbiali wymieniać się informacjami wiedząc, że w braterskim gronie każda spowiedź będzie święta i nie dotrze do niepowołanych uszu. Tajemnice były znacznie bezpieczniejsze, niż skierowane do damskiego grona, które lubowało się w szerzeniu słowa Bożego komu popadnie, jakby od tego zależało nawrócenie całego świata.
Otrzymując pozytywną odpowiedź, dzięki której nie musiał się fatygować do ich domu, co uczyniłby w momencie zawahania lub odmowy, pojechał do sklepu mając zamiar uzupełnić braki w barku. Ostatnie spotkanie z pewną narwaną panną skończyło się poważnymi ubytkami, nie tylko w butelkach, ale i pamięci. Grzech się przyznać, ale nie zarejestrował nawet całej nocy, którą razem spędzili, oddając się cielesnym uciechom. Cóż, będzie musiał to z nią powtórzyć dla utrwalenia i załatania czarnych dziur w głowie.
-Zapraszam, panowie. Punktualność zaskakująca - rzucił, kiedy bracia pojawili się w jego domu, nie zaprzątając sobie nawet głowy dzwonieniem dzwonkiem. Mogli te cztery ściany traktować jak swoje, nie raz spędzając tu sporo czasu. I vice versa, bo Vanberg równie często nawiedzał ich, nudząc się samemu. A z kim, jeśli nie z najlepszym towarzystwem w mieście, można było się zrelaksować czy zrobić coś naprawdę głupiego. Albert co prawda jeszcze miał jakieś opory, ale Benjamin był diabłem wcielonym, którego trzeba było jedynie szturchnąć, by coś wywinął. To ich połączyło. Podejście do życia i buńczuczność, którą się cechowali, narażając przy okazji otoczenia.
Zaprowadził ich do ogrodu, gdzie sam klapnął na jednym z leżaków. Niech piwo schłodzni się bardziej, zanim porwie ich trzyosobowa impreza.
-To jak? Jakie wieści w świecie? Tylko bez zbędnego pierdolenia, że nic - zerknął to na jednego, to na drugiego. Z pewnością przynajmniej jeden miał jakiś ciężar z barków do zrzucenia.
benjamin thallman
albert thallman
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Gdy Dean zaprowadził ich do ogrodu, Albert z głośnym westchnieniem ulgi rzucił się na wolny leżak, rozciągnął nogi na trawie i zmrużył oczy, zerkając w niebo - słońce nieźle dawało po ryju, ale lepiej żeby świeciło niż żeby padał deszcz. To jak? Jakie wieści w świecie? Tylko bez zbędnego pierdolenia, że nic. Ace uśmiechnął się pod nosem i założył ręce za głowę. - Pozwól, że zacznę, Benji - rzucił do brata, po czym zerknął najpierw na jednego, a potem na drugiego. - No to bez zbędnego pierdolenia, tak? W zeszłym tygodniu była domówka u Sary, byłeś tam, Dean, co nie? Jestem pewien, że się z tobą przywitałem - zaczął opowieść, dalej gapiąc się w błękitne niebo upstrzone białymi chmurkami. Piękna pogoda, ahh. Jak w Paryżu. Szkoda tylko, że Albert nigdy nie był w Paryżu. - Graliśmy w butelkę w salonie i trafiłem na jakąś nową laskę, która dopiero co przeprowadziła się ze Stanów - kontynuował. - Myślałem, że to kolejna durna panna, z którą pogadam pięć minut i mi się odechce, ale, kurwa, zaskoczyła mnie. W połowie gry zgasło światło, w pokoju zrobił się raban, to zaprowadziłem ją na ubocze... I słuchajcie, panna wcale nie była taka durna ani święta, słoiki matki Sary prawie spadły z półek - dokończył z głośnym westchnieniem, takim rozmarzonym, nawet zamknął oczy i przypomniał sobie upojne chwile w ciasnej spiżarni razem z Amerykanką, ach, te CUDZOZIEMKI. - Benji, a co u ciebie w ogóle? Z pokoju nie wyłazisz ostatnio i nic nam nie mówisz - zagadnął do brata, nie otwierając oczu, bo dalej wizualizował sobie to i owo, ale spokojnie, zaraz mu przejdzie.
benji
dean