ODPOWIEDZ
27 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
182 cm
właściciel studia tańca oraz instruktor MK Dance Studio
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Ładna pogoda w tym kraju zdawała się być prawdziwą rzadkością, z której należało w pełni korzystać, nie żałując ani chwili. Wypad nad jezioro, krótka wycieczka nad morze, buszowanie po lesie w poszukiwaniu skarbów. Brzmiało korzystnie, jednak tym razem Dean postawił na coś znacznie prostszego - napisał do Thallmanów z propozycją niezobowiązującego (jeszcze) spotkania u niego w domu. Skoro po raz kolejny ciotka wyjechała, zostawiając go samego, nie można było zmarnować potencjału wolnej chaty.. Męskie grono, trochę alkoholu. Ot, na rozluźnienie, żeby czasem dorosłe życie nie pochłonęło ich za bardzo, odbierając radość z codzienności.
I plotki. Plotki były równie ważne. Każdemu mogło się wydawać, że faceci nie zajmowali się czymś tak prozaicznym jak gadulstwo, jednak była to zwyczajnie ściema. Uwielbiali wymieniać się informacjami wiedząc, że w braterskim gronie każda spowiedź będzie święta i nie dotrze do niepowołanych uszu. Tajemnice były znacznie bezpieczniejsze, niż skierowane do damskiego grona, które lubowało się w szerzeniu słowa Bożego komu popadnie, jakby od tego zależało nawrócenie całego świata.
Otrzymując pozytywną odpowiedź, dzięki której nie musiał się fatygować do ich domu, co uczyniłby w momencie zawahania lub odmowy, pojechał do sklepu mając zamiar uzupełnić braki w barku. Ostatnie spotkanie z pewną narwaną panną skończyło się poważnymi ubytkami, nie tylko w butelkach, ale i pamięci. Grzech się przyznać, ale nie zarejestrował nawet całej nocy, którą razem spędzili, oddając się cielesnym uciechom. Cóż, będzie musiał to z nią powtórzyć dla utrwalenia i załatania czarnych dziur w głowie.
-Zapraszam, panowie. Punktualność zaskakująca - rzucił, kiedy bracia pojawili się w jego domu, nie zaprzątając sobie nawet głowy dzwonieniem dzwonkiem. Mogli te cztery ściany traktować jak swoje, nie raz spędzając tu sporo czasu. I vice versa, bo Vanberg równie często nawiedzał ich, nudząc się samemu. A z kim, jeśli nie z najlepszym towarzystwem w mieście, można było się zrelaksować czy zrobić coś naprawdę głupiego. Albert co prawda jeszcze miał jakieś opory, ale Benjamin był diabłem wcielonym, którego trzeba było jedynie szturchnąć, by coś wywinął. To ich połączyło. Podejście do życia i buńczuczność, którą się cechowali, narażając przy okazji otoczenia.
Zaprowadził ich do ogrodu, gdzie sam klapnął na jednym z leżaków. Niech piwo schłodzni się bardziej, zanim porwie ich trzyosobowa impreza.
-To jak? Jakie wieści w świecie? Tylko bez zbędnego pierdolenia, że nic - zerknął to na jednego, to na drugiego. Z pewnością przynajmniej jeden miał jakiś ciężar z barków do zrzucenia.

benjamin thallman
albert thallman
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ładna pogoda, dzień wolny i zaproszenie od kumpla na picie w ogródku? Oczywiście, że Albert długo się nie zastanawiał, zwłaszcza, że ostatni raz widział się z Deanem przelotnie na jednej z zeszłotygodniowych imprez - a konkretnie na tej samej domówce, na której poznał Lię aka Sassy American Girl, bo tak sobie ją zapisał w telefonie. No ale o Amerykance później, wróćmy do tematu pięknego, kumpelskiego popołudnia - zgarnął Bena z jego pokoju, w którym urządził sobie syfiastą jaskinię, ale tym razem Albert darował sobie pierdolenie o karaluchach, bo miał dobry nastrój i chciał się w porządnym towarzystwie kulturalnie napierdolić napić napoju wysokoprocentowego. Bez pukania wparowali na chatę, którą Dean zamieszkiwał razem z ciotką - no bo nie ukrywajmy, gdy tylko ciocia wyjeżdżała do innej cioci, to Thallmanowie czuli się tutaj jak u siebie, zwłaszcza że od czasu do czasu ciocia Vanberg nawet zostawiała dla całej trójki (tak, dla Clem też) obiad, ciasto albo inną przekąskę. A czasami nawet zapraszała ich na obiad w niedzielę, bo byli tacy biedni, osieroceni i samodzielni. Tak w sumie to ciocia Vanberg kilka razy palnęła nawet w żartach, że adoptowałaby całą trójkę - nic dziwnego, że Thallmanowie też ją lubili, bo miło było mieć kogoś dorosłego w życiu. Kogoś takiego, kto służył dobrą radą, częstował ciasteczkami i zawsze był po twojej stronie.

a n y w a y

Gdy Dean zaprowadził ich do ogrodu, Albert z głośnym westchnieniem ulgi rzucił się na wolny leżak, rozciągnął nogi na trawie i zmrużył oczy, zerkając w niebo - słońce nieźle dawało po ryju, ale lepiej żeby świeciło niż żeby padał deszcz. To jak? Jakie wieści w świecie? Tylko bez zbędnego pierdolenia, że nic. Ace uśmiechnął się pod nosem i założył ręce za głowę. - Pozwól, że zacznę, Benji - rzucił do brata, po czym zerknął najpierw na jednego, a potem na drugiego. - No to bez zbędnego pierdolenia, tak? W zeszłym tygodniu była domówka u Sary, byłeś tam, Dean, co nie? Jestem pewien, że się z tobą przywitałem - zaczął opowieść, dalej gapiąc się w błękitne niebo upstrzone białymi chmurkami. Piękna pogoda, ahh. Jak w Paryżu. Szkoda tylko, że Albert nigdy nie był w Paryżu. - Graliśmy w butelkę w salonie i trafiłem na jakąś nową laskę, która dopiero co przeprowadziła się ze Stanów - kontynuował. - Myślałem, że to kolejna durna panna, z którą pogadam pięć minut i mi się odechce, ale, kurwa, zaskoczyła mnie. W połowie gry zgasło światło, w pokoju zrobił się raban, to zaprowadziłem ją na ubocze... I słuchajcie, panna wcale nie była taka durna ani święta, słoiki matki Sary prawie spadły z półek - dokończył z głośnym westchnieniem, takim rozmarzonym, nawet zamknął oczy i przypomniał sobie upojne chwile w ciasnej spiżarni razem z Amerykanką, ach, te CUDZOZIEMKI. - Benji, a co u ciebie w ogóle? Z pokoju nie wyłazisz ostatnio i nic nam nie mówisz - zagadnął do brata, nie otwierając oczu, bo dalej wizualizował sobie to i owo, ale spokojnie, zaraz mu przejdzie.

benji
dean
ODPOWIEDZ

Wróć do „#3”