ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
190 cm
Analityk kryminalistyczny w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Zapomniał.
Na śmierć zapomniał.
Jeszcze tego brakowało, by faktycznie się przekręcił, lądując w trumnie. Owszem, jako człowiek rezolutny miał już jedną wybraną, ale nie chciał w niej spocząć tak szybko. Miał zbyt wiele do roboty; zbyt wiele lat, które obiecał przeżyć za dwie osoby.
A obietnice się dotrzymuje.
Wszystko rozpoczęło się niewinnie i zapewne do dzisiaj nie zorientowałby się, że przegapił wizytę u lekarza, która w jego przypadku była nader istotna. Był tak zarobiony, w pracy i w czasie wolnym, że z głowy wyleciało mu, że przypadła na poprzedni tydzień.
Cały okrąglutki tydzień, w którym mogło zdarzyć się niemal wszystko.
Kto wie, ile jeszcze by tak pociągnął, gdyby nie tabletki, które musiał brać każdego dnia. A raczej ich brak.
Dzisiaj rano, kiedy utartym od lat zwyczajem sięgnął po opakowanie leczniczej substancji, okazało się, że pojemnik jest pusty. nie było w nim ani jednej kapsułki.
W tej jednej chwili dotarło do niego wszystko - nie był u lekarza, nie dostał recepty, nie mógł uzupełnić zapasu i ostatecznie przyjąć lekarstwa.
Przyczyna-skutek.
Strzelił przysłowiowego facepalma i ubolewając nad własną nieuwagą, skontaktował się ze swoim lekarzem. A raczej jego asystentką, recepcjonistką, czy tam panią do pomocy. Bardzo miła kobieta powiedziała mu, że na jego szczęście może mieć wizytę jutro, bo jakiś pacjent odwołał z powodów osobistych.
Tyle szczęścia w nieszczęściu.
Ponownie oddając się wirowi zajęć, większość czasu spędzając przed komputerem, przeżył kolejny dzień, tym razem wystawiając swoje ciało na jeszcze większą próbę. Nie pamiętał kiedy ostatnio nie przyjął tabletek.
Dnia kolejnego, z duszą na ramieniu, udał się do szpitala, w którym miał czekać na niego jakże zadowolony lekarz.
Felix doskonale zdawał sobie sprawę, że pan Kim nie będzie się oszczędzał w dosadnych komentarzach na temat jakże dorosłego i odpowiedzialnego podejścia informatyka do swojego życia. Ewentualnie nie powie nic, bo w jego przypadku był możliwy każdy scenariusz. Carlson nie potrafił go rozgryźć, a co za tym szło nawet nie wiedział, jak ma się przygotować na to spotkanie. Mężczyzna zaskakiwał go każdorazowo, przepalając kabelki w jego mózgowym procesorze. Był niczym skomplikowany kod w Pythonie. Człowiek jednego dnia sądził, że go rozpracował, a kolejnego musiał zaczynać od nowa.
Westchnął, stopując swój nerdowski umysł. Nie czas był na komputerowe terminy. Teraz musiał się skupić na próbie udobruchania swojego lekarza. Bo co, jeśli ostatecznie uzna, że nie będzie go dłużej leczył, woląc poświęcić się komuś, kto poważnie traktuje swoje życie? Tego by nie chciał.
Usiadł, uśmiechając się do przechodzącej obok pielęgniarki. Była bardzo młoda i bardzo ładna. Wiele ładnych osób pracowało w tym szpitalu. Może dlatego czekanie było całkiem przyjemne.
No i odwlekało Armagedon, który mógł się rozegrać.

Rohan Kim
31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tym, co Rohana najbardziej irytowało, był przede wszystkim fakt, że ktoś marnował jego pracę.
Nie można powiedzieć, że zmarnował czas, czekając bezczynnie na Carlsona, bo jako lekarz zatrudniony w szpitalu, miał pod swoją opieką całą rzeszę pacjentów. Płacono mu za to, aby w wyznaczonych godzinach siedział na dupie w swoim gabinecie i przyjmował kolejnych nieszczęśników, którym z różnych przyczyn, zawodziła pikawa. Wysłuchiwał ich problemów, osłuchiwał, czasami zlecał dodatkowe badania, czasami od razu wypisywał skierowanie na oddział do szpitala, bo problem wydawał się poważniejszy i mógł wymagać operacji. Czasami przeprowadzał jednak tylko rutynowe kontrole i wypisywał kolejne recepty - dziękuję, zapraszam ponownie za miesiąc.
Rzecz jasna, o ile rzeczeni pacjenci w ogóle raczyli się zjawić.
Gapiostwo Carlsona było fartem kogoś innego, bo został przyjęty na wcześniejszą godzinę. Niemniej, Rohan zanotował w myślach, że jednej osoby zabrakło na wizycie. Nie polecił jednak żadnej z pielęgniarek zainteresować się nieobecnym. Szpital miał zbyt wielu pacjentów, aby upominać się o każdego, kto nie raczył się pojawić o wyznaczonej godzinie. Nikogo nie obchodziło tutaj dlaczego go zabrakło. Powodów mogło być przecież wiele - od chęci skorzystania z innego szpitala, aż po rzecz tak drastyczną jak zgon.
To dlatego gdy tydzień później gdy wśród otrzymanych od recepcjonistki kart pacjentów, Rohan dostrzegł nazwisko Carlsona, jego brew podjechała nieco do góry. Była to jednak jego jedyna reakcja. Czyli będzie musiał go po prostu opieprzyć, proste. Bo właśnie tak nieodpowiedzialnym postępowaniem, pan Felix rujnował jego pracę. Co prawda Rohan posiadał tę możliwość, aby odmówić leczenia pacjenta i przekazać go pod opiekę komuś innemu, jednak chociaż czasami bardzo go to kusiło, doskonale wiedział, że nigdy tego nie zrobi. Przede wszystkim, wyglądałoby to bardzo źle. Jego reputacja jako lekarza mogłaby na tym ucierpieć, a chociaż Kim miał gdzieś, co myśli się o nim jako o człowieku, tak o swoją opinię specjalisty dbał bardziej niż o własne życie. Mógł być nazywany chujem czy też wrednym skurwysynem, ale nikt nie miał prawa nazwać go złym lekarzem.
- Dzień dobry panie Carlson. Widzę, że w końcu przypomniał pan sobie o swoim problemie - kiedy poprzedni pacjent wyszedł, pielęgniarka zaprosiła Felixa do gabinetu. Rohan zdążył w międzyczasie otworzyć na komputerze odpowiedni plik z danymi chorego. Potrzebował tylko krótkiego odświeżenia na temat tego co mu dolega i jakich leków potrzebował. - Czyli jeszcze nie planuje pan wybierania się na tamten świat? - upewnił się nieco suchym tonem. Oczywiście że zamierzał okazać mu swoje niezadowolenie, niestety nie mógł rzucić pacjentowi prosto w twarz że jest idiotą. A szkoda.

Felix Carlson
Solhy
Posty z AI
26 y/o
For good luck!
190 cm
Analityk kryminalistyczny w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Jasne, że nie był z siebie dumny. Gdyby tylko rodzice dowiedzieli się, jak bardzo zaniedbuje swoje zdrowie, nie byliby zbyt pocieszeni. Wzdrygnął się na myśl o rozczarowaniu na twarzy swojej mamy i zawiedzeniu na twarzy ojca. To nie była przyjemna wizja i chociaż obiecał sobie, że nigdy więcej nie dopuści do sytuacji, w której pominie wizytę, tak gdzieś w środku wiedział, że istniało spore prawdopodobieństwo powtórki. Sprawy za bardzo go pochłaniały, a on niekiedy nie potrafił nad tym zapanować.
Do tego dochodził jeszcze jego lekarz. Ten to dopiero potrafił dać popalić, nie wypowiadając przy tym zbyt wielu słów. Może to ten spokój, może ten chłód w oczach, kiedy tylko Felix wykazał się wyjątkową nierozwagą. Ile razy dawał do zrozumienia, że był niemal bosko obdarowany, iż nie potrzebował przeszczepu, mogąc nazwać się szczęściarzem z powodu bijącego serca? Jeśli tak dalej pójdzie, stan ten mógł ulec zmianie, a tego młody analityk nie chciał sprawdzać. O ile zakład, że doktor Kim w twarz by mu stoicko wykrzyczał, że zmarnował wiele jego cennego czasu na wizyty, które ostatecznie nie przyniosły rezultatu.
Wzdrygnął się. Wyobraźnia zaczynała go ponosić, jak zawsze, kiedy trochę się stresował. Niby nic, niby tylko wizyta tydzień później, a jednak wyjątkowo niekomfortowa sytuacja.
Uśmiechnął się z wdzięcznością do pielęgniarki, która wyczytała go jako następnego, wpuszczając do gabinetu. Zawsze pachniało w nim tak samo, chociaż zgoła inaczej, niż w innych częściach szpitala. Bardziej orzeźwiająco i czysto, ale nie tak nachalnie sterylnie. Do tego przebijała się jeszcze ostrzejsza, acz przyjemna nutka. Felix stawiał, że stały za tym perfumy, których używał pan Kim.
-Dzień dobry. Ja… bardzo przepraszam. Trochę się zagapiłem i jakby dni mi uciekły - odpowiedział. Brzmiało co najmniej tak, jakby dostał jakiegoś ataku zaćmienia mózgowego, które kwalifikowało się nie do kardiologa, a na oddział psychiatryczny.
-No bo… tabletki mi się skończyły - przyznał, patrząc na mężczyznę niczym zbite szczenię proszące, by nie karano go zbyt dotkliwie. Idealny przykład potwierdzenia przezwiska, które nadali mu w pracy.
Wiedział, że ta odpowiedź nie ucieszy lekarza. Przerwa w leczeniu, chociażby najmniejsza, mogła mieć wiele niepożądanych skutków. Już sam ton głosu Kima świadczył o tym, że nie omieszkał wyrazić swojego niezadowolenia. Tym większym głupkiem poczuł się Felix pod jego spojrzeniem.
-Obiecuję, że to więcej się nie powtórzy. I nie ma pan zamiaru ze mnie zrezygnować, co? - spytał, bo mimo wszystko ufał jego kompetencjom i wiedział, że był dobry w tym, co robił. Nie chciał nikogo innego. Nie lubił zmian i nie czuł się z nimi pewnie.

Rohan Kim
31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie rozumiał, jak ludzie mogą żyć w ten sposób, chociaż dobrze wiedział, że niektórzy po prostu inaczej nie potrafili. Jako ktoś niezwykle uporządkowany, zorganizowany i sumienny, Rohan nie znosił gapiostwa, zapominalstwa i ogólnego chaosu. Szczególnie, jeśli to nieogarnięcie dotyczyło spraw tak istotnych jak własne zdrowie. Był zawsze pierwszy do besztania swoich pacjentów za ich zaniedbania - i za nic nie przyznałby się do tego, że był w tym momencie ekstremalnym wręcz hipokrytą, bo sam przecież traktował po macoszemu własne zdrowie. Podświadomie wmawiał sobie, że on jest usprawiedliwiony - bo jego zaniedbania wynikały z oddania pracy i potrzeby samodoskonalenia się, a nie dlatego że zapomniał danego dnia wziąć tabletki. Przeciwnie, łykał je regularnie niemal co do minuty.
- Uciekły - powtórzył za nim z przekąsem. Gdyby nie to, że musiał zachować profesjonalizm, Carlson nasłuchałby się bardzo, bardzo wiele sarkastycznych uwag. Na przykład o istnieniu takiego magicznego wynalazku jak kalendarz - w formie elektronicznej lub papierowej. Całkiem nieźle ułatwiał proces zapamiętywania o istotnych spotkaniach! - Dobrze, że chociaż o tabletkach pan pamięta.
Słysząc pytanie, które zadał Carlson, Kim zmierzył go uważniejszym spojrzeniem. Przez krótką chwilę milczał, jego twarz była w tym momencie bardzo trudna do rozczytania. W końcu jednak westchnął, decydując się na odpowiedź.
- Na pana szczęście, nie mam w zwyczaju odpuszczać, nawet w kwestii przypadków beznadziejnych - rzucił nieco oschle. Mogło to zabrzmieć dość groźnie, szczególnie biorąc pod uwagę beztroskę Felixa oraz konkretnego sformułowania, którego użył Rohan, ale tym razem nie chodziło wcale o jego zdrowie. Bardziej o to, jak niepoważnie Carlson podchodził do spraw związanych ze swoim sercem. - Nie jestem pediatrą, by musieć panu tłumaczyć jak pięciolatkowi, że pański przypadek może zagrażać życiu, mam nadzieję? Wdzięczny byłbym, gdyby zjawiał się pan na wcześniej ustalonych wizytach. Nie służą one tylko wypisywaniu nowych recept - przypomniał mu, wracając znów wzrokiem do ekranu monitora. Wklepał w system jeszcze kilka informacji, po czym wstał od biurka, podchodząc bliżej do pacjenta.
- Niech pan zdejmie koszulkę - polecił, sięgając po stetoskop. Poza tym, jakże banalnym badaniem, zamierzał wykonać także echo serca. Skoro już Carlson faktycznie pojawił się w gabinecie, Rohan nie zamierzał przepuścić okazji, aby zbadać go nieco dokładniej. Musiał wiedzieć, czy mężczyzna nie potrzebował zwiększenia dawki leków. Stan jego serca do tej pory był w miarę pod kontrolą, ale Kim nie chciał dopuścić do sytuacji, gdyby przegapił jakiś objaw świadczący o pogorszeniu, bo to z kolei mogłoby się skończyć tragicznie. - Jakieś zmiany w samopoczuciu, większe zmęczenie, problemy z oddychaniem? Omdlenia? - zaczął dopytywać. Liczył, że chociaż w tej kwestii Carlson zachował pewien rozsądek i nie zaczął uprawiania jakiegoś nowego sportu ekstremalnego.

Felix Carlson
Solhy
Posty z AI
26 y/o
For good luck!
190 cm
Analityk kryminalistyczny w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Stresował się i nie mógł nic na to poradzić. Nie chodziło już tylko o to, że wirtualne życie sprawiało mu znacznie mniej problemów, niż rzeczywistość. Nie lubił zwodzić ludzi, a czuł, że doktor Kim, chociaż pewnie przyzwyczajony do zapominalstwa swoich pacjentów, właśnie taki jest. Nie musiał tego okazywać, bo Felix dawno przekonał się, że mężczyźnie z emocjami nie jest po drodze, ale nie winił go. Wykonywana przez niego praca była dość wymagająca i wiązała się z pewnym odcięciem od uczuć. Szanował go i zapewne dodatkowo właśnie przez ten szacunek czuł się zwyczajnie głupio, tłumacząc się dość niedołężnie. Mówił prawdę, ale niestety, ta nie zawsze brzmiała inteligentnie i mądrze.
-Wpisałem je w algorytm dnia. No i są powtarzalne codziennie. A wizyta, no… wie pan - odpowiedział, uśmiechając się speszony. Im dalej brnął w próbę usprawiedliwienia siebie, tym brzmiało to gorzej i tym bardziej mieszało mu się z informatycznymi pojęciami. Jeszcze chwila, a zacznie mówić jak jego wirtualny asystent, nad którego programem pracował w wolnych chwilach. Powinien zaprogramować go tak, żeby mu przypominał o lekarzu.
Wstrzymał oddech, kiedy ten tak uważnie na niego spojrzał. Ta cisza była mało przyjemna, a w głowie Carlsona zaczynały pojawiać się symulacje różnych odpowiedzi, głównie tym mało dla niego korzystnych. Lustrował niepewnie jego twarz, chcąc coś z niej wyczytać, ale równie dobrze mógł próbować w ten sam sposób ocenić, czy jabłko się do niego uśmiechało. Kim był jak zagadka lub posąg, na którego twarzy wykuto na wieczność ten sam wyraz.
-O jeju, jak się cieszę. Myślałem, że pan ze mną zrezygnuje, a to by mnie zabolało. Zaraz… beznadziejnych? Czy jest aż tak źle? Niech pan nie mówi, że mi się pogorszyło. Rodzice tego nie przeżyją - skomentował. Często w sytuacjach stresowych, kiedy zaczynał sobie nie radzić z realami, wylewał z siebie słowa brzmiąc jak katarynka, nie dopuszczając myśli, że jego rozmówca mógłby być zmęczony jego głosem. - Tak, tak. Obiecuję, że już nie przegapię niczego - skwapliwie pokiwał głową, wkładając to w tyle zaangażowania, że mu się w niej zakręciło. Przymknął na chwilę oczy, szybko doprowadzając się do porządku. Nie chciał, żeby lekarz po raz kolejny go zrugał.
Ściągnął powoli koszulkę, a lekki chłód owiał jego szczupłe ciało. Nawet gdyby chciał, nie był w stanie przybrać na wadze, głównie za sprawą leków, dobremu metabolizmowi, jak i zapominalstwa, które pojawiało się również tutaj. Komputer potrafił go tak pochłonąć, że jedynym pożywieniem był kawałek sernika i kawa, którą dawno powinien ograniczyć.
Zaśmiał się cicho, czując chłód stetoskopu. Łaskotał go za każdym razem i nie potrafił nad tym zapanować.
-Zmiany… - powtórzył, wahając się. Przed oczami przetoczył mu się obraz usilnej ucieczki, kiedy chcieli mu spuścić łomot. Tej samej, po której bolało go serce. Tak samo zasłabnięcie w mieszkaniu, kiedy na krótką chwilę wylogowało go z życia. Powinien powiedzieć, czy przemilczeć? Zawsze był prawdomównym człowiekiem, nie umiejąc kłamać. Dodatkowo to jego lekarz, powinien wiedzieć, prawda? - No… samopoczucie to chyba tak samo, trochę zależy od dnia, bo tylko roboty zachowują się zawsze tak samo. Omdlenia… to mogło się zdarzyć - odpowiedział. Jego jestestwo wygrało i nie potrafił niczego ukryć. - Przepraszam - powiedział żałosnym głosem, niczym zbity pies spuszczając wzrok.

Rohan Kim
31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Interesującym był fakt, że Felix, ktoś tak bardzo pochłonięty przez świat cyfrowy, podchodził do wszystkiego tak emocjonalnie - tymczasem Rohan, którego rozległa wiedza skupiała się głównie na biologii i chemii, brał wszystko na raczej chłodno i wykazywał się zdecydowanie większą wstrzemięźliwością. Główną emocją, na którą sobie pozwalał, było rozczarowanie i irytacja, niestety. Czasami zastanawiał się, czy był w stanie odczuwać jeszcze coś pozytywnego.
Kim nie skomentował już prób wyjaśnienia podjętych przez Felixa. Uznał, że pacjent nie musi się upokarzać bardziej. Póki co Rohanowi wystarczyło, że mężczyzna wiedział, że zrobił źle. Pytanie tylko czy wyciągnie jakieś wnioski i na następną wizytę faktycznie przyjdzie o czasie. To już by była jakaś poprawa, co prawda poprzeczka leżała niemalże na ziemi, ale hej, progres to progres, nie?
Wirtualny asystent. Przypominający o istotnych spotkaniach. To zwykły kalendarz już nie wystarczył?
- Miałem na myśli pańską organizację - wyjaśnił w końcu, bo jeszcze tego mu tu brakowało, żeby pacjentowi ciśnienie podniosło się na tyle, żeby mu potem zaszkodziło. - Stan pańskiego serca będę dopiero badać - dodał. Rohan zawsze gotów był wytknąć innym, kiedy przesadnie przejmowali się opiniami innych ludzi - nawet jeśli ponownie wyłaził z niego hipokryta, bo sam przekładał swoją lekarską reputację ponad własne zdrowie. Temat rodziców zawiedzionych postępowaniem swojej latorośli był dla niego szczególnie drażliwy, jako że przez wiele lat żył w cieniu swojego ojca. Dopiero wyprowadzka z rodzimej Korei pozwoliła Kimowi uciec z jego cienia.
- Proszę oddychać spokojnie - polecił mu, kiedy stetoskopem zaczął osłuchiwać pacjenta w poszczególnych miejscach. Z pewną ulgą zauważył, że nie słyszy żadnych nowych niepokojących szmerów, ani w sercu ani w płucach. To badanie nie dawało jednak zbyt dokładnych wyników i jasnych odpowiedzi, dlatego Rohan nie zamierzał na nim poprzestawać.
- Panie Carlson, przez pytanie o samopoczucie nie mam na myśli że jednego dnia był pan bardziej smutny, a innego bardziej wesoły - wyjaśnił głosem nieco już zmęczonym. Czyli jednak musiał zachowywać się jak pediatra, tłumaczący pięciolatkowi każdą, nawet najdrobniejszą i najbardziej logiczną sprawę. Cudownie. Powinien zażądać podwyżki za dodatkową specjalizację - Mam na myśli wpływ pańskiego zdrowia na codzienne funkcjonowanie. Wpływ taki jak duszności. Albo omdlenia. - powtórzył przykłady dolegliwości. Ból w klatce też się w to wpisywał. Albo szybsze męczenie się. Brak energii także.
- "Mogło się zdarzyć"? - dopytał, zabierając stetoskop i patrząc na pacjenta uważnie. - Jak często? - nie zwrócił uwagi na przeprosiny. Głównie dlatego że nie były one w tym momencie potrzebne. Rohan bardzo chciałby, aby jego pacjenci nauczyli się, które z ich zachowań będą potępiane - jak zapominanie wizyt lub celowe niestosowanie się do zaleceń lekarza. Za coś takiego jak omdlenie, na które chory nie miał wpływu, rugać nie zamierzał. No chyba że jednak Felix świadomie naraził się na jakiś stres lub wysiłek. Za to bura się ponownie należała.

Felix Carlson
Solhy
Posty z AI
26 y/o
For good luck!
190 cm
Analityk kryminalistyczny w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Pomimo pewnej różnicy wzrostu, Felix czuł się aktualnie malutki, starając się za wszelką cenę ukryć przed karcącym spojrzeniem lekarza, które wyrażało nader negatywne, w pewien sposób bolesne odczucia. Powinien to przewidzieć. Ba, przecież był pewien, że z uśmiechem nie zostanie powitany. Zapominalstwo nie było wysoko cenione nawet w dzisiejszym świecie, gdzie priorytety i ogólno przyjęte zasady społeczeństwa znacznie się zmieniły, wprowadzając w życie młodych ludzi chaos większy, niż wirus na dysku twardy.
-Och, czyli nie jest tak źle - odetchnął z jawnie odczuwaną ulgą. Nie chciał martwić rodziców. Przeszli z nim prawdziwe piekło, kiedy znikał im z domu by udać się na kolejną wspinaczkę. To nie było mądre z jego strony, ale jak mógł odmówić tego, dzięki czemu czuł, że żył? Tej małej cząstki normalności, które przeczyła stanowi zdrowia. Jak mógłby odmówić Brianowi, który jednym błagalnym spojrzeniem potrafił przekonać Carlsona niemal do wszystkiego? To były dobre czasy, za które teraz płacił większą cenę i nie był już taki pewien, czy w ostatecznym rozrachunku dobrze na tym wyszedł, tracąc bardziej zdrowie i najlepszego przyjaciela.
Oddychać spokojnie.
Łatwiej powiedzieć, trudniej wykonać, kiedy chłód przedmiotu łaskotał go po wyjątkowo wrażliwej na takie pieszczoty skórze. Zastanawiające, czy mężczyzna byłby w stanie zachować spokój, gdyby Felix zamienił się z nim miejscem.
Nie chcąc jednak bardziej wyprowadzać Kima z równowagi, a kto wie, czy już teraz nie był na pograniczu, starał się zachować spokój, wyobrażając sobie żałośnie miauczące koty. Czy i jego teraz płakały za jedzeniem?
Przygryzł lekko dolną wargę, myślęc nad odpowiedzią. Tak, zdecydowanie lekarz nie należał do najprzyjemniejszych ludzi na świecie, jednak młodego informatyka nijak to nie zraziło. Po pierwsze ze względu na nie zawsze celne rozczytywanie charakteru i intencji drugiej strony, a po drugie uważał, że doktor miał do tego prawo walcząc codziennie z pacjentami, którym zdarzały się pomyłki.
-To musi być dla pana upierdliwe, takie ciągłe użeranie się z ludźmi - rzucił, zanim dotarło do niego, że to zdanie powinno zostać tylko w jego głowie. Czy to znaczyło, że zdradzał się z tym, co w jego umyśle aktualnie siedziało?
Odetchnął rad, że lekarz nie opanował zdolności legilimencji.
-Znaczy wiem, że to pana praca, ale ludzie umieją być upierdliwi i nierozważni. Dla lekarza to nie łatwa sprawa - wyjaśnił. Sam nie był lepszy, zdawał sobie z tego sprawę. Nie miał zamiaru umniejszać swojej winie, bo może i ciężko na barkach było, ale jednak to on, a nie kto inny, zapomniał o tej wizycie.
-Obaj wiemy, że nie mogę robić wszystkiego, na co miałbym ochotę. Pracować mogę, może dwa razy zdarzyło mi się zamroczenie jakieś dwa tygodnie temu. Często boli mnie klatka, ale to całkiem normalne. Zawsze będzie boleć. A tak to… - chwila przerwy, podczas której podrapał się po głowie. - Nadal żyję - uśmiechnął się szeroko, spoglądając na mężczyznę. To z pewnością była najbardziej optymistyczna ze wszystkich odpowiedzi, jakiej mógł udzielić.
-Hm… - umilkł, masując kark z zakłopotaniem. - Ostatni raz kilka dni temu. Trochę się nadwyrężyłem, ale to było konieczne! Szczytny cel, panie doktorze. Musiałem ratować kolegę i poniosła mnie fantazja podczas biegania. Okazało się, że nie mam takiego poziomu staminy jak moja czarodziejka podczas lotu w AIONie - rzucił, chcąc rozładować atmosferę, która zrobiła się trochę napięta. Chociaż kto wie, może to tylko jego głowa robiła nadinterpretację, bo czuł się zwyczajnie winny.
-Tylko panie doktorze... niech pan niczego nie mówi moim rodzicom. proszę - wyrzucił z siebie, machinalnie i nieprzemyślanie łapiąc obiema dłońmi dłoń lekarza i spoglądając na niego błagalnie.

Rohan Kim
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”