-
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie miał faktycznie wyboru - nie mógł poddać się niczemu innemu, jak zatańczeniu z Ry, skoro tak ochoczo ciągnęła go za sobą na parkiet, gdzie oddali się pląsom oraz ruchom bioder w rytm muzyki, jaka leciała z głośników. To przywołało uśmiech na jego ustach, w międzyczasie czego szeptali sobie coś do ucha wzajemnie, żartując czy przekazując sobie pikantne wieści o tym, co będzie miało miejsce później.
To później miało się niebawem - na to liczył - wydarzyć, chociaż ciągle wołali ich na toast, na dalsze świętowanie, a nawet zagrali w jakąś karciarkę na zadania. Skoro mieli przestrzeń oraz możliwości, to nie ograniczali się zbytnio, korzystając z tej sposobności. Nim się obejrzeli, minęły kolejne dwie godziny od wydarzeń w łazience, a towarzystwo stało się jeszcze bardziej pijane niż powinno. Niektórzy zgotowali pod stołami lub na parkiecie, gdzie jeszcze niedawno żywo odbywały się taneczne wizje imprezowiczów. James, jako odpowiedzialny za nich, postanowił najpierw wszystkich odpowiednio pożegnać oraz odprawić do domostw, zamawiając taksówki pod wskazane adresy. Gdy już większość odjechała, a Ci trzeźwiejsi pomogli ogarnąć całą resztę, żeby nie zostawić wielkiego chlewu pracownikom, mogli również się pożegnać jak trzeba, dzięki czemu zostali z Riley sami. Tak, jak mu odpowiadało najbardziej. — Zbieramy się? — zagaił z cwanym uśmieszkiem, chociaż dobrze wiedział iż na nic innego nie czekali obydwoje.
Zamówili dla siebie taksówkę, żeby mogli udać się pod jeden z adresów. Gdy wsiedli do wnętrza, podał jeden, który mu bardziej odpowiadał. — I pójdziemy do mnie, mam nadzieję, że Ci to nie przeszkadza — rzucił ciszej rozbawiony, uśmiechając się figlarnie, po czym złapał ją za dłoń i ucałował jej wierzch. Do czasu dojechania pod odpowiednie miejsce, ciągle ją trzymał, splatając palce. Gdy wysiedli, pociągnął ją za sobą, gdy tylko opłacił za przejazd, pokazując aby nie zamierzała iść gdzie indziej, prócz jego mieszkania. Widząc że nie miała zamiaru protestować, uśmiechnął się szerzej pod nosem, by chwilę później otworzyć drzwi i wpuścić kobietę do wnętrza. Zamknął za nimi, po czym odwrócił się do towarzyszki.
— Było miło, ale zdecydowanie zbyt długo — skwitował ostatecznie dzisiejszy wieczór, przechodząc od razu do kuchni, żeby napić się wody z dzbanka filtrującego, chcąc chociaż raz dzisiejszej nocy mieć na języku coś, co nie miało w sobie procentów. Następująco odwrócił się w jej kierunku, opierając się o blat kuchenny. — Napijesz się czegoś? — zagaił, żeby nie wyszło iż nie jest kulturalny i nie zaproponuje jej czegokolwiek innego, prócz… siebie. Bo nie ma co ukrywać, doskonale jedno jak i drugie wiedziało, czemu się tu znaleźli i dlaczego tak chętnie to zrobili. To, co działo się w łazience, było słodkim wstępem ku temu, co może się wydarzyć dzisiaj. Tak myślał, lecz czy Davis nie rozmyśliła się zbytnio? Jest bardziej wstawiona, to prawda, niemniej nie sądził, żeby to zmieniło jej podejście i jej chęci. Ba, może i nawet wzmogło, choć kto ją tam wie. W końcu nie od dziś się mówi, że kobiety bywają zmienne.
riley davis
-
just don't hang your hopes on me, I want to feel something
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Normalnie robiła to co dla niej wygodne i przyjemne, w swoich decyzjach potrafiła być bardzo samolubna. A dziś? Wbrew pozorom nie chciała zostać tylko dlatego, by więcej wypić i wyszaleć się na parkiecie. Chciała, by przede wszystkim to on się dobrze bawił. Zasługiwał na to, by świętować, tym bardziej, że tego dnia dane mu było dzielić te momenty z ważnymi dla niego ludźmi, z którymi niestety coraz rzadziej zdarzały się okazje do spotkań.
Ich wzajemne droczenie się ze sobą do samego końca imprezy - czy to w tańcu, czy w rozmowach - zdecydowanie nie pomagało. Ilekroć szeptał jej na ucho coś zdrożnego, odpłacała się mu tym samym, próbując jednak za każdym razem uderzyć trochę mocniej, śmielej. Nie tylko jej duch rywalizacji, ale też ilość wypitego alkoholu, wpływała na wszystko co do niego mówiła. Riley nawet na trzeźwo nie należała do tych nieśmiałych kobiet, a więc po kilku drinkach i… iluśtam szotach (przestała liczyć), powoli przestawała mieć hamulce. Coraz mniej też przejmowała się tym, że ktokolwiek ich na tym przyłapie i zacznie zadawać pytania - towarzystwo w pewnym momencie było już tak pijane, że ledwo pamiętali gdzie są, nie mowa już o zarejestrowaniu tego co działo się między Davis a McCannem.
Biorąc pod uwagę ilość trunków jaką spożyła, trzymała się całkiem nieźle - na pewno o niebo lepiej w porównaniu do tych, którzy przybijali już gwoździe na stołach albo i zgonowali pod nimi. Pomogła nawet w ogarnianiu tych nieszczęśników! Dopiero gdy James zapytał ją o to czy już na nich pora, zauważyła że oprócz pracowników baru, zostali całkiem sami. Zadowolona, skinęła głową ze słodkim uśmiechem i nie mogąc się powstrzymać, zbliżyła się, by musnąć jego usta.
— Absolutnie mi to nie przeszkadza, u mnie mielibyśmy za dużą widownię — parsknęła śmiechem, mając na myśli swoje czworonogi i prawdopodobnie jednego z sąsiadów, który zgodził się do nich zaglądać podczas jej nieobecności.
Kolejną różnicą między trzeźwą a pijaną Riley było to, że ta pierwsza pewnie nie uznałaby tego trzymania się za ręce w taksówce za tak urocze. Najwyraźniej wraz z większym upojeniem alkoholowym, zwiększała jej się tolerancja na wszelkie romantyczne gesty. Szczególnie to całowanie w dłoń było dla jej trzeźwej wersji nie do przyjęcia!
— Bałeś się, że ci ucieknę? — spytała zaczepnie, nie mogąc powstrzymać się od skomentowania tego jak kurczowo trzymał ją przy sobie za rękę i wypuścił dopiero, gdy przekroczyli próg jego mieszkania.
Mierząc go wzrokiem, gdy stał oparty o blat, podeszła bliżej. Nie odpowiadając mu, sama pozwoliła sobie nalać wody do szklanki i przymknęła oczy, wypijając powoli całość. Mniej więcej w połowie wydała z siebie krótki pomruk, czując jak drobne kropelki, wypływające z kącików jej ust, suną w dół po jej brodzie i szyi. Nie fatygowała się nawet, by je otrzeć.
— Jak bardzo krindżowe będzie, gdy powiem, że teraz pragnę już tylko ciebie? — uśmiechnęła się, rozbawiona własnymi słowami i pokręciła głową, stając tuż przed nim — Pamiętam co ci obiecałam — powiedziała już ciszej i nie spuszczając wzroku z jego oczu, zaczęła rozpinać guziki jego koszuli, nie za szybko — Możesz teraz rozpakować swój prezent i zrobić ze mną co tylko chcesz. Wszystko to, o czym mówiłeś mi w barze.
James McCann
-
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie chciał jednak wyjść na jakiegoś idiotę, napaleńca, neandertalczyka w momencie przekroczenia progu domu, rzucając się wręcz na kobietę, bo skoro dała wcześniej mi przyzwolenie, to może sobie z tym robić co uważa i wykorzysta ów sposobność bez zastanowienia. Zamiast tego - postanowił być dżentelmenem, który dał jej odetchnąć, wejść do środka, może skorzystać z toalety, a w międzyczasie dopytując o napicie się czegoś - nawet jeśli obydwoje dobrze wiedzą, że Riley znała to mieszkanie jak swoje i czuła się w nim jak w drugim domu. Niemniej brak odpowiedzi, a podejście kobiety do tego samego blatu, o jaki się ciągle opierał tyłem ciała, dało mu informację iż miała zamiar sama się ugościć.
W trakcie, gdy piła wodę, nie spuszczał z niej spojrzenia, widząc jak małe strużki wody uciekły bokiem spływając po brodzie, a następnie śmiało przesuwają się na szyję kobiety, z czego sobie nic nie robiła. Wtedy przeszła przed niego, na co się uśmiechnął pod nosem zadowolony. — No… trochę to krindżowe było, nie powiem. Ale nie zabrzmiało to źle — ba, ogłupiony alkoholem i jej osobą nie przejmował się jakkolwiek tym, jak to mogło zabrzmieć, a zwyczajnie fakt iż tego pragnęła go zwyczajnie jarało. Zupełnie jak młodego chłopca, który przebywa w jednym pomieszczeniu z dziewczyną, jaka od zawsze mu się podobała i w końcu ma okazję zrobić to, co miał w głowie od dłuższego czasu. Tyle, że James zdołał przez wiele czasu zrobić o wiele więcej, niż mógłby sobie wymarzyć z Riley - a mimo to, ciągle czuł się jej spragniony, jeszcze bardziej rozochocony nieoczekiwanym.
Spoglądał początkowo w jej oczy, następnie przesunął tęczówkami na brodę, potem na szyję w ślad za wodą jaka dopiero co spłynęła po skórze, finalnie zatrzymując się na zgrabnych paluszkach Davis odpinających guziki od nadal - o dziwo! - spoczywającej na nim koszuli. Wtem szybko powrócił oczami na jej twarz, wręcz świdrując spojrzeniem po niej. — Nie rozmyśliłaś się, to miłe — skwitował z uśmiechem na ustach, by dopiero w tej chwili ośmielić się na ułożenie dłoni na żuchwie strażaczki, przesuwając kciukiem po brodzie ścierając resztki wody, co też zrobił po chwili na szyi, palcami tej samej dłoni przechodząc na tą część ciała.
Poczekał cierpliwie aż uwolni wszystkie guziczki, zdejmując z siebie ostatecznie odzież górną. Po tym złapał ją w talii i przysunął jeszcze bliżej siebie, dłonie zaciskając na jej pośladkach. — Mam nadzieję, że na jutro nie masz żadnych planów — bo to, że jeszcze noc jest względnie młoda, nie znaczy iż miał zamiar ją puścić z samego rańca.
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
riley davis