Ostatnim, czego się spodziewała, było wezwanie do szkoły podstawowej. Kiedy zadzwoniła do niej pani Doyle, wychowawczyni Samuela, Zaylee była przekonana, że chodzi o kolejny incydent z udziałem starszych uczniów. W pierwszej chwili nawet nie przyszło jej do głowy inne wyjaśnienie. W końcu nie był to pierwszy raz, kiedy wraz z Eviną musiały interweniować po tym, jak jakiś podrostek uznał, że dziesięciolatek będzie łatwym celem dla głupich żartów albo niewybrednych komentarzy. Dlatego przez pierwsze kilka minut rozmowy słuchała nauczycielki z narastającym przekonaniem, że zaraz usłyszy nazwisko kolejnego chłopaka, którego będzie musiała sobie dokładnie zapamiętać. Tym większe było jej zdziwienie, gdy okazało się, że tym razem sytuacja wyglądała zupełnie odwrotnie. Według relacji nauczycielki Sammy nie tylko wyrzucił plecak jednego z kolegów przez okno, ale najwyraźniej od dłuższego czasu uwziął się na tego samego chłopca razem z grupą innych uczniów. Zaczęło się od drobnych uszczypliwości, później doszło wyśmiewanie, a ostatni incydent okazał się jedynie kulminacją czegoś, co podobno trwało już od pewnego czasu. Miller przez chwilę była przekonana, że musiała coś źle usłyszeć. Ich Samuel? Ten sam, który potrafił godzinami przejmować się tym, że powiedział komuś coś nieprzyjemnego? Brzmiało to tak absurdalnie, że przez moment zastanawiała się, czy nie doszło do jakiejś pomyłki. Ale pani Doyle nie należała do osób skłonnych do przesady. Mówiła rzeczowo i po prostu przedstawiała fakty.
Po zakończeniu rozmowy Zaylee siedziała przez dłuższą chwilę w milczeniu, wpatrując się w wygaszony ekran telefonu. Potrafiła zrozumieć głupią sprzeczkę zakończoną przepychanką. Dzieci bywały impulsywne. Ale celowe dokuczanie komuś? Systematyczne wykluczanie go z grupy? To kompletnie nie pasowało do obrazu chłopca, którego znała.
Przez ostatni rok ich życie zmieniało się nieustannie. Proces adopcyjny był w toku, pojawiały się kolejne formalności i rozmowy z urzędnikami. Do tego dochodziła praca i wszystkie pozostałe obowiązki, które skutecznie pożerały czas. Miller zaczęła się zastanawiać, czy gdzieś po drodze nie przegapiły czegoś ważnego. Od razu wysłała do Eviny wiadomość, że muszą jak najszybciej jechać do szkoły. Krótko opisała sytuację i wróciła wzrokiem do biurka, na którym wciąż leżał stos protokołów z wypadku komunikacyjnego. Przez chwilę jeszcze patrzyła na dokumenty, ale ostatecznie stwierdziła, że to mogło poczekać. Zebrała rzeczy i poinformowała przełożonych, że musi wyjść na kilka godzin. Nie wdawała się w szczegóły, nie chciała rozwlekać tematu.
Kiedy wyszła przed komisariat, Swanson już stała przy samochodzie. Miller wpakowała się do środka od strony pasażera i natychmiast zapięła pas.
—
Jeśli to wszystko prawda, to sama go uduszę — zaczęła w końcu, opierając głowę na zagłówku i wypuszczając powietrze nosem. Przez chwilę siedziała w ciszy, patrząc w przednią szybę, ale daleko było jej do bycia spokojną.
Evina J. Swanson