Miała ciche pretensje do żony, że ta pokazywała Samowi różne sztuczki, które w teorii miały mu pomóc w przyszłości - żeby potrafił się obronić, gdyby zaszła taka potrzeba. W tamtym momencie wydawało się to rozsądne. Teraz jednak nie była tego taka pewna. Bo jeśli Samuel faktycznie zaczął wykorzystywać te umiejętności przeciwko innym dzieciom, to cała ta
nauka przestawała wyglądać słusznie i niewinnie. Pani Doyle nie powiedziała wprost, że doszło do uderzenia, ale wszystko, co opisała, wskazywało na przemoc albo przynajmniej jej wyraźne elementy. Wykluczanie, zastraszanie, wspólne nastawianie się na jedno dziecko. A do tego wyrzucenie czyjegoś plecaka przez okno. Co mu w ogóle strzeliło do głowy? Zaylee nie potrafiła tego pojąć. Więcej dowiedzą się na miejscu, a to wcale nie napawało jej szczególnym optymizmem.
—
Skoro to nie jest żaden usprawiedliwienie, to nawet nie próbuj go tłumaczyć — zastrzegła i niewiele brakowało, żeby ostrzegawczo wymierzyła w Evinę palcem. Nie podobało jej się takie podejście. Dzieciak właśnie zafundował sobie - w jej głowie i oczywiście w formie bardzo impulsywnej oceny - coś na kształt dożywotniego szlabanu na konsolę. I choć wiedziała, że to brzmiało absurdalnie surowo, emocje nie pozwalały jej teraz podejść do tego spokojniej. Te wszystkie gry, które przez ostatnie tygodnie wkradały się do ich codzienności, też nie pomagały. Miller już jakiś czas temu zauważyła, że Samuel denerwuje się szybciej niż kiedyś. Nie chciała zrzucać wszystkiego na gry wideo, bo wiedziała, że to zbyt proste wytłumaczenie, ale nie mogła też tego bagatelizować. Godzina przed telewizorem z padem w ręku często kończyła się tym, że był wyraźnie przebodźcowany i rozdrażniony, i trudno było mu potem wrócić do normalnego rytmu.
—
Poważne czy nie, powinni dać nam znać. Albo przynajmniej Lily Rose, która ma zasrany obowiązek informować nas o podobnych zdarzeniach — warknęła, doskonale zdając sobie sprawę, że powinna się uspokoić. Powoli dojeżdżały do szkoły, gdzie miały porozmawiać nie tylko z wychowawczynią Sama, ale też z rodzicami innych uczniów. Nie mogła wypaść w ich oczach na skrajnie pierdolniętą, nawet jeśli była skrajnie pierdolnięta.
Wysiadając z samochodu, popatrzyła na Swanson w taki sposób, jakby samym spojrzeniem kazała jej przestać mówić, co ma robić. Trochę trudno przestać się nakręcać, kiedy była już potężnie wkurwiona. Ruszyły do wejścia głównego, gdzie Zaylee przytrzymała małżonce drzwi, żeby przepuścić ją przodem. Było późne popołudnie, więc lekcje w podstawówce jakiś czas temu dobiegły końca. Tylko gdzieś z sali gimnastycznej dobiegały okrzyki starszych chłopców i odgłos piszczących podeszw, co mogło sugerować, że właśnie odbywały się jakieś zajęcia z koszykówki.
—
Sala siedemnaście na pierwszym piętrze — poinformowała małżonkę, kierując się w stronę schodów. Gdy wspięły się po stopniach i w końcu stanęły przed właściwymi drzwiami, Zaylee wygładziła materiał marynarki i poprawiła włosy. Dopiero wtedy zapukała, a po krótkim
zapraszam nacisnęła klamkę.
W klasie, po brzegi wypełnionej figurami geometrycznymi i tabliczkami z matematycznymi twierdzeniami zdobiącymi ściany, czekało już kilkoro dorosłych, w tym pani Doyle.
Evina J. Swanson