ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
168 cm
pediatra mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Vera nie znosiła śród.
Jakoś tak złożyło się w jej życiu, że ten dzień tygodnia niemal zawsze przynosił złe wieści. Zaczynał się źle, a kończył jeszcze gorzej. Być może było to wyłącznie jej wyobrażenie, jakaś niewinna fiksacja, na której z biegiem lat zaczęła skupiać się bardziej niż powinna, ale bez większego problemu potrafiła wskazać wydarzenia, które utwierdzały ją w przekonaniu, że środa zwyczajnie jej nie służy.
To właśnie w środę, gdy miała siedem lat złamała rękę. Wymknęła się wtedy z przyjęcia organizowanego przez rodziców i zamiast być grzeczną dziewczynką, jakiej wszyscy od niej oczekiwali, wspinała się po drzewach w ogrodzie.
To w środę, w same walentynki po raz pierwszy złamano jej serce. Kilka lat później, również w środę, oblała pierwszy egzamin w życiu, a poczucie winy i rozczarowanie samą sobą ciągnęły się za nią jeszcze długo po tym jak opuściła salę. Przez następne tygodnie rozpamiętywała każdą odpowiedź, każdy błąd i każdą minutę, którą mogła poświęcić na naukę zamiast na cokolwiek innego.
To w środę zamiast w którykolwiek dzień weekendu, wyszła za mąż za Elliota. I w środę postanowiła od niego odejść.
Być może środa była dla niej tym samym, czym dla innych trzynastka albo czarny kot przebiegający drogę. Nie miało to większego sensu, a jednak za każdym razem, gdy budziła się właśnie tego dnia gdzieś z tyłu głowy pojawiała się cicha obawa, że coś znowu pójdzie nie tak.
Dzisiaj postanowiła to odczarować. Nie miała szczególnie wielkiego planu - do późnych godzin popołudniowych ten dzień niczym nie różnił się od pozostałych dni tygodnia. Pracowała do późna i dopiero gdy wyszła z budynku i zatrzymała się przy samochodzie, uznała, że zamiast wracać do domu pojedzie do Guildwood. B e z zapowiedzi.
Nawet gdyby w tej chwili, gdy stanęła przed drzwiami, Zaylee powiedziała jej, że nie ma dla niej czasu, że wybrała kiepski moment, że godzina jest za późna albo że akurat w środy wieczorem medytuje przez trzy godziny, wybijając rytm na wielkim stalowym talerzu jakimś dziwnym przyrządem i udając, że ją to relaksuje - Vera i tak wepchnęłaby się do środka. Zaopatrzona w jedzenie i dobre wino, jak przystało na nieproszonego gościa, właśnie to zamierzała zrobić.
Najpierw dwukrotnie zapukała. Potem nacisnęła dzwonek, przytrzymując przycisk irytująco długo. Kiedy jednak odpowiedź nie nadeszła wystarczająco szybko, sama nacisnęła klamkę i weszła do środka, nie czekając, aż którakolwiek z właścicielek postanowi ją przywitać. - Zaylee? - krzyknęła od progu. Zrzuciła buty, torebkę odłożyła gdzieś po drodze na najbliższym stoliku, ruszając w głąb domu.
Niemal dotarła do kuchni, gdy tuż przed nią wyrosła przyjaciółka. Na widok jej skrzywionej szczęśliwej miny Vera zmrużyła lekko oczy. - Potrzebowałam towarzystwa. Chyba nie miałaś niczego w planach? - zapytała, zatrzymując się w pół kroku. Uniosła wyżej torbę z jedzeniem i butelkę wina, prezentując je niczym argument nie do podważenia. Planowała przekupić nią Zaylee, gdyby jednak jakimś cudem kazała jej się wynosić.

zaylee miller
diosmio
nuda i przesadna życioza
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

065.
Dla Zaylee wszystkie dni tygodnia wyglądały właściwie tak samo. Poniedziałki nie różniły się niczym od śród, a piątki rzadko przynosiły fajrant, którego wyczekiwała większość ludzi. Jej życie od lat funkcjonowało według rytmu wyznaczanego przez pracę, a nie przez kalendarz. Zwykle siedziała w biurze albo prosektorium do późnych godzin, przeskakując między raportami, wynikami badań i kolejnymi sprawami, które nie mogły poczekać do następnego dnia. Albo mogły, ale Miller nie lubiła odkładać niczego na później. Była zbyt dużą perfekcjonistką, żeby zalegać z papierami albo rozgrzebaną sekcją zwłok. Jeżeli akurat nie pracowała, oznaczało to najczęściej, że był weekend. A weekendy należały do Eviny i Sammy'ego. Dziesięciolatek, który od pewnego czasu coraz bardziej stawał się częścią ich codzienności, wkrótce miał zamieszkać z nimi na stałe. Fakt, że mogły myśleć o nim jako o swoim synu, wydawał się czymś niezwykłym. Nigdy nie była osobą szczególnie sentymentalną. Nie rozczulała się nad zdjęciami. Nie wzruszała się przy filmach. Nie należała do ludzi, którzy płakali ze szczęścia. A jednak łapała się na tym, że czasami zatrzymywała wzrok na pustym pokoju, który przygotowywały dla chłopca, i przez chwilę wyobrażała sobie, jak będzie wyglądało ich życie za kilka miesięcy. Niestety proces adopcyjny przeciągał się w czasie. Formalności szły naprzód, ale znacznie wolniej, niż zakładały. Część procedur musiała zostać przesunięta, a jedno ze spotkań z urzędnikami prowincjonalnego ministerstwa odpowiedzialnego za sprawy dzieci i rodzin zostało przełożone na późniejszy termin.
Były ku temu powody. Od prawie trzech miesięcy ślęczały ze Swanson nad sprawą seryjnego mordercy dzieci. Zabójca wciąż pozostawał na wolności, a śledztwo utknęło w martwym punkcie. Zaylee i Evina przeanalizowały dziesiątki tropów, przesłuchały niezliczoną liczbę osób i przejrzały stosy dokumentów, a mimo to przełomu jak nie było, tak nie ma. Nie znosiła za to świadomości, że gdzieś tam znajduje się człowiek odpowiedzialny za śmierć dzieci, a one wciąż nie były w stanie go zatrzymać.
Tego wieczoru, kiedy skończyła ostatnią autopsję, a Evina została poproszona o konsultację w innym śledztwie, postanowiła wrócić do domu. Jedyne, co planowała, to położyć się na kanapie w salonie przed telewizorem i obejrzeć - o ironio - dokument o sekcjach zwłok. Była zbyt zaabsorbowana Richardem Shepherdem, jednym z najsłynniejszych, brytyjskich patologów sądowych, że nawet nie słyszała, jak ktoś dobija się do drzwi. Tym większe było jej zdziwienie, kiedy w drodze do kuchni dostrzegła znajomą sylwetkę. Ja boga nie kochała, kiedyś ją, kurwa, okradną.
A co ty wchodzisz tutaj, jak do stodoły? — powitała przyjaciółkę, nawet nie próbują ukryć jej zaskoczenia. Ostatnio widziały się na ślubie Miller, a od tego minął jakiś miesiąc. — Nie masz telefonu? Wystarczyło po prostu zadzwonić i... — urwała, bo wtedy Callahan uniosła asortyment, który ze sobą przyniosła. I wszystkie argumenty Zaylee stały się nagle inwalidą. — Teraz gadasz z sensem — kiwnęła głową, szybko puszczając w niepamięć, że przecież powinna być zirytowana. Na Verę i na siebie, że przez własną nieuwagę nie zamknęła drzwi na klucz.
Wykonała zamaszysty gest ręką, dając jej do zrozumienia, że śmiało może się rozgościć, a kiedy w międzyczasie wyjmowała z szafki kieliszki, Elvira - szkocka kotka zwisłoucha - postanowiła obdarować gościa ocieraniem się o łydki i głośnymi pomrukami. Gdzieś w pobliżu kręcił się jeszcze czarny dachowiec Rademenes, ale on nie był za bardzo zainteresowany przybyciem Callahan.
Coś się stało? — zapytała, zerkając na przyjaciółkę przez ramię. Znały się od lat, a skoro ta wpadła do niej tak późną porą i w dodatku bez zapowiedzi, coś musiało się wydarzyć.

vera callahan
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
36 y/o
For good luck!
168 cm
pediatra mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Niesamowicie zastanawiającym był fakt, że pomimo tak napiętych grafików, pomimo pracy wypełniającej ich dni po brzegi, wciąż potrafiły dbać o tę relację z zadziwiającą łatwością. Vera nie potrafiła nawet wskazać momentu, w którym przestało to wymagać jakiegokolwiek wysiłku. Po prostu wiedziała, że niezależnie od tego ile dni czy tygodni minęło od ich ostatniego spotkania, wszystko pozostawało dokładnie takie samo.
Zaylee była dla niej jedyną osobą, dla której faktycznie byłaby gotowa porzucić każdą inną rzecz i pojawić się natychmiast, gdyby tylko tego potrzebowała - niezależnie od pory dnia czy nocy. Wiązało się to niestety również z tym, że Callahan wpadała właśnie z takimi niezapowiedzianymi wizytami jak ta dzisiejsza.
Nie działo się nic niepokojącego. Nic co stresowałoby ją na tyle, by nagle potrzebowała wsparcia albo czyjejś obecności bardziej niż zwykle. A jednak ten pozorny spokój, który zagościł w jej życiu po odejściu od Elliota, sprawiał, że czuła się dziwnie. Napięcie wciąż gromadziło się w mięśniach przyzwyczajonych do ciągłego pozostawania w gotowości, jakby spodziewała się, że ten spokój jest wyłącznie przysłowiową ciszą przed burzą.
W takich chwilach zawsze wolała skupiać swoją uwagę na czymś innym. Najczęściej była to praca. Potrafiła bez problemu zanurzyć się w niej, by zapomnieć o całym świecie, ale nawet ona ze swoim przesadnym pracoholizmem, wiedziała, że nie mogła przesiadywać w szpitalu od rana do późnych godzin nocnych ani brać dyżuru za dyżurem tylko po to, by nie zostawać sama ze swoimi myślami.
Wolała słuchać o problemach innych, o ich planach albo szczęściu, które wypełniało ich życie. Oczywiście ograniczało się to do bardzo wąskiego grona przyjaciół, bo cierpliwość Very wobec większości społeczeństwa miała swoje granice.
O tym szczęściu, którym dla Zaylee i Eviny była choćby adopcja Sammy'ego, mogłaby słuchać godzinami. Zdążyła już poznać chłopca na tyle dobrze, że stał się jej ulubieńcem. Kibicowała im od samego początku, jak zawsze będąc cheerleaderką każdego pomysłu Miller - od tych najgłupszych w dzieciństwie, aż po dorosłe decyzje jakie podejmowała dziś. Nie przypominała sobie sytuacji, w której nie stanęłaby po jej stronie.
- Na swoje usprawiedliwienie powiem, że pukałam t r z y razy - oznajmiła, co było prawdopodobnie kłamstwem, bo uderzyła w drzwi ledwie dwa razy i to tak cicho, że najpewniej usłyszeć mógł ją wyłącznie wyczulony na każdy dźwięk Rademenes. - Później dzwoniłam, ale nie ruszyłaś leniwej dupy z kanapy, bo... - wyjrzała ponad jej ramieniem w stronę salonu, dostrzegając na ekranie kolejne krwawe obrazki. Wywróciła oczami i nawet nie dokończyła własnej myśli.
Wchodząc głębiej do salonu, usiadła na kanapie po turecku. Po drodze pochyliła się jeszcze, by przez krótką chwilę pogłaskać kota za uchem nim uciekł w swoją stronę. Sięgnęła po pilot, zmieniając kanał na cokolwiek innego, bo i tak żadna z nich nie zamierzała oglądać telewizji. Wyciszyła dźwięk, a gdy Miller wróciła, odpowiedziała jedynie wzruszeniem ramion. - Właśnie nie stało się nic - każdy n o r m a l n y człowiek uznałby to za dobrą wiadomość, ale nie ona.
- Elliot nie odzywa się już drugi tydzień i spodziewam się najgorszego. Stresuje mnie to, kiedy nie znam jego kolejnego ruchu - westchnęła ciężko, odchylając głowę na oparcie kanapy. Wiedziała jak nieracjonalnie to brzmi, jak bardzo było to głupie. Przecież właśnie tego chciała - spokoju, ciszy i dystansu. A mimo wszystko brak jakiejkolwiek reakcji z jego strony budził w niej niepokój.

zaylee miller
diosmio
nuda i przesadna życioza
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miała wiele wad, ale na pewno nie można było powiedzieć, że była złą przyjaciółką. Z biegiem lat grono jej najbliższych znajomych wyraźnie się skurczyło i stało się zaskakująco niewielkie, ale nigdy nie miała problemu z pielęgnowaniem relacji, które naprawdę coś dla niej znaczyły. Nie należała do osób otaczających się tłumem ludzi. Wolała kilka wartościowych więzi od dziesiątek powierzchownych znajomości. Tak właśnie było z Callahan.
Znały się tak długo, że Zaylee właściwie nie pamiętała już życia bez niej. Wspólne wspomnienia mieszały się ze sobą do tego stopnia, że czasami nawet nie była pewna, czy dane wydarzenie miało miejsce rok temu, pięć lat temu czy jeszcze w dzieciństwie. Vera zawsze była gdzieś obok. Podobno przyjaźnie zawarte w dzieciństwie rzadko wytrzymywały próbę czasu. Ludzie dorastali, zmieniali się, wyprowadzali do innych miast, zakładali rodziny i stopniowo tracili ze sobą kontakt. A jednak im jakoś się udało. Mimo wszystkich zmian, które przyniosły kolejne lata, nadal potrafiły znaleźć wspólny język i nadal były dla siebie ważne.
I właśnie dlatego Zaylee tak bardzo chciała, żeby jej syn również miał kiedyś w swoim życiu kogoś takiego. Kogoś, z kim będzie dorastał. Kogoś, kto będzie znał go jeszcze zanim stanie się dorosłym człowiekiem. Kogoś, z kim będzie przeżywał pierwsze szkolne dramaty, pierwsze głupie pomysły i pierwsze poważne rozczarowania. Kogoś, komu zadzwoni w środku nocy bez konkretnego powodu albo z kim po latach będzie wspominał rzeczy, które dziś wydają się śmiertelnie ważne, a kiedyś staną się jedynie zabawną historią, którą można podsumować jedynie wywróceniem oczami. A potem, za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, usiądą gdzieś razem i wrócą do tych wspomnień. Tak czy inaczej, Miller uważała, że każdy zasługiwał na choć jedną taką przyjaźń w swoim życiu.
Czy kogokolwiek mogło dziwić, że koronerka wybrała Callahan na lekarza Samuela? Nie. Ufała jej bezgranicznie i doskonale wiedziała, że zapewni dziesięciolatkowi najlepszą możliwą opiekę medyczną. Widziała ją przy pracy niezliczoną ilość razy i nigdy nie miała powodów, by kwestionować ani jej wiedzę, ani podejmowane decyzje. Gdyby ktoś poprosił Zaylee o polecenie pediatry, w jej odpowiedzi natychmiast pojawiłoby się nazwisko przyjaciółki.
Ostatni rok nie należał do najłatwiejszych. Zmiany, formalności i przeciągające się oczekiwanie na zakończenie procedury adopcyjnej - tego wszystkiego było wystarczająco dużo nawet dla dorosłego człowieka. Dlatego Miller cieszyła się, że przynajmniej w kwestii opieki medycznej chłopiec nie będzie musiał zaczynać od zera z kimś zupełnie obcym. Znał już ciocię Verę. czuł się przy niej swobodnie i nie traktował jej jak kolejnej osoby, która pojawiła się w jego życiu wraz z całą tą lawiną zmian. To zresztą również dawało Zaylee pewien komfort. Nie musiała zastanawiać się, czy Samuel trafi w dobre ręce, ani stresować się każdą wizytą bardziej, niż robi to przeciętny rodzic. Wiedziała, że jeśli wydarzy się cokolwiek niepokojącego, Callahan nie tylko szybko to zauważy, ale też nie zawaha się powiedzieć im o wszystkim wprost. A szczerość była jedną z tych cech, które Miller ceniła u ludzi najbardziej. Poza tym zwyczajnie lubiła myśl, że w życiu Sammy'ego pojawia się coraz więcej stałych punktów.
Bo ja cię zaraz puknę — odparła na tłumaczenia Callahan. Nie miała na myśli niczego niestosownego. A może i miała. Tego nigdy się nie dowiemy! — Zdajesz sobie sprawę z tego, że mogłaś pocałować klamkę? — zgarnęła do salonu torbę z jedzeniem, butelkę wina i dwa kieliszki, a widząc, że przyjaciółka przełącza dokument o autopsjach Richarda Shepherda, spojrzała na nią z wyrzutem, bo przecież ona to oglądała. Nie pozostało jej nic innego, jak po prostu napełnić kieliszki winem i wcisnąć jeden z nich w dłoń przyjaciółki.
Słysząc wieść o tym, że Elliot milczy od już drugi dzień, prawie przyklasnęła w dłonie. Prawie, bo trzymała w dłoni kieliszek z alkoholem. Jeszcze by coś wylała, a każdy wiedział, jak okropnie czyści się kanapę z czerwonych plam.
I chwała, kurwa, bogu — powiedziała z wyraźną ulgą. Prawdę mówiąc, Miller nie była osobą religijną. Ale kiedy Vera wspominała o tym frajerze, człowiek mimowolnie zaczynał wierzyć, że gdzieś tam istnieje jakaś wyższa sprawiedliwość. Bo jeśli nie, to naprawdę trudno było wyjaśnić, jak Elliotowi przez tyle lat uchodziło płazem bycie takim idiotą. — I co? Uważasz, że szykuje coś specjalnego? Boisz się, że zrzucić na ciebie jakąś bombę? Pozwól mi z nim porozmawiać, to go szybko wyjaśnię — powiedziała buńczucznie. Zaylee nigdy nie obawiała się konfrontacji, a już na pewno nie z takim skończonymi kretynami pokroju Elliota. Najchętniej rozszarpałabym typa gołymi rękami za to wszystko, co zrobił Callahan. Ale przyjaciółka poprosiła, żeby nie robiła żadnych głupstw. A przecież wystarczyło jedno słowo. Żona Miller pracowała w policji, więc naprawdę można było to załatwić raz, a porządnie.

vera callahan
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
36 y/o
For good luck!
168 cm
pediatra mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W pełni się z tym zgadzała, k a ż d y człowiek, nawet ten, który uparcie twierdził, że nie potrzebuje przyjaciół, powinien mieć w swoim życiu choć jedną taką osobę. Vera nigdy nie należała do osób szczególnie towarzyskich. Przez lata wokół niej przewinęło się mnóstwo ludzi, ale większość tych relacji zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Nie wierzyła w przeznaczenie i boską opatrzność, zawsze uważała, że większość rzeczy jest dziełem przypadku, konsekwencją podejmowanych decyzji albo zwyczajnym zbiegiem okoliczności. A jednak któraś z tych rzeczy zadziałała u nich, jakby świat wiedział więcej od nich.
Wywróciła oczami, słysząc słowa Miller. Oczywiście, że mogła nikogo nie zastać, nie byłby to pierwszy raz, bo dzisiejsza niezapowiedziana wizyta również nie należała do pierwszych tego typu. Gdyby jednak faktycznie nikogo nie było w domu, wróciłaby po prostu do samochodu, zawróciła do mieszkania i pochłonęła całe jedzenie oraz wino w samotności. Być może później zadzwoniłaby do Zaylee, a może nie. Bywały dni, kiedy łatwiej było siedzieć sam na sam z własnymi myślami, niż próbować ubierać je w słowa.
Przyjęła kieliszek z nieskrywaną ulgą, od razu upijając większy łyk czerwonego, cierpkiego wina. Liczyła, że rozluźni ją choć odrobinę, że pozwoli na moment zapomnieć o napięciu, które od odejścia od Elliota praktycznie nie opuszczało jej ani na krok. - Nie jestem pewna, czy taka kurwa chwała - odparła, obracając kieliszek w dłoni. Była niemal pewna, że zna swojego jeszcze męża wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że jego milczenie n i g d y nie oznaczało niczego dobrego. Elliot nie odpuszczał. Był człowiekiem, który musiał kontrolować wszystko wokół siebie. Każdą sytuację i decyzję, które pojawiał się w jego życiu. Świat miał działać według scenariusza napisanego przez niego, a każde odstępstwo od planu traktował jak osobistą zniewagę. Vera była jednym z takich odstępstw.
- Nie wiem - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Przez lata była ślepa na wiele rzeczy, ale odkąd od niego odeszła, zaczęła dostrzegać schematy, które wcześniej ignorowała. Wiedziała już, co oznacza jego uprzejmość, co kryje się za pozorną troską i jak wygląda jego złość, kiedy nie dostaje tego, czego chce.
- I co mu powiesz? Żeby się odczepił? Żeby podpisał papiery rozwodowe? Czy może strzelisz mu w pysk? - prychnęła cicho, bo choć wizja była kusząca, żadna z nich nie mogła tak naprawdę n i c zrobić. Ani ona, ani Zaylee, ani nawet Evina. Ten człowiek obrał sobie za cel uprzykrzenie jej życia i Vera nie miała złudzeń, że będzie trzymał się tego planu tak długo, aż znajdzie sobie nowe zajęcie. Najgorsze było to, że pod całą swoją toksycznością, manipulacją i potrzebą kontroli Elliot był również chorobliwie zakochany. To czyniło go jeszcze bardziej nieprzewidywalnym.
- Byłabym skłonna rozwieść się z nim bez orzekania o winie. Najchętniej nie poszłabym nawet do sądu, załatwiłabym wszystko przez prawników, niczego od niego nie biorąc, ale on się nie godzi - jęknęła, opróżniając kieliszek niemal do dna. Mimo to nie poczuła się ani odrobinę lepiej. Żołądek nadal ściskał jej stres, a dłonie drżały lekko za każdym razem, gdy próbowała wyobrazić sobie, jak długo jeszcze potrwa ten cały koszmar.
W starciu z pieniędzmi Elliota miały związane ręce. Przez moment Vera naiwnie wierzyła, że żona Zaylee okaże się rozwiązaniem jej problemów, że wystarczy jeden telefon albo odpowiednia osoba, by wszystko wreszcie ruszyło do przodu. Szybko jednak przekonała się, że niektórych ludzi nie da się pokonać tak łatwo.

zaylee miller
diosmio
nuda i przesadna życioza
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miały ze sobą sporo wspólnego - obie bardzo świadomie dobierały sobie ludzi, których dopuszczały do swojego życia i obie związały się zawodowo z medycyną. Vera dobrze rozumiała, jak wygląda codzienność wypełniona nadmiarem obowiązków i ciągłym brakiem czasu na cokolwiek poza pracą. Zaylee nie musiała jej niczego tłumaczyć jak krowie na rowie, dlaczego nie ma siły czy ochoty na wyjście do miasta. Zwłaszcza po takich dniach, kiedy przez kilkanaście godzin sterczała nad stołem sekcyjnym, pracując przy ofiarach masowego wypadku komunikacyjnego. W takich momentach wszystko, co nie było absolutnie konieczne, przestawało mieć znaczenie a myśl o szwendaniu się po barach czy wykrzesaniu z siebie resztek energii wydawała się zwyczajnie nierealna. Dobrze, że żadna z nich nie miała w sobie potrzeby imprezowego życia. Dzięki temu ich relacja działała w bardzo prosty sposób.
Właśnie to zrobię — przytaknęła natychmiast, kiedy Callahan wspomniała o strzeleniu Elliotowi w pysk. — Zdzielę go po mordzie. No co? Obie doskonale wiemy, że zasługuje na wszystko, co najgorsze — wzruszyła lekko ramionami. Nigdy nie była wielką fanką tego typa. Od początku jej śmierdział. Może nie dosłownie, ale w sumie kto go tam wie. Istniało jednak spore prawdopodobieństwo, że zadając mu cios prosto w nos jedynie poharatałaby sobie knykcie, a potrzebowała dłoni do pracy. Te ręce były na wagę złota!
Ten frajer nie musi się na nic godzić, Vera — Miller aż wywróciła ostentacyjnie oczami. — Będziesz łazić po sądach tak długo, jak to konieczne. On nie musi się na nic zgadzać. Pragnę ci tylko przypomnieć, że moja żona jest policjantką. Powiedz tylko słowo, a znajdzie na niego, co trzeba. A nawet trochę więcej — dodała butnie i bez większego zastanowienia podążyła za przyjaciółką, również wychylając kieliszek do końca. Alkohol natychmiast dał o sobie znać - rozlał się po gardle z wyraźnym opóźnieniem, które tylko pogłębiło grymas na twarzy. Zaylee skrzywiła się lekko i sięgnęła po butelkę, żeby zafundować im dużą dolewkę.
Nie piła często. Praca i jej specyfika skutecznie ją od tego odwodziły, a i sama Miller nie należała do osób, które szczególnie dobrze znosiły procenty.
Ale serio — kontynuowała, ponownie napełniając kieliszek Callahan. — Jeśli będziesz tego potrzebowała, to nie kombinuj sama. Po prostu mów — skinęła głową, chcąc nadać wypowiedzianym słowom jeszcze więcej mocy. Tym sposobem pragnęła zapewnić przyjaciółkę, że nie jest sama i że co by się nie działo, to może na nią liczyć. Zaylee była gotowa zeznawać przeciwko Elliotowi i pociągnąć go na dno. Mogło się wydawać, że Vera ma mnóstwo argumentów, żeby nie tylko dopiąć swego i uzyskać upragniony rozwód, ale również wymarzony spokój w postaci zakazu zbliżania się, a jednak wspomniany dupek - jakimś pierdolonym cudem - ciągle znajdował sposoby, żeby odwlec wszystko w czasie. Ale to nie może trwa w nieskończoność. Karma go kiedyś dopadnie.
Powiedz mi lepiej coś miłego. Od samego gadania o tym zjebie dostaję zgagi — mruknęła, bo łatwiej było zrzucić to pieczenie w gardle na Elliota niż przyznać, że przyczyniło się do tego czerowne wino.

vera callahan
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
ODPOWIEDZ

Wróć do „#33”