Była w stanie sobie poradzić. Zapewniała go o tym niejednokrotnie. Była wyrywna, silna, ale potrafiła również szybko kalkulować, dostrzegać rozwiązania tam, gdzie inni widzieli wyłącznie ślepy zaułek. Tym razem jednak chodziło o coś zupełnie innego, nie to miała na myśli, kiedy mówiła o porzuceniu, o tej bolesnej samotności i świecie, w którym nagle miałoby go zabraknąć. Nie chodziło o to, że nie dałaby sobie rady. D a ł a b y. Nadal oddychałaby, nadal wstawałaby rano, wykonywałaby swoją pracę i z uporem szła przed siebie. Problem polegał na tym, że nie chciała uczyć się życia bez niego.
Jego przyznanie się do winy niczego by nie zakończyło. Nie sprawiłoby, że nagle stałaby się bezpieczna. Ściągnąłby na nią jeszcze większe niebezpieczeństwo, ustawiłby celownik prosto na jej plecach. Nie tylko Carbone traktował ją jak kartę przetargową, jak chwilową rozrywkę i skuteczne narzędzie do wywierania presji.
Gdyby Rhysa zabrakło, zostałaby z nimi sama. Stałaby się owcą otoczoną przez wilki, które prędzej czy później ruszyłyby jej śladem. Ona zaś znała siebie, wiedziała, że gdyby ktoś naprawdę przyparł ją do muru, nie byłaby w stanie z nimi współpracować. Zrobiłaby coś głupiego, pociągnęłaby za spust nawet wtedy, gdy sytuacja jeszcze by tego nie wymagała. O ile w ogóle miałaby szansę dożyć takiego momentu.
Dlatego nie zwracała uwagi na detektywa próbującego wyjść jej naprzeciw. Nie zrobili jej niczego, czego wcześniej nie doświadczyła. Została jedynie zatrzymana w miejscu, powstrzymana przed wykonaniem kolejnego kroku, choć prawdopodobnie śmierć Collinsa nie obeszłaby tutaj nikogo. A ona naprawdę chciała go zabić.
Dopiero wtedy Carbone zrobił coś, czego kompletnie się nie spodziewała. N i e u w i e r z y ł.
Nie skierował gniewu w jej stronę. Zamiast tego całą uwagę przeniósł na Rhysa, gdy ona stała nieruchomo. Serce waliło jej o żebra z siłą, która niemal odbierała oddech, przerażenie mieszało się z narastającą paniką, a ta błyskawicznie ustępowała miejsca wściekłości. Tej samej, która podpowiadała jej, by wyrwać się za wszelką cenę i zatrzymać ich zanim człowiek, którego kochała ponad wszystko, upadnie na ziemię.
Scenariusz, który dotąd istniał wyłącznie w jej wyobraźni, właśnie rozgrywał się przed oczami. Jednak nie drgnęła, zdając sobie sprawę, że to nie była
kara, to był t e s t. Carbone nie sprawdzał Rhysa, sprawdzał ją. Rejestrował każde spojrzenie i każdy impuls, które miały odpowiedzieć na jedno pytanie - czy naprawdę to ona zdradziła człowieka, którego jeszcze kilka godzin wcześniej nazywała swoim ukochanym?
Dopiero gdy lufa pistoletu zatrzymała się przy skroni Maddena, coś w niej pękło. Nie pamiętała nawet, kiedy zareagowała. Szarpnęła się gwałtownie, wykorzystując moment nieuwagi mężczyzny stojącego za jej plecami. Wykręciła jego ramię z brutalnością, zmuszając do pochylenia się do przodu. W tej samej sekundzie znalazł się pomiędzy nią a pozostałymi ludźmi Carbone'a, a jej odbezpieczona broń przylgnęła do jego skroni, podczas gdy druga ręka wykręcała mu bark tak mocno, że z gardła wyrwał się zduszony syk bólu.
Doskonale wiedziała, że dla Sergio Carbone'a ten człowiek nie znaczył absolutnie n i c. Dla niej stanowił wyłącznie tarczę, kilka dodatkowych sekund, gdyby ich potrzebowała.
- Nie zdajesz sobie sprawy z mojego szaleństwa, Carbone - uśmiechnęła się chłodno, złośliwie, pilnując, by ani przez chwilę nie spojrzeć na klęczącego Rhysa. Pchnęła mężczyznę przed siebie, sama robiąc krok naprzód.
- Na co czekasz? - warknęła.
- Nie myślisz chyba, że będę błagała o litość dla niego? broń w jej dłoni ani na moment nie opadła, tak samo jak uścisk na ramieniu człowieka. Czuła, jak jego ciało drży, jak próbuje wyrwać się z jej uchwytu, jednak każdy taki ruch kończył się kolejnym wykręceniem ręki.
- Jest tak świetną aktorką... czy faktycznie dałeś się nabrać na ten cały pokaz miłości? - uśmiech Carbone'a poszerzył się nieznacznie. Powoli odsunął broń od głowy Maddena lecz nie dlatego, że uwierzył któremukolwiek z nich. Po prostu bardziej interesowała go kolejna część przedstawienia. - Może pozwolimy tobie, Madden, policzyć się z
ukochaną? - uwielbiał takie chwile. Nie ufał ani jej, ani Rhysowi, nigdy nie ufał nikomu. Znacznie większą przyjemność sprawiało mu doprowadzanie ludzi do granic wytrzymałości, mieszanie ich emocji, zmuszanie do wyborów, których normalnie nigdy by nie dokonali. Patrzył jak powoli się łamią, a kiedy przestawali go bawić - zabijał ich albo łaskawie pozwalał odejść, pozostawiając w przekonaniu, że otrzymali
drugą szansę.
Margo nie zauważyła zagrożenia, za bardzo uwierzyła, że przejęła kontrolę. Ułamek sekundy po tym, jak na jego ustach pojawił się parszywy uśmiech, czyjeś silne ramiona zacisnęły się wokół niej od tyłu. Szarpnięcie było tak gwałtowne, że broń wypadła z dłoni z metalicznym hukiem odbijając się od betonowej posadzki. Mężczyzna, którego wykorzystywała jako tarczę, wyrwał się z jej uścisku, a ona sama została brutalnie obezwładniona. - No proszę... - C o l l i n s. Podchodząc, złapał ją mocno za brodę, zmuszając, by spojrzała prosto na niego. Zbliżył się tak bardzo, że ich usta dzieliły zaledwie milimetry, a Margo splunęła mu prosto w twarz. Nie zdążyła nawet zobaczyć jego reakcji, gdy jej policzek przeszył ostry, piekący ból, gdy uderzył ją z całej siły.
- Nie chce mi się zgadywać, które z was to zrobiło - odezwał się Carbone z całkowitym spokojem, wracając do stołu przy którym jeszcze przed chwilą rozgrywał partię kart. Teraz to oni byli jego rozrywką. - Mamy całą noc do rozprawy Morettiego. Któreś z was w końcu pęknie - Margo w r e s z c i e była w stanie patrzeć tylko na Rhysa, ignorując wszystko wokół. Ignorując Collinsa, próbującego zastraszyć ją swoją bliską obecnością.
Błagała go, by nie drgnął, by nie zrobił nic więcej, by pozwolił wreszcie uwierzyć gangsterowi, że teczka należała do n i e j, nie do niego.
Rhys Madden