ODPOWIEDZ
23 y/o
For good luck!
186 cm
pan policjant porządku pilnuje Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

four


Sprawa Lucy nie dawała mu spokoju, mimo upływu czasu, to dla niej wstąpił do policji. Siedział na komisariacie, wpatrując się w pożółkłą teczkę oznaczoną numerem sprawy sprzed sześciu lat. Na okładce widniało nazwisko: Lucille Carter. Zaginiona. Nigdy nieodnaleziona. Przez te lata próbował przekonać samego siebie, że pogodził się z tym, co wydarzyło się wtedy nad jeziorem. Oczywiście, że było to kłamstwo. Każde zaginięcie, każda nierozwiązana sprawa, przypominała mu o tamtej nocy, krzyku Lucy i o tym, że nie zareagował, choć powinien to zrobić. Żałował oddania tamtego pamiętnika. Zanim to zrobił, mógł do niego zajrzeć, może znalazłaby coś, co zwróciłoby jego uwagę — bo Lucy była mu bliska, znał ją. Przeglądał zdjęcia z wyjazdu, wpatrywał się w ten cholerny pomost, na którym wtedy zniknęła. A razem z nią postać w czarnej bomberce. Jeden z tropów prowadzących donikąd.
Ten incydent nie dawał mu spokoju. Lucy wracała do niego w myślach, nawiedzała go jak duch, który został na tej ziemi, bo po śmierci nie odzyskał spokoju. Gdyby Danny był wierzący, może próbowałby doszukiwać się w tym jakichś znaków, boskiej interwencji, lub ostrzeżenia. Ostatecznie wołania o pomoc zza granicy życia i śmierci. Danny nie wierzył w takie rzeczy. Wierzył w fakty i dowody, w to, co można było udowodnić. Dlatego nigdy nie dopuszczał do siebie myśli, że istnieje jakikolwiek związek pomiędzy jego snami a sprawą Lucy. Tłumaczył je sobie poczuciem winy i wyrzutami sumienia. Według niego sprawa była prosta; ludzki umysł lubił wracać do tego, czego nie potrafił zamknąć. A on nigdy nie zamknął rozdziału związanego z Lucy. Mimo to zdarzały się momenty, które zostawiały po sobie dziwny ślad niepewności. Jak spotkanie ze starą cyganką, która zaczepiła go na ulicy, gdy wracał z akademii późnym, jesiennym wieczorem. Jednym z tych, podczas których miasto tonęło w szarości, deszczu i chłodzie. Zatrzymała go starsza, zgarbiona pani, która wspomniała, że widzi za nim dwa cienie — jego własny i cień czegoś, co się do niego przypałętało. Owszem, przypałętało się. Pech w miłości. Nieprzyjemna aura i ojcowskie przekleństwo. Zignorował ją i to, co mówiła; choć później wróciła do niego ta myśl, gdy kładł się do łóżka. Może to była po prostu intuicja, nic więcej. Intuicji mógł zaufać.

Zaufał jej podczas przeglądania zdjęć, które pokazał mu Eric. Zwrócił uwagę na rudowłosą kobietę w niebieskiej spódnicy. Jego wzrok zatrzymał się na niej nieco dłużej, niż powinien. Wzór materiału i charakterystyczny krój wydawały się dziwnie znajome. Tak znajome, że w tamtej chwili przestał wierzyć w zbiegi okoliczności. Zostawił tę myśl dla siebie. Przeglądając fotografie, podpytywał starszego brata o szczegóły wyjazdu. Eric sprawiał wrażenie zadowolonego pomimo drobnych komplikacji i tej całej historii o zabójstwie.
Odnalezienie profilu Gabrieli na Instagramie zajęło mu zaledwie kilka minut. Wystarczyło przejrzeć listę obserwujących starszego brata. Wśród dziesiątek zdjęć i podobnych twarzy rudowłosa kobieta natychmiast przyciągnęła jego uwagę. Dostęp do policyjnej bazy danych pozwolił mu sprawdzić jej aktualne miejsce zamieszkania. Zanim jednak ruszył z niezapowiedzianą wizytą, wrócił do zdjęć zapisanych w telefonie, na dysku google i w chmurze. Przez lata zgromadził ich naprawdę dużo, i wiele z nich przedstawiało Lucy. Nie musiał długo szukać; na jednym z nich stała właśnie w tej spódnicy. Pamiętał dzień, kiedy mu ją pokazała. Lucy uwielbiała szyć i marzyła o karierze projektantki mody. Z przejęciem opowiadała o swoim najnowszym projekcie, a potem wspomniała, że jedną z własnoręcznie uszytych spódnic chce podarować przyjaciółce.
Najwyraźniej tą przyjaciółką była Gabriela Blais zamieszkała w Distillery District pod numerem 13.

Jazda do Distillery District była dziwnie cicha, jakby miasto specjalnie przyciszyło się na jego potrzeby, zostawiając mu zbyt dużo miejsca na myśli, których wcale nie chciał mieć. Trzymał ręce na kierownicy motocykla, ale napięcie w palcach zdradzało więcej, niż sam by przyznał. Obraz rudowłosej kobiety w niebieskiej spódnicy wracał uparcie, jak detal, który nie pasuje do reszty układanki, a jednak nie daje się wyrzucić z głowy. Lucy zawsze powtarzała, że pewne rzeczy czujesz, zanim zrozumiesz, i właśnie to było najbardziej irytujące, bo teraz jego własny umysł brzmiał jak echo jej głosu. A on chciał pozbyć się tego, co brzmiało jak Lucy. Chciał wyrzucić z głowy jej głos i więcej do niego nie wracać, jakby sam fakt, że go pamiętał, wprawiał go w poczucie dyskomfortu.
Czarna maszyna zatrzymała się na parkingu, wydając z siebie przyjemne dla ucha brzmienie. Zgasił motocykl i zdjął kask z głowy, zabierając go ze sobą. Przez chwilę obserwował w milczeniu budynek, odcinając prywatne rozterki i rozmyślenia. Ruszył w stronę wejścia, dochodząc do wniosku, że im bliżej mieszkania z numerem trzynaście się znajdywał, tym bardziej jego decyzja przestawała być tylko intuicją. Zaczynała być koniecznością. Nacisnął dzwonek bez wahania, a kiedy po drugiej stronie rozległy się kroki, jego twarz nie zmieniła wyrazu ani na sekundę, jakby już wcześniej zdecydował, że emocje nie będą tu miały dostępu. Gabriela stała w progu dokładnie taka, jak na zdjęciach, choć rzeczywistość zawsze dodaje coś, czego nie da się uchwycić na pikselach. Kobieta nie miała już rudych włosów, ale czarne, a jej ostre spojrzenie przypomniało mu o tej wrednej koleżance Erica, wobec której nigdy nie był szczególnie uprzejmy.
— Cześć, Blais. Nie zajmę ci dużo czasu. Chcę tylko wiedzieć, skąd masz niebieską spódnicę, którą miałaś na zdjęciu znad jeziora — odezwał się bezpośrednio, mierząc ciemnowłosą pochmurnym spojrzeniem. Bez zbędnej uprzejmości, bez owijania w bawełnę — mówił spokojnym tonem pozbawionym jakiejkolwiek miękkości, jakby już na wstępie ustalał warunki rozmowy, a nie ją zaczynał. Przesunął wzrokiem po jej twarzy, jakby próbował zapamiętać zgodność danych między tym, co widział w rzeczywistości, a przejrzanymi wcześniej zdjęciami. Nie przyjechał tutaj służbowo; o czym świadczył luźny ciemny t-shirt i zarzucona na ramiona kurtka motocyklowa. Brakowało mu munduru, lecz nie rozstawał się z odznaką ani identyfikatorem — w razie konieczności zamierzał je wykorzystać, podobnie jak policyjne przywileje płynące z ich posiadania.


Gabriela R. Blais
Kasia/Blueberry
Widzimy sie na boisku Pioter, pokaż jak ciśniesz w gałe.
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Lucille Carter.

Są pewne historie, których nie opowiada się nawet przy płomieniu ogniska, gdy przyjaciele, pod wpływem alkoholu, próbują nawzajem się nastraszyć. Są pewne osoby, do których wciąż wraca się myślami, ale czas zabiera kolejne fragmenty wspomnień, nie oglądając się za siebie. Są pewne zdjęcia, które przedstawiają osoby zaginione, których los na zawsze pozostaje zagadką. Są pytania, na które nigdy nie uzyska się odpowiedzi. Niektóre sprawy wciąż są otwarte, oczekując na swój finał. Czasami wystarczy skrawek materiału, żeby poruszyć to, co od lat leżało w ciszy i zapomnieniu. Jedna osoba posiadała wiedzę, która mogła sprawić, że pożółkła teczka znów trafi na biurko śledczych. A pewne zeznania pozwoliłyby raz na zawsze wyjaśnić los dziewczyny, której krzyk pewnej nocy rozdarł ciszę nad jeziorem.

Nie pakuj się w to, mała. To nie twój świat...
Minęło sześć długich lat, odkąd wypowiedziała te durne słowa licząc, że nastolatka ją posłucha. Starsza przyjaciółka od siedmiu boleści, która zaciągała się papierosem, nie zważając na to, że była jakimś pierdolonym wzorem dla małolaty. Jutro wyjeżdżała do Włoch. To miał być tydzień odpoczynku od całego tego gówna, które spotkało ją w Toronto. Rozwód rodziców i utrata ukochanej Simby… Lucy zaś miała być na obozie. Gdyby tylko wtedy wiedziała, że dziewczyna nie odpuści sobie tej znajomości z typem spod ciemnej gwiazdy. Pewne decyzje jednak prowadziły do ciągu wydarzeń, którego nie potrafiły zatrzymać żadne siły. Kto by się spodziewał, że tamto spotkanie będzie ostatnim? A po nim zostanie jedynie pamiątka w postaci spódniczki, która kiedyś doprowadzi do niechcianej konfrontacji.

Na jej twarzy nie drgnął żaden mięsień, gdy obolała wlokła się za Alessandro i jego kompanem. Wyłapywała jedynie pojedyncze słowa z ich rozmowy. Tyle wystarczyło, żeby uchwyciła z tego chaosu słów to jedno imię... Lucille… To mógł być jedynie przypadek, ale... Nalała do kieliszków digestivo i ze sztucznym uśmiechem podała likier Panom. Zerknęła przelotnie na dokumenty leżące na blacie i znieruchomiała. To była ta chwila, gdy zwykłe kurwa było niewystarczające. Tą ciekawość przypłaciła krwią. A to całe poświęcenie poszło na marne, bo niewiele dowiedziała się o losie swojej przyjaciółki.

Dzwonek do drzwi zwiastował kłopoty. Ten dźwięk nigdy nie wróżył niczego dobrego. Mogła spodziewać się każdego. Komornika, dawnej kochanki kuzyna, a nawet ubogiej striptizerki, która zamierzałaby wypłakać się jej w ramię, że przez głupi błąd wylądowała na ulicy. Rozstrzał był spory, mało co mogło ją zaskoczyć, a jednak...
Sam we własnej osobie Danielis Stones ją nawiedził.
- No, no, no... Stęskniłeś się Danny? Znowu szykujesz dla mnie wykład, że powinnam się odpierdolić od twojego brata? Przygotować ci rzutnik do tej prezentacji? - oparła się ramieniem o framugę, krzyżując dłonie w okolicy piersi dając mu niewerbalny sygnał, że nie był personą mile widzianą w tym mieszkaniu.
- Wow, ty to masz rozmach. Teraz ci przeszkadzają moje ciuchy? Nie wiem o chuj ci chodzi, ale pognęb jakiś przedszkolaków, jak ci to sprawia frajdę. To będzie twój poziom. - teatralnie uniosła dłoń do ust, żeby ziewnięciem zamaskować kpiący uśmieszek, który mimowolnie unosił kąciki ku górze. Jego pytanie jednak zasiało ziarenko niepewności w jej umyśle. Sześć lat. Dwa tysiące coś dni, a sprawa Lucy dalej nawiedzała ją w najmniej odpowiednim momencie. - Nie ruszaj młody gówna, bo zacznie śmierdzieć. Uznaj to za ostrzeżenie, okej? - poruszyła się gwałtownie, gotowa zakończyć tę rozmowę na dobre, zanim nawet na poważnie się zaczęła. Złapała w palce gładkie drewno, aby trzasnąć mu drzwiami przed nosem w ramach soczystego: spierdalaj!.

Danielis Stones
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
23 y/o
For good luck!
186 cm
pan policjant porządku pilnuje Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przeszłość zostawiała paskudne blizny i zostawała z nami na zawsze — kształtowała charaktery, osobowości. Wpływała na to, w jakim stopniu staniemy się wyblakli i pozbawieni sumienia; albo wielobarwni, emocjonalni i otwarci. Zabawne, że te cienie rzutowały na przyszłości tak bardzo, że otępiały ludzkie sumienie i ograniczały zdolność logicznego myślenia, które wyłączało się całkowicie, jeśli tylko na horyzoncie pojawił się bodziec na tyle silny, że potrafił to zrobić. Dla niektórych takim bodźcem były narkotyki. Dla innych alkohol. Odkąd Stones wstąpił do policji, zauważył, że każda incydent, który kilka lat temu mógł wywrzeć na nim duże wrażenie, obecnie pozostawał mu obojętny. Interwencji, od których włos jeżył się na głowie, było tak wiele, że zaczął godzić się z niesprawiedliwością — a każda z nich tylko uświadamiała mu, od czego tak naprawdę była policja. Psy na posyłki w mundurach. Porażka systemu, według którego przyszło im pracować i założone odgórnie ograniczenia, pomagały zrozumieć wściekły tłum ubliżający policjantom na każdym kroku. Procedury. Czasem miał ochotę je złamać, ale wiedział, że to zagroziłoby jego przyszłości — a on nie mógł pozwolić sobie na porażkę, dopóki oficjalnie nie dostanie się do wydziału, który pomoże mu otworzyć sprawę Lucille. Chciał, żeby była, chociaż jedną ofiarą, albo zaginioną, której sprawa zostanie doprowadzona do końca. Zasługiwała na szczęśliwe zakończenie — dlatego grzebał, gdzie tylko mógł.
Dlatego brał udział w interwencjach i odcinał emocje za każdym razem, gdy musiał wytłumaczyć małemu, płaczącemu dziecku, dlaczego jego mama jest pijana, naćpana, nieprzytomna, martwa. Wyłączał je również wtedy, gdy wysyłano go na rozmowę z przerażonymi rodzicami, którzy musieli zmierzyć się z faktem, że nigdy więcej nie zobaczą swojego dziecka; czy też innej bliskiej osoby. Świat jest zgniły, a ci, którzy go psują, zasługują na najwyższy rodzaj kary — mordercy, przestępczy różnej maści, mafiozi… ci ludzie wprowadzali zamęt. Ignorowanie takich zachowań doprowadzało ludzi na skraj. Za działanie przeciw temu odpowiadały głowy państwa i policja, jeśli coś się psuło, to znaczy, że system nawalił. Naprawienie wyrządzonych ludziom krzywd przez wyrzutków społecznych — jak uważał Stones — było niemożliwe. Liczenie na wsparcie siły wyższej i kierowane w jej stronę prośby nie przynosiły ani oczyszczenia z win, ani naprawienia krzywd. Niektórzy wierzyli w Boga, inni w kismet. Stones, nawet jeśli dostałby dowody na istnienie boga, który jasno wskazałby, czym różni się dobro od zła i tak uparcie trzymałby się swojego zdania: każdy sam powinien decydować o tym, czy chce być dobry czy zły.
Wybrał swoją ścieżkę, wstępując do policji i teraz zamierzał nią iść.
— Wyszczekana jak zawsze — podsumował krótko słowa Gabrieli, przesuwając leniwie dłonią po karku.
Ich przepychanka słowna mogłaby się ciągnąć w nieskończoność, gdyby nie to, że Danny nie posiadał niepohamowanej potrzeby posiadania ostatniego słowa. Ostatecznie i tak wychodziło na jego, więc wdawanie się w dyskusje skutkujące zbyt dużą — zbędną — utratą energii, było w jego odczuciu bez sensu. Odkąd pamiętał, Gabriela miała dużo do powiedzenia i ściągała na siebie kłopoty. Nie podobało mu się to, że Eric spośród tylu normalnych ludzi, zadawał się akurat z rudowłosą wiedźmą — ale Eric był dorosły i jak już obydwaj wiedzieli, wcale nie musiał przebywać w towarzystwie Gabrieli, żeby załatwiać sobie noclegownie na komisariacie. Byłby mniej zdziwiony, gdyby zgłoszenie dotyczyło Blais. Widok starszego brata go zaskoczył.
Zignorował zamkniętą postawę, sugerującą, że powinien wypierdalać.
Przywykł do tych spojrzeń i charakterystycznego krzyżowania ramion w okolicach klatki piersiowej. Widok policji rzadko cieszył kogokolwiek. Widok Danny’ego — w dodatku bez munduru — najwidoczniej także. Liczenie na ciepłe przyjęcie ze strony Gabrieli byłoby równoznaczne z idiotyzmem; a on za idiotę się nie uważał. Uważał się natomiast za eksperta w ignorowaniu sygnałów wyrażających niechęć. Przesunął ponurym spojrzeniem po jej posturze bez zbędnego oceniania, czy nachalnego wpatrywania się w jej figurę. Noe przyszedł tutaj po to, żeby podziwiać wygląd Gabrieli — tak właściwie to była mu obojętna, choć nie miał wątpliwości co do tego, że przyciągała uwagę mężczyzn. Oparł się nonszalancko prawym bokiem o framugę drzwi, niczym odbicie lustrzane, odwzorowując pozycję, w której stała. Gdyby Gabriela posiadała, choć odrobinę przydatnej umiejętności milczenia, albo odpowiadania na pytania bez wchodzenia w pyskówki, rozmowa z nią przychodziłaby łatwiej. Temperament rudowłosej i jej butność dorównywały siłą wybuchowi wulkanu, ale jemu bynajmniej to nie przeszkadzało. Jeśli miała ochotę porozmawiać ze ścianą — mogła to zrobić. Między ścianą a Stonesem nie dostrzegłaby zbyt wielkiej różnice. Jedno i drugie potrafiło uparcie milczeć. Jeśli miała ochotę na odrobinę zabawy, mogła spróbować go przetestować i wystawić jego cierpliwość na próbę. Problem tkwił w tym, że każda prowokacja zakończyłaby tym samym scenariuszem. Ona dla odrobiny złośliwości spróbowałaby kilku gestów (przyłożenie dłoni do ust, kąciki uniesione w kpiącym uśmiechu, zamknięta postawa i zgryźliwości), a on by je zignorował z miną wiecznie znudzonego człowieka, którego nie dało się już niczym zaskoczyć.
Uszczypliwy komentarz dotyczący spódnicy, który nie był odpowiedzią na zadane pytanie, również zignorował. Wyraził się na tyle jasno, że powinna zrozumieć, co miał na myśli. Brwi ciemnowłosego uniosły się natomiast ku górze, gdy w końcu postanowiła powiedzieć coś, co wywołało w nim odrobinę zainteresowania. Zatrzaśnięcie mu drzwi przed nosem było tylko kwestią kilku chwil — tych, w przeciągu których zdążył zatrzymać swoją dłonią drzwi przed zamknięciem i przyblokować je ciężkim, militarnym butem.
— Powiedzmy, że od pewnego czasu ignorowanie ostrzeżeń to moja praca — stwierdził luźnym tonem, wyciągając zza motocyklowej kurtki odznakę policyjną. Nachylił się w stronę Blais, posyłając jej nieco prowokujący uśmiech. — I tak się składa, że właśnie wykonuje swoje zdanie, nie utrudniaj nam współpracy — przez krótką chwilę nie odrywał od niej spojrzenia. Uśmiech, którym przed momentem ją obdarzył, powoli zgasł, ustępując miejsca chłodnej, zawodowej obojętności. Kciukiem schował odznakę z powrotem pod kurtkę, lecz nie cofnął ani dłoni opartej o drzwi, ani buta blokującego ich zamknięcie. Pewność, z jaką stał w progu, wystarczyła, by jasno dać do zrozumienia Gabrieli, że nie zamierzał odejść tylko ze względu na odmowę. Miał mnóstwo czasu. Mógł tutaj stać przez najbliższe pół godziny i nie mieć poczucia jego utraty.

Gabriela R. Blais
Kasia/Blueberry
Widzimy sie na boisku Pioter, pokaż jak ciśniesz w gałe.
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Znieczulica.
Świat pełny był bezsensownej przemocy. Jedni babrali się w tym syfie dla pieniędzy. Inni dawali upust swojej brutalnej naturze, mieszając się w nielegalne interesy, licząc, że odpowiednie znajomości wyciągną ich z więzienia. Ilu to już odważnych mundurowych próbowało zmienić tę kolej rzeczy. Ilu myślało, że nic już nie zrobi na nich wrażenia. Mafia nie była zabawą dla początkujących żółtodziobów. A jednak ten schemat pojawiał się co jakiś czas, gdy jeden ambitny glina próbował na swój sposób przekroczyć granicę.
Najwidoczniej tym kimś był teraz młodszy Stones.
Gdyby nie okoliczności i natrętne pytania o spódnicę, zaśmiałaby się na widok policyjnej odznaki. Którą mężczyzna machał jej przed noskiem, jakby miało to zrobić na niej wrażenie.
- Sprawiłeś sobie nowe świecidełko? Nie wiedziałam, że rozdają to byle komu. Mam ci pogratulować? A może od razu zacząć, czy masz nakaz na wtargnięcie do mieszkania i przesłuchanie? - wymownie spojrzała na jego bucior, który blokował w dalszy ciągu drzwi, żeby nie mogła uciec od tej rozmowy.
Żeby znowu nie mogła uciec od sprawy Lucille Carter.
Przez chwilę toczyli niemą walkę na spojrzenia, którą zakończyła jako pierwsza cichym chichotem, który wyrwał się spomiędzy jej ust wygiętych w uśmiech. Nienawidziła tego szczyla coraz bardziej. Niesamowite, że z jednej matki mogły wyjść dwa tak różne charaktery. Eryczek był do rany przyłóż, kochany i całkiem zabawny. A przed nią stało teraz widmo praw i obowiązków ze zgorzkniałą miną.
- Współpracy? - powtórzyła powoli za nim, akcentując każdą literkę, licząc, że się przesłyszała. Pokręciła głową, a jej śmiech było już teraz słychać na całym korytarzu. Sąsiadka aż uchyliła drzwi zaciekawiona tymi odgłosami. Pewnie znowu stare próchno szukało zwady i zaraz poleci, żeby zadzwonić na psiarnię, że ktoś zakłócał spokój miru domowego. Albo o jakieś inne gówno.
- Chyba mnie coś ominęło, ale współpraca polega chyba na tym, że obie strony muszą tego chcieć. A ja póki co, to nie wiem czy masz fetysz na moje ubrania, czy przyszedłeś się pochwalić odznaką? Więc albo przejdź do rzeczy, albo będziemy tu stać i patrzeć na siebie przez resztę dnia. A jeśli to jakaś próba flirtu, to idzie ci kurewsko nieudolnie. Ale zawsze wiedziałam, że robiłeś do mnie maślane oczka. Szczególnie, jak byłeś młodszy. - tak dalej sobie ględziła pod nosem, mając cichutką nadzieję, na to że w końcu da jej spokój. W końcu jednak szerzej otworzyła drzwi i wpuściła tego pacana do środka.
Im szybciej to załatwią, tym szybciej straci go z oczu.
- Rozbieraj się. - powiedziała z całkowitą powagą i wskazała dłonią na kanapę, gdzie miał zostawić ubrania. - Nie patrz tak na mnie. W dupie mam twoje ciało. Jeśli jednak chcesz rozmawiać ze mną na takie tematy, to nie dam się wrobić, że nagrasz tę rozmowę. Żadnego podsłuchu. Tylko ty i ja.

Danielis Stones
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
ODPOWIEDZ

Wróć do „#13”