ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
194 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

The evil, it spread like a fever ahead
It was night when you died, my firefly
What could I have said to raise you from the dead?



Ashish Kapoori rozumiał, że w racjonalnym ujęciu podobne stwierdzenie nie miało absolutnie żadnego sensu, ale przez kilka dni po każdej śmierci dziecka, Mount Sinai Hospital pachniał inaczej niż zwykle.
Korytarze pozostawały przecież takie same: te same ściany pokryte mdławą barwą prawie-białej, a jednak jakby kremowej farby; te same lampy, malujące rzeczywistość jaskrawym światłem jarzeniówek, ten sam ostry zapach lizolu, którym podłogi myto z początkiem każdej zmiany.
A jednak od trzech dni brunet nie potrafił pozbyć się wrażenia, że cały budynek przesiąkł czymś cięższym od zapachu środków dezynfekcyjnych. Winą. Albo żałobą. Albo jednym i drugim - najbardziej morderczą z możliwych mieszanek.

Przez ostatnie siedemdziesiąt dwie godziny spał łącznie nie więcej niż kilka godzin. W domu pojawił się wyłącznie po to, żeby zmienić ubranie, wziąć prysznic i przez dłuższą chwilę stać przed otwartą lodówką, nie pamiętając właściwie, po co ją otworzył. Dokumentacja medyczna piętrzyła się na jego biurku jak wieża Babel. Wszystkie te raporty, wyniki badań, zapisy EEG, zapiski z rezonansów i konsultacji. Przecież znał to już wszystko na pamięć... A mimo to i tak wracał do nich wciąż od nowa, jak człowiek rozdrapujący ranę zamiast pozwolić jej się zagoić.
Tylko, że w tym przypadku nie było mowy o żadnym gojeniu się, zwłaszcza zważywszy na obrót jaki sprawy przyjęły w ostatnim tygodniu.
Chłopiec miał dziewięć lat, kręcone kasztanowe włosy i wątłe, blade nadgarstki wskazujące na chroniczną, lekooporną anemię. Lubił psy, samoloty, i znał na pamięć więcej nazw linii lotniczych, niż Ash był w stanie zliczyć na palcach obydwu dłoni. Nienawidził geografii i szpitalnego kisielu. W przyszłości - którą mu odebrano - chciał zostać pilotem albo prywatnym detektywem. W ciągu ostatnich miesięcy stał się dla Ashisha czymś znacznie więcej, niż tylko kolejnym przypadkiem albo zagadką do rozwiązania. A teraz leżał w szpitalnej kostnicy, z drobnym ciałem rozciągniętym na metalu stołu sekcyjnego.

Oprócz chłopca, Kapoori doskonale pamiętał też jego matkę: zatroskaną kobietę siedzącą przy łóżku dziecka jak wierny pies, zawsze z notatnikiem w dłoni, w którym zapisywała odpowiedzi na wszystkie zadawane lekarzom pytania. Zawsze była na bieżąco z wynikami wszystkich badań, pamiętała godziny podania leków i najnowsze zmiany w ich liście. Była zmęczona, ale nigdy nie narzekała. Przestraszona, ale zawsze uprzejma. Oddana. I wszyscy mówili o niej dokładnie to samo:
jaka jest dzielna, jak bardzo kocha syna, jak niewiarygodnie dobrze sobie radzi z chorobą, której etiologii nikt tak naprawdę nie potrafił zrozumieć ani wyjaśnić.
Ash myślał o niej dokładnie tak samo, doceniając zaufanie, które zdawała się pokładać w jego ekspertyzę i nawet bardziej niekonwencjonalny, eksperymentalny plan leczenia, który postanowił wdrożyć z braku innych, lepszych opcji w ostatnich tygodniach, gdy wszystko inne zdawało się zawodzić, a neurologiczne objawy chłopca tylko się pogłębiały.
Nie spodziewałby się, że to właśnie ona po śmierci dziecka stanie za oskarżeniem, że to Ash przyczynił się do jego śmierci.

Zatopiony w myślach o kobiecie, Kapoori zatrzymał się przed drzwiami prosektorium, przez chwilę po prostu gapiąc się tępawo w tabliczkę z nazwiskiem Olivii. Nie pamiętał nawet, kiedy ostatni raz znalazł się w tej części szpitala - neurochirurdzy rzadko schodzili tutaj bez powodu, a powodów takich jak ten nie życzyłby nikomu, i starał się unikać jak ognia.
W dłoni ściskał teczkę, choć w sumie niepotrzebnie, bo jej zawartość mógłby wyrecytować z pamięci.
Biorąc głębszy oddech - co przychodziło mu z trudem, bo jego płuca zdawały się zaciskać w jego piersi niczym pięść - uniósł w końcu dłoń i zapukał dwukrotnie, krótko, z dźwiękiem unoszącym się niewygodnie w panującej na korytarzu, niemal trupiej ciszy.
Z kobietą, której obecność przeczuwał po drugiej stronie drzwi, znali się głównie z widzenia i ogólnoszpitalnych spotkań, nieszczególnie dobrze ani blisko. Teraz natomiast przychodził do niej z takim rodzajem desperacji, którego brzydził się najbardziej.
Przeczesał dłonią włosy i czekał, nieświadomy nawet drżenia stóp w szpitalnym obuwiu, wybijających na posadzce niespokojny, lękowy rytm.

Olivia Calvert
32 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
166 cm
patolog sądowy Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

W chłodnym, zazwyczaj spokojnym prosektorium, dało się słyszeć dźwięki przeszywające ciszę w absurdalny sposób, nijak nie pasujące do okoliczności. Niewiele miały wspólnego ze śmiercią, która wsiąknęła w ściany pomieszczenia, racząc swoim zapachem każdego, kto postanowił tutaj przyjść, dając poczucie przygnębienia i wrzucając śmiałka w wir melancholijnego nastroju. Dla kogoś, kto przebywał w tym miejscu notorycznie, zdawało się nie mieć to aż takiego znaczenia, chociaż powrót po dłuższej nieobecności potrafił być trudny. Olivia przekonała się o tym wiele razy, chociaż zazwyczaj, kiedy dzień po dniu wykonywała kolejne sekcje nie przywiązywała wagi do otoczenia. W chwili, w której udało jej się wyrwać z wiru pracy i udać na kilkudniowy odpoczynek, odcinała się od myśli o wszystkich młodych osobach, które nie powinny znaleźć się na jej stole. Po takich beztroskich momentach, wracanie do szpitala potrafiło przygnębić, bombardując wspomnieniami. Nie powinna się przywiązywać, nie powinna traktować swoich pacjentów jak żywych ludzi, a jednak gdzieś w środku nie potrafiła całkiem zrezygnować z emocjonalności. Nie była robotem, jak niektórzy jej koledzy po fachu. I chociaż nie przeżywała każdej śmierci w sposób oczywisty, łzawy i naszpikowany wywodami na temat niesprawiedliwości tego świata, tak nie znaczyło to, że pozwoli, by chłód jej miejsca pracy przeniknął do jej ciała, władając nim.
Nic dziwnego, że potrzebowała jakiejś odskoczni od utartych stereotypów mroczności prosektorium, wybierając w tym celu muzykę. Wiele razy słyszała, że to, co puszczała podczas sekcji brzmiało niczym podkład do jakiegoś psychopatycznego horroru, gdzie morderca napawa się torturowaniem swojej ofiary, ale jej pomagało w skupieniu i kontrolowaniu swojego umysłu. Poza tym była przekonana, że akurat jej pacjentom nie robiło różnicy, czego właściwie słucha.
Sięgnęła po papiery leżące na biurku. Zanim zacznie sekcję młodego chłopaka, musiała uzupełnić dokumentację, upewniając się, że zawrze w nich wszelkie potrzebne informacje. Ostatnim, czego potrzebowała to kłótnia z innymi osobami, że czegoś zabrakło. Nie raz przekonała się na własnej skórze jak ludzie potrafili się czepiać o byle pierdoły, które w ogólnych rozrachunku nawet nie miały znaczenia, tym samym starając się za wszelką cenę dowartościować. A czy był na to lepszy sposób, niż wytykanie błędów?
Niespodziewanie usłyszała ciche pukanie, które sprawiło, że drgnęła. Nie często zdarzało się, by ktoś wchodził tutaj w tak kulturalny sposób. W dużej mierze po prostu ludzie włazili, głównie policjanci, którzy nie mieli czasu na tak trywialne rzeczy, jak maniery.
Uniosła lekko brwi, zdziwiona. ostatnią osobą, która zapukała, była jej przyjaciółka. z tym, że w tym momencie powinna już tu wejść. Osoba na zewnątrz jednak czekała najwidoczniej na pozwolenie.
-Proszę! - rzuciła ciekawa, kogo zastanie po drugiej stronie. Może ktoś pomylił piętra i nie wiedział, gdzie powinien iść?

ash kapoori
34 y/o
For good luck!
194 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Pchnięte drżącą dłonią, drzwi do pomieszczenia ustąpiły niemal bezgłośnie, a Ashish przez krótką chwilę po prostu stał w ich progu, jedynie podświadomie zdając sobie sprawę, że jego przekroczenie podzieli całe jego życie na dwa etapy, na przed i po, na teraz i kiedyś.
Zaproszony do środka melodią zaskakująco żwawego, ewidentnie młodego głosu, zamknął je za sobą z ostrożnością człowieka, który przez całe życie nauczył się nie trzaskać żadnymi drzwiami — ani w domu, ani na uczelni, ani w szpitalu. Zamrugał w pierwszym, silnym odruchu ciała, gdy oczy próbowały przyzwyczaić się do jaskrawego światła prosektorium. Zdawał sobie sprawę, że jego blask musi ostentacyjnie wychwytywać każde zagięcie i zmięcie jego koszuli, zwykle wyprasowanej z dosłownie chirurgiczną precyzją, a jednak teraz noszącej niezaprzeczalne ślady długiego dnia spędzonego tak w pracy, jak i w nerwach. Jej rękawy pozostawały podwinięte nad łokcie, jak Ash gdyby zapomniał opuścić je po ostatnim badaniu, a pod cienkim materiałem rysowały się napięte przedramiona istoty żyjącej głównie na kofeinie i silnej woli. Jego ciemne włosy, zazwyczaj ułożone z taką samą dokładnością jak narzędzia na sali operacyjnej, opadały teraz niesfornie na czoło, jakby kilkanaście razy przeczesywał je nerwowo dłonią.
Zdawał sobie też sprawę, że błysk jarzeniówek nie pomaga jego twarzy, której zwyczajowo żywy, oliwkowy kolor stał się teraz ziemisty, dodatkowo podbity czerwienią oczu podrażnionych nie tyle płaczem, co zmęczeniem, i fioletem sińców wykwitłych pod dolną powieką.

Uwagę Asha, naturalnie, na krótką chwilę przykuła także muzyka nieprzypominająca niczego, co brunet spodziewałby się usłyszeć w prosektorium. Nie była ani dyskretnym jazzem sączącym się z głośników, ani klasyką, którą niektórzy lekarze wybierali dla uspokojenia własnych myśli. Surowy i jednocześnie hipnotyzująco czysty wokal niósł ze sobą słowa w języku, którego Ash nie rozpoznawał, choć przez moment próbował przypisać go do któregoś z tych, z którymi zetknął się podczas dzieciństwa spędzonego pomiędzy Indiami, Europą i Ameryką. Bezskutecznie.
Przez krótką chwilę Ash nie był nawet pewien, czy powinien przeprosić za wtargnięcie, czy raczej poczekać, aż utwór dobiegnie końca.
— Doktor Calvert? — Zaryzykował w końcu, pozwalając własnemu głosowi przebić się przez dźwięki muzyki, być może błędnie dodając do nazwiska Olivii tytuł naukowy w jego przeświadczeniu adekwatny do okoliczności. Była to tylko kurtuazja, bo przecież Ash nie musiał upewniać się, czy trafił w odpowiednie miejsce, ani do odpowiedniej osoby.
Jakkolwiek to nie brzmiało, to nie był jego pierwszy raz w prosektorium. W czasach studiów, przywykł do sterylności tego typu pomieszczeń, do ich rażąco jasnych barw i impersonalnego wystroju. To w nich uczył się anatomii, uczestniczył w sekcjach wpisanych przymusowo do akademickiego curriculum, a potem, już po ukończeniu specjalizacji, omawiał pojedyncze przypadki wymagające konsultacji z patomorfologami.
Nigdy jednak nie stawiał się w prosektorium w takim stanie emocjonalnym jak teraz, z przysłowiową duszą na ramieniu i świadomością, że na szali może znajdować się cała jego kariera. Nie wspominając już o fakcie, że pod białym, sekcyjnym prześcieradłem, którym okryto metalowy stół, najprawdopodobniej leżał pacjent, z jakim Ashish zdążył szczególnie się związać.
— Doktor Kapoori — Przedstawił się, zdając sobie zaraz sprawę, że jego głos brzmi jednocześnie młodziej, jak i chropowaciej niż zwykle. Odchrząknął z lekkim trudem. — Ashish.

Przez chwilę milczał, zastanawiając się, czy jego dane cokolwiek Olivii powiedzą. Czy policja już się z nią kontaktowała? Czy dotarły do niej szpitalne pogłoski? Fakt, że dziewczyna większość czasu spędzała tutaj, w miejscu, które pieszczotliwie nazywano czasami Hadesem, nie musiał wcale oznaczać, że nie docierały do niej lokalne plotki i sensacje. A Ash po raz pierwszy w życiu stawał się teraz ich głównym podmiotem.
— Przychodzę w sprawie Hugo Bennetta — Powiedział z ciężkim westchnięciem, żałując, że musi wypowiedzieć podobne słowa. Opuszkami palców przesunął po krawędzi teczki. — Dziewięć lat. Był... Był moim pacjentem. — Uśmiechnął się blado, jednym z tych uśmiechów, które nie mają w sobie ani grama radości, a raczej pojawiają się z racji na nostalgię, sentyment i kwestię przyzwyczajenia. — Zakładam, że jest pani zaznajomiona z jego... z jego przypadkiem?

Olivia Calvert
32 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
166 cm
patolog sądowy Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie miewała tutaj zbyt wielu żywych gości, którzy zaszczyciliby ją rozmową. Strach przed wszystkim, co związane było ze śmiercią, głęboko zakorzenił się w ludziach, przechodząc z pokolenia na pokolenie. Ci, którzy sami z siebie wybierali obcowanie z umarłym postrzegani byli jako dziwacy. Nawet dzisiaj, kiedy medycyna znacznie rozszerzyła się na przeróżne dziedziny, calvert spotykała się z docinkami. Nie interesowały ją; wiele brzmiało całkiem zabawnie, a ona umiała mieć dystans, ale bywały dni, kiedy męczyły. Ile można było słyszeć ciągle to samo? Jaskinia, pieczara, miejsce, o którym zapomniał sam diabeł. Nic dalszego nie było ani trochę konstruktywnego! A szkoda; Liv lubiła oryginalność tym bardziej, że ją samą momentami fantazja ponosiła, chociaż jej szaleństwa umysłu potrafiły przerazić nawet ją. Ile to razy zdawało jej się, że instrumenty medyczne same przesunęły się na metalowej tacce, jakby ktoś chciał jej pomóc w sekcji. Gdyby nie próba racjonalnego wytłumaczenia, pewnie już dawno wylądowałaby na oddziale psychiatrycznym zaledwie kilka pięter wyżej.
Nawet teraz, kiedy słyszała ciche, niepewne pukanie do drzwi, jej myśli szalały. Co, jeśli je otworzy i nikogo tam nie będzie? Co, jeśli to osoba, która napierała na jej psychikę, zostawiając drobne prezenty naszpikowane zagadkami? Dlatego zachowując ostrożność dla własnej głowy poprosiła, by nieznajoma osoba sama weszła do środka. Wstanie i podejście do wejścia nie zajęłoby jej długo, ale hej, stąd miała lepszy dostęp do skalpela spoczywającego w niedalekiej odległości. Jedyna broń, której mogłaby użyć.
Utkwiła spojrzenie niebieskich oczu w mężczyźnie. Kojarzyła go, więc mogła wykluczyć wcześniej wspomnianego stalkera. Zresztą coś w jego twarzy aż krzyczało, że daleko było mu do tak wysublimowanego obserwatora. Wydawał się być zbyt przygnębiony i zagubiony.

-Tak, to ja - skinęła głową. Zrobiło się dziwnie. Nie rozumiała powodu jego przyjścia, bo co drugi lekarz chciałby uzyskać? Nie współpracowali nad żadną sprawą, przynajmniej jej niczego nie było wiadomo. - Miło mi, doktorze. W czym mogę pomóc? Nie ukrywam, że nie często mam tutaj niespodziewanych gości, a jestem pewna, że aktualnie z panem nie łączy mnie żaden przypadek. Chyba, że się mylę - uśmiechnęła się do niego lekko. Potrzebował trochę otuchy, bo jeszcze trochę, a zejdzie jej na zawał, ewentualnie zestresuje się tak, że stanie się kolejnym pacjentem na metalowym, chłodnym stole.
-Hugo Bennett - powtórzyła po nim. znała bardzo dobrze to naziwsko - zaledwie kilka dni temu pojawił się tutaj, chłodny i po prostu martwy. Stał się przypadkiem, dość bolesnym, bo bolesne było zajmowanie się osobami młodymi. - Był pana pacjentem? Bardzo mi przykro z powodu jego śmierci. Rozumiem, że to musi być dla pana ciężkie - westchnęła, ty razem patrząc na mężczyznę współczująco. Czyli znał tego chłopaka. Był przy nim tak długi czas, patrząc to na postępy choroby, to na poprawiający się stan zdrowia. Niby dobrze, a jednak któregoś dnia serce przestało bić.
-Tak, znam dokumentację. Mam ją nawet tutaj - wskazała na jedne z papierów na biurku. - Jego sekcja zaplanowana jest na dzisiaj. Przyszedł pan potowarzyszyć? Uprzedzam, że to może być dla pana nieprzyjemne - odpowiedziała, zerkając przy tym na samotnie leżące ciało. Miał wyczucie, nie mogła mu tego odmówić. Jej zdaniem kierowały nim pobudki trochę masochistyczne - lekarze raczej nie przyglądają się sekcjom swoich długoletnich pacjentów.
-Jest coś, co powinnam wiedzieć przed rozpoczęciem pracy, a czego nie ma w papierach? - wpatrzyła się w niego uważnie. Musiał mieć jakiś konkretniejszy powód, by się do niej pofatygować, skoro mógł wysłać maila lub zadzwonić.

ash kapoori
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”