-
Naprawdę kocha się tylko raz w życiu, nawet jeśli człowiek tego nie zauważa.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Jakoś w tym wszystkim nie myślał zupełnie o jej czy swoich rodzicach, bo nimi nie byli i nie będą nigdy. Przecież byli sobą.
Spogląda na nią, kiedy opowiada o święcie miłości i uśmiecha się lekko, wiedząc że ten entuzjazm mógł znaleźć tylko w niej. Nie chciał jej mówić, że nie zgadza się z tym, że ślub powinien być bez intercyzy, bo on sobie na przykład innego nie wyobraża, ale nie chciał się dalej o to spierać, szczególnie, że dopiero co się pogodzili.
-Tak, może tak... może po prostu mam złe doświadczenie - zgadza się w końcu z nią, bo chyba faktycznie tak trochę było, że nie do końca umiałby zaufać, że mógłby być w związku z kimś kto bez takiego papierka by go nie zostawił nagle. I co, jeszcze gdyby wziął ten ślub bez intercyzy, to jeszcze musiałby płacić za złamane serce? A kto to by podźwignął!?
Tak czy inaczej te ich elementarne różnice może jednak wyciągali wprost ze swojej historii. Dla Wendy bajka o Kopciuszku była romantyczna, dla Petera była zupełnie nielogiczna. Jak niby spadkobierczyni miałaby skończyć jako pomoc domowa, skoro wystarczyłoby odezwać się do władz i sprawdzić testament? Dlaczego tego nie zrobiła? I jakim cudem myszy niby potrafią szyć?
- Madżik - powtarza nieco kpiąco - Teraz nie dość, że przeznaczenie to jeszcze magię w to wciągamy? A co z układem planet albo znakami zodiaku... albo dobra - machnął ręką, bo już wie co się teraz stanie, kiedy zaprowadzili rozmowę w kierunku tych znaków zodiaku. Już raz to przerabiał i dowiedział się tyle co nic, czyli:
Panna i Wodnik to trudne połączenie, które wymaga wielu kompromisów. Związek ten opiera się na kontraście: Panna to pedantyczny realista ceniący porządek, a Wodnik – wolny duch i wizjoner skupiony na ideach. Zarówno Panna, jak i Wodnik to znaki o silnym intelekcie, które uwielbiają długie, stymulujące rozmowy na abstrakcyjne lub logiczne tematy.
Czyli jak zawsze dużo gadania o niczym, bo co to właściwie oznacza, że on jest realistą a ona romantyczką. I dlaczego data urodzin niby ma mu dyktować to jaki jest?
- No nie wiem czy to takie szemrane, raczej całkiem jasne - mówi pod nosem, ale tak jak mu powiedziała, tak rzeczywiście schował telefon, spojrzał w górę i cóż. No ciężko było by teraz mu rozmawiać na jakikolwiek z poprzenich tematów. Wyglądała stunning jak Wenus i zabierała mu dech w piersi tym strojem, więc kiedy zaczęła się tak przerażona wycofywać, to nagle zrozumiał kilka rzeczy. Po pierwsze Wendy wcale nie planowała tego s h o w. Po drugie wyglądała na zażenowaną i miała reakcję absolutnie świadczącą o tym, że czuje sie przed nim jak przed jakimś BRATEM więc otrząsa się zaraz z tego szoku eorytcnzego, który mu na oczy padł i mówi:
- Nie patrzę, spokojnie - ale jak usłyszał, że upadła to jednak spojrzał i wstał z kanapy. Iść, nie iść? Jezu, może lepiej jednak nie bedzie tam szedł, bo jak ona ma się tak źle z tym czuć? Nagle była cisza w garderobie więc znów zrobił dwa kroki w tamtym kierunku.
- Wendy? - pyta, ale zero odpowiedzi, może poza jakimiś jękami męczennymi - Czy mogę wejść? - dopytuje, a kiedy w końcu dostał pozwolenie to wchodzi, ale szybko ucieka spojrzeniem, żeby jej nie denerowwać. Złapał szlafroczek i wyciaga do niej na dół rękę z wieszakiem, żeby jej to podać - Nic się nie stało, Wendy - zapewnia i próbuje trochę ją pocieszyć: - No weź, przecież jesteśmy dorośli, to żaden wstyd. Sukienka wyglądała dobrze, ty wyglądałaś bardzo dobrze, nie masz sie czego wstydzić... - a kiedy się już opatrzyła tym szlafrokiem to w końcu spojrzał na nią jak tak leży na ziemi i uśmiecha się lekko. - Może po prostu ja ci coś wybiorę? Jak ci mogę pomóc?
Może na przykład pokaz za pokaz?
Wendy :*
-
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Furtkę? — straciła ten swój cały radosny zapał do udowadniania mu jak powinien wyglądać zajebisty związek w jej opinii i zmarszczyła nieco brwi posyłając mu niezadowolone spojrzenie. — Nawet nie zaczynaj — ugryzła się w język, by nie wygarnąć panu idealnemu. W końcu to ona była tą, co od kilku lat szukała nowej pracy i wybierała się z nim na Burning Mana, tylko ona niczego nie obiecywała. Ona proponowała: co powiedziałbyś na to? a może zrobilibyśmy to? ale zawsze dobierała słowa tak, by nie obiecywać.
Różnili się, to fakt.
Logika kontra abstrakcja.
Różnili się tak bardzo, że kiedy teraz zaczynała wyłapywać te różnice trochę sama nie dowierzała własnym oczom. On mógłby rozpisać miłość w formie biznesplanu, z tabelkami i załącznikami w postaci intercyzy, której Wendy prawdopodobnie nigdy by nie podpisała. Ona była wolnym duchem, chaosem, a jakieś sztywne ramy były dla niej trochę jak wyrok śmierci. I choć data urodzin może niczego nie dyktowało, to jakimś dziwnym zrządzeniem losów ich zodiaki tak bardzo do nich pasowały. Szkoda tylko, że wzajemnie tworzyły trudne połączenie wymagające kompromisów... a kompromisy to im akurat średnio wychodziły.
I pewnie gdyby dłużej się nad tematem rozwodzili to by się jeszcze o to pokłócili, ale w garderobie zadziała się prawdziwa magia… nagości. Wendy choć była w szoku po tym, jak zaświeciła przed nim wszystkim co matka natura jej dała (było tego niewiele, ale lepsze coś niż nic), to mimo wszystko dostrzegła jego spojrzenie, gdy gapił się na nią w taki sposób… jak chyba jeszcze nigdy, a to właśnie zapoczątkowało panikę, podbiło wstyd i zagwarantowało atrakcje w postaci kolejnej wpadki. Bo tak to już z nią było, wpadka za wpadką - i od razu cały pieprzony ciąg nieszczęść. Nic dziwnego, że finalnie skończyła na podłodze garderoby taplając się we własnym bagienku wstydu.
Wendy, czy mogę wejść? Zamarła, a potem drzwi się uchyliły, a ona usiadła chowając twarz w dłoniach i zerkając na niego zza rozchylanych paluchów. No weź, jesteśmy dorośli. To żaden wstyd. Złapała za szlafrok i opatuliła się nim podnosząc niepewnie z podłogi. I tak wstydziła, przecież nie chciała by uważał, że traktuje go jak brata… bo nie traktowała, w myślach na pewno nie. Ty wyglądałaś bardzo dobrze, podłapała to. — Bardzo dobrze? — zapytała bez namysłu wbijając w niego swoje zaciekawione spojrzenie, ale nim zdążył odpowiedzieć spanikowała bo przestraszyła się własnej śmiałości. — Dobra, nieważne — zaczęła i zastanowiła się nad jego pytaniem. — Wiem jak możesz mi pomóc! Idź i załatw szampana, a jak wrócisz rozgość się na tym fotelu co wcześniej, a ja zacznę raz jeszcze — musiała zatrzeć tamto wrażenie, potrzebowała nowego początku. — No idź już, idź możesz też zgarnąć jakieś przekąski — i pogoniła go z tej garderoby, bo chciała już pozbyć się tego różowego materiału ze swojego ciała. Odetchnęła głęboko, by chwile później już przygotować się do pokazu mody.
Gdy ponownie odparła drzwi garderoby Peter zdążył już wrócić z szampanem i przekąskami, a ona w tym czasie wcisnęła się w jakiś neonowo żółty kostium narciarski Queenie z wielkimi poduszkami na ramionach, który szeleścił z każdym krokiem jaki stawiała teraz Wedny do nuty Madonny, którą odpaliła w zapętleniu w tle. — No, tutaj na pewno nic nie prześwituje — oznajmiła puszczając oczko do Petera i obracając wcześniejszą sytuację w żart, po czym wycofała się do garderoby. Po drodze przymierzyła jeszcze kilka zwariowanych kreacji, bo przecież nie będzie sięgać po te nudne, co nie? Co to by była za zabawa! Raz wyciągnęła z szafy suknię z takimi wielkimi poduchami na ramionach z kokardą na biodrze, że czuła się jak w jakiejś dynastii na sterydach. — Teraz to taka biznes żonka, taką byś chciał? Jak z telenoweli, tylko podpisać kontrakt i szalej dusza piekła nie ma — zażartowała, by chwilę później wyglądać już jak wielki ptak z ulicy sezamkowej, w żółtym futerku
No i drzwi garderoby ponownie się otwarły, a ona wyszła w oszałamiającej kreacji, która idealnie układała się na jej ciele. Cała na biało…uśmiechając się do Petera lekko. — Niezła, co nie? — zaczęła odwracając się w miejscu, tyłem do Petera. Nie tak oczywista jak pierwsza, ale też boska. — Tylko musisz mi pomóc, bo sukienka ma do mnie uprzedzenia — a zamek zaciął się już gdzieś w okolicy lędźwi. Stojąc przodem do lustra poprawiła ją sobie gładząc dłonią po brzuchu i czekając, aż Blythe podejdzie. — Dopniesz?
Peter Blythe
-
Naprawdę kocha się tylko raz w życiu, nawet jeśli człowiek tego nie zauważa.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
A więc jednak musiał iść po zasoby alkoholowe. W sumie to dobrze mu zrobiła ta przebieżka na dół do salonu, bo mógł nieco oczyścić myśli. Czuł się trochę jakby ukrywał na górze jakąś swoją słodką tajemnicę, co było ekscytujące. Nikt na imprezie nie wiedział, ale on wiedział i Wendy na górze wiedziała i niech to tak już póki co zostanie. Oczywiście to, co ukrywali to fakt, że Wendy się przed nim rozbierała, w sumie nawet nie oczekując nic w zamian. Złapał zimny szampan i talerz makaroników i owoców i miał wracać na górę, ale zatrzymała go Kristin, która trochę się najebała. Patrzy na nią błagalnie, ona patrzy na jego ręce i kręci głową, powtarza ciągle że dopiero co się rozstali a on już sobie jakaś lafiryndę upatrzył, na co on to nie tak, to nie tak, Kristin wkurwiona i tylko uratowało go to, że jego młodsza siostra zawołała Kristin spowrtoem do basenu gdzie grali w jakąś grę z młodszym pokoleniem. Peter musi chyba siostrze kupić jakiś karnet na SPA za ten ratunek.
W każdym razie zdązył wrócić, nalać im po kieliszku, usiąść i nagle zaczyna się pokaz.
Niektóre stroje chyba pochodziły z zasobów strojów na Halloween, bo nie wiadomo po co Queenie były niektóre rzeczy. Chociaż jak czasami posłuchał w szatni co chłopaki mówią o jego siostrze, to mógł się tylko domyślać. Ale się nie domyślał, bo mu uszy więdły od niektórych rewelacji.
- Jesteś okrutna!!!- krzyczy za nią, kiedy się już z niego nabija, że jemu się marzy bizneswoman. - A ta businesswoman chciałaby odemnie pierścionek, nawet bardziej niż Kristin - tak się śmieje przez łzy, tzn nie płacze, ale wzdycha sobie zdziwiony że umie się już śmiać z tej całej sytuacji z Kristin.
Ale w końcu Wendy trafiła na sukienkę która Queenie miała na swoim przyjęciu panieńskim. Peter wcale jej jednak nie rozpoznaje, bo na Wendy wygląda ona… zjawiskowo. Jak szyta na nią. Powoli odsuwa Kieliszek od ust i tak wcześniej się z nią bawił tym pokazem, tak teraz go zatkało.
Peter zaraz wstaje z fotela i po drodze odstawia kieliszek z niedokończonym prosecco. Jak zaczarowany idzie w stronę Wendy , której plecy hipnotyzują go. Pewnie gdyby dziewczyna uniosła spojrzenie i zobaczyła jak przyjaciel na nią patrzy, to zaczęłaby się mocno zastanawiać nad tym, czy on faktycznie jest jedynie jej przyjacielem. Dopiero, kiedy już był za nią, to zdołał się zebrać by jej odpowiedzieć: -Oczywiście - i zawahał się, kiedy dotknął zamka na dole pleców i odchylił na moment materiał sukienki. Przeszedł go jakiś dreszcz, jakby wiedział, że robi coś zupełnie wbrew sobie. Przecież zamiast zapinać jej ten zamek, to wolałby tę sukienkę z niej zdjąć. Powoli bierze wdech i przesuwa palcem w górę. Sukienka została dopięta, ale Peter wciąż stoi za Wendy wciągając nosem zapach jej ciała i włosów. W końcu patrzy przed siebie w odbicie w lustrze i tak się zatrzymał na moment. Oboje się zatrzymali. Peter patrzył na Wendy, a Wendy patrzyła na Petera. Wyglądali razem idealnie.
-Wendy...- zaczął tonem podobnym do tego którym chciał, żeby do niego w tej przeźroczystej sukience przyszła. - Wyglądasz pięknie - mówi i uśmiecha się do niej lekko. - Powinnaś zatrzymać ta sukienkę - zadecydował i przekłada rękę z przodu, żeby złapać ją za dłoń i obrócić do siebie w teatralnym obrocie. -Zawsze wiedziałem, że jesteś Dior girl - zażartował, ujawniając skąd jest ta przepiękna suknia. - Jesteś stworzona do tego, żeby chodzić tylko w takich kieckach- nie może oderwać spojrzenia i dopiero po chwili orientuje się, że trzymał ją ciągle za dłoń. Może nawet zrobiło się trochę romantycznie. I dlaczego mieliby na tym kończyć ten wieczór - Chcesz wracać na dół? - pyta trochę kontrolnie, znając podejście Wendy do przyjęć White Party. Ona tu przychodziła spędzić czas głównie z nim albo z Willem.
Wendy Gardner
-
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przebieranki były o niebo lepsze, a i Bylthe zdawał się świetnie bawić, więc ona w to szła jak w dym robiąc całkiem zabawna pokazówkę z sukienkami, a przynajmniej do tej jednej chwili. Do momentu, aż wyszła taka cała na biało i on nagle wstał. No jasne, że go o to poprosiła. Może nie dosłownie, ale sama chciała by ją dopiął. Więc to zrobił, ale gdy tylko poczuła jego palce na swoich plecach przeszedł ją dreszcz, wciągnęła powietrze na moment przyglądając się mu w lustrze i zastanawiała się, czy wypiła za dużo alkoholu? Czy za mocno uderzyła się może w głowę, tam w garderobie jak przymierzała sukienki? Bo dałaby sobie uciąć rękę, że żaden przyjaciel nie patrzy w taki sposób na na przyjaciółkę, jak Peter teraz patrzył za jej ramienia.
Wendy.
Poczuła napięcie w podbrzuszu, a na twarzy automatycznie pojawił się rumieniec. Zawstydziła się, ale nie była pewna czy zawstydza ją to co mówi, bo przecież ona zawsze czuła się zajebista i dobrze wiedziała, że jest piękna. Chyba bardziej zawstydzał ją sposób w jaki się do niej zwracał, taki nie przyjacielski, a może przyjacielski za bardzo. Obrotem zaskoczył ją jeszcze bardziej, do tego stopnia, że jej i tak już beznadziejna koordynacja nie miała żadnych szans i się zachwiała. Pewnie wywróciłaby się w tej sukience, gdyby nie ramię Petera. — Nie wygłupiaj się, nie mogę jej przyjąć — ona i kiecki z Diora? No way! Ona w ogóle nie nadawała się do ciuszków z wyższej półki i ubierała się u Coven w secondhandzie najczęściej, od biedy znajdując tam jakieś markowe cacka. Kiedy więc z jego ust padły słowa takie jak Dior girl i to, że jest stworzona by chodzić w takich kieckach, to ona tego nie poczuła. Miała tonę niepoważnych ubrań, które bardziej pasowały do niej niż to co dzisiaj tutaj wygrzebała. Jasne, teraz gdy patrzyła w to odbicie wydawało się i d e a l n e. Suknia szyta jak na nią, facet też wydawał się idealny dla niej, trochę z innego świata wyrwany, ale wciąż… cholera, trochę poczuła się jak Vivian Ward tyle, że to wszystko zdawała się mieć na wyciągnięcie ręki, a nawet z nim nie spała. — Wiesz, że ja to jestem stworzona do fikuśnych ciuszków, a nie takiego stylu… ale fajnie raz do czasu zobaczyć się w takim wydaniu — przyznała zerkając na Petera nieco onieśmielona, nieco wstawiona, nieco oczarowana. Gdyby była trzeźwa to pewnie zaraz by mu zrobiła wykład, że ona nie chce być żadną dior girl bo ona to lubi tak zwyczajnie i luksusy jej nie w głowie, ale najwyraźniej po pijaku był to komplement akceptowalny… a może to kwestia tego jak się na nią patrzył, to że musiała zadrzeć głowe do góry by na niego spojrzeć, to że może w tej kiecce to w końcu pasowała do niego i tego jednego wieczoru nie chciała z tego rezygnować?
— Nie… nie chcę — przyznała, bo dobrze się tu bawiła z dala od tamtego zgiełku. — Tylko powinnam ją zdjąć — nie taki był plan, ale gdy tylko usłyszała skąd ta sukienka to sobie wyobrażała, że zaraz ją zniszczy i może lepiej żeby wróciła do tej swojej poplamionej za grosze, której jej nie będzie szkoda. W białej koszuli Petera też by ładnie wyglądała… nie o tym nie powinna myśleć, choć jej też by nie było szkoda, bo znając jego ma ich pierdyliard. Jedna w tą czy w tamtą, who cares?! — Nie chce jej zniszczyć — wyjaśniła patrząc na Petera, a jednocześnie próbując ręką sięgnąć do zamka, który dopiero co jej dopinał, choć on pewnie widział w lustrze jak wyśmienicie jej to wychodziło. Tak dobrze, że aż wcale. Prędzej ten zamek zniszczy.
Peter Bylthe