-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Uznała, że z samego rana będzie najmniej osób. Nikt nie będzie patrzył na nią z politowaniem, gdy będzie rozkminiała zasady użytkowania danego sprzętu. W teorii brzmiało to wyjątkowo prosto, ale znała swoje umiejętności w tym zakresie. Jeśli ktokolwiek w dniu dzisiejszym miał się wygłupić, to była tą osobą właśnie ona.
Pełna zapału wkroczyła do budynku i już na samym wstępie oczywiście napotkała pewne komplikacje. Aplikacja nie chciała z nią współpracować, przez co na bramkach nie mogła odbić swojego indywidualnego kodu QR. Przez dobre kilka minut razem z recepcjonistką próbowały dojść do rozwiązania tej sprawy, ale w końcu się udało. Przebrała się w swój różowy strój do ćwiczeń, który ostatnio zamówiła przez Internet i odetchnęła głęboko obserwując swoje odbicie w lustrze.
Dasz radę.
Poprawiła kitkę, ruszyła w stronę drzwi, które prowadziły na salę i zamarła widząc w progu mężczyznę. Jak na zawołanie jej policzki pokryły się rumieńcem, gdy jej wzrok prześlizgnął się po tabliczce, która wisiała obok drzwi na ścianie. Oczywiście, że pomyliła szatnie. Przyłożyła dłoń do ust i rozejrzała się po pomieszczeniu dopiero teraz zauważając te drobne wskazówki, które już wcześniej powinny dać jej do myślenia. - Przepraszam... Ja... Co za wstyd! - spanikowana ruszyła do swojej szafki, ale i tym razem nic nie poszło po jej myśli. Gdy tylko włożyła kluczyk do kłódki, to ten się połamał, gdy tylko spróbowała go przekręcić. - Ja w to po prostu nie wierzę... - wymamrotała pod nosem wpatrując się w pozostałości klucza w swojej dłoni.
I co teraz miała zrobić?
Robbie Cole
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie lubił publicznych siłowni. Czuł się na nich skrępowany, szczególnie kiedy starał się wspierać mięśnie kontuzjowanego ramienia. Zawsze miał wrażenie, że wyglądał przy tym głupio. Na szczęście dzisiaj ruch był mały, zresztą z tego powodu wybrał też wczesny ranek. A po drugie, na szczęście, jego uwagę rozpraszało blondwłose tornado, które sprawiało, że sama jego obecność przykuwała uwagę.
Najpierw afera z aplikacją przy wejściu, którą Robbie przyjął z delikatnym uśmiechem rozbawienia, a potem triumfalny przemarsz uroczego stworzenia, za którym ciągnął się ogon przyjemnych perfum. Leginsy na zgrabnych nogach sprawiły, że na moment zapomniał o swoim bólu i treningu i dopiero chrząknięcie trenera, z którym tutaj przyszedł, przypomniało mu o ostatniej serii.
- Dobrze... Teraz bieżnia, a potem możesz wygrzać to ramię w saunie.
Robbie rozejrzał się, sprawdzając, czy ktoś nie słyszy tej uwagi.
- 'Key... - mruknął, podnosząc się z ławeczki.
Ból doskwierał mu dzisiaj bardziej niż zwykle, więc zamiast skierować się na bieżnię, jego nogi poniosły go od razu do szatni, gdzie w jego szafce czekał opiatowy wybawiciel, przyjaciel Vicodin. Otworzył drzwi i stanął jak wryty, widząc tę samą blondynkę, ściągającą właśnie bluzę z kapturem przez głowę, by schować ją w jednej z szafek. Przyglądał się temu zjawisku o chwilę za długo, ale wreszcie, lekko zażenowany, cofnął się, przymykając za sobą drzwi po cichu. Sprawdził jeszcze, czy na pewno to była męska szatnia, ale tabliczka nie pozostawiała złudzeń.
Odwrócił się gwałtownie, powstrzymując innego gościa siłowni przed wejściem do przebieralni.
- Dude... Nie wiem, jak Ci to powiedzieć, ale tam właśnie przebiera się dziewczyna i... - drzwi się uchyliły, a Clem prawie wpadła na niego.
Jej oczy skrzyżowały się z jego spojrzeniem. Potem powędrowały na drzwi i tabliczkę, którą on też czujnie zlustrował. Wreszcie ich spojrzenia, splecione w niewyjaśniony sposób, powędrowały w głąb szatni, do szafki, i wróciły do siebie, by jeszcze zahaczyć o faceta stojącego obok.
- Dobra, nie wnikam... - gość uniósł ręce i ruszył w innym kierunku, zostawiając dwójkę samych.
- Póki nie paradowałaś po szatni w ręczniku... - ugryzł się w język, bo dziewczyna naprawdę się przejęła.
Więc wszedł za nią do szatni i podszedł do swojej szafki, która była akurat o trzy miejsca obok. Starał się nie przyglądać nerwowym poczynaniom Clem, ale ciche: Ja w to po prostu nie wierzę..., sprawiło, że zatrzymał się w połowie ruchu po fiolkę z lekami i po chwili zawahania zamknął szafkę, podchodząc do niej.
- Spokojnie, pokaż... - delikatnie wyjął z jej rąk kłódkę i kluczyk, ale po wstępnych oględzinach zacmokał z niezadowoleniem.
Spojrzał jeszcze na kółko z kluczykiem, czy miało zapasowy, jednocześnie myśląc nad tym, jak wyjąć złamaną część klucza.
Clementine Thallman
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Powinna od razu wywęszyć tę zasadzkę zaserwowaną jej przez los. Bo kto normalny wstaje z poczuciem, że to idealny dzień na rozpoczęcie zdrowego stylu życia? Nikt. Już od samego początku miała problem, żeby dostać się do budynku. Jeszcze nie zaczęła ćwiczyć, a już zaliczyła drugą wtopę. I to jeszcze przy mężczyźnie, który samym wyglądem odbierał zdolność logicznego myślenia. A gdy tylko wspomniał o tym, że mogła być tutaj tylko w samym ręczniku... Nogi niemal się pod nią ugięły. Jeszcze chwilka, a będzie potrzebowała wsparcia ratownika medycznego.
Przygryzła dolną wargę, gdy jego palce subtelnie musnęły te należące do niej, żeby przejąć od niej problem w postaci kłódki. Żałowała, że nie miała teraz na twarzy swojego ultra kryjącego podkładu, bo czuła to znajome ciepło, które rozlewało się po jej policzkach. Musiała fantastycznie wyglądać w tej chwili. Na pewno pomyślał, że jest głupiutką blondynką, która specjalnie robi takie podchody. Albo co gorsza, że faktycznie jest głupia.
- To nie tak, że chciałam kogoś w ten sposób poderwać. Ja naprawdę nie zauważyłam tej tabliczki. To mój pierwszy raz. - zawstydziła się jeszcze bardziej i odetchnęła głęboko, wpatrując się w jego twarz. - W sensie pierwszy raz na siłowni. Myślałam, że to mniej skomplikowane. Mogłam wziąć od razu trenera personalnego. - zachichotała dalej paplając od rzeczy. Próbowała zatuszować swoją niepewność tymi słowami, ale nawet ona czuła, że już bardziej skompromitować się nie mogła.
Już nawet otwierała usta, żeby dalej coś powiedzieć, ale w tym właśnie momencie do szatni weszła grupka mężczyzn. Jeden z nich zagwizdał na jej widok, a jej zrobiło się słabo. Czyli jednak mogło być gorzej...- Co tam maleńka? Chcesz się do nas przyłączyć? Zaopiekujemy się odpowiednio tobą. - instynktownie zbliżyła się bliżej mężczyzny, który pomagał jej z tym nieszczęsnym kluczykiem. Nie podobało jej się to w jaki sposób oni na nią patrzyli. Jak drapieżniki, które właśnie zauważyły łatwy cel. Jak obleśny amator podrywu, który przed kolegami grał cwaniaka, ale sam na sam nie miałby odwagi zagadać do takiej dziewczyny jak ona. Znała ten typ. Nie jeden taki wypisywał do niej, a ona nie była potulną laleczką, którą można przestawiać z miejsca na miejsce.
- Chcesz mnie tym zadowolić? Wybacz nie jestem zainteresowana. - uniosła wyżej głowę udając pewność siebie chociaż na samą myśl o tej konfrontacji robiło jej się ciemno przed oczami. - Podejdę do recepcji. Może mają coś, żeby przeciąć kłódkę. - zwróciła się do swojego wybawiciela i uciekła z miejsca zdarzenia. Recepcjonistka spojrzała na nią tym wzrokiem pełnym litości, gdy zjawiła się przy ladzie. W tej chwili rozważała pozostawienie swoich rzeczy w tej szafce. I może tak powinna zrobić dla dobra całego wszechświata. - Złamałam kluczyk do kłódki i moje rzeczy... - Najwidoczniej nie była pierwszą osobą, którą to spotkało, bo kobieta od razu z westchnięciem na ustach poszła po odpowiedni sprzęt. Bardziej się zdziwiła, gdy wskazała jej męską szatnię.
Robbie Cole
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Przywołał się do porządku, skupiając się na kłódce. Kiwnął głową, tylko w połowie słuchając jej słów, bo tryb naprawiania wziął już nad nim górę. Dopiero po krótkiej chwili jej słowa wpadły do odpowiedniej przegródki, rozjaśniając synapsy zrozumienia, czy raczej...
Wait, what?
Spojrzał na nią z lekkim zaskoczeniem i brakiem zrozumienia. Ale jakiego podrywu? Jakiego pierwszego razu? Na jego twarzy odmalowała się chwilowa konsternacja, ale uniesienie brwi przywołało go do porządku. Są takie Cuda, których nie trzeba rozumieć. Najwyraźniej ta pixa koło niego była właśnie takim cudem.
- Zatem cieszę się, że mogę być częścią Twojego pierwszego razu. - powiedział ciepło, skupiając uwagę na kłódce.
Ale gorąc wypieków rozlewających się pewnie już na szyję dał się wyczuć nawet w tej niewielkiej odległości, jaka dzieliła ich ciała. Gorączkowe tłumaczenie rozbawiło go jeszcze bardziej, ale niestety musiał poddać się w walce z zamkiem.
- To tylko kłódka. - powiedział, spoglądając na nią z góry, dość dużej, kiedy już się wyprostował.
Drzwi do szatni huknęły, kiedy do środka wparowało kilku gości. Robbie z początku nawet nie zauważył, że coś jest nie tak. Ale był przyzwyczajony do męskiej szatni. W klubie niewybredne żarty były codziennością, chociaż może nie przy nim i nie z nim. Natomiast ruch Tinnie i to zbliżenie się do niego zaalarmowały go momentalnie.
Zaraz po jej pierwszych słowach otoczył ją ramieniem, wbijając spojrzenie w nachalnego mężczyznę. Przez moment wydawało się, jakby grizzly oznaczał swój teren i chronił go przed kojotami.
- Tak... I poczekaj tam na mnie. - jego słowa nie były rozkazem, ale biła z nich pewność siebie człowieka, który przywykł do tego, że się go słucha.
-Ty, to nie jest przypadkiem trener Cole? - Clem zdążyła jeszcze usłyszeć, wychodząc z szatni.
Kilka wymienionych, typowo "męskich", groźnych spojrzeń sprawiło, że napięcie w szatni nieco wzrosło. Na szczęście rozpoznanie w nim człowieka od sukcesu Blue Jays sprawiło, że nieco się sprawa rozładowała. Czasem sama gotowość wystarczy...
Robbie powtórzył sentencję swojego pastora w głowie i uśmiechnął się pod nosem, zamieniając kilka słów z nieco zażenowanymi swoim zachowaniem kolegami.
Spotkali się z Tinnie przy wejściu do szatni. Najwyraźniej nie był to pierwszy raz, kiedy działy się tutaj takie rzeczy, bo przecinak do drutów i prętów wyglądał na bardzo profesjonalny. Robbie chyba raz w życiu widział coś takiego i to tylko podczas oglądania Yellowstone. Natomiast narzędzie było na tyle skuteczne, że Clementine mogła po chwili szukać szafki już w swojej szatni.
- Myślę, że nie będą Cię już zaczepiać, możesz wziąć moją kłódkę. - zaproponował, chociaż sam czuł dyskomfort na myśl o zostawieniu jej tutaj samej.
Clementine Thallman
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Posłuchała go i wezwała recepcjonistkę na pomoc. Tym razem jednak została w bezpiecznej odległości od szatni i nie pchała się do środka. Poczuła ulgę, gdy udało jej się odzyskać swoje rzeczy. Nawet upchnęła wszystko do torby i zasunęła suwak, żeby nic przypadkiem nie wypadło. Znając jej szczęście dzisiaj, to każdy na siłowni zobaczyłby jej majtki, gdyby tego nie zrobiła. A już wystarczająco najadła się wstydu jak na jeden raz.
- Dziękuję, ale chyba się obejdzie. Chyba to był zły pomysł, a siłownia nie jest mi pisana. - zaśmiała się nerwowo i spojrzała niepewnie w stronę bieżni. Wydawało jej się, że to był najprostszy sprzęt do ogarnięcia tutaj, ale stojąc przed faktem dokonanym wątpiła już w swoje umiejętności. - Jesteś trenerem? - ciekawość wzięła górę i nawet lekko zadarła głowę do góry, żeby w końcu przyjrzeć mu się z bliska. To był błąd, bo znowu czuła to ciepło rozlewające się po policzkach. Boże, jaki on był przystojny. - Mam na imię Clementine. - dodała speszona swoje imię, choć nie była pewna, dlaczego tak bardzo zależało jej, żeby je zapamiętał. - Często tu ćwiczysz? Bo wiesz może wtedy rozważę powrót tutaj. W sensie uratowałeś mnie dwa razy i... - czemu flirt przez aplikacje był o wiele łatwiejszy? - I może chciałbyś pójść na kawę? Jako rekompensatę za wtargnięcie wam do szatni? - zakręciła kosmyk włosów na palcu w nerwowym geście i spuściła spojrzenie w dół. - Znaczy wiesz, to nic zobowiązującego. Jeśli nie masz czasu, to zrozumiem. - poprawiła torbę na ramieniu, zastanawiając się w razie czego jak szybko będzie w stanie uciec z tej siłowni. Czy na wyjściu też musiała odbić się za pomocą tej aplikacji? A może powinna spróbować zdobyć jego numer i tak go zaprosić? Na pewno wtedy nie robiłaby z siebie takiej kretynki, ale było już za późno. Była niemal pewna, że pogrzebała wszelkie szanse na to w tak głupi sposób, ale czekała na jego odpowiedź.
Robbie Cole
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- To była przyjemność. - zachichotał pod nosem, sam czując, jak nienaturalnie to dla niego zabrzmiało.
- Ej, nie poddawaj się tak szybko, to tylko przypadek... Kiedyś brałem udział w turnieju siatkówki w trakcie studiów. Przyzwyczajeni byliśmy, że na nasze zajęcia ze sportu otwarta jest damska szatnia i tak z rozpędu weszliśmy tam całą drużyną, żeby się przebrać. I jeszcze wtedy nie było problemu. Wyobraź sobie miny dziewczyn, jak przebieraliśmy się już po turnieju, a one też dołączyły. - powiedział, uśmiechając się ciepło.
- Tak, ale nie tutaj... - odpowiedział wymijająco, nie chcąc się za mocno afiszować stanowiskiem.
Może akurat Clementine nie pomyślałaby sobie, że się popisuje, ale też nie wyglądała na fankę sportu czy baseballu. Chociaż może go zaskoczy?
- Bardzo ładne... Robert. - odpowiedział swoim, wyciągając rękę w jej stronę na przywitanie. - Przepraszam, że Cię objąłem tam ręką. Faceci często wycofują się, jak widzą, że włażą na nie swój teren.
Uścisk obu dłoni trwał już dobrą chwilkę, znacznie dłużej, niż było to potrzebne czy wypadało. Ale znacznie krócej, niż oboje by chcieli.
- Niestety jeszcze tylko kilka tygodni. Moja... - zawahał się. - Normalna siłownia jest teraz w remoncie.
Wyjaśnił, myśląc sobie, że to taki uroczy zbieg okoliczności. Gdyby nie regularność ćwiczeń, jaką sobie narzucił i początek fizjoterapii, na jaki się zdecydował z powodu starej kontuzji ramienia, to remont w klubie zupełnie by go nie obszedł. Nie poszedłby ze swoim trenerem do innej siłowni, w której ten pracował, i na pewno nie miałby okazji uratować Clem... Dwa razy.
- Chciałabyś być uratowana trzeci raz? - znów zażartował z rozczuleniem, zauważając, że jego niby niewinne żarciki powodują coraz większe rumieńce na jej twarzy.
Dziewczyno, można by Cię jeść łyżkami. To był taki typ, w którym zakochiwałeś się od razu i nie mogłeś zapomnieć lata później.
Uniósł brwi na zaproszenie. Tym razem to on był zbity z tropu. Geez... Czytasz w myślach? Ale zaraz potem spoważniał. Dziecko, mógłbym być Twoim ojcem... Ile Ty masz lat? Dziewiętnaście? Dwadzieścia? No chyba, że chcesz zabrać uczynnego staruszka na lody, żeby się nie czuł samotnie.
Uśmiechnął się pod nosem do swoich myśli, zdecydowany, żeby odmówić...
- Musiałbym wziąć najpierw prysznic, śmierdzę. - no nie tak się odmawia, stary...
Schrupałbym Cię!
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
W ciągu kilku minut swojej kariery sportowej, zaliczyła już dwa całkiem wstydliwe przypadki. A nawet nie zaczęła jeszcze ćwiczyć. Bardziej już obstawiała, że to był znak od wszechświata. Nie czuła się zachęcona do bliższego poznania tego miejsca. Krępowała się myślą o tym, że inni będą obserwować i śmiać się z jej początków tutaj. Dbała o swoją kondycję i ćwiczyła w domu na macie, ale zdawała sobie sprawę z tego, że jej naśladowanie ruchów pewnie niewiele miało wspólnego z tym, co działo się na ekranie. A tutaj miała wrażenie, że każdy wiedział, co i jak. A niegrzecznie byłoby się wpatrywać w kogoś, żeby podpatrzeć jak powinna prawidłowo korzystać ze sprzętu.
- Personalnym? - drążyła dalej zaciekawiona tym, co udało jej się usłyszeć w szatni. Sylwetka mężczyzny idealnie pasowała do roli trenera. I do tego jak z łatwością opanował tamtą sytuację w szatni. Musiał mieć już do czynienia z takimi sytuacjami, a ona bez słowa sprzeciwu dostosowała się do jego prośby. Była w stanie sobie go wyobrazić w tej roli. Gdyby tylko znała się na baseballu... Niestety jak typowa dziewczyna omijała ten temat z daleka i jedynie zawieszała swoje spojrzenie na walorach męskich, gdy ktoś w jej towarzystwie coś takiego oglądał. Nie zdawała sobie sprawy przed kim stała właśnie. A ta budowana tajemniczość wokół mężczyzny jedynie intrygowała.
- Nie masz za co mnie przepraszać. Było całkiem przyjemnie. W sensie nie czułam się z tym jakoś niekomfortowo. Wręcz przeciwnie. I to jest dobry moment, żebym zamilkła. - jeszcze chwilę, a zapewne palnęłaby coś o tym, że było miło przez chwilę być jego terenem. Powinna rozważać jakiś kurs komunikowania się z przystojnymi mężczyznami. Podobno czasami chłopcy urządzali w galeriach takie spotkania i budowali swoją pewność siebie zapraszając dziewczyny na randkę. Może sama powinna pójść na coś takiego? I tak gorzej niż dzisiaj jej nie pójdzie...
- Ratunek z takich rąk zawsze jest mile widziany. - co też ona dalej plotła? Miała ochotę zapaść się pod ziemię, ale wtedy czar prysł. Doskonale znała to spojrzenie. Ten wyraz twarzy, gdy ktoś oceniał ją przez pryzmat wieku. I nawet nie ukrywała swojego smutku. Brakowało jeszcze, żeby powiedział tą dobrze znaną jej formułkę, która wałkowała z braćmi i ich kumplami od lat. A jego kolejne słowa... Odmawiał jej? Czy jednak nie? Już sama się pogubiła i była zażenowana swoją propozycją.
- Akurat w tym ci nie pomogę. Nie chcę przeszkadzać. Może innym razem. Lepiej już pójdę. Zanim autobus mi ucieknie. - cała czerwona ze wstydu zaczęła się wycofywać do tyłu. Na pewno teraz każdy z niej się śmiał... Co za dramat!
Tym razem jednak aplikacja jej nie zawiodła. Po prostu uciekła stamtąd, zarzekając się, że nigdy tam nie wróci.
Kilka dni później...
Jak małe dziecko dała się wrobić i dała kolejną szansę siłowni. Tym razem jednak przyszła tutaj wieczorem w towarzystwie koleżanki, która była zaznajomiona z całą tą sportową magią. Z przewodnikiem było jej raźniej. W duchu liczyła, że późną porą nie spotka Roberta, który pewnie miał ją za niezdarną idiotkę. Jednak, gdy zobaczyła ilość ludzi na sali, to niemal ugięły się pod nią nogi. Tym razem jednak szło wszystko dobrze. Aplikacja bez problemu przepuściła ją przez bramki. Trafiła do swojej szatni, a nowa kłódka w żaden sposób się nie zacięła. Nawet czuła się całkiem sexy w nowym stroju, który składał się z czarnej spódniczki, pod którą były ukryte czarne krótkie spodenki i w tym samym kolorze top. Wręcz aż była podejrzliwa, że cały ten ciąg czynności przeszedł bez większych zmartwień. Tak jakby jakaś zasadzka się szykowała. Koleżanka wytłumaczyła jej ładnie jak korzystać z bieżni i zostawiła ją samą na te dwadzieścia minut, bo ona zdecydowanie była na innym etapie i jej rozgrzewka znacznie inaczej wyglądała. Wolała jednak stopniować wchodzić w ten świat niż w pierwszych minutach wypluwać własne płuca na macie.
I wtedy w całym tym tłumie wyłapała go...
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
You're my friend now! I'll take you home.
Oj tak, przez moment naprawdę miał straszną ochotę pójść na tę kawę i dzięki Bogu, że Clem sama się zaczęła wycofywać, bo nie byłby w stanie jej odmówić. A to, jak w jej oczach odbił się smutek i żal na tę jego ocenę wieku, zadało mu niemal fizyczny ból.
Nie uciekaj...
Nie zdążył nawet odpowiedzieć na jej pytania, bo ile razy otworzył usta, tyle razy ona wkraczała z kolejnymi tekstami. Koniec końców odprowadził ją wzrokiem, a kiedy zniknęła w windzie, westchnął totalnie zbity z tropu.
- No nieładnie... - spojrzał w sufit, uśmiechając się pod nosem.
Krótka wymiana zdań ze Stwórcą rozbawiła go jeszcze bardziej, kiedy wracał do szatni, by wziąć prysznic i samemu się ulotnić z siłowni.
Kilka dni później...
Robbie był bardzo skupiony na swoich ćwiczeniach, ale też widać było, że konkretne ruchy prawego ramienia sprawiały mu duży dyskomfort, o ile nie ból, bo nie podnosił tak dużych ciężarów, by tak się krzywić. Zresztą jego trener cały czas czuwał, na wypadek gdyby trzeba było odciążyć trenującego. Pot obficie zalewał jego czoło, ale kiedy skończyli serię i minęła chwila malującego się na jego twarzy bólu, ten wreszcie odetchnął i przywołał na twarz znowu ten sam uśmiech, nieco szelmowski, nieco ciepły. Ten, którym raczył ją od początku tej dziwnej znajomości. Ten, który sprawiał, że wgapiała się chwilę w niego z półotwartymi ustami.
Nie zauważył jej z początku. Dopiero kiedy przetarł twarz ręcznikiem i z lekką niezdarnością odkręcił butelkę z wodą, podniósł spojrzenie na nią, bezbłędnie wyczuwając, że ktoś go obserwuje. Trochę jak kot w puszczy.
Zielone oczy, w tym świetle lekko wpadające w nuty orzechowe, skrzyżowały się z jej spojrzeniem i momentalnie uśmiechnęły się, ukazując ten rodzaj zmarszczek, który dotyczył tylko tych, którzy dużo się w życiu uśmiechali.
- Well, well... - mruknął pod nosem, w pierwszym odruchu chcąc do niej podejść, ale jednak zatrzymało go coś w pół kroku.
Wyglądała... Uch... Miej, Panie, litość... Kuszenie w czasie rzeczywistym.
Westchnął, wiedząc, że będzie musiał do niej podejść. O ile ona nie spanikuje...
- Szukałem szklanego pantofelka, ale gdzieś się zapodział. - zauważył, zbliżając się do niej. Przeczesał dłonią nieco mokre włosy, żeby nie zlatywały mu do oczu. - Wiedziałem, że jesteś odważniejsza, niż się wydajesz.
Clemmie
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
ON TUTAJ BYŁ!!!
Oczywiście, że musiał się tutaj pojawić i przypomnieć jej o tamtym zażenowaniu, którego doświadczyła kilka dni temu. Wpatrywała się w niego zbyt długo. Zauważyła nawet grymas dyskomfortu na jego twarzy, gdy odkładał ciężary na bok. To wcale nie tak, że śliniła się na widok jego mięśni. No może troszeczkę, ale cóż mogła poradzić na to, że wbrew całemu rozsądkowi ciągnęło ją do takich mężczyzn. Gdy inne dziewczyny w jej wieku uganiały się za chłopcami i przeżywały kolejne randki, to ona siedziała zamknięta w cukierni całkowicie nie zainteresowana dramatami niedojrzałych miłostek. Starsi mężczyźni, to była jednak inna bajka. To było głupie. Ale odkąd pamiętała, to właśnie oni kojarzyli jej się z poczuciem bezpieczeństwa, zdecydowaniem i doświadczeniem, którego jej brakowało. A to jak ją uratował... Dosłownie jakby fabuła z komedii romantycznej ziszczała się na jej oczach. Pierwszy raz w swoim życiu odważyła się kogoś zaprosić na kawę i co? To jego spojrzenie było bardziej wymowne od tysiąca słów. To było żałosne.
Odwróciła głowę od razu, gdy tylko przyłapał ją na tym niegrzecznym wpatrywaniu się w niego. Poczuła, jak jej policzki oblewa rumieniec. I to wcale nie przez bieżnię. Odetchnęła głęboko i zacisnęła mocniej palce na maszynie, żeby uspokoić bicie własnego serca. Zegarek natychmiast zawibrował, rejestrując wzrost tętna. Świetnie. Nawet elektronika wiedziała, że spanikowała. Myślami była już przy swoim samochodzie, którym wyjątkowo dziś przyjechała i zostawiła na pobliskim parkingu, żeby znowu nie marnować przeszło godziny na dojazdy. Wręcz była gotowa w spektakularny sposób porzucić swoje ćwiczenia i porwać koleżankę do szatni, żeby uciec jak najdalej. Z dala od niego.
W duchu liczyła, że zapomniał. Że nie podejdzie i nie będzie musiała skonfrontować swojego zachowania przy tych wszystkich ludziach. Słysząc jego głos niemal straciła równowagę na bieżni, ale w ostatniej chwili złapała na nowo rytm spuszczając głowę w dół, żeby wbić swoje spojrzenie w panel.
Boże.
Boże.
Boże.
To nie mogło się dziać naprawdę. Kiedy w końcu odważyła się podnieść wzrok, przekonała się, że nadal tam stał. I kierował te słowa do niej! Boże... Przeklęty zegarek znowu odnotował przyspieszone tętno. - I co? W tej bajce sprawdzałbyś każdej dziewczynie, czy pasuje pantofelek? Trochę dużo zachodu jak na jedno spotkanie. - w końcu wykrztusiła z siebie te słowa, ale brzmiały mniej odważnie niż w jej głowie. Była zbyt niemiła? Czy w jej głosie było słychać nutę rozgoryczenia? I czemu znowu przy nim zaczynała się przejmować takimi drobiazgami?
- Koleżanka mnie namówiła. Potrzebowałam, żeby ktoś jednak mnie wprowadził. Dziś obyło się bez ratunku. - uśmiechnęła się delikatnie, żeby załagodzić odbiór jej słów. Nerwowo obracała w palcach materiał spódniczki. - Jeśli chodzi o tamto... Przepraszam. Nie powinnam proponować takich rzeczy i jeszcze od razu uciekać. Oraz dziękuję jeszcze raz za ratunek. Był Pan bardzo miły. - już sama nie wiedziała, co powinna o tym wszystkim myśleć. Czuła się zagubiona. Miała mętlik w głowie, nie do końca wiedząc, czy powinna go traktować tak oficjalnie czy jednak znowu pozwolić sobie na skrócenie tego dystansu.
Czemu takie sytuacje nie mogły być prostsze?
Mr. Cole
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ból w ramieniu odezwał się mocniej i na ułamek sekundy odbił się na jego twarzy. Musiałem przesadzić z ćwiczeniami. Tylko dlaczego ten ból odzywał się w nieprzyjemnych sytuacjach?
- Ten idiota z bajki zapomniał, jak Kopciuszek wyglądał i dlatego potrzebował szklanego pantofelka... - nie brnij w komplementy, ona wyraźnie tego nie chce. - Ciebie trudno zapomnieć.
Brawo, stary, brawo...
Uśmiechnął się przyjaźnie, słuchając tego, jak opowiadała o przyjaciółce. Nawet odruchowo powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem, szukającym dziewczyny, która teraz się chichrała, widząc, jak rozmawiają. Naprawdę to wyglądało tak śmiesznie... Starszy człowiek próbujący flirtować z dwudziestolatką. Genialny pomysł Panie Cole... Stary, chyba najwyższy czas dorosnąć...
- Ach... No, przyznam się, że pierwszy raz spotkałem się z taktyką: zaproś i nie pozwól odpowiedzieć... - stary, co Ty robisz, przecież ona wyraźnie nie chce z Tobą rozmawiać.
Pan?
Nie opanował spojrzenia pełnego żalu i lekkiego wyrzutu, kiedy go tak nazwała. No ale rzeczywiście. Mógł być jej ojcem. Kryzys wieku średniego, chociaż to chyba trochę za wcześnie. A może nie.
- Emm... Ok... - sam nie wiedział, jak z tego wybrnąć. - Wolałem, jak mówiłaś mi po imieniu, ale aluzję złapałem.
Spróbował zażartować, ale w jego własnych uszach nie zabrzmiało to najwybitniej, więc zatuszował wtopę lekkim uderzeniem w bieżnię i uśmiechem, trochę nazbyt nonszalanckim jak na siebie. Trochę czuł się, jakby znowu był na studiach, próbując bajerować dziewiętnastolatki na swoją "nieudaną karierę sportową".
Wiesz, że kiedyś byłem gwiazdą baseballu? Flaki się przewracały.
- Cieszę się, że wróciłaś, jedna taka sytuacja nie powinna wpływać na całość. Podobno najlepiej wsiąść od razu na konia, jak się z niego spadnie. - za blisko dwuznaczności, Rob! - Nie będę Ci przeszkadzał...
Dlaczego takie sytuacje nie mogą być prostsze?
Powoli zaczął odwracać się w kierunku innych bieżni, ale jak na złość wszystkie były zajęte poza tą obok Clem.
- Będzie Ci przeszkadzało, jeśli dziadek będzie biegł koło Ciebie? - zapytał, wskazując na maszynę.
Clementine Thallman