ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

08.


Jesteś samotny, mówiła mu wcześniej matka wpatrując się przy tym z ciężką zatopioną uwagą, w napięciu momentalnie tak ostrym że byłoby w stanie samodzielnie poderżnąć mu spięte gardło. Boję się, dodawała, że nie będziesz w stanie tego się oduczyć. Oddychał w tej chwili, czując, jak powietrze rozpada się w progu jego ust. Czego się obawiała? Przytrzymał szarpnięcie gniewu. Pomyślał że przede wszystkim panicznie b a ł a się całej zakotwiczonej w nim niezmienności, bała się, że to prawda, że wszystkie jej oskarżenia się potwierdzą. Podnosił na nią swój wzrok, co przyszło mu z dużym trudem, miał wrażenie że ktoś raptownie zaburzył mechanizm jego źrenic. Jestem taki, jak wszyscy, ośmielił się skorygować. Wszystko, co najważniejsze robimy przecież samotnie - nikt nie był w stanie zanurzyć się w oceanie jego skóry. Czy aż tak bardzo się różnił? On nie miał tylko zamiaru siebie oszukiwać. Matka oceniała że potrzebował dla siebie towarzystwa a on tak naprawdę potrzebował rozdrapać samego siebie. Potrzebował wyć i potrzebował się wykrwawić. Nie liczyli się inni - liczyły się setki pytań spadających jak rozsypane ze sznura dudniące cicho koraliki.
Liczyły się odpowiedzi.
Jej słowa pomimo tego wyraźnie go zabolały i tliły się tak jak popiół zagojonych częściowo chociaż nadal rażących przypływem dyskomfortu ran. Nadal mu wytykała - brak większych angażujących znajomości, brak wyraźnego celu, brak zaangażowania innego niż własny zawód który nawet nie wiedział po jaką cholerę wykonywał. Nie wiedział już, czy go lubił, czy próbował za jego pomocą się odkupić i przy tym wymazać każdą rażącą niedoskonałość swoich błędów. Dość. Gnieciony tymi wszystkimi nawarstwionymi rozterkami postanowił odpocząć wybierając się na swobodny, przydługi spacer ulicami miasta. Zszedł z wyznaczonej trasy, udając się do księgarni, która, rozrastając się przed nim jak suchy, nieznany ogród ogarnęła go natychmiastowym i przyjemnym poczuciem bezpieczeństwa. Czuł, że w ten sposób będzie mógł zabić myśli które do tej pory nieposłusznie kłębiły się w jego głowie. Czuł, że mógł tak odpocząć. Przechodził więc alejkami szukając ciekawego tytułu, takiego który ostatecznie będzie w stanie zatrzymać go na dłużej, który weźmie ze sobą i przeczyta choć krótką chwilę przed zapadnięciem snu. Dziwne. Oderwał się, nagle, opuszczając opuszkę palca która błądziła po grzbiecie jednej z książek. Kątem wzroku wyłapał postać znajdującą się w pobliżu. Odwrócił głowę, zanim jeszcze przemyślał całe to przedsięwzięcie, zanim odkrył, że przygląda się kobiecie zbyt długo, zbyt intensywnie co mogłoby rozbudzić w niej niezręczność i poczucie nieuchronnego osaczenia.
- Przepraszam - zreflektował się szybko, wyznając jej cichym głosem. - Wydawało mi się, że gdzieś już panią widziałem.
Wydawało? A może…?

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

ĆpunkaSamobójczyni… Choć wyszła ze szpitala dwa dni temu to słowa pielęgniarek dalej odbijały się echem w jej obolałej głowie. Starała się nie robić problemów, nikomu tam nie wadzić, nie narzekała na głos na paskudne jedzenie, które w przypadku jej wegetariańskiej diety składało się początkowo z kleiku ryżowego, a potem suchych kanapek z pomidorem na śniadanie i kolacje, a na obiad z wody o smaku warzyw bądź ziemniaków z surówką. Była też możliwie jak najbardziej samodzielna, nie prosząc personelu o pomoc czy to przy wstaniu z łóżka, poprawieniu kroplówki, czy choćby o podanie butelki wody. Ale mimo że nie chciała rzucać się w oczy, miała wrażenie, że każdy ją obserwował i szeptał za plecami – że się zatrzymała w karetce, że wzięła jakieś tabletki, z całą pewnością nie będące ibuprofenem, i jeszcze zapiła alkoholem, że takich nie powinni w ogóle ratować, bo przecież na własne życzenie by się przekręciła. Dlatego starała się nie wychodzić ze swojej sali, czekając na przyjście Dantego, bo przy nim te wszystkie szepty nagle cichły, a może to ona ich po prostu nie wyłapywała, bo ten skutecznie odwracał jej uwagę?
Ale po opuszczeniu szpitala nadal nie czuła się na siłach, aby wychodzić samej. Nawet do pobliskiej piekarni potrzebowała towarzystwa swojego chłopaka, dlatego odpuściła sobie wizyty na siłownię czy basen – to wcale nie tak, że lekarze kazali jej się jeszcze oszczędzać przez najbliższe dni – bo miała wrażenie, że każdy na nią patrzy, każdy ocenia i szepcze te same okropne słowa, które słyszała z ust pielęgniarek i innych członków personelu medycznego.
Jednak któregoś dnia, gdy Dante musiał gdzieś wyjść, zostawiając ją samą w domu, poczuła, że się dusi. Powietrze w domu stało się dziwnie duszne, jakby każda ściana przesuwała się o kilka centymetrów bliżej, tworząc pułapkę, z której wkrótce mogłaby się już nie wydostać. Przez kilka minut krążyła między salonem a sypialnią, próbując znaleźć sobie jakieś zajęcie. Włączyła telewizor, ale po chwili go wyłączyła, rzucając pilot w kąt kanapy. Zabrała się za sprzątanie łazienki – dziwne zajęcie, które ją o dziwo relaksowało – ale nawet zakładanie rękawiczek sprawiało jej niemałe problemy.
Musiała wyjść.
Ubrała się schludnie – biała jedwabna bluzka z dekoltem w serek, jasnoróżowa, plisowana spódnica, która sięgała jej do kostek i beżowe sandały na niewielkim obcasie. Gdy patrzyła w lustro czuła się jak uczennica z liceum, zwłaszcza z burzą różowych loków, które otulały jej bladą buźkę. Jednak aby opuścić dom potrzebowała jeszcze jednego – słuchawek. Wsunęła je do uszu i muzykę w telefonie rozkręciła niemalże do maksimum. Wszystko po to, aby nie słyszeć tych rzekomych komentarzy mijanych ludzi. Tak jakby już całe Toronto wiedziało, że Elsa Eriksen była po próbie samobójczej związanej z przedawkowaniem jakichś dragów.
Księgarnia – taki był cel jej wyjścia z domu. Miejsce ciche i spokojne, gdzie nie było takich tłumów jak w parku czy sklepach. Poza tym, myślała ostatnio o kupnie kilku nowych książek, więc był to idealny moment i przy okazji pretekst, aby faktycznie się tam udać.
Gdy weszła do środka, schowała słuchawki do torebki i jak zaklęta skierowała się do regału, gdzie były wyłożone kryminały i thrillery. Szybko odnalazła Podpalaczkę Kinga w nowym wydaniu z barwionymi brzegami. I gdy trzymała już tomik w dłoniach, jej uwagę przykuła półka obok z literaturą obyczajową czy tam innymi romasidłami. Piękne, kolorowe okładki… do tego niewymagające zbytniego myślenia fabuły… chyba takiej właśnie rozrywki potrzebował jej mózg. Ale nim zdążyła wyciągnąć jedną z książek, aby przeczytać jej opis na tylnej części okładki, poczuła jak ktoś się jej przyglądał. Próbowała sobie tłumaczyć, że to tylko przewrażliwienie spowodowane doświadczeniami w szpitalu. Przecież ludzie w księgarni rozglądali się po półkach. Mogli patrzeć w jej stronę zupełnie przypadkiem. Mogli czekać aż odsunie się od regału. Mogli nie zwracać na nią najmniejszej uwagi. A jednak skóra na karku nieprzyjemnie mrowiła. Wręcz paliła. Dlatego niepewnie podniosła wzrok i w jednej sekundzie zamarła. Stał obok niej. I patrzył się. Nie na regał. Nie na książki. Na nią. Już chciała przeprosić i jak najszybciej się ulotnić, zapominając o chęci zakupu chociażby tej pięknie wydanej Podpalaczki, kiedy to mężczyzna odezwał się jako pierwszy. I to on przeprosił.
Elsa zamrugała zdezorientowana, pozwalając sobie na przyjrzenie się nieznajomemu i… oczywiście, że też go już widziała. I na szczęście jej mózg nie stracił umiejętności szybkiego dopasowywania twarzy do okoliczności i miejsc.
– Pan od godziny – wypaliła nagle, a na jej buzi zagościł promienny uśmiech. Znów to robiła. Znów zakładała maskę, aby udowodnić wszystkim dookoła, że wszystko było w porządku. – W szpitalu… spotkaliśmy się kilka dni temu w ogrodzie i zapytałam pana o godzinę, bo czekałam na swojego chłopaka – wyjaśniła szybko swój początkowy skrót myślowy. Pytała również czy wygląda wystarczająco dobrze, aby ugościć swojego lubego w szpitalnej sali. Był także raz u niej na konsultacji.
– Jak się pan miewa? Też pan lubi odpoczywać w takich miejscach? Cisza, spokój… no, może poza gadatliwymi byłymi pacjentkami… – Zaśmiała się nerwowo, zaciskając lekko palce na trzymanej w rękach książce. Czy już ją sobie przypomniał? Czy już sobie pomyślał no tak, to ta która lubi przyćpać? Czy może w takim razie powinna już uciekać…?


Jude Iverson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
ODPOWIEDZ

Wróć do „Bookland”