ODPOWIEDZ
25 y/o
Welkom in Canada
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

010.
The house was asleep.
The artist wasn't.
Neither was the man who wasn't supposed to be downstairs.

trigger warning
przekleństwa
Nie. Nie. Nie.
Powiedział to Aurelii chyba dziesięć razy, kiedy namawiała go, żeby u niej spał, ale po pierwsze zasłaniał się jej ojcem, który na pewno nie będzie zadowolony. Po drugie jej mamą, bo to przecież nie wypada, kiedy była w domu. Powoływał się też na braci. I na to, że mieszka na końcu ulicy. Ale Aurelia się uparła, cały czas mówiła, że są dorośli...
A do spania oglądali jakąś nową bajkę Disneya o księżniczkach.
Dwoje dorosłych ludzi, w jej sypialni, na łóżku, gdzie trzymała swojego pluszaka, między futrzastymi poduchami, gdzie poprzytulali się tylko trochę, a potem postanowili… oglądać bajkę. Tak była ciekawa, że Donnie usnął, a Aurelia też, na jego klacie, więc kiedy się obudził, to już nawet nie zamierzał się stamtąd ulatniać, dał jej spać.
Słodka Aurelia, która uśliniła mu już tą czarną koszulkę z ulubionym zespołem. Wyciągnął się na łóżku, bo chciał sięgnąć po telefon, który położył na nocnej szafce, żeby zrobić jej zdjęcie, ale wtedy się przekręciła i ułożyła na drugim boku przytulając do poduszki. A Donnie był... wolny.
Dochodziła druga, przykrył Lię futrzastym, różowym kocykiem, a sam postanowił się ulotnić, po cichu, niezauważenie.
Zszedł na dół po schodach i już miał skierować się do drzwi, ale zobaczył światło w gabinecie? Tak założył. A potem to, że to pewnie Javier pracuje po nocach, miał się cichutko wycofać, ale mignęła mu postać Marii, a serce w piersi od razu szarpnęło. Nogi od razu go tam poniosły.
Nie powinien...
Ale co z tego? Byli dorośli.
I teraz ten dorosły chłopak zajrzał do... pracowni, jak się okazało, jej pracowni. Królestwa pobitych wazonów, złotej farby i poobdzieranych mebli. Donnie aż złapał więcej powietrza w płuca, kiedy to zobaczył. I może ten świst zwrócił jej uwagę, albo to, że po drodze w coś wlazł?
Maria się odwróciła, a on...
Powinien pewnie jak normalny człowiek, uspokoić ją i przeprosić. Tylko, że to był Donnie Bowen, ze swą wrodzoną bezczelnością, jakąś taką raptownością mieszającą się z... nieogarnięciem?
Niektórych to urzekało, a innych wkurwiało, taki był Bowen.
Doskoczył do niej, a zaraz opierał palce na jej pełnych ustach - ciii... - uciszył ją, żeby nie pobudzili całego domu. Lepiej nie. Lepiej dla nich.
- Nie chciałem cię wystraszyć... - może to akurat nie, ale zdecydowanie chciał się do niej zbliżyć. Poczuć na palcach miękkie, pełne wargi, jej oddech. Zapach perfum i bijące od niej ciepło.
Jego zielone spojrzenie zatrzymało się na jej dużych, ciemnych oczach, a palce sięgnęły do jej ramienia. Dopiero po chwili się odsunął, pół kroku w tył. Wcale nie bezpieczna odległość, a jednak dał jej odrobinę przestrzeni, i może chwilę na to, żeby przetrawiła, że to nie sen.
Bo oto te zielonookie kłopoty zawitały do jej świata. Wkroczyły do jej pracowni, jak do siebie. Jak wtedy w tym klubie. Wszedł do jej życia, a teraz ciężko go było z niego wypierdolić, cały Bowen.
- Co robisz? - zainteresował się wyglądając zza jej ramienia na stolik, gdzie trzymała jakieś swoje prace.

Bienvenido a tu cuento de hadas ₊˚⊹♡
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
42 y/o
For good luck!
168 cm
naprawia starocie w zaciszu swojego domu
Awatar użytkownika
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor


Bezsenność — zmora dorosłości.
W końcu dzieci zazwyczaj żyją chwilą obecną, można im tego pozazdrościć bo nie nakręcają się myślami jak dorośli i zmęczone szybko uciekają w sen. Maria zazdrościła, bo zamiast żyć teraźniejszością i skupić się na śnie (bo przecież to wypadało robić o drugiej w nocy - prawda?) zdecydowanie za dużo myślała teraz o swoim dorosłym dziecku, które spędzało noc na piętrze ze swoim chłopakiem.
Czy to popierała? Nie.
Czy byli dorośli i mogli robić co chcą? Tak.
Czy myślała zbyt wiele o nim? Zdecydowanie.
Czy walczyła z tą bezsennością i natłokiem myśli? Wcale.
Poddała się i zaszyła w pracowni — w swoim świętym miejscu do którego nikt z domowników nie miał wstępu. Choć to nie tak, że nie mogli tam wchodzić, ale jednak nikt tego nie robił bez jej wyraźnego pozwolenia. Nawet Javier — ten, który teraz smacznie spał na górze — to szanował, a może po prostu na rękę mu były te przymknięte drzwi za którymi ukrywała się przed samotnością i trudami ich małżeństwa? Nie zadawała uporczywych pytań. Nie wykłócała się o kolejną noc poza domem. Może to mu odpowiadało, kto wie?
A Donnie? Donnie… Ten to od razu tam zajrzał i zupełnie przypadkiem, a może celowo zaznaczył swoją obecność. Choć raczej przypadkiem, bo niewiele osób wiedziało, że ta deska w progu wydaje z siebie skrzypiący dźwięk informując o każdym przekraczającym drzwi osobniku. Skąd on miałby to wiedzieć?
Nim zdążyła zareagować on wkroczył do środka, bez uprzedzenia, bez pytania, bez wyraźnej zgody. W tym swoim popisowym wydaniu: urzekającym b e z c z e l n y m takim.
I gdy zastanawiała się czy to sen czy jawa to on zaraz palce swoje do jej ust przyłożył nim zdążyła wydusić jakieś słowo. — ciii — Serce drgnęło, jakby rwało się do niego, do tej jego beztroski. I cała drżała, gdy tak patrzyła w te zielone oczy. O nie... to na pewno nie był sen. Naprawdę stał sobie przed nią jakby nigdy nic w koszulce z jakimś zespołem, jednym gestem rozwalając ją na łopatki… ale przecież się do tego nie przyzna. Dopiero gdy się odsunął na krok odetchnęła powoli, próbując ogarnąć swoje emocje by brzmieć naturalnie, choć to wcale nie było łatwe.
Wciąż drżała.
Pomógł fakt, że zaraz już przez ramię jej zaglądał zaciekawiony, a ona nie zamierzała trzymać go w niepewności. Nie, kiedy kontynuowanie tematu mogło pomóc jej skupić się na czymś innym niż zielonookich kłopotach które zawitały do jej pracowni. Pomieszczenia, które było chyba najbardziej jej z wszystkich w tym domu. Miejsca z półkami wypełnionymi przeróżnymi wazami, naczyniami, kubkami - posklejanymi już albo czekającymi na swoją kolej. Z odrapanymi meblami czekającymi na tchnienie nowego życia w nie. Ze starymi fotografiami jej i Barcelony, a nawet plakatami z dawnych lat zawieszonymi na ścianie. Z gramofonem z którego cicho dobiegały dźwięki jednej z płyt, których zresztą też miała pełen regał. Miała tutaj chyba w s z y s t k o, od niewielkiej sztalugi ukrytej w rogu, na której nic nie namalowała jeszcze, po starą zakurzoną gitarę ukrytą między ścianą, a wysiedzianym i dotkniętym czasem fotelem. Lubiła ten bałagan, ten chaos w którym tak dobrze się odnajdywała. Nie było tutaj miejsca dla różu, futerka i błysku, za to było sporo kurzu, farb i artystycznego bałaganu.
Naprawiam — odpowiedziała cicho odwracając się w stronę blatu i próbując nabrać nieco dystansu. W świetle lampki stał ubity ceramiczny kubek w drobne niebieskie kwiatki. — To własność takiego starszego pana. Artura spod numeru piątego. To w sumie blisko was — zauważyła, bo numer jego domu, który specjalnie na pokuszenie jej zdradził, wyrył się w jej pamięci na ich rodzinnym zapoznaniu. — Więc może go kojarzysz — zawsze w cieplejsze dni siedział na werandzie z żoną i popijał kawę. — On czasami przynosi mi takie drobne rzeczy, starocie z jego domu — zaczęła opowiadać, by skupić się na tym co dobrze znane, a nie rozpraszać jego obecnością. Znów zasiadła do stołu, od którego odeszła tuż przed jego wielkim wejściem po to, by wyciągnąc z półki złotą lakę. Starannie oczyszczona krawędź kubka i odpryśnięty element czekały na połączenie, więc nie zwlekając posmarowała krawędź docisnęła elementy ze sobą ostrożnie — Jego żona zmarła rok temu i został sam, a to… to jej ulubiony kubek. Nie mógł znieść myśli, że jest ubity — oznajmiła podnosząc na chwilę spojrzenie na Donniego. — Więc mu go naprawiam — wyznała. Tak z dobroci serca, bo staruszek skradł jej serce swoimi opowieściami.
Znów skupiła się na kubku, by nasączonym wacikiem przetrzeć nadmiar kleju, który mógłby zniweczyć całą pracę. Zabezpieczając własność sąsiada odstawiła kubek na bok i dopiero teraz spojrzała pewniej na Donniego. — A ty? — odbiła piłeczkę — Co ty tutaj robisz o drugiej nad ranem? — zapytała przejeżdżając wzrokiem po jego koszulce w górę, zatrzymując się nieco za długo na jego ustach, by po chwili zgubić się w tych jego zielonych oczach. Znów, raz jeszcze i…
…nawet nie była zła, że tutaj tak wtargnął, a przecież powinna. Powinna, prawda?W sumie ta powinność w jego pobliżu od początku jej nie wychodziła. Już wtedy w klubie. Więc teraz jak to miało niby działać?
Nie działało, w tym rzecz.

Qué hago aquí? Qué haces aquí? Qué estamos haciendo?
25 y/o
Welkom in Canada
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

O drugiej nad ranem do ludzi przychodzą sny, czasem te piękne, które przywołują uśmiech na twarzy, a czasem koszmary, które sprawiają, że po plecach idzie dreszcz, że skronie oblewa zimny pot i człowiek chce się wybudzić.
Donnie nie był zmorą, nie był nawet pięknym snem, tylko stanął przed nią naprawdę. Ze swoim szelmowskim uśmiechem przyklejonym do twarzy, z zielonymi oczami utkwionymi w jej pięknych, brązowych tęczówkach, które w świetle lampy zyskiwały ładną bursztynową barwę. Z palcami zawieszonymi na jej pełnych, miękkich wargach. Na moment.
A jednak i tak poczuł pod nimi jak zadrżała.
Ze strachu? Zaskoczył ją?
Czy może z ekscytacji, że to już kolejne spotkanie?
Kolejne spojrzenie w oczy. Kolejne słowa, który mogły paść, tutaj w tej cichej pracowni, gdzie znowu byli sami.
Chociaż zaraz te zielone ślepia powiodły dookoła po pomieszczeniui, jej królestwu. Tak jak on miał swoją ciemnię, gdzie bawił się w wywoływanie zdjęć analogowych, na piętrze, w jakimś starym składziku, obok jego pokoju, tak ona miała tutaj swój świat.
Między wazami, sztalugami, muzyką i złotą farbą.
Kawałek jej... duszy?
Bo przecież to dużo lepiej pokazywało prawdziwą Marię niż obrazek, który prezentowała mu kilka dni temu. Przykładnej żony, kochającej matki, pani tego domu.
Nie podważał tego, a jednak w tej białej sukience, z wypiekami na policzkach, wśród swoich rzeczy, wyglądała mu... bardziej autentycznie.
Zrobił kilka kroków po pomieszczeniu pochylając się nad jej zdjęciami z Barcelony, a jednak kiedy powiedziała to naprawiam i wskazała mu kubek, to podszedł do niej. Blisko, a jednak nie na tyle by ta bliskość znowu ich drażniła, w tej przyjemny sposób. Kusiła.
- Znam go - powiedział od razu Donnie, a zaraz oparł się o blat, dalej od niej, ale zielone oczy podążały za jej dłońmi, kiedy obracała w palcach porcelanę w drobne niebieskie kwiatuszki - pomagałem mu pisać takie wiesz... Ostatnie pożegnanie dla jego żony, no i przygotować to zdjęcie, które postawił w kościele, bo wiesz ona miała same takie z nim, więc po prostu jedno obrobiłem, ale nie wiedziałem, że to było rok temu, dawno... - dla Bowena rok to był bardzo odległy kawałek czasu, a on przecież miał w Toronto zabawić tylko chwilę, a tu proszę. Kiedy ten rok minął?
A najgorsze w tym wszystkim było to, że on wcale nie zamierzał jutro pakować plecaka i ruszać dalej w świat.
Bo teraz chciał tu trochę dłużej zostać. W Toronto. A może w życiu Marii?
- To miło z twojej strony, pamiątki są ważne, zwłaszcza jeśli kogoś już nie ma w naszym życiu - Donnie był trochę sentymentalny. On dużo chwil, dużo ludzi, których poznał w swoim życiu, zatrzymywał na fotografiach.
Może nie miał dużo rzeczy, plecak i walizkę, a jednak było tam trochę pamiątek, z podróży, z czasów kiedy był dzieckiem, i po tych, którzy znaczyli dla niego coś więcej.
Chociaż to akurat w przypadku Bowena było ciężkie, bo on się nie przywiązywał.
A co robił tutaj?
Kiedy powinien sobie odpuścić zaraz po tej nocy, którą razem spędzili?
I kiedy Maria zadała mu to pytanie, to znowu zielone tęczówki odszukały jej ciemne, przenikliwe spojrzenie.
- Miałem wracać do domu, ale mogę... pomóc ci naprawiać, albo popatrzeć jak ty to robisz - uśmiechnął się do niej lekko, a zielone spojrzenie przesunęło się po jej twarzy, po pełnych ustach, których smak wciąż siedział mu gdzieś w głowie, na oczy - posiedziałbym z tobą, jeśli nie masz nic przeciwko - zaproponował. I chociaż trochę chciał ją pozaczepiać, to oparł łokcie na blacie, a głowę ułożył na nadgarstkach - naprawdę chcesz, żebyśmy polecieli razem do Barcelony? - zagadnął ją, jakby to była jakaś normalna rozmowa.
Może by była, gdyby nie ta atmosfera między nimi, nie to coś, co wisiało w powietrzu i nie był to zapach kleju do szkła. Bo chociaż siedzieli na przeciwko siebie, nie tak blisko, dalej tym razem, to jednak ich spojrzenia mówiły wszystko. To jak patrzyli sobie intensywnie w oczy. Jak te spojrzenia łaknęły... bliskości.
Nie tym razem. Kiedy na górze pogrążona we śnie była cała jej rodzina.
A tu przed nią tylko on, doklejony na chwilę do tego obrazka. Ale może piękną chwilę?
- Jestem dobry w takich rzeczach, możesz mnie wykorzystać - sięgnął po jakiś pędzelek obracając go w palcach.

Puedo ayudarte... a arreglar las cosas, si quieres ✿˚ ༘ ⋆。♡˚
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
42 y/o
For good luck!
168 cm
naprawia starocie w zaciszu swojego domu
Awatar użytkownika
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ta pracownia obnażała całą prawdę o niej.
Tutaj nie była zagubioną kobietą z klubu. Tutaj nie była mamą Aurelii ani żoną Javiera. Tutaj nie była idealną Panią Perez, zdradziecką dumną matką i żoną, której sylwetkę chyba próbowała przedstawić wtedy w ogrodzie, podczas rodzinnego zapoznania. Tutaj o drugiej nad ranem, w tej białej halce, z włosami w nieładzie opadającymi na ramiona i dłońmi ubrudzonymi złotą laką była bezbronna.
Pokój ten był jej miejscem, sekretem… wspomnieniem może? Tamtej barcelońskiej dziewczyny, którą kiedyś pogrzebała dla dobra rodziny. To tutaj upychała to co niewygodne, niepraktyczne, zbyt czasochłonne. Zostawiała na przechowywanie wracała od jakiegoś czasu coraz częściej, bo dzieci przecież wyrastały, a ona coraz to bardziej tęskniła za tamtą dziewczyną. Z głową pełną marzeń, z pasją, z sercem rwącym się do życia. Naprawiała więc to co rozbite licząc, że gdzieś w tym bałaganie naprawi też samą siebie.
Donie Bowen wkroczył do tego miejsca bezczelnie i wzrokiem omiatał te jej stare fotografie, plakaty z dawnych lat, dotykał kurzu jaki opadł na stolik i zaglądał wprost do… jej duszy. Zobaczył ją taką jaka jest… p r a w d z i w ą, a to było intymne, może nawet bardziej niż to wszystko co wydarzyło się między nimi w hotelowym pokoju z numerem trzynaście.
Naprawdę? — błysk zaskoczenia i nagle kąciki jej ust drgnęły delikatnie do góry z ciepłym uśmiechu. — To ty mu je przygotowałeś? — dopytała, wciąż lekko zaskoczona ale nie trzymając go w napięciu szybko wyjaśniła. — Bardzo cię chwalił, gdy zwróciłam uwagę na to zdjęcie — Artur był złotym człowiekiem i zawsze wolał mówić o kimś, a nie o sobie. Maria wiedziała wiele o jego żonie, a za każdym razem gdy próbowała zgłębić coś więcej o nim i tak znalazł takie tematy, że sprowadzał rozmowę do innych, których spotkał na swojej drodze. To zabawne, że opowieść o Donniem poznała na długo przed ich spotkaniem.
Los sobie z nimi pogrywał, by poznać ich w najbardziej nieodpowiednim momencie. Choć czy w ich relacji można w ogóle mówić o odpowiednim momencie? Biorąc pod uwagę różnicę wieku i to jak potoczyły się losy Marii to żaden momencie był dobry na poznanie kochanka Bowena… czemu więc czuła się dobrze, kiedy przyglądał się jej jakby nigdy nic wspierając głowę na nadgarstkach? Czemu coś tak nieodpowiedniego wydawało się takie znajome, proste i dobre…
I za każdym razem gdy o tym myślała uderzało ją to dziwne napięcie, cichy karcący głos sumienia. Ta świadomość, skąd właśnie przyszedł sprawiała, że żołądek się jej zaciskał. Jeszcze chwilę wcześniej leżał na górze, w sypialni Aurelii, pośród jej różowych i futrzastych poduszek, a teraz stał tutaj w jej zakurzonym świecie.
Posiedziałbym z tobą, jeśli nie masz nic przeciwko.
Powinna go wyrzucić, zwołać coś po katalońsku i wskazać drzwi. Przypomnieć kim dla siebie są w tym dziwnym układzie. Chłopak jej córki. Matka jego dziewczyny. Prawda była jednak taka, że to nigdy nie było tylko tyle… I za każdym razem jak czuła na sobie to jego zielone spojrzenie i dostrzegała to nieme proszę wypisane na jego ustach, cała ta jej walka zdawała się być przegraną.
Poddawała się.
Wzrokiem skinęła na miejsce naprzeciw niej, dając mu cichą zgodę na pozostanie w miejscu, które obnaża cząstkę jej duszy. Na wzmiankę o Barcelonie z jej just wymknęło się ciche parsknięcie. To nie ona wyszła wtedy z tym pomysłem. — Wspólny wyjazd do Barcelony to poroniony pomysł. Una estupidez! głupota! To było całkiem oczywiste stwierdzenie, zupełnie normalne i całkowicie pomijające szczegół, że uniknęła bezpośredniej odpowiedzi na jego pytanie. Stwierdziła oczywisty fakt, pomijając własne pragnienia, ale czy nie w tym była najlepza? Przez lata opanowała sztukę skupiania się na innych do perfekcji.
Czy naprawdę chciała?
Skąd mogła wiedzieć czego tak naprawdę chce, gdy się przy nim tak gubiła. W tych jego zielonych oczach, tonąc w tej atmosferze która między nimi gęstniała za każdym razem, gdy byli zbyt blisko. Jak teraz.
Może chciała oglądać z nim te rozbite kawałki porcelany w Casa Batllo i rozprawiać o życiu nad Pocałunkiem Śmierci. Może chciała…Ona wiele rzeczy z nim chciała, byleby te nieodpowiednie piękne chwile mogły trwać.
Wiem, że mogę — przytaknęła, a po jej twarzy przemknął wymowny uśmiech, który świadczył o tym, że w zamyśle nie miała operowania złotą laką i pedzelkiem, którym teraz obracał w palcach. — Mam coś dla ciebie — po chwili namysłu wstała i podeszła do jednej półki, sięgając po niewielki koszyk w którym znajdował wazon. — Zaliczył brutalny upadek na tarasie, gdy zerwał się wiatr... a może to była piłka, ale Matteo nie chciał się przyznać? kto wie... Słoneczniki przeżyły, wazon ma się nieco gorzej — podsunęła koszyk bliżej niego pozwalając sobie na moment zatracić się w jego zielonych oczach. — To mi oddaj — poleciła sięgając do jego dłoni, by zabrać mu pędzel, palcem zaczepiając jego dłoń. Igrając sobie. — Najpierw musisz przetrzeć krawędzie tym — podsunęła mu butelkę z alkoholem i waciki — a później dopasować elementy na sucho — i teraz to ona oparła łokcie na blacie, układając sobie brodę na dłoniach i przyglądając się mu… bezczelnie.
Kiedy pokażesz mi moje zdjęcia? — zapytała, nie dając mu chwili na odpowiedź. — W Barcelonie? — żartownisia.

Si quieres ayudar, puedo utilizarte (❀❛ ֊ ❛„)♡
25 y/o
Welkom in Canada
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Donnie nigdy się nie wahał i nie zastanawiał, wchodził do jej świata jak do siebie. Jego palce błądziły po winylach na półce, po zdjęciach i plakatach, reliktach przeszłości, które pokazywały mu prawdziwy obraz Marii.
Nie matki. Nie żony. Ani nawet... kochanki.
A artystki i to może go w niej urzekało.
To może sprawiło, że ich dusze tańczyły w jednym rytmie, tak jak wtedy ciała na gorącym parkiecie Emptiness?
- Nie wyglądam na społecznika? - uśmiechnął się do niej. Może nie wyglądał, z tą swoją marzycielską naturą, butnym spojrzeniem, z dwudziestopięcioleciem na karku i głową pełną szaleństw. Ale Bowen lubił ludzi. Potrafił zagadać swojego równolatka, dzieciaka, albo staruszka. Dla niego wiek to była tylko liczba. A do tego taka, która nic nie określała, nie szufladkowała ludzi - znam trochę osób z naszej ulicy - wyjaśnił jej, a kiedy pochwaliła zdjęcie kącik jego ust znowu drgnął ku górze - to właściwie było ich wspólne zdjęcie, a ja je tylko edytowałem, ale widać na nim była... no jaka ona była za życia, nie poznałem jej za dobrze, ale dużo o niej słyszałem - od jej męża właśnie. A Donnie potrafił słuchać, łatwo z nim było w ogóle złapać kontakt.
Dla niego każda historia była ciekawa, nie oceniał, on po prostu chłonął opowieści. A potem chciał je odkrywać na fotografiach.
Wydawało mu się, że te Marii odkrył, w trzynastu zdjęciach, które jej zrobił.
Na których miała ten melancholijny wyraz twarzy, wymalowaną tęsknotę, za Braceloną? Czy za sobą samą, którą utraciła gdzieś pomiędzy obowiązkami, dziećmi, mężem i tym wszystkim?
Zielone tęczówki wodziły po jej twarzy, kiedy czekał na jedno choćby słowo jej sprzeciwu, tylko... ono nie nadeszło.
Zamiast tego wskazała mu miejsce, na którym Bowen zaraz usiadł, bez tej swojej wrodzonej butności, grzecznie na wskazanym przez nią stołku.
- Podoba mi się gdy mówisz po hiszpańsku - wtrącił najpierw, kiedy w swoim rodowitym języku powiedziała co o tym myśli - moglibyśmy zobaczyć Casa Batllo i Pocałunek Śmierci. Poleżeć na plaży... Lubię słońce i wodę - odchylił się na krześle do tyłu, myśląc o tym co by mogli robić. Szkoda tylko, że... oni nie powinni nic razem robić. Ale siedzieć tu wspólnie może też nie?
A przede wszystkim nie powinni dać się ponieść wtedy w klubie i w pokoju numer trzynaście.
A dali.
A doprowadziło ich to tutaj właśnie.
- To trochę ekscytujące, ale jednocześnie drażniące, to jak patrzysz na swojego męża... I to jak musimy udawać, że wcale się nie pociągamy - zawiesił zielone tęczówki na jej pięknych, ciemnych oczach. Gdyby miał w dwóch słowach opisać ich relację? Ekscytująco-irytująca.
Denerwujące było to, że im po prostu nie wypadało.
Ze względu na wiek. Ale najbardziej na to, co łączyło Donniego z Aurelią chyba, chociaż przecież powiedział Marii, że mógłby to skończyć.
Tylko po to, żeby oni mogli...
Ale czy mogli?
Posłał jej zaczepny uśmiech, kiedy powiedziała to wiem, że mogę go wykorzystać. Pozwalał jej na to, mącić w jego głowie, w tym młodzieńczym sercu, które biło do niej mocniej. Sam w to wszedł i coraz głębiej się w tym zatracał.
Uniósł jedną brew, kiedy oznajmiła, że ma dla niego pracę. Coś czym mógłby zająć swoje sprawne palce. Maria wiedziała, że sprawne.
- Wiatr bywa zdradziecki... ale piłki też - zaczepił ją, z bliska zaglądając w jej ciemne, piękne oczy. Zajrzał do koszyka. A kiedy wyjmowała pędzelek z jego dłoni to najpierw jego cienkie włosie musnęło jej skórę w zaczepnym geście, a potem jego palce - czyli dla mnie brudna robota? - mruknął, ale uśmiechnął się. Donnie nie bał się żadnej pracy, ta brudna też nie stanowiła problemu, wręcz przeciwnie, on nawet lubił, kiedy nie był za czysty. Jak dziecko, brudne to szczęśliwe.
Dwudziestopięcioletnie, duże dziecko.
Wziął jeden z wacików i nalał na niego alkohol, a z koszyka wyjął ostrożnie większy kawałek ceramiki. Najpierw spojrzał na Marię, która opierała się przed nim o blat, ale potem zielone spojrzenie skupił na krawędzi szkła.
- Może w Barcelonie, na jakiejś dzikiej plaży, gdzie będziesz się opalała topless, a wiatr będzie targał ci włosy, słońce igrało po skórze, a oczy... One będą szukały mojego spojrzenia - powiedział na jednym oddechu. Ładna bajka, tylko chyba nie do spełnienia w ich wypadku - co myślisz? - podniósł na nią wzrok. Ale zaraz znowu spuścił go na ceramikę, przesunął wacikiem po krawędzi, aż wystawił czubek języka, kiedy skupiał się na tej czynności - mogę ci je pokazać w każdej chwili. W każdej chwili też mógłbym... - sunął wacikiem po kolejnej krawędzi - moglibyśmy... - nie umiał się wysłowić. Donnie Bowen nie umiał się wysłowić. Niesamowite, kiedy on często paplał trzy po trzy - nie wiem, czy w ogóle coś możemy Mario? - wysłowił się w końcu. Wyrzucił z siebie to pytanie, które chodziło mu po głowie.
Mogli, czy nie?
Czy było w ogóle jakieś my?


Dime, ¿existe un «nosotros»? ✿˚ ༘ ⋆。♡˚
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
42 y/o
For good luck!
168 cm
naprawia starocie w zaciszu swojego domu
Awatar użytkownika
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wchodził jak do siebie, ale ona nie protestowała.
Pozwoliła mu wejść, nie tylko do tego zakurzonego pokoju przepełnionego niedokończonymi pracami, poobijanymi wazami, starymi winylami, pamiątkami jej młodości, ale też otworzyła przed nim świat, który przez kilkanaście lat ukrywała pod piętrzącymi się domowymi obowiązkami, listami zakupów i koniecznością dbania o wszystkich wokół.
Szaleństwem było otwieranie serca tamtej barcelońskiej dziewczyny i wpuszczanie do niego chłopaka, który chwilę wcześniej opuścił sypialnię jej córki, a jednak właśnie to działo się w najlepsze teraz, gdzieś między szumem gramofonu, a ich rozmowami.
Wiedziała, że p o w i n n a to przerwać. Powinna się tego brzydzić, bo jako matka spieprzyła sprawę koncertowo i gdy była sam na sam z Aurelią to właśnie robiła, ale przy nim… gdy siedział tutaj twarzą w twarz to nie potrafiła tak myśleć. Nagle przestawała być matką, była po prostu Marią.
Dziewczyną z Barcelony.
Prawda była taka, że Donnie Bowen zawsze będzie tym pierwszym, który po latach jakiegoś odrętwienia i uśpienia podszedł do niej i bezczelnie zdmuchnął grubą warstwę kurzu, na nowo odkrywając w niej to co najpiękniejsze, najdziksze, barcelońskie…
Nie był to jego obowiązek.
Nie było to jego prawo.
Ktoś inny przez te lata miał stać na straży tego ognia. Ktoś inny powinien dbać, by ten kurz w ogóle nie osiadł. Ktoś inny powinien strzec tego, by rutyna nie zabiła dziewczyny z La Rambla…
…a jednak Javier postanowił uciec w pracę, w ramiona innych osób, dzień po dniu skazując ją na samotność w pełnym domu. Zaniedbał ją i zostawił z pęknięciami, których nie zamierzał nawet sklejać.
I wtedy pojawił się ten bezczelny chłopak, co o zgodę nie pytał.
Nie wyglądasz — przytaknęła uśmiechając się delikatnie. — W pierwszej chwili nie, a potem okazuje się, że jesteś ciekawski i lubisz mówić, a słuchać zdaje się, że jeszcze bardziej… — zaśmiała się, lekko wzruszając przy tym ramionami — ...nie zdziwiłoby mnie, gdybyś potrafił dogadać się z każdym — dodała, bo przecież każdy chciał czuć się wysłuchany, a gdy on wbijał w kogoś te swoje ciekawskie zielone oczy, to kto mógłby się temu oprzeć?
Czarował.Ją oczarował.
A żona Artura była cudowną kobietą — zachwyciła się wspominając ją ciepło. — Kochała ziemię. Uwielbiałam ich ogród za domem, zawsze pachniała lawendą i robiła najlepsze ciasto drożdżowe na świecie — ciekawe czy zachował się przepis na nie? Chociaż Maria i tak obstawiała, że robione było z serca i nie sposób go odwzorować. Ich małżeństwo było wyjątkowe, starzeli się pięknie i dbali o siebie w prostych gestach każdego dnia, wytrwale, bez ustanku. — On zimą nim wstała nagrzewał jej kapcie przy kominku, ona zawsze wieczorami podawała mu jego ulubiony koc, a podczas spacerów trzymali się za ręce, jakby wciąż mieli po dwadzieścia lat — byli wyjątkowi i zdobyli coś wyjątkowego.
Czy czuła lekkie ukłucie zazdrości i jakiegoś żalu?
Być może, bo jej małżeństwo było ogniste, ale najwyraźniej spaliło się zbyt prędko… nim zdążyło się zestarzeć.
Tęskniła więc za tym co utracone, za Barceloną, za młodością.
I on to dostrzegł.
Kącik ust znów uciekł jej w górę tworząc lekki ciepły uśmiech, gdy wspomniał o języku.
A mí también me gusta el sol y el agua. La arena también me gusta… y tú también i ciebie też... powiedziała po hiszpańsku dodając od razu — Podríamos hacer muchas cosas, ale no deberíamos hacer ninguna… — bolesna to była prawda, którą w rodowitym języku łatwiej było wyznać i jakoś tak szczerzej brzmiała, gdy radość z żalem się mieszała.
Jak na niego patrzę? — zapytała wyraźnie zaskoczona jego spostrzeżeniem, bo jakieś na pewno miał. Tak wnioskowała po jego słowach, a ona nawet nie była pewna: jak? Jak patrzyła na Javiera? Czy z jakimś ledwo zauważalnym żalem, którego sama nie potrafiła określić? Z tęsknotą może, jakby doszukać się w nim chciała tamtego chłopaka, co przed laty skradł jej słońce serce w Barcelonie? Z uprzejmością, szacunkiem… przyzwyczajeniem? Na pewno nie z tą czułością, jak wtedy gdy zerkała w stronę swoich dzieci… a już na pewno nie z tym błyskiem w oczach, co pojawiał się, gdy posyłała ukradkowe spojrzenia Donniemu.
Czy widział to jak patrzyła na niego?
Jak drżała, gdy potajemnie lustrowała go spojrzeniem? Jak błagała jeszcze o chwilę zawieszenia, jak traciła przy nim zdrowy rozsądek? To on sprawił, że te iskry znów w jej oczach rozbłysły. Ekscytujące to było, fakt. Drażniące jednak było coś zupełnie innego. To, skąd przed chwilą zszedł i to dokąd później miał wrócić.
Oszukiwała się, że póki trzyma go na dystans, dopóki dzieli ich stół i rozbite naczynie, mogą tak trwać. Rozmawiać i naprawiać… …ale spojrzenia kusiły, a nogi pod stołem zaczepiały się jak wtedy, w ogrodzie. Czyli dla mnie brudna robota?
Wiedziałam, że się ucieszysz — przyznała obserwując jak zabiera się do pracy i wsłuchując w jego historię.
Piękną, choć zbyt bajkową by była prawdziwa.
To miasto żyje zbyt szybko, natura przegrywa z człowiekiem… dzikich plaż na próżno szukać — wyznała, sprawiając wrażenie jakby na wstępie chciała zburzyć jego wizję nim się rozpędzi; jakby to był główny powód dlaczego to nie ma prawa się udać. A nie to, że ich romans to jedno wielkie przewinienie. Dopiero po chwili zawieszenia dodała. — Ale jakbyś uciekł samochodem albo pociągiem na północ… tam gdzieś między klifami są małe zatoczki. Cala Forcanera jest ładna, choć tam ciężej dostać się od strony lądu, lepiej łódką — i gdy tak mówiła cicho, jakby zdradzała mu sekret nie myślała o tym, jakie to nierealne — Nie ma tam tłumów, parawanów, lokali… jest tylko piasek, który parzy w stopy, słońce, które pali skórę do żywego i woda… — rozmarzyła się dodając ciszej, jakby zdradzała swoje najskrytsze pragnienie. — I można być wolnym — ale oni nie byli.
Ładna to bajka… ale nie nasza — wyznała ciszej, bo ich bajka miała to do siebie, że kończyła się o świecie, jak wtedy w pokoju numer trzynaście i jak dzisiaj, gdy on opuści pracownie nim wzejdzie słońce. — Wiesz, że Aurelia będzie cię ciągać po całej Barcelonie, mnie rozchwytywać będzie rodzina… a my MY czy w ogóle byli jacyś oni będziemy się męczyć licząc na chwilę, która może nigdy nie nastąpić — to właśnie myślała. — Na chwilę, na którą w ogóle nie powinnam liczyć… pero lo hago ale to robię.
A może ta chwila nastąpi… i będzie warta tych męk spędzonych w towarzystwie rodziny, gdy toczyć będą znów tą podwójną grę? Może warta będzie tej ryzykownej podróży w tym samolocie?
Może się dowiedzą… …a może nie.
Nie wiem, czy w ogóle coś możemy Mario?
A co byś chciał, Donnie? — niczego nie mogli… a może mogli wszystko, tylko po prostu nie powinni.


Qué cuento estás esperando, Donnie? Quizás te lo cuente... y finjamos que es real antes de que salga el sol. ☾☀︎
25 y/o
Welkom in Canada
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nigdy nie pytał o zgodę. Bo Donnie Bowen wspinał się po drzewach, żeby robić zdjęcia ptaków, wchodziła na zamknięte budynki, żeby łapać słońce. Żył po swojemu i z tego życia korzystał.
A potem zamykał się w czterech ścianach, żeby pisać nekrologi i ostatnie pożegnania, które ruszą za serce.
To Marii też chciał poruszyć.
I chyba nawet mu się udało, bo zamiast go wyprosić, to siedzieli w jej królestwie znowu zaglądając sobie w oczy. Znowu posyłając te ciekawskie spojrzenia.
- Lubię gadać, moja babka mówiła mi, że powinienem zostać jakimś komentatorem, meczów na przykład, bo gęba mi się nie zamykała - uśmiechnął się do niej, bo mogła sobie teraz wyobrazić Donniego lat siedem, który wiecznie gadał. Teraz miał może trochę więcej lat, ale też... dużo mówił - lubię słuchać, bo wtedy poznajesz ludzi, a ja lubię ich poznawać, mam znajomych w Stanach, dużo w Europie, ale też w Ameryce Południowej, ze wszystkich podróży wracam z nowymi znajomościami, bo na nie wiesz... Nie musisz mieć dużego plecaka - opowiadał jej opierając się o ladę.
Donnie zwiedził szmat świata. Poznał na swojej drodze wielu ludzi. I naprawdę potrafił się z każdym dogadać.
Uśmiechnął się kiedy Maria wspomniała o żonie Artura, i tym razem to on jej słuchał, a zielone oczy wodziły po jej twarzy.
- Lubię ciasto drożdżowe... W ogóle ciasto - wtrącił się Donnie, z tym swoim wesołym uśmiechem, a zaraz opierał łokcie na blacie, układał głowę na dłoniach, wsłuchiwał się w opowieść Marii.
Wpatrywał w nią zielonymi ślepiami.
- Brzmi dobrze, znaleźć kogoś takiego, z kim za pięćdziesiąt lat wciąż będzie się chciało chodzić za rękę - chociaż Bowen do tej pory unikał bliższych relacji. Kiedy zaczynało się robić poważniej to on znikał.
A w Toronto jeszcze siedział.
Sam nie wiedział, czy to za sprawą Aurelii, czy już może jej matki, którą chciał bliżej poznać?
Od tej nocy, którą spędzili razem, gdy też mogli sobie szeptać po hiszpańsku, albo włosku...
Ściągnął do siebie brwi, kiedy Maria znowu odezwała się do niego w ojczystym języku, jego hiszpański był na tyle dobry, że się dogadał, ale potrzebował chwili. Uśmiechnął się w końcu, kiedy zrozumiał jej słowa i już układał na języku wyznanie tú también me gustas, że on też ją lubił, ale zamiast tego przechylił na bok głowę - por qué? - dlaczego?, zapytał od razu, trochę głupio. Naiwnie, jakby naprawdę nie wiedział.
Ale przecież wiedział. Był młody, roztrzepany, ale nie głupi.
Nabrał w płuca więcej powietrza, kiedy Maria zapytała go o to, jak patrzy na swojego męża. Powinien to mówić? Wtrącać się?
Już to przecież zrobił.
- Jakbyś czekała... - zaczął a jego zielone tęczówki odszukały jej piękne, przenikliwe spojrzenie - na jego uwagę, na jakiś jego zryw... Aż powie ci sei bellissima - jesteś piękna - aż tak na ciebie spojrzy... - jak Donnie na nią patrzył cały czas.
Nie mógł oderwać od niej spojrzenia - aż zaprosi cię do tańca i zapyta co dzisiaj robisz w swojej pracowni... - ale Javier tego nie zrobił.
To wszystko zrobił Bowen. To i jeszcze więcej.
Pewnie o tym wiedział, chociaż teraz z jakąś taką miną niewiniątka zaczepił ją trampkiem pod stolikiem, i pytał co on dla niej może jeszcze zrobić.
Dużo by zrobił.
Brudną robotę też.
- Sam fakt, że pozwoliłaś mi tutaj wejść mnie cieszy, wiesz o tym? - musiała wiedzieć, kiedy te jego zielone oczy znowu błyszczały szukając jej spojrzenia. Kiedy palce odnalazły... kawałek dzbanka, na który na moment spuścił wzrok. Na tę chwilę, kiedy opowiadał jej te piękne bajki.
A jednak na dźwięk jej głosu podniósł głowę.
Już miał się wtrącić i coś powiedzieć na temat tych dzikich plaż, ale Maria zrobiła to za niego. A Bowen się uśmiechnął i z tym nasączonym wacikiem i kawałkiem ceramiki znowu zawiesił się na jej ślicznej twarzy.
- Brzmi dobrze, ta ucieczka... Albo - podniósł spojrzenie gdzieś w sufit - porwanie, mógłbym cię tam porwać Mario, tam gdzie można być wolnym - pochylił się nad stolikiem w jej kierunku. A na kolejne słowa wywracał oczami - jakbyś chciała, to mogłaby być... nasza - tak jak była w tym parnym klubie, a potem tej gorącej nocy w pokoju numer trzynaście. To nie powinno się wydarzyć, ale...
Przez chwilę tworzyli swoje historie, na swoich zasadach, nie przejmując się niczym innym.
Może mogliby to powtórzyć?
- Aurelia ma dużo swoich rzeczy, potrafi zająć się sobą, tylko ty byś musiała... Spławić męża i dzieciaki - diabeł jeden, do czego on ją namawiał?
Ale Donnie miał w sobie coś takiego.
Co jednak przecież ją kupiło i sprawiło, że raz już to zrobiła. Zapomniała o całym bożym świecie, przy nim.
- Od razu zakładasz, że taka chwila może nie nastąpić, a zobacz, ta dzisiejsza też wcale nie była planowana, a jednak to się dzieje... - jego palce jakoś tak mechanicznie sunęły po ostrej krawędzi potłuczonej wazy, aż...
- Kurwa... - pięknie to podsumował, ale wacik mu się omsknął, i przejechał szkłem po palcu, nie duża rana, kilka kropli krwi, które skapnęły na blat, a Donnie zaraz przyłożył do palca kolejny wacik.
Powie jej co by chciał?
Czy może to był kolejny znak od losu, że jednak nie powinni...
- Pierdo la cabeza cuando estoy contigo y me hierve la sangre. Me gustaría besarte... una vez más - tracę przy tobie głowę i sprawiasz, że moje krew wrze, odłożył na blat ten ubrudzony we krwi wacik, tuż obok kawałka ceramiki, którą też poplamił, a później... Bez ostrzeżenia, znowu, wyrwał się do niej. Opierając rękę na blacie pochylił się nad nią - chciałbym... Cię jeszcze raz pocałować Mario - schylił do niej głowę. Zaciągając się zapachem jej perfum, delikatnym, który może pozostał jedynie gdzieś we włosach, a jednak znajomym, takim, który wdarł mu się w głowę tej pamiętnej nocy. Jego palce zaczepiły o jej kolano, kiedy podsunął do góry materiał zwiewnej halki - a ty chcesz? - złapał jej spojrzenie, utkwił w jej oczach te zielone tęczówki, które mieniły się zadziornie.
Bezczelny gnojek.

Zrobił to.

Zamknął jej pełne, gorące wargi w pocałunku, takim, który chodził im po głowach od tej nocy. Który wisiał w powietrzu i był jakąś nikłą obietnicą tych wspólnych wakacji. Gorącego piasku, parzącego słońca, słonej wody... Wolności.

Pierdo la cabeza cuando estoy contigo y me hierve la sangre. Me gustaría besarte... una vez más ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
ODPOWIEDZ

Wróć do „#13”