-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tyle czasu minęło od chwili w której Gavin postawił stopę w Toronto, przekonując samego siebie, że przyjechał tu wyłącznie na kilka dni. Wystarczająco długo, by upewnić się, że rodzina Garry'ego jakoś sobie radzi, uspokoić własne sumienie i wrócić do Thunder Bay, zanim ktokolwiek zdąży zadać mu niewygodne pytania. W teorii plan wydawał się prosty, a w praktyce każdego kolejnego poranka budził się z tą samą myślą, że jeszcze nie teraz. Jeszcze t y l k o dzisiaj.
Sam nie wiedział, kiedy zwykła troska przerodziła się w coś, co z boku musiało wyglądać jak obsesja. Obserwował ich z dystansu, nie ingerując w ich życie bardziej niż pozwalał na to zdrowy rozsądek, choć ten już dawno przestał być jego najmocniejszą stroną. Czasami łapał się na tym, że siedząc za kierownicą zaparkowanego nieopodal samochodu, dochodził do wniosku, że zachowuje się jak pieprzony wariat, któremu odebrano resztki rozumu. Mimo to następnego dnia robił dokładnie to samo.
Być może dlatego, że właśnie to dawało mu coś, czego nie zaznał od chwili powrotu do kraju - s p o k ó j. Daleki od wystarczającego, ale na tyle prawdziwy, by pierwszy raz od wielu tygodni przespać kilka godzin bez wybudzania się co kilkanaście minut. Widok matki Garry'ego, która mimo wszystko potrafiła się jeszcze uśmiechnąć, świadomość, że jego ojciec każdego ranka wychodzi do pracy i uparcie próbuje żyć dalej, działały na niego lepiej niż wszystkie rozmowy z wojskowymi psychologami, których konsekwentnie unikał.
Była też Ally, o której przyjaciel potrafił opowiadać godzinami, wspominając jej kolejne sukcesy, głupie żarty i zaraźliwy śmiech. Gavin znał ją wyłącznie z tych historii, dlatego za każdym razem, gdy przypadkiem ją dostrzegał, miał wrażenie, że patrzy na zupełnie inną osobę. Ani razu nie zobaczył w niej tej dziewczyny, którą opisywał Garry. Nie dostrzegał w niej lekkości, o której tyle razy słyszał podczas wspólnych wieczorów spędzanych w bazach rozsianych po świecie. W jej miejscu pozostawało jedynie zmęczenie, którego nie potrafiła ukryć nawet wtedy, gdy wydawało się, że nikt na nią nie patrzy.
Kilka razy znalazł się niebezpiecznie blisko tego, by przerwać dzielący ich dystans. Raz, kiedy przypadkiem spotkali się na cmentarzu, stojąc zaledwie kilka metrów od siebie. Przez krótką chwilę naprawdę zamierzał podejść, złożyć kondolencje, przedstawić się albo po prostu przyznać, że znał jej brata lepiej niż kogokolwiek innego. Im dłużej jednak stał w miejscu, tym bardziej docierało do niego, jak absurdalny był to pomysł.
W końcu doszedł do wniosku, że skoro i tak przekroczył każdą rozsądną granicę, jeden krok więcej nie zrobi już większej różnicy. Naprawdę o s t a t n i. Porozmawia z nią raz, tylko raz, upewni się, że wszystko z nią w porządku, a później wróci do Thunder Bay i zostawi Toronto daleko za sobą.
Pod warsztat podjechał samochodem, który nie wymagał nawet najmniejszej naprawy. Zaparkował na jednym z wolnych miejsc i przez dłuższą chwilę siedział nieruchomo za kierownicą, wpatrując się w budynek, jakby liczył, że decyzja sama podejmie się za niego. Ostatecznie wysiadł, zatrzasnął drzwi i ruszył przed siebie, nie pozwalając sobie na choćby sekundę zawahania. Wiedział, że jeśli zatrzyma się choć na moment, odwróci się i wyjedzie. Prawdopodobnie byłaby to najmądrzejsza decyzja jaką podjął od wielu tygodni.
Rozejrzał się odruchowo po pomieszczeniu, lecz niemal natychmiast jego uwagę przyciągnęły fotografie wiszące na ścianie. Znał każdą z twarzy, lecz tylko jedna sprawiła, że żołądek zacisnął mu się boleśnie. Nim zdążył zareagować, kobiecy głos wyrwał go z zamyślenia. Wydawało mu się, że zapytała w czym może pomóc, ale równie dobrze mogło to być cokolwiek innego, bo przez chwilę jedyne na czym się skupiał to obrazy przed sobą.
Odwrócił się powoli po raz pierwszy stając twarzą w twarz z kobietą, która nie miała pojęcia, kim był, podczas gdy on znał jej historię znacznie lepiej niż kiedykolwiek powinien. Przez krótką chwilę po prostu na nią patrzył, odnajdując w rysach jej twarzy podobieństwo do brata, o którym wcześniej nie miał pojęcia. Kącik jego ust uniósł się ledwie zauważalnie, bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistego rozbawienia. - Zakładam, że w awarii samochodu. Jeśli się na tym znasz - słowa opuściły jego usta szybciej niż zdążył je przemyśleć. - Chyba że można tu też napić się kawy za darmo.
Wsuwając dłonie do kieszeni dżinsów, oparł ciężar ciała na jednej nodze, sprawiając wrażenie człowieka, który znalazł się tu niespodziewanie, choć on doskonale zdawał sobie sprawę, że nie było w tym ani grama przypadku.
Ally Aldridge
-
smells like guilt and Chanel No5nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Szła przez życie, zderzając z bolączkami codzienności w przechodzonej - a wciąż tak samo bolesnej - żałobie i nieustającym poczuciem, że ktoś ją obserwuje.
Nigdy nie była przesadnie religijna. Po śmierci Garry’ego to Maria przeważnie chadzała do kościoła; Patrick uważał to za głupstwo, które nie miało prawa ożywić ich zmarłego syna. Niezależnie od tego, jak desperacko tego pragnęli.
Ally przepychała się sama ze sobą wokół pytania, czy to możliwe. Czy jej brat wciąż czuł odpowiedzialny i odmówił opuszczenia ziemskiego padołu, by pełnić rolę jej anioła stróża?
Przysięgłaby, że momentami czuła na sobie czyjś wzrok. Nie zimny, paraliżujący - nie jak wtedy, gdy wracała sama zbyt późno i bez szans na obronienie się przed napastnikiem.
Czuła o b e c n o ś ć, która nie przywodziła na myśl zagrożenia. Jakby ktoś trzymał dłoń na jej ramieniu, a do ucha szeptał: I’ve got you.
Czy był to brat podróżujący z zaświatów dokładnie w tym celu, czy zbiór przypadków którym usilnie nadawała znaczenie - nie mogła wiedzieć.
Nie mogła wiedzieć niczego.
Właśnie dlatego ostatnie miesiące spędziła praktycznie mieszkając w pracy. Drzwi warsztatu chodziły z oporem; mogłaby dawno temu naprawić zawiasy, ale lubiła tę drobną walkę. Zardzewiałe, skrzypiące wrota do lepszego świata - za nimi stawała się kobietą, która wie wszystko.
Pomiędzy częściami, plamami ze smaru i warkotem silników Ally stawała przed rzadkim luksusem: wszystko czego potrzebowała by rozwiązać zagadkę leżało tuż przed nią. Nie mogła tego powiedzieć o wojsku.
Desperacko szukała więc ulgi w tych dywagacjach o życiu po życiu i starych maszynach, które przynajmniej nie zatajały przed nią powodów swoich dolegliwości.
W warsztacie wszystko albo było jasne, albo miało potencjał by się wyjaśnić.
— Można, ale nie polecam. Straszna lura, Hank nie zmienia filtrów. Można w niej wyczuć subtelne nuty spalenizny, kamienia i łez utraconych wspomnień — wzruszyła ramionami. To miejsce nie należało do lśniących, luksusowych i modnych - pracowali w nim pasjonaci nie mniej przetyrani przez życie niż te maszyny, które próbowali naprawiać. Do dziś kłócili się między sobą kto z personelu miał największy przebieg, a Ally ze swoim zmarłym bratem, zdradzieckim byłym i endometriozą nie aspirowała nawet do podium.
Zatem mogło być gorzej. To chyba dobrze?
— Podczas awarii samochodu - jak sama nazwa wskazuje - włącza się awaryjne i czeka na lawetę. Pan tutaj do nas dojechał, żywy i wydaje mi się… — ostentacyjnie zmierzyła klienta badawczym wzrokiem, jakby to on prezentował jej z usterką którą miała naprawić.
— Nieuszkodzony.
To jej uśmiech był pierwszy, gdy samą siebie rozbawiła suchym żartem i wyminęła mężczyznę by obejrzeć maszynę, którą chciał im zostawić.
Na podjeździe stały dwie: różowy mini z futerkiem na kierownicy i detailingiem w brokacie oraz zwykłe, nudne, czarne auto. Wiedziała, że tym pierwszym zajmował się jej kolega, ale nie miała zrezygnować z tej drobnej okazji na słowną potyczkę, która przełamie nudę długiego dnia.
— Który jest pana?
Warto było się wygłupić choćby po to, by przez krótkie sekundy zobaczyć jego minę.
Tutaj nikt nie obchodził z klientami jak z VIPami. Ba, brakowało nierzadko elementarej kultury gdy panowie przerzucali kurwami, a na zapleczu mieli kalendarz z wysmarowanymi pomarańczowym samoopalaczem kobietami w negliżu. Jeśli mężczyzna szukał bardziej eleganckiej usługi - pierwsza interakcja z Ally pozwalała mu zweryfikować charakter i tryb tego miejsca, zanim zostawi jej kluczyki.
O ile je zostawi.
gavin calloway
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ten charakterystyczny błysk w ciemnych oczach, żart rzucany z taką lekkością i
Wystarczyło kilka zdań rzuconych mimochodem, by wyrzuty sumienia, którymi karmił się od tygodni, na moment przestały istnieć. Te same, które zatruwały każdy dzień, uparcie przypominając, że od chwili wybuchu podejmował wyłącznie złe decyzje. Nie potrafił nazwać uczucia rozlewającego się gdzieś pod mostkiem, ale przypominało pieprzony święty spokój, za którym bezskutecznie gonił od dnia powrotu do kraju.
Przez jeden ułamek sekundy, kilka chwil wyrwanych z tego dnia, mógł udawać, że w domu Aldridge'ów nic się nie zmieniło. Że mimo pustego miejsca, którego nikt nigdy nie będzie w stanie wypełnić, życie uparcie toczyło się dalej.
- Brzmi jak mój ulubiony napój - odpowiedział, rozglądając się po warsztacie, jakby naprawdę próbował odnaleźć wysłużony ekspres, z którego kawę pili tylko desperaci. - Jeśli jeszcze powiesz, że sama ją parzysz i podajesz w kubku śmierdzącym tanim plastikiem, to chyba nie będę miał wyboru -
Nie potrzebował wiele czasu, żeby przekonać się, że Garry nie przesadzał. Przez ostatni miesiąc znał ją wyłącznie z własnych domysłów, próbując z pojedynczych gestów poskładać obraz kobiety, o której przyjaciel potrafił opowiadać godzinami. Dopiero teraz dostawał coś więcej - ton głosu, mimowolne uśmiechy, których wcześniej nigdy nie miał okazji zobaczyć. Z każdym kolejnym zdaniem coraz łatwiej było oddzielić wyobrażenie od rzeczywistości, dochodząc do wniosku, że ta druga była znacznie ciekawsza.
Zamiast komentować jej kolejne słowa, po prostu ruszył za nią. Nie było trudno dostrzec, że należała do tego miejsca. Poruszała się po warsztacie z naturalną swobodą, zupełnie inaczej niż wtedy, gdy spotkał ją na cmentarzu albo w tych wszystkich krótkich momentach, kiedy obserwował ją z bezpiecznej odległości, przekonany, że pozostaje niezauważony.
Zatrzymał się przy starej, zardzewiałej bramie, opierając bark o chłodny metal. Nie musiał zgadywać, że coś kombinuje. Zobaczył to od razu, kiedy tylko wyszli na zewnątrz. W krótkim spojrzeniu rzuconym na oba samochody, w ledwie zauważalnym uśmiechu. Czekał jedynie, aż ubierze to w słowa, unosząc brew jeszcze zanim odezwała się na głos. - Myślałem, że zgadniesz od razu - nie przyszło mu nawet do głowy, żeby zwracać się do niej oficjalnie. Być może dlatego, że od tygodni znał ją wyłącznie ze wspomnień Garry'ego, własnych obserwacji i tych kilku historii, które mimowolnie zdążył sobie dopowiedzieć.
- Nie wyczuwacie takich rzeczy? Energii, przywiązania i całej reszty tego gówna? - rzucił w jej stronę kluczyki. Patrzył na nią uważnie, choć w żaden sposób nie dawał tego po sobie poznać. Wciąż miał wrażenie, że rozmawia z kimś kogo znał od lat, choć w rzeczywistości to dla niej pozostawał zwykłym, przypadkowym klientem, który pewnego popołudnia wszedł do warsztatu z samochodem, któremu n i c dolegało.
Ally Aldridge
-
smells like guilt and Chanel No5nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
W warsztacie i poza, w relacjach służbowych i prywatnych. Jeśli absztyfikant obrażał się o żart, próbował pouczać lub stawał protekcjonalny, właściwie sam eliminował się z jej życia. Jeśli zaś odniosła wrażenie, że nieznajomy jest w stanie udźwignąć to, jak dużo było Ally we wspólnej przestrzeni - zaintrygowana dawała rozmowie szansę potoczyć się własnym torem.
Nienachalnym, niewymuszonym, a zbierającym dla niej okruszki najcenniejszych informacji.
Nowy klient okazał potrafić grać w jej rytmie, co pozwalało jej bezwstydnie dalej być sobą i nie krygować tylko dlatego, że w pracy by wypadało.
— Chodzi ci o to, że kryształy, merkury w poweradzie i ascendent w raku? — zaśmiała się, choć niegrzecznie stała do niego plecami i nie odwróciła nawet na sekundę, by okazać klientowi należyty szacunek. Zamiast tego swobodnie, powoli okrążała różowe, małe autko jakby już podjęła decyzję. — Ja najczęściej wyczuwam głód — zaś podniosła wzrok na mężczyznę, znad bagażnika ozdobionego kolorowymi naklejkami. Jeśli osadzenie w realnym świecie czyniło z niej prostaczkę - nie wstydziła się tego ani trochę, koleżanki zafascynowane astrologią uważając za z lekka przygłupie. Zabawne, że nie dostrzegała własnej hipokryzji w tym, jak nieśmiało poszukiwała odpowiedzi w wierze.
— Please let me merge, I’m probably already crying — odczytała napis znad tablicy rejestracyjnej, ozdobiony kolorowymi kwiatuszkami pozwoliwszy, by ich spojrzenia się spotkały. — Widocznie jestem kiepska w zgadywanki — przyjmowała teatralną porażkę na klatę — bo nie miałam cię za wrażliwca.
Złapała kluczyki w dłonie.
Równie poprawne, zgaszone i n u d n e, co ten drugi samochód.
Zwykły. Bezpieczny.
Podobne przymiotniki wypełniały jej umysł gdy spoglądała na klienta.
— Co jej dolega? — otworzyła drzwi po stronie kierowcy i rozsiadła się wygodnie. Przekręciła kluczyk w stacyjce tylko po to, by wstępnie posłuchać pracy silnika, choć najważniejszym początkowym krokiem diagnostyki był wywiad. Nie niepokoiła się więc, gdy pierwsze sekundy pracy samochodu nie dały jej żadnej wskazówki.
Nie proponowała jednak przejażdżki, by klient wskazał jej sytuacje występowania usterki.
— Niestety, jestem obecnie zapisana na full — rzuciła. — Nie będę miała czasu przez najbliższe dwa tygodnie, ale koledzy zajmą się nią prawie tak dobrze, jak ja. — jej ręka już sięgała przez otwarte okno, a paznokcie spokojnie stukały w dach. Przypominała turystkę, która na eurotripie (Europa wszak zaczyna się i kończy na stromych, włoskich uliczkach) pragnie poczuć wiatr we włosach, słońce na skórze i zapach wakacyjnego romansu w zagłębieniu szyi.
Iluzja trwała jednak tylko chwilkę.
Bo jeśli mężczyzna sądził, że zapomniała o tej nieszczęsnej kawie, grubo się mylił.
— Jeśli chcesz pogadać z dostępnym mechanikiem, Rod wyskoczył po części - będzie za jakąś godzinę. Zrobię ci tę kawę na poczekaniu — niech nawet nie prosi o kelnerski fartuszek z amerykańskich filmów lat pięćdziesiątych — ale w trosce o środowisko, żółwie z oceanów — nawet nie wiedziała, czy żółwie żyją w oceanach — i inne sprawy, nie mamy plastikowych kubeczków. Do wyboru są trzy: z napisem „live, laugh, love”, którego wszyscy serdecznie nienawidzimy. Świąteczny z napisem „world’s best grandpa” - nie wiemy skąd się wziął, bo nikt tu nie ma wnuków. I mój: stary i uszczerbiony, ale uczciwy. Przynajmniej wiem, z której strony przecieka.
gavin calloway
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nigdy nie rozumiał całego tego wróżbiarskiego syfu. Kamieni mających przyciągać dobrą energię, horoskopów, faz księżyca i całej reszty cudów, które co jakiś czas uparcie przewijały się na jego Instagramie. Założył go lata temu wyłącznie po to, żeby czymś zabić długie wieczory podczas zagranicznych misji, ale algorytm nie był dla nie łaskawy, gdy zatrzymał się przez przypadek na jakimś filmie.
Ally Aldridge nie wyglądała na kobietę, która z pełnym przekonaniem rozstawia kryształy na parapecie i rozmawia z wszechświatem, choć właściwie c o on mógł o niej wiedzieć? Przez ostatni miesiąc żył w przeświadczeniu, że wystarczy mu wszystko to, co kiedyś opowiedział o niej Garry. Później dołożył do tego własne obserwacje, a resztę zwyczajnie sobie dopowiedział, nieświadomie zacierając granicę pomiędzy faktami a wyobrażeniami. Równie dobrze mogła wracać wieczorami do domu i z pełnym przekonaniem wierzyć w moc kamieni. Nie zmieniało to faktu, że dla niego nadal pozostawało to zwykłym pieprzeniem.
- Od razu widać, że jesteś tego rodzaju kobietą - na końcu języka siedziało mu słowo wariatka, ale w porę je przełknął. Sam nie wiedział, skąd brało się to przekonanie, że może pozwolić sobie wobec niej na więcej niż wobec zupełnie obcej osoby. Być może dlatego, że w każdym kolejnym zdaniu coraz wyraźniej słyszał Garry'ego. W sposobie, w jaki żartowała, w błysku w oczach, w uśmiechu, który pojawiał się równie szybko, co znikał. Zupełnie jakby jakaś jego część wciąż stała tuż obok.
Nie zamierzał nawet udawać, że mu to przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, każde kolejne podobieństwo działało na niego zaskakująco, jakby przez kilka minut mógł oszukać samego siebie i uwierzyć, że świat nie zmienił się aż tak bardzo. To nie było wiele, ale po tygodniach życia z własnymi myślami nawet taki okruch spokoju wydawał się czymś więcej niż to na co zasługiwał. - Wyrabiasz sobie opinię o ludziach po... - uniósł nadgarstek, zerkając na zegarek - Pięciu minutach rozmowy? - spojrzał na nią ponownie, nie przeszkadzając jej w dalszym oglądaniu różowego samochodu, jakby naprawdę próbowała wyczytać z niego odpowiedzi na wszystkie pytania.
Nie zamierzał odpuszczać. Sam nie wiedział czy bardziej chciał przedłużyć tę rozmowę, czy po prostu sprawdzić, jak długo będzie z nim grała w tę samą grę. - Twoje full oznacza, że nadal znajdujesz czas na flirtowanie z klientami i nachalne namawianie ich na kawę? - ruszył za nią bez większego pośpiechu, sięgając po pierwszy wolny kubek, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Obrócił go kilka razy w dłoni, zerkając na nadruk, po czym parsknął cicho pod nosem. - Live, laugh, love, to moje życiowe motto - ironia tych słów nie mogłaby być bardziej oczywista. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie człowieka, który od dawna zapomniał, jak wygląda choćby połowa z nich.
Coś błysnęło w jego spojrzeniu, kiedy wsunął kubek pod ekspres, a potem oparł biodro o blat, krzyżując nogi w kostkach. - Co będziesz teraz robić? - był p e w i e n, że choćby jej grafik pękał w szwach, zainteresował ją
Ally Aldridge
-
smells like guilt and Chanel No5nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Never fall in love with the hookers, najstarsza zasada świata współistniejąca do najstarszego zawodu, świetnie sprawdzała się w innych branżach. Tam, gdzie klientela była przeważnie męska, a piękne kobiety rzadko oferowały usługi. Ally - świadoma swojej urody i rzadkości płci pięknej w warsztatach samochodowych, tak samo jak barmanki tonęła w zaczepkach i ofertach matrymonialnych, ale nie traktowała tego personalnie. Ani jako obrazę.
Mężczyźni mieli to do siebie, że zawsze ciągnęło ich do nowego cukierka w lśniącym papierku. Nie było w tym złej intencji - przynajmniej w większości przypadków, a zarazem trudniąca się takim fachem Aldridge wiedziała, że nic poza fascynacją z tego nie wyniknie.
Ta historia rozgrywała się przed jej oczami zbyt często, by brała inny jej rozwój pod uwagę.
— Z reguły wystarczą dwie — zero wstydu. — Faceci którzy tu przychodzą zazwyczaj kochają swoje samochody i motocykle bardziej niż żony.
Na tym, jej zdaniem, polegał problem kobiet: tak bardzo c h c i a ł y zobaczyć w drugim człowieku coś więcej, że odmawiały zobaczenia faktów. Czasami to, co było obok, było dokładnie tym na co wyglądało - i niczym innym. Pogodzenie się z tym uwalniało masę przestrzeni w mózgu i ratowało przed rozczarowaniem.
Przecież nie mogła się rozczarować jeśli nawet przez chwilę nie miała nadziei, że słowna potyczka z nowym klientem będzie czymkolwiek więcej niż krótką rozmową przyjmowania zlecenia, która nie doczeka się kontynuacji. Komunikację z mężczyzną przejmie wujek Rod, równie zabawny - znacznie bardziej atrakcyjny, musiała przyznać. Mężczyzna będzie szczęściarzem.
— To twoim zdaniem robimy? — uniosła brwi, lustrując go badawczym spojrzeniem. Sama rozsiadła się na wysłużonej, skórzanej kanapie - jedynym względnie wygodnym meblu w tym małym i zaniedbanym aneksie. Ktokolwiek projektował ogrodowe krzesełka, które Hank ustawił przy chyboczącym stoliku, powinien trafić do więzienia za zbrodnie przeciwko ludzkości. — Flirtujemy?
Paradoksalnie, jej pytanie wcale nie było podszyte sarkazmem. Ally nie znała odpowiedzi - być może sama zapomniała, jak to się robi. Była przyzwyczajona do uwag kierowanych w jej stronę, nie do ich odwzajemniania. Od dłuższego czasu niczego nie chciała, niczego nie szukała i wyszła z wprawy na tyle, by mieć kłopot z oceną sytuacji. Tego, czy on flirtował z nią, czy oboje flirtowali ze sobą.
To istotna różnica.
— Jeszcze nie zdecydowałam...
Był dziwny, bardzo się spoufalał i sprawiał wrażenie rekreacyjnego gawędziarza. Kombinacja cech wciągała ją na tyle, by postawić przy decyzji znak zapytania. Nie na tyle, by łaknąć przedłużenia przerwy na kawę - ani nie na tyle, by natychmiastowo się stąd ewakuować. — Ale mam nieodparte wrażenie, że ty już wiesz.
gavin calloway
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie uważał jej za taką kobietę, o której pomyślała. Jego taka miała w domyśle wszystkie zachowania tych insta wariatek zakochanych w fazach księżyca, energii wszechświata i kamieniach, zdecydowanie nie te cechy, które mężczyźni zwykli przypisywać kobietom.
Na szczęście wszystko pozostało wyłącznie w domyśle, co działało na jego korzyść, bo nie był przesadnie lotny, kiedy musiał tłumaczyć się z czegokolwiek. Czasami po prostu zapominał, że swoje myśli powinien werbalizować do końca, zaczynając od samego początku, zamiast zostawiać połowę we własnej głowie. To właśnie stąd brały się wszystkie niedopowiedzenia. A z niedopowiedzeń rodziły się kłótnie, których unikał bardziej niż czegokolwiek innego.
Gavin Calloway najlepszy był w słuchaniu i ograniczaniu słów do niezbędnego minimum. Tylko dzisiaj wspinał się na wyżyny swoich możliwości, jak widać dość nieudolnie, chcąc wycisnąć z tych kilku minut najwięcej, jak tylko się dało. Nakarmić własne sumienie na tyle, by ze spokojem wsiąść jutro w zwyczajny i nudny samochód, spędzić kilkanaście godzin w trasie i wrócić do swojego d o m u.
Zamiast pić przygotowaną kawę, po prostu obracał kubek w dłoniach, dając im tym samym jakieś zajęcie. - Jesteś pewna, że nie chciałaś powiedzieć mi, że przychodzą dla ciebie? - błysnął krótkim uśmiechem, znowu przesiąkniętym tym samym ironicznym - w tym zdecydowanie in plus znaczeniu - żartem. - Niemożliwe, żeby do warsztatu samochodowego przychodzili wyłącznie ludzie, którzy kochają swój sprzęt - oczywiście, że przychodzili maniacy. I ci, których grupę
Kolekcjonerzy, na których czele zdecydowanie mógłby stanąć. Najpierw przyjechał do Toronto, później przez blisko miesiąc doglądał jej z bezpiecznej odległości, następnie przysiągł sobie, że wejdzie do tego pieprzonego warsztatu ledwie na chwilę, nawet się do niej nie odezwie, a tymczasem zapędzał się, kurwa, w kozi róg. Z każdą kolejną minutą przesadzał coraz bardziej, prowokując byle jaką gadką do przesuwania granicy, której od początku nie powinien był przekraczać.
Ona m o g ł a sobie na to pozwolić. Miała do tego pełne prawo, bo nie zdawała sobie sprawy z tego, że ich spotkanie zostało zaplanowane i nie było w nim ani grama przypadku. Że człowiek stojący naprzeciw niej wiedział o jej bracie wszystko, a mimo to uparcie milczał. - Nie wiem... - powstrzymał się w ostatniej chwili. Był takim idiotą, że omal z uśmiechem na ustach nie powiedział do niej Ally. - Ty mi powiedz, czy macie tutaj w nawyku, że w ramach usług flirtujecie jeszcze z klientami? Taki bonus? - odbił piłeczkę, nie odpowiadając na jej wcześniejsze pytanie. Zdecydowanie łatwiej było przerzucić rozmowę z powrotem na nią.
Zupełnie absurdalnie i irracjonalnie czuł, dosłownie c z u ł na sobie całkowicie spojrzenie Garry'ego, który najchętniej zamordowałby go wzrokiem za to, co właśnie robił. Nie za to, że sprawdzał, co słychać u jego siostry. Nie za to, że nie wyjaśnił jej kim jest ani dlaczego tu przyszedł. Za to, że właśnie z nią f l i r t o w a ł, choć sam nigdy nie nazwałby tego w ten sposób.
Była to jednak pierwsza od bardzo dawna chwila normalności. I choć do szpiku kości niewłaściwa, po raz drugi w ciągu kilku minut, odetchnął pełną piersią.
Ally Aldridge
-
smells like guilt and Chanel No5nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Może zajęcie się kawą dawało jej zgrabną wymówkę, by odłożyć inne tematy na trochę później. Była pewna siebie - ale nie tam, gdzie trzeba było odsłonić trochę więcej zaczynała aktywować tryb uniku. Za blisko było niebezpiecznie. Za blisko było źle.
Mogła być w oczach klienta zabawną, czy momentami chamską mechanik o walorach wizualnych - ale nie chciała być realnym człowiekiem zbudowanych z warstw, odcieni i doświadczeń. Wtedy stałaby się zbyt prawdziwa, zbyt namacalna, zbyt dostępna… A przecież zdecydowała, że nie będzie.
Blisko już było.
— Czyżby moja reputacja mnie wyprzedzała? — dotychczas nie sądziła, że mężczyzna wiedział o niej cokolwiek. Podjechał w pierwsze, lepsze miejsce i spotkał pierwszą, lepszą osobę która w nim pracowała - mógł być zaskoczony jej płcią, ale to tyle. Chciał k o m u ś zostawić auto i nie było najważniejszym komu. Pytanie zmusiło ją do ponownego rozważenia tej sytuacji, w oparciu o nowe podpowiedzi. — Stali klienci przychodzą tu dla mnie - z tymi maszynami, które są dla nich bliższe niż rodziny. Wiedzą, że jeśli ja nie naprawię - to nikt nie naprawi. Ale to trwa, dlatego full na następne dwa tygodnie — wyjaśniła. Spokojnie, rzeczowo - bez przechwalania się, wywyższania czy zbędnego żartu.
Do warsztatu nie przychodzili wyłącznie ludzie, którzy kochali swój sprzęt - ale właśnie tacy pytali o Aldridge od wejścia, gotowi zapłacić więcej i czekać dłużej. Gdyby tylko oferowała im procent nadziei, jedno zapewnienie, że spojrzy. Bo jeśli ona nie zobaczy szansy na naprawę - to oni zobaczą swoje ukochane błyskotki demontowane na lokalnym szrocie.
Rozkład sił w tej rozmowie nie był równy - ale Ally daleka była od wiedzy jak bardzo nieproporcjonalnie się rozkładały. Gdyby wiedziała…
Odłamki live, laugh, love usuwanoby właśnie z mężczyzny chirurgicznie.
— Nie mogę obiecać, że Rod będzie z tobą flirtował — błysk w oku zdradzał kobiece zaintrygowanie bardziej, niż miała to w zamiarze. — Myślę, że warsztatowy flirt jest jednostronny. Klienci widzą kobietę, która mówi o silnikach i wyobrażają sobie dobrą zabawę — z kieszeni kurtki roboczej wyciągnęła paczkę papierosów. Wybrała jeden - konkretny, po kilkusekundowej analizie rzędów w kartoniku - i odpaliła, uprzednio walcząc z umierającą zapalniczką.
Zaciągnęła się.
— Ale dla mnie to kolejny dzień w pracy i kolejni ludzie którzy chcą fantazji o kobiecie - nie kobiety — wzruszyła ramionami.
W tych sytuacjach wcale nie chodziło o nią. Chodziło o to, żeby jakaś względnie atrakcyjna i młoda kobieta szepnęła parę słówek o kluczu trzynastce, co w pornolu stanowiłoby odpowiednik gry wstępnej. W tym kiczowatym obrazku nie było miejsca dla Ally: jej bagażu, charakteru, tego że uwielbiała kiwi ale nienawidziła arbuza.
— A ty? Masz w zwyczaju flirtować z personelem miejsc, które odwiedzasz?
gavin calloway
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie wątpił, że była paskudną lurą, gorszą nawet od tej sprzedawanej na przydrożnych stacjach benzynowych, niemniej jednak w swoim życiu pił znacznie g o r s z e. Takie, które były tak słabe, że bardziej przypominały herbatę. Takie, które zalewano drugi raz, bo w miejscu stacjonowania skończyły się zapasy. Takie, których kwasowość wykrzywiała usta i zostawiała na języku nieprzyjemny posmak na długie godziny. Przeżył już największe paskudztwa, dlatego sądził, że ta nie mogła być aż tak okropna.
Finalnie, trochę z przekory, a trochę z ciekawości, po prostu się napił, tylko utwierdzając się w swoim przekonaniu. - To chyba zasługa kubka. Jest trochę niżej od Starbucksa - ostatecznie odstawił go jednak na blat za sobą.
Słuchał jej i po raz kolejny odnajdywał podobieństwo do Garry'ego. Mieli to samo poczucie humoru, mówili w t e n sam sposób, nawet przechwalali się identycznie, zasłaniając się pozorną skromnością. Jednocześnie oboje doskonale wiedzieli, że są dobrzy w tym, co robią. Cała reszta była jedynie zasłoną dymną, która w rzeczywistości niewiele miała z nią wspólnego.
Może gdyby nie znał jej brata, nigdy by tego nie zauważył. Ale znał. Znał go na tyle dobrze, że podobieństwa wyłapywał niemal odruchowo. Wbrew niej wiedział o niej więcej, niż powinien wiedzieć obcy człowiek. Widział to wszystko, co być może próbowała schować za uśmiechem unoszącym kąciki ust w tym charakterystycznym, chytrym wyrazie. - Czyli jesteś najlepsza? - zapytał. - A ja mam niesamowite szczęście, bo ze wszystkich warsztatów w Toronto wybrałem akurat ten, w którym pracujesz, a w gratisie serwujesz jeszcze świetną kawę? - podążał za jej sugestią, dopisując do wypowiedzianych przez nią słów znaczenie, którego prawdopodobnie wcale nie miała na myśli.
Nie robił tego perfidnie ani ze złośliwości. Po prostu uznał tę rozmowę za zaskakująco zajmującą. Przypominała przeciąganie liny albo odbijanie piłki podczas meczu dwóch przeciętnych, ale wyjątkowo wyrównanych graczy. Była na tyle angażująca, że bez większego problemu zaparzyłby jeszcze jedną kawę i wymyślił kolejną usterkę, byle tylko ta pozorna normalność, którą od kilku minut sobie fundował, nie dobiegła końca. - Czyli co? Sugerujesz, że to ja flirtuję? - uniósł pytająco brew, ani na moment nie ruszając się z miejsca, które zajmował od kilku minut.
On tak tego nie widział. Absolutnie, kurwa, nie flirtował.
Wiedział przecież, że wtedy przesunąłby granicę, której i tak nie powinien przekraczać. A może po prostu wygodniej było mu w to wierzyć. W ciągu ostatnich kilku tygodni opanował do perfekcji oszukiwanie samego siebie i wmawianie sobie, że rzeczywistość jest wyłącznie czarna albo biała, bez miejsca na odcienie pośrodku, byle tylko łatwiej było mu z nią funkcjonować.
- Nie mam - to była jedyna prawda, którą podarował jej tego dnia. - A odniosłaś wrażenie, że to robię? - kolejny łyk kawy spłynął po jego gardle, nie wykrzywiając jego twarzy nawet na ułamek sekundy.
flirciara