ODPOWIEDZ
34 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
188 cm
trochę wokalista, trochę mechanik dookoła świata
Awatar użytkownika
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

i'm sorry for getting cold, for pushing you away. It just feels like I'm falling
and nobody's there, but there's a part of me that roams, that belongs to the road and begs me to run
Docisnął skrzypiącą maskę, mocno, dokładnie tak, jak trzeba z niespełna sześćdziesięcioletnią blachą. Nieuświadomionym odruchem pogładził metal dłonią. Łagodnie. Czule. Drgnął mu kącik ust, bo nieważne, co robił wcześniej, zawsze czuł lakier. Polerowany. Regularnie woskowany. Przede wszystkim — zadbany w każdym calu.
Bardziej niż jego cholerne życie.
Kurwa
Docisnął skrzypiącą maskę mocno, o wiele mocniej, niż planował, po czym oparł się o karoserię obiema dłońmi. Odetchnął raz, drugi, zanim odepchnął się od samochodu i wyprostował. Rozciągnął szyję, słysząc, jak trzask kości miesza się z głośnym uderzeniem drzwi o ościeżnicę.
“Oni mnie zmusili”.
Nieważne, jak bardzo starał się wyrzucić to zdanie z głowy, ciągle powracało. Jak cholerna zacięta kaseta w Mustangu.
Zmusili m n i e.
Z m u s i l i...
Kto, kurwa, zmusił? Czemu? Czemu, do cholery, ciągle powtarzali mu: “to przez ciebie wyjechała”? Tak naprawdę jedyne wytłumaczenie, jakie mógł wymyślić, było takim, którego za wszelką cenę słuchać nie chciał.

***


Działał automatycznie.
Trzasnąwszy maską, trzasnął też drzwiami. Wcisnął pedał gazu, zanim wrzucił bieg i ruszył przed siebie z głośnym rykiem ośmiocylindrowego Windsora pod maską. Bóg wie, jak długo krążył dookoła miasta, zanim późną nocą wrócił do garażu. Pokręcił się chwilę pod maską, bez sensu poprawiając pod maską coś, co już dawno poprawił. Jakby samego siebie próbował przekonać, że jest coś ważnego do zrobienia.
W którymś momencie wszedł do domu. Tym razem cicho i ostrożnie.
Wspinał się po schodach dłużej niż zazwyczaj. Jeden stopień po drugim, powoli, ewidentnie z czymś zwlekając. Wreszcie oparł się barkiem o ościeżnicę w drzwiach prowadzących do pokoju gościnnego, w którym obecnie pomieszkiwała. Dłonie wcisnął głęboko w kieszenie spodni. Poprawił pozycję raz, potem drugi, aż wreszcie sam siebie skarcił.
Debilu…
Zmusili cię… — powiedział, nie wiedząc, czemu w ogóle się odzywa ani czemu pyta. Szczególnie o to. Rozmowę o przeszłości uważał za niepotrzebną, wymuszoną wręcz fałszywą zażyłość. Wyłącznie raz się otworzył. Wyzewnętrznił. Teraz żałował. Nie… Rozgrzebywanie przeszłości to największa głupota.
Ale mimo wszystko teraz i tak mówił.
Tłumaczył to sobie różnicą w sytuacjach — a to Ramoną, siostrą, z którą dzielili chwile, dobre i te złe, a to własną głupotą. Chyba tylko tak mógł. Bo jak pytali inni, milczał. Jak naciskali, prędzej czy później odchodził. Więc czemu teraz podjął temat? Sam?
Ściągnął brwi.
Ciągle odwracał też wzrok. Przypatrywał się pokojowi, nie Ramonie. Temu, co zrobiła z bezosobowym pomieszczeniem, tym zwyczajnym czterem ścianom, do których on nie przywiązywał dotychczas żadnej uwagi.
Kątem oka dostrzegł jednak, jak siedzi na łóżku.
On — dodał ni to pytaniem, ni to stwierdzeniem, w ramach jakiegoś pokrętnego wytłumaczenia, dopowiedzenia, a może chcąc dowiedzieć się, czy sam był tym, który swoim zachowaniem zmusił młodszą siostrę do wyjazdu za granicę na osiemnaście lat, czy może…
Czy n i e.
Chwilę tylko zastanawiał się, co zrobi, jak dowie się prawdy.
Cholera…

Ramona Crowe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
what a dumb idea... do it!
31 y/o
For good luck!
173 cm
Instruktorka fitness CrossFit Toronto
Awatar użytkownika
On my tombstone when I go
just put "Death by Rock and Roll"!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOna / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Co tu się, do cholery, dzieje? myślała Ramona. Nie tylko teraz, ale w ogóle. Znów czuła się pogubiona, czuła się samotna. Czuła że nie rozumie. Ale też może dzięki temu pierwszy raz zaczęła się tak bardziej na poważnie i bardziej głęboko zastanawiać nad tym co się działo tutaj, z Demianem, kiedy jej już nie było. A musiało zadziać się naprawdę bardzo dużo, skoro teraz robił co robił. I to nie tylko w sensie leków, które brał, ale też tego jak się zachowywał w ogóle. Jak się zamykał, jak ją traktował, niczym obcego.

Więc znów zaczęła zastanawiać się. Bo co miała zrobić? Trochę była na niego skazana, bo na tę chwilę nie miała gdzie się podziać, ale może właśnie to była jakaś myśl, która by trochę sytuację poprawiła. Może właśnie powinna się wyprowadzić i nie udawać, że są dla siebie nadal kimś więcej, że są sobie bliscy, kiedy ewidentnie nie są. Kiedy dzieli ich tyle, że nie da się nic z ym zrobić, na pewno nie do momentu kiedy obydwoje będą tego chcieli. A Demian nie wyglądał jakby chciał, każda ich rozmowa kończyła się tak naprawdę kłótnią. Walką nie wiadomo o co. To nie było coś co mieli kiedyś.

Kiedy go usłyszała, drgnęła. Nie spodziewała się, że przyjdzie. Do tej pory raczej unikał, czasem mniej a czasem w bardziej otwarty sposób. A tutaj, proszę, przyszedł sam. I nawet pytał, wykazując jakieś zainteresowanie. Może dlatego jednak była w tym trochę bardziej spokojna.

- Przez niego - odpowiedziała krótko, trochę go poprawiając.

Sięgnęła po poduszkę, którą obejmując przycisnęła do klatki piersiowej. Przygryzła wargę. Nie patrzyła na niego, wręcz przymknęła powieki. Znów jak ta mała dziewczynka, którą miała już przecież nie być. Miała nie płakać, miała być twarda. Miała radzić sobie sama, świat poukładać żeby miał sens - dla niej, nie dla kogokolwiek innego. Bez przepraszania, bez winy...

A jednak w tej sytuacji znów się tak poczuła. Jakby nie miała kontroli, jakby była tą, której zrobiono krzywdę, nie sobą. Jakby nie miała wpływu na to jak się czuje, a Demian... musiał ją w tym momencie obronić. Zabawne, że z jednej strony tego chciała, mieć z nim taką relację jaką miała do tej pory... nie, to nie tak. Jaką miała kiedyś, dawno, dawno temu.

Demian Crowe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Abyss.
Nic co ludzkie nie jest mi obce.
34 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
188 cm
trochę wokalista, trochę mechanik dookoła świata
Awatar użytkownika
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

“P r z e z…”
Demian wyglądał, jakby dotychczas niekoniecznie wiedział, co ze sobą zrobić, ba — jakby czuł się t u t a j, w swoim własnym domu, trochę obco, trochę nie na miejscu. Jednak w momencie, w którym usłyszał cholerne “przez”, zamarł. Przestał się ruszać, myśleć, a nawet przestał oddychać. W ułamku sekundy. Całkiem.
Dopiero po paru sekundach, ciągnących się jak wieczność, przypomniał sobie o tym wszystkim: o mruganiu, oddychaniu — o b y c i u tutaj, teraz. Od nowa zaczął oddychać, mrugać, kręcić się, próbując znaleźć wygodną pozycję w progu drzwi. Jedno słowo, tak proste, tak często codziennie powtarzane, a tak wiele zmieniło….
Czemu — odezwał się, prawie wchodząc Ramonie w słowo.
Coś, co przynajmniej w założeniu powinno być typowym pytaniem, brzmiało bardziej jak zdanie twierdzące. Trochę monotonnie wypowiedziane, okraszone charakterystycznym, twardym akcentem z Manchesteru, ale przede wszystkim — bez wznoszącej intonacji. Nic więcej jak stwierdzenie.
Demian po prostu przestał pytać, a zaczął mówić, oczekując wyjaśnień.
Chyba tyle mu się należało…
Tak sobie wmawiał, wiedząc jednocześnie, jak mało w tym prawdy.
Widział ledwie kątem oka, jak przytula poduszkę, jak zasłania się materiałem i… prawie podszedł. Drgnął. Wysunął nogę, odpychając się barkiem od ościeżnicy, zanim cofnął się o krok. Naprawdę niewiele brakowało, aby usiadł obok, aby zaczął gadać o muzyce, o Manchesterze, tak, jak kiedyś. Ale niewiele też brakowało, aby warknął, mówiąc, żeby przestała wreszcie zachowywać się jak dziecko i coś powiedziała. Dlatego to dobrze. Że milczał.
Westchnął.
Ramona — tym razem odezwał się z trochę większą niecierpliwością i sam siebie skarcił. Odruchowo prawie wcisnął ręce do kieszeni spodni, a potem wyszedł, ale zrezygnował, zamiast tego krzyżując przedramiona na piersi i odchylając głowę. Chwilę przyglądał się sufitowi, być może próbując odnaleźć tam odpowiednie pytania, a może właściwe słowa, które by im pomogły.
Tylko, cholera, dlaczego nic nie przychodziło mu do głowy?
Ostrożnie, jakby zastanawiał się, czy coś zepsuje, powoli zerknął na Ramonę.
Wiedział, jak głupie to jest, naprawdę. To, co robił, ale przede wszystkim — co mówił. Osiemnaście lat. Osiemnaście — tak długo winą za ucieczkę Ramony obarczał jedynie siebie. Minuta, dwie, cholera, nawet pięć niczego już nie zmieni. Bał się tylko jednego. Jeśli ona wciąż będzie milczała, on wyjdzie i nigdy więcej nie zapyta. Nieważne więc teraz było, jak bardzo nie chciał wiedzieć, po prostu czuł, że musi usłyszeć tę cholerną odpowiedź.
Poprawił się więc jeszcze raz, samemu nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
Mona — zawahał się, po czym ściągnął brwi, jakby zastanawiał się, czy to określenie wciąż brzmi obco, czy już nie. — Mów.

Ramona Crowe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
what a dumb idea... do it!
ODPOWIEDZ

Wróć do „#112”