przekleństwa, obsesja, chora miłość
Nie chciał, żeby myślała przy nim o swoim mężu...
A może chciał? Może specjalnie to robił, by w swojej ślicznej główce porównywała ich obu.
I który w tej walce wygrywał? Mąż, z którym mogła teraz pić wino przy długim stole i rozmawiać o tym swoim pięknym życiu?
Czy Ares, który samym spojrzeniem przywoływał te wspomnienia,
jak miała lat naście. Jak wzdychała do niego, a on obiecywał jej, że zawsze będą razem?
Ten dla którego zbiegła tutaj na boso. Dla którego przemierzała ten cichy, ciemny ogród, bo...
prosił, żeby zeszła. Nie prosił, on jej kazał tutaj zejść.
Jak miał czelność? A potem jeszcze jej grozić...
Dobrze, że nie przeczytała tej jego kolejnej aroganckiej wiadomości. Ale przecież oni zawsze tak działali, nie prosili, wydawali sobie polecenia, jakby to było najnormalniejsze na świecie. Ares zrób to. Ares...
On zrobiłby dla niej wszystko. Był jej, cały.
I w pewnym momencie też nabrał tego brzydkiego przyzwyczajenia, że zachowywał się, jakby Queenie była jego. Wiedział, że jest butna, że będzie z nim walczyć, sprzeciwiać mu się, uciekać, ale i tak zawsze... Prędzej, czy później lądowała przy nim.
Zejdź do mnie. Wróć do mnie. Queenie.
Złapał ją na ręce bez ostrzeżenia, nie dając jej wyboru, ani ucieczki. Bo może już go nie miała? Ares to już nie był ten dzieciak, który ze złamanym sercem tak szybko się poddał. On teraz zamierzał o nią walczyć. Nawet jeśli miałby przy tym Heatha poćwiartować i opisać to w swojej książce.
-
Nie - odpowiedział od razu, kiedy kazała mu się postawić. Ale przecież oni oboje wiedzieli, że tego nie zrobi. Bo chociaż to Ares zazwyczaj giął przed nią kark, spełniał jej zachcianki, to też potrafił się jej zbuntować.
Wciągnąć ją na drzewo i zostawić na najwyższej gałęzi, tylko po to, żeby patrzeć jak się na niego złości, jak każe mu się ściągnąć.
Teraz też się mogła złościć, ale on jeszcze zaczepnie poprawiła ją w ramionach, podrzucając. Musiała czuć na policzku, jak serce wali mu w piersi, jak uderza mocno, jakby chciało się z niej wyrwać, do niej...
Do żadnej innej tak nie biło.
Posadził ją na stole, ale się nie odsunął, wręcz przeciwnie jego ręka na jej kolanie bezpośrednim przekazem mówiła jej, że on nie zamierza się dystansować. Nie zamierza już jej zostawiać. Ani też pozwolić jej uciec.
-
A dla kogo? - odpowiedział pytaniem na to jej, jakby chciał jej pokazać, że przecież dla niego, zawsze, liczyła się tylko ona. Nikt więcej.
Nie musiałam cię nigdy tracić, te słowa jakoś tak boleśnie wdzierają mu się pod skórę, dotykają gdzieś głęboko, bo co mu chciała w ten sposób powiedzieć?
Że nie potrafiła go kochać,
bo jak? Jego?
Tego biednego dzieciaka? Który nigdy by jej nie dał tego co Heath. Wtedy.
Ale mogła go trzymać przy sobie, jako jej
zabawkę? Tego chciała? Mieć go zawsze przy sobie, na każde zawołanie? Nie kochać go, ale
go mieć?
Tylko Aresowi w pewnym momencie to chyba już nie wystarczało,
być tylko jej chłopcem do zabawy. Bo on pokochał ją całym sercem, całym sobą. Nad życie. Na wieczność. Po prostu ją kochał. I kiedy wierzył, że to jest ten moment, żeby wyznać jej co czuje, to co ona zrobiła?
Zgniotła. Zbrukała, te jego uczucia. Kilkoma zdaniami.
Jego kochać?
Wybrała
tego dupka Heatha. Kompletnie nie przejmując się Aresowym sercem. Złamane. Pęknięte na pół.
Milion kawałeczków, z których każdy jeden wciąż był tylko jej.
-
Jest tam też pełno luźnych desek w podłodze, a ty wiesz jak po nich iść, żeby nie skrzypiały, żebyś mogła się wymknąć. Wciąż skrzypią Queenie, ja nie umiem ich omijać... - ciemne spojrzenie utkwił w jej oczach, chcąc jej przypomnieć jak go pouczała zawsze, Ares nie wchodź do salonu, bo deski skrzypią. A ona później je liczyła, w pięknym, lekkim tańcu, pokonując wszystkie bez jednego nawet jęknięcie wysłużonej podłogi. Czym były korniki do tych wspomnień?
Ona go od siebie odsuwa, a on napiera na jej rękę mocniej, bo chce być
bliżej. Bo chce ją mieć znowu, blisko, dla siebie.
-
Ja przecież ciebie zawsze Queenie... - zaczął, ale ona zaciska mocniej palce na jego koszuli, a Ares spuścił na nie spojrzenie, na jej drobne, jasne paluszki. A kiedy ona znowu mu robi te wyrzuty, to...
O kurwa. Jak on bardzo chciał się do niej znowu szarpnąć, wpić łapczywie w te miękkie, pełne wargi. W pocałunku, który rozwiałby jej wszystkie wątpliwości. Tylko czy miał do tego jakiekolwiek prawo?
Cofnął się, przesuwając palcami po jej kolanie, zabierając rękę, którą zaraz włożył do kieszeni spodni.
-
Bo teraz mogę kupić ci dom. Mogę ci dać wszystko, to czego pragnęłaś... Już możesz mnie po prostu... - nie dokończył, bo wtedy usłyszeli śmiechy i rozmowy na werandzie. Heath i Bree, która zaraz odezwała się głośno.
-
Co to za wspaniały wieczór braciszku! Przespacerujmy się po ogrodzie... Słyszysz jak świerszcze grają? Cudownie... - może Queenie chciała się ujawnić?
Może powinna, wyjść tam i powiedzieć, że przyszła się przewietrzyć?
A Ares mógłby zostać w cieniu, póki nie opuszczą ogrodu, ale zamiast tego, on znowu robił coś...
irracjonalnego.
Bo znowu wyrwał się za Queenie, żeby przyciągnąć ją do siebie, w najbardziej zacieniony zaułek altany. Przycisnął ją do siebie mocno, tak, że na plecach mogła czuć jak galopuje mu w piersi serce.
Dziko. Szybko.
Palce ułożył na jej pełnych wargach, zamykając je, i tylko jej szybki oddech, powietrze, które wypuszczała nosem, igrało na jego palcach.
-
Zostań ze mną... - wyszeptał jej do ucha, kiedy jego zarośnięty policzek wtulił się gdzieś w jej jasne loki.
A Heath i Bree, trzymając się pod rękę zaczęli beztroski spacer po ogrodzie wsłuchując się w melodie, które wygrywały im świerszcze i cykady. Ares wsłuchiwał się w oddech Queenie. Ukryci w mroku, który dawały im różane krzewy, których ciernie... wbijały mu się w plecy, do krwi.
ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ
་༘࿐
zostań ze mną