-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Czy na pewno?
Westchnął. Po co zawracał sobie nim głowę? Powinien skupić się na referacie, od którego w dużej mierze zależało wcześniejsze podejście do egzaminu. Chciał zaliczyć wszystko jak najszybciej, mając więcej czasu na praktyki, które miały przygotować go do życia na salach sądowych. Tak, jak było mu pisane.
Cholerny Thallman po raz kolejny odwiódł go od nauki, stosując sztuczkę, obok której Burreau nie mógł przejść obojętnie, dając wciągnąć się w gry starszego chłopaka. Nie wybaczyłby sobie, gdyby Benjamin pod wpływem alkoholu potrącił lub zabił przypadkowego przechodnia.
Nie wybaczyłby sobie, gdyby i jemu coś się stało. Ostatecznie wiedział, że może wsiąść do samochodu po alkoholu. Zdecydowanie o to chodziło. Nie miał z tym nic wspólnego fakt, że zaczął się przyzwyczajać do jego obecności.
Zaczynał go l u b i ć.
Westchnął ponownie, wystukując kolejne wiadomości, usilnie ignorując jedno ze zdjęć, które od niego dostał. Niemoralne, nieetyczne, nachalne. To podchodziło pod molestowanie! A jednak kącik ust prawnika lekko powędrował ku górze w niekontrolowanym grymasie, wyrażając… no właśnie, co takiego? Kolejna wątpliwość, nad którą zaczął się rozwodzić. Przecież nie pierwszy i nie ostatni raz widzi nagie ciało mężczyzny. Fakt faktem, należało do niego. Może o to chodziło? To przed nim było obce, było nieznane, było jego.
Pokręcił głową. Na litość wszechświata, czemu Thallman musiał być tak niereformowalnym człowiekiem, który wpychał się do życia Burreau? Sam obiecał sobie nie ingerować w sprawy innych, a jednak teraz ubierał się i z kluczykami w dłoni szedł do samochodu rad, że rodziców nie było w domu. Nie chciał im się spowiadać, nie chciał wyjaśniać dokąd jedzie.
Nie chciał, żeby wiedzieli o Benjaminie.
Przymknął oczy, biorąc głęboki oddech. Coś było z nim nie tak. W głowie powinny mu wirować kolejne punkty z kodeksu karnego, a nie rzeczy dotyczące ludzi.
Wsiadł i odpalił pojazd mając nadzieję, że chłopak nigdzie się nie ruszał. Nie miał czasu, aby jeździć za nim po całym mieście. Miał jeszcze do dokończenia referat. Ach, aż go wewnętrznie cisnęło, żeby uraczyć swojego rozmówcę kolejnymi pouczeniami jakby w nadziei, że na coś się to zda.
Zaparkował możliwie jak najbliżej parku obawiając się, że grawitacja dzisiejszego dnia nie będzie sprzymierzeńcem.
Co ty tu właściwie robisz? Zadał kolejne pytanie w głowie.
Wypełniam moralny obowiązek.
Tak sobie wmawiał.
Chwilę zajęło mu odnalezienie pijanego kolegi, który postanowił uciąć sobie drzemkę na trawie. Na wszechświat, oby nie zasnął snem kamiennym.
-Benjamin? - powiedział, stając nad nim. Oddychał, to było na plus. - Naprawdę, jak mogłeś doprowadzić się do takiego stanu? - lekko brwi zmarszczył, cicho wzdychając.
Kucnął przy chłopaku, szturchając go w ramię.
-Jak zaraz nie wstaniesz, zostawię cię tutaj. Obaj wiemy, że nie jestem wystarczająco silny, by cię unieść - przyznał.
niereformowalny imprezowicz
-
shooting star, straight through the heart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wiedział tylko, że miał wszystkiego dosyć. Próbował zapomnieć o kujonie, o tym, jak cholernie irytujący dla niego był i o tym, jak bardzo wkurwiało go, że w ogóle o nim myślał. Pocałunek z Dino, chociaż musiał przyznać, zadziałał na niego mocniej, niż mógłby przypuszczać, nie zmienił faktu, że ciągle miał nadzieję, że usta, które będzie całował, będą należały do Burreau. Działał na niego niczym pierdolony narkotyk. Jak jakieś jebane zioło, którym zaciągnął się raz i od razu chciał więcej, bo inaczej czuł się jakiś taki spięty... Głodny czegoś, czego nawet nie potrafił n a z w a ć.
Dudniło mu w uszach raz po raz, kiedy słyszał dźwięki, by zaraz potem niektóre z nich były zupełnie wygłuszone. To powodowało ścisk żołądka i dodatkowy stres, bo przecież ta death sentence przychodziła coraz szybciej, no nie? I co miał z tym zrobić? Drink za drinkiem... robił się coraz bardziej pijany, więc musiał wysłać Kieranowi wiadomość. Musiał wysłać mu zdjęcie. M u s i a ł się z nim podroczyć, bo inaczej... no właśnie. Co? Nie znał odpowiedzi na to pytanie. Wiedział tylko, że chciał, żeby tamten zwrócił na niego uwagę. Po tym, jak zaproponował mu przejażdżkę, stwierdził sobie why the fuck not? Ale najpierw oczywiście zmiana lokalizacji, bo poszedł z kumplem dalej pić.
- There’s a fireeeeeee starting in my hearrtttt! - darł się, chwiejąc się wzdłuż trawy. - Kurwa, Benji, Adele serio?! - prychnął David, czekając na swojego Ubera. - Nie obrażaj mi mojej queen of England, Dave - prychnął Benjamin, zaciągając kolejny łyk z butelki. Po chwili wysłał Kieranowi lokalizację, bo no... no właśnie. Bo musiał. - Babeeee, I have no story to be told... - kontynuował, machając ręką na Davida, gdy ten odjeżdzał. Zakręcił się jakoś wokół własnej osi, po czym oczywiście wyjebał się na plecy prosto na trawę. Przez kilka sekund tylko patrzył na niebo pełne gwiazd, - We could have had it alll... - dospiewał jeszcze ciszej.
I tak jakoś sobie przysnął.
Po czymś, co wydawało mu się sekundą zamknięcia oczu, poczuł szturchnięcie. Zamrugał kilka razy i zobaczył Kierana. - William? - wyrzucił z siebie z szerokim uśmiechem. - Książę! - Dokrzyknął to cały uchachany, kiedy zorientował się, że tamten faktycznie jest obok niego i pierwszą rzeczą, jaką Benjamin zrobił, było oczywiście rzucenie się na niego. Objął go tak gwałtownie, że Kieran stracił równowagę i poleciał plecami na trawę, a Benji wylądował na nim, śmiejąc się pod nosem, - Przyjechałeś - przez chwilę po prostu na niego patrzyl, a [potem opadł obok niego na plecy. Miał wyjebane, ile paragrafów Kieran zaraz mu wyrzuci.. więc chwycił jego dłoń i splótł ich palce, - Burreau, widzisz te gwiazdy? - zapytał, obracając twarz w jego stronę i wpatrując się w profil chłopaka. - Przy tobie to chuj.
william
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Jak właściwie do tego doszło? Potrzebował jasnej odpowiedzi, wariując powoli od przypuszczeń i niedomówień. Nie radził sobie tak, jak powinien, kiedy nie posiadał potrzebnych informacji, a wstępna analiza ludzkiego zachowania nie była wyczerpująca. Thallman nadal był zagadką pełną sprzeczności. Jednego dnia rzucał złośliwe komentarze, jawnie prowokując Kierana do reakcji zgoła innej, niż opanowanie, by kolejnego dnia stawać się bardziej miłym, bardziej ludzkim, bardziej sympatycznym. Jak od tego miała mu głowa nie puchnąć, skoro już jedna skrajność w charakterze chłopaka była dla niego wyzwaniem. Dokładając drugą powstawał kociokwik, którego skutkiem była nocna eskapada do parku po kogoś, kto nawet nie powinien się znajdować w gronie znajomych prawnika. Nie pasował, wyróżniając się już na starcie. Był narwany, buńczuczny, oryginalny, i n t e r e s u j ą cy.
Cholera.
Potarł twarz dłonią, analizując ich pierwsze spotkanie. Czy popełnił tam błąd? Może powiedział coś, co zachęciło Benjamina do dalszego nachodzenia go? Nie pomagały prośby o to, by go zostawił. Nie pomagały przedstawienia prawne. Miał wrażenie, że im bardziej próbował się odciąć, tym muzyk przylepiał się bardziej, wpychając się w tę odrobinę przestrzeni osobistej, która jeszcze została niezmącona.
Może powinien zmienić taktykę? Stać się przyjacielski, rozmowny. Stać się kimś zupełnie innym.
Niemożliwe.
Patrzył przez chwilę w spokojną twarz z lekko uchylonymi ustami, z których wydobywał się cichy świst. Benjamin naprawdę spał w najlepsze!
Potrząsnął nim bardziej, nie chcąc, żeby ktoś ich tutaj zauważył. Ostatnie, czego potrzebował, to skandal z udziałem upitego kolegi. Tabloidy tylko czekały, żeby znaleźć rysę w idealnej prezencji rodziny Burreau.
Nie chcesz też, żeby się przeziębił, co? Noc jest chłodniejsza, a on leży na mokrej trawie.
Postarał się zignorować cichy głosik w jego głowie, który coraz śmielej sobie poczynał odkąd Thallman na dobre zagościł w życiu Kierana, niczym nieproszony gość, którego wcale nie chciało się wyrzucić za próg.
Odetchnął wewnętrznie z ulgą, kiedy chłopak otworzył oczy. Jeden problem z głowy, nie będzie musiał się nadwyrężać, by go dobudzić. I kontaktował, to też było im potrzebne, jeśli miał odstawić go do domu.
-Majaczysz. Nie jestem księciem. Może masz zatrucie alkoholowe? Ile wypiłeś? - zasypał go pytaniami. Potrzeba wiedzy była nad wyraz silna. Zresztą musiał się dowiedzieć, czy nie szpital byłby lepszym miejscem dla Benjamina. Albo izba wytrzeźwień, w razie konieczności.
Poczuł bolesne uderzenie z przodu i z tyłu ciała, kiedy plecy zetknęły się z podłożem, a tors został przygnieciony przez ciało Benjamina. Przez chwilę zamarł, nie spodziewając się tej napaści. W tej chwili dotarło do niego kilka rzeczy.
Benjamin był zdecydowanie cięższy niż Kieran.
Zapewne zniszczył marynarkę, którą miał na sobie.
Serce Thallmana biło niemal w tym samym rytmie co jego własne.
-Powiedziałem, że będę, a ja dotrzymuję słowa - powiedział szeptem, nie widząc potrzeby, by krzyczeć. Wszak rozmówca znajdował się tak blisko. Zdecydowanie za blisko. Kieran dostrzegł zabawne iskierki w jego oczach tuż przed tym, jak się z niego zsunął, oddając mu kontrolę nad oddechem. Żebra całe, tyle wystarczyło.
Napiął się gwałtownie, gdy jego dłoń została wbrew woli zamknięta w dłoni Benjamina - większej, przyjemnie szorstkiej (!!), cieplejszej. Patrzył na to zjawisko, ignorując fakt, że serce zamarło na kilka sekund. Kolejny dotyk, kolejna nieproszona pieszczota, która wywoływała reakcję.
-Pour l'amour de Dieu, je t'ai dit de ne pas me toucher - wyrzucił po francusku. Zawsze, kiedy był zirytowany przechodził na ten język. Teraz jednak bardziej był zestresowany całą sytuacją.
Stres? On się przecież nigdy nie stresował.
-Molestowanie podlega karze i jest przestępstwem, według artykułu 271. Lubisz igrać z prawem, Benjamin. A ja nie będę wyciągał cię z więzienia - skomentował, zachowując na twarzy powagę, chociaż w środku zaczynało wiać coraz bardziej, niszcząc wypracowane opanowanie.
Powinien cofnąć rękę. Wyrwać ją i odejść wiedząc, że niczego nie osiągnie i nie uda mu się zgarnąć chłopaka z trawy.
Odłożył to na kilka kolejnych chwil, skupiając się na niebie. Gwiazdy rzeczywiście były ładne. Dostrzegł kilka znajomych konstelacji. Było w tym niebie coś pięknego, co sprawiło, że lekko się uśmiechnął, jakby z rozmarzeniem. Chciał to uwiecznić.
Zapomniał na chwilę o obecności, pozwalając by ich dłonie stały się jednością. Oprzytomniał w momencie, kiedy palce Benjamina mocniej zacisnęły się na jego skórze.
Usiadł gwałtownie, wyrywając rękę z dłoni chłopaka.
-Podaj mi swój adres, odstawię cię do domu - powiedział z dziwną paniką w głosie. Za bardzo pozwolił sobie odpłynąć. Za bardzo ten chłód na dłoni, który wkradł się po cieple skóry Thallmana, mu przeszkadzał.
molestator
-
shooting star, straight through the heart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Najważniejsze było to, że
Zacisnął jego dłoń mocniej, przejeżdżając kciukiem po jej wierzchu, i słuchał tego zabawnego kodeksiku, - Mmm, Kieran, talk dirty to me - zaśmiał się jeszcze raz. Ale w momencie, gdy Burreau się podniósł i wyrwał dłoń z uścisku Benjamina, coś w nim gwałtownie przeskoczyło. Benji od razu również się podniósł, może trochę za szybko, bo świat zakołysał się przez moment przed jego oczami, ale kompletnie to zignorował. Zbliżył się do niego, niezadowolony, z brwią ściągniętą w sposób, który nijak nie pasował do jego wcześniejszego pijackiego rozbawienia. - O co ci kurwa chodzi, Burreau? - zapytał, przysuwając się bliżej. - Tak bardzo obrzydza cię mój dotyk? - słowa wyszły z niego ostrzej, niż to zaplanwal, podniósł się całkiem i odsunął od niego o parę kroków - nagle sam nie mógł znieść tej bliskości. - The Beaches, dom numer dziewięć - wyrzucił z siebie urażony. Już nie miał pojęcia, co powinien robić. Cokolwiek próbował, spotykało się z odrzuceniem. Z chłodnym spojrzeniem. Z daniem mu do zrozumienia, jaki był chujowy, nieodpowiedni... Złość zaczęła panoszyć się w jego sercu,- Jaki jest twój problem, huh? - zapytał, mrużąc oczy. - Boisz się, że może ci się spodobam? Że ta twoja idealna wizytóweczka zabrudzi się w momencie, gdy przyznasz, że żadna z kobiet nigdy nie podobała ci się tak bardzo jak ja? - spojrzał mu prosto w oczy, a po chwili wybuchnął śmiechem przewracając oczami. - Unfuckingbelievable. - Pokręcił głową, wyprostował się i odwrócił do niego plecami, bo nie chciał już patrzeć. Nie teraz. Nie, kiedy czuł jak serce zaczynało bić mocniej, kiedy tylko jego wzrok zawisał na twarzy Kierana o kilka sekund za długo. - Zabierz mnie do domu - wyrzucił z siebie tylko... już nie chciał z nim rozmawiać.
Burreau
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Tą, którą Benjamin niszczył jednym nieprzemyślanym posunięciem.
Tą, którą Kieran dawał sobie niszczyć, ulegając starszemu chłopakowi.
Czy do tego dążyła jego niania w dzieciństwie? Chciała nauczy go spontaniczności? Jeśli tak, teraz mogła być z siebie dumna - pod wpływem impulsu znalazł się obok Thallmana, pijanego i mówiącego zwyczajnie bez sensu. Nie pierwszy zresztą raz.
Pokręcił głową na jego próbę doliczenia się spożytego alkoholu. Oczywiście, że nie wiedział. Ba, Kieran byłby w wielkim szoku, gdyby padła konkretna liczba. Sam fakt, że tu przysnął, narażając się na potencjalne niebezpieczeństwo w postaci zbirów, którzy tylko czyhają, żeby okraść każdego bezbronnego, jasno wskazywał, że teraz większość płynu w żyłach młodzieńca miała procenty.
Delikatny dotyk zostawił po sobie widmo wspomnienia. Przesunięcie opuszkami palców po jego skórze sprawiło, że mimowolnie zadrżał, ledwie dostrzegalnie. Nie panował nad tymi reakcjami, były dla niego nowością, której dopiero się uczył.
Czy powinien?
Nie.
Ta nowość była niebezpieczna, chociaż dziwnie kusząca. Już sama obecność Benjamina wywoływała sprzeczne emocje. Cząstka Kierana, głęboko w nim ukryta, kusiła go, żeby zobaczył, co dalej; żeby zbadał własne możliwości i sprawdził, czy świat, który znał, miał do zaoferowania coś jeszcze. Logika jednak nie pozwalała i własnie jej usilnie trzymał się Burreau. To ona pomagała mu w ostatnich latach i to ona stała się przyjaciółką. Wszystko inne było niepotrzebnym chaosem, który starał się zburzyć wykreowaną idealność.
Patrzył, jak muzyk gwałtownie się podnosi. Nie drgnął jednak kiedy ten się do niego zbliżył. Zaczynał traktować to jako stały punkt ich każdorazowego spotkania. Nauczył się, że Benjamin był mistrzem zakłócania przestrzeni osobistej, ignorując ją kompletnie.
Wodził wzrokiem po jego twarzy, której wyraz momentalnie się zmienił. Stał się chłodniejszy i… zły. Czy on gniewał się na niego? Jeśli tak, prawnik nie rozumiał. Nie sądził by zrobił coś złego. Ba, pofatygował się tutaj i już sam ten fakt powinien być traktowany jako akt miłosierdzia.
O co ci chodzi?
Pytanie zaczeło obijać się o ściany umysłu, zakorzeniając się coraz bardziej. Nie wiedział i była to odpowiedź zgodna z prawdą. W ogóle nie miał pojęcia o co tu w ogóle chodziło i czemu sam reagował tak przesadnie. Nie rozumiał też, czemu Benjamin patrzył na niego z urazą.
Obrzydza cię mój dotyk?
Podobał się i właśnie to było problemem.
Przymknął oczy na krótką chwilę. Opanowanie to podstawa. Thallman próbował tylko namieszać mu w głowie bardziej, to wszystko. Robił to specjalnie posuwając się do emocjonalnej manipulacji.
-Nie powinieneś dotykać ludzi bez ich pozwolenia. Zakłócasz moją przestrzeń osobistą i teraz gniewasz się, że próbuję ją odzyskać. Nie rozumiem tego, bo wydaje mi się, że jeśli ktoś powinien mieć coś komuś za złe, to ja tobie - powiedział spokojnie, dość logicznie, wracając do swojego jestestwa. Ta wersja benjamina była jeszcze bardziej niekomfortowa, głównie ze względu na różnorodność emocji, które malowały się na jego twarzy, a które kazały Kieranowi uważnie patrzeć, interpretując.
Iskierka drgnęła, kiedy chłopak się od niego odsunął. Tego właśnie chciał, odzyskać swoją przestrzeń. Czemu więc zdawał się być… rozczarowany?
-Nie mam problemu. Robisz mi awanturę o, nawet nie wiem o co. Benjamin, jesteś pijany i robisz się emocjonalny, a to nie jest dobre połączenie - zauważył spokojnie, czując, jak w gardle rośnie dziwna gula. Przełknął ślinę, chcąc tak usilnie zignorować jego słowa, które wyryły się tak krwistoczerwonymi literami.
Boisz się, że może ci się spodobam?
…żadna z kobiet nigdy nie podobała ci się tak bardzo jak ja?
Niedorzeczne. Burreau wiedział, że ta sama płeć nie może mu się podobać. Nie miał zamiaru pozwolić, żeby muzyk namieszał mu w głowie jeszcze bardziej, przekonując do swoich racji.
-Mylisz się, Benjamin i byłbym wdzięczny, gdybyś przestał co rusz sugerować co mi się podoba, a co nie. Wydaje mi się, że to ja znam siebie lepiej i przeszkadza mi fakt, że próbujesz mi coś wmówić, jakbyś wiedział o mnie wszystko - odpowiedział, czując się niekomfortowo. Nie z powodu słów chłopaka, a raczej własnego zmieszania.
Kłamca. Kłamiesz, próbując przekonać siebie.
Patrzył na jego plecy, gdy stał do niego tyłem. Niespodziewane.
-Samochód zaparkowałem tam. Jeśli będziesz potrzebował pomocy z chodzeniem, daj znać - rzucił, nie wiedząc co jeszcze miałby powiedzieć. Czuł emanujący od chłopaka żal.
Skierowali się do samochodu w ciszy oraz atmosferze tak gęstej, że można było kroić ją nożem. Zerkał na chłopaka, który nie tryskał już tą samą energią, co wcześniej. Nawet na niego nie patrzył i fakt ten zdawał się Kieranowi przeszkadzać, wprawiając go w jawne skonfundowanie.
O co w tym wszystkim chodziło?
Cisza towarzyszyła im przez całą drogę. Żadnego słowa, żadnego dźwięku płynącego z radia. Jedynie szum opon sunących po asfalcie.
Czuł się zmęczony. Miał do skończenia jeszcze pracę, jednak nie czuł się na sile, marząc jedynie o kąpieli i łóżku, w którym może odpocząć. I przestać myśleć, bo aktualnie w jego głowie panował taki rozgardiasz, który nie pozwalał mu się skupić na niczym innym, jak na towarzyszu, który siedział naburmuszony obok niego, w ciasnej przestrzeni samochodu. Zerkał na niego w lusterku, jednak ani razu nie trafił wzrokiem na jego.
Po co w ogóle się na tym skupiał?
Zaparkował samochód, wyłączając silnik. Dopiero wtedy dotarło do niego, że zamiast pojechać pod wcześniej wskazany przez Benjamina adres, mechanicznie przyjechał do własnego domu. Spojrzał na zegarek - było już za późno na dalszą wędrówkę, a Kieran był na tyle zmęczony, że nie ufał własnym reakcjom.
-Przenocujesz dzisiaj u mnie, a rano odstawię cię do twojego domu - skomentował, chociaż chciał powiedzieć więcej.
Poprowadził milczącego Thallmana do środka, uśmiechając się delikatnie do gosposi, którą jego rodzina zatrudniła jakiś czas temu. Przemiła kobieta.
-Proszę, nie mówi niczego moim rodzicom. Sama wiesz, jak reagują na moich gości - rzucił do niej, patrząc przepraszającym wzrokiem. Nie miewał gości, ale domyślał się, jak jego ojciec zareagowałby na widok Benjamina, który nie pasował do ich świata.
-Nie rozumiem cię - zaczął, kiedy kierowali się schodami na górne piętro, gdzie znajdowały się sypialnie. - Raz zalewasz mnie potokiem słów, komentując dosłownie wszystko. Zaczepiasz i drażnisz, a kiedy proszę, żebyś dał mi spokój, jest cię jeszcze więcej. Innym razem milczysz, patrząc na mnie tak, jakbym zabił ci kota. Skąd mam wiedzieć o co ci właściwie chodzi, Benjamin, skoro mam wrażenie, że sam tego nie wiesz? - wyrzucił z siebie, bo ta cisza była mimo wszystko przytłaczająca.
Zastygł, kiedy znaleźli się u niego w pokoju. Nie, tu z całą pewnością Thallman spać nie będzie. Obrócił się, ponownie stając twarzą w twarz z wyższym chłopakiem, zapominając, że ten podążał za nim tak blisko. Zmarszczył brwi, nadal widząc ten dziwny żal w jego spojrzeniu, teraz lepiej dostrzegalny.
-Na końcu korytarza jest sypialnia gościnna - powiedział, mimowolnie zniżając głos, nieprzerwanie wodząc po nim wzrokiem.
i don't understand u