36 y/o
For good luck!
168 cm
pediatra mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uniosła brew, rozbawiona sugestią, że zaopatrzyła je w zbyt małą ilość alkoholu. Doskonale wiedziała, gdzie w tym domu znajdował się barek i równie dobrze wiedziała, że zastawiony był po same brzegi trunkami, w których mogłyby się najpewniej kąpać.
Była jednak na tyle samoświadoma, że wizja jutrzejszego kaca, który po wypiciu zbyt dużej ilości wina zawsze dawał jej się we znaki, skutecznie studziła wszelkie zapędy w tym kierunku. Wiedziała, w którym momencie należało przestać, żeby nie przesadzić. Poza tym Zaylee miała rację, nie czuła też aż tak wielkiej potrzeby, by utopić w morzu alkoholu równie wielkie morze smutku. To nie był jeden z tych dni, w których czuła się aż tak potwornie źle. Wszystkie najgorsze chwile miała już c h y b a za sobą. A przynajmniej bardzo chciała w to wierzyć.
- No co? - obruszyła się, bo być może miała na koncie j e d e n bardzo nieudany związek. Ten, który od samego początku był naszpikowany przysłowiowymi red flagami, a mimo wszystko dalej w niego brnęła. Ale wcześniej spotykała się przecież z innymi mężczyznami, z nieco większymi sukcesami. To, że żaden z tych związków nie zakończył się szczęśliwie, nie oznaczało od razu, że każdy z nich kończył się katastrofą. - Na pewno miałabym kilka świetnych porad dotyczących pierwszych randek. Nie można według ciebie stworzyć poradnika w stylu... czego powinnaś unikać jak ognia? - rozbawiona patrzyła na Zaylee, bo w tym przecież była ekspertką. Mogłaby stworzyć całą listę zachowań i sygnałów, przed którymi ludzie powinni uciekać.
Słuchała Miller z zainteresowaniem, choć sprawy, którymi ta się zajmowała, często przyprawiały ją o dreszcze. Vera nie była naiwna, wiedziała, że po świecie chodziło wielu skurwieli krzywdzących innych ludzi bez najmniejszego powodu. Była jednak też tą nieco uprzywilejowaną kobietą, która wolała udawać, że to wszystko dzieje się gdzieś daleko od niej. Tak było jej łatwiej i nigdy tego nie ukrywała. Jako osoba o zdecydowanie zbyt dużej wrażliwości miała tendencję do fiksowania się na tematach, które zaczynały ją interesować, a później nosiła je ze sobą przez kolejne dni. To zdecydowanie nie służyło jej i tak wątpliwemu zdrowiu psychicznemu.
Niemniej co nieco obiło jej się o uszy. Tak jak zwykle jednak nie poświęcała temu większej uwagi. We własnej pracy codziennie stykała się z wystarczającą ilością ludzkich dramatów i dokładanie sobie kolejnych zwyczajnie wyczerpałoby ją do cna. - A jeśli ta sprawa będzie się ciągnęła przez kolejne miesiące, Zay? Albo przez lata? Wiesz, że często takie dochodzenia trwają cholernie długo. Co wtedy z Samem? Chcecie pozwolić mu czekać na was aż tyle? - patrzyła na to z zupełnie innej perspektywy.
Doskonale rozumiała, że dla Zaylee praca od zawsze była czymś więcej niż tylko obowiązkiem. Sama przecież nie różniła się pod tym względem ani trochę. Wiedziała jednak również, że czasami życie zmuszało człowieka do przewartościowania pewnych spraw i postawienia priorytetów we właściwej kolejności. Nie miała tylko pojęcia czy sama, stojąc na miejscu przyjaciółki, potrafiłaby zrobić to równie łatwo, jak teraz o tym mówiła.

zaylee miller
diosmio
nuda i przesadna życioza
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Widziała Verę w znacznie gorszym stanie. Właściwie to nie było nawet porównania, bo teraz trzymała się naprawdę dobrze. Zaylee nie zliczyłaby tych wszystkich nocy, kiedy rozbita przyjaciółka wypłakiwała się jej w ramię A Miller - jak na doskonałą przyjaciółkę przystało - była wtedy obok. Czasem nie musiała nawet nic mówić. Wystarczyło, że nie pozwalała Verze zatracić się w tym smutku samej. Chociaż akurat w jej przypadku milczenie to był raczej stan czysto teoretyczny. Zaylee zawsze miała coś do powiedzenia czy to w formie rad, czy komentarzy, które potrafiły jednocześnie uspokoić i rozpędzić emocje jeszcze bardziej. Najlepiej jednak wychodziło jej jedno - mieszanie Elliota z błotem. Bo mąż Callahan, w jej prywatnym systemie ocen, od dawna nie zasługiwał na delikatność ani dyplomację. Zasługiwał co najwyżej na zestaw soczystych kurew, które Vera mogła sobie przyjąć albo zignorować.
Och, gdybyś wcześniej sprzedawała takie świetne rady, może sama uniknęłabym kilku rozczarowania — powiedziała z lekkim przekąsem, nawiązując do swoich poprzednich związków. Kto wie, może dzięki tym złotym radom szybciej wywinęłaby się z relacji z tą wariatką Marigold, która pewnego dnia po prostu oznajmiła, że odchodzi i zostawiła Elvirę, a po kilku latach miała czelność wparować do prosektorium i zażądać zwrotu kota. Ta sytuacja była tak absurdalna, że aż śmieszna. Szkoda tylko, że świadkiem wszystkiego była Swanson, która na własne oczy mogła się przekonać, z jaką psycholką obcowała Miller. I to przez kilka lat! Pewnie chcąc nie chcąc, Callahan również miała nieprzyjemność ją poznać.
Sprawa seryjnego mordercy małoletnich była na tyle głośna, że każdy mieszkaniec Toronto musiał o niej słyszeć przynajmniej raz. W dodatku regularnie rozsyłano alerty, w których proszono o zachowanie szczególnej ostrożności i pilnowanie dzieci. Młode ofiary, które trafiały na jej stół, były dla Zaylee najtrudniejszymi przypadkami. Tego nie dało się zobojętnić, niezależnie od doświadczenia czy dystansu, który człowiek próbował sobie wypracować. I jeszcze topielcy. Boże, jak ona nie znosiła topielców. Wprawdzie w zupełnie innych względów, ale wciąż.
Zawsze będą jakieś sprawy, Vera — odparła, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak wygląda ich życie. — Jeśli ją zamkniemy albo finalnie trafi do archiwum, to wciąż będą pojawiać się inne śledztwa, które będą tak samo czasochłonne. Kiedy Sammy w końcu z nami zamieszka, to i tak nie będziemy mieć dla niego tyle czasu, ile byśmy chciały. Żadna z nas nie zrezygnuje z kariery zawodowej, więc musimy to po prostu jakoś... sama nie wiem. Dograć? — spojrzała na przyjaciółkę znad swojego kieliszka. Nie chciała, żeby Callahan pomyślała, że obie z Callahan przekładają pracę nad dziecko. Chociaż chyba właśnie tak było. Ogólnie decyzja o adopcji nie była prosta. Zaylee nigdy nie chciała mieć dzieci, a pojawienie się Samuela wywróciło jej świat do góry nogami. Nawet teraz nie była przekonana, czy postępuje właściwie.

vera callahan
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
36 y/o
For good luck!
168 cm
pediatra mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Doceniała to ponad wszystko.
Niczego w swoim życiu nie ceniła tak bardzo, jak p r a w d z i w y c h, szczerych relacji, bo dotychczas mogłaby je policzyć na palcach jednej ręki. Wiele razy spotkała na swojej drodze osoby, którym zaufała, które wydawały jej się warte poświęconego czasu, a ostatecznie okazywało się, że prawda była zupełnie inna. Z biegiem lat coraz ostrożniej dopuszczała ludzi do siebie, chyba podświadomie zakładając, że prędzej czy później i tak ją zawiodą.
Miller była inna. To właśnie w jej przypadku Verze nie przeszkadzało, nawet wtedy, gdy między nią a Elliotem było jeszcze stosunkowo dobrze, że mieszała go z błotem. Nie mogła jej przecież o to winić, bo jej męża naprawdę trudno było polubić. Wobec ludzi z jej otoczenia nigdy nie roztaczał aury przyjemnego człowieka. Nie zależało mu na tym, żeby kogokolwiek do siebie przekonać ani żeby stanęli po jego stronie. Finalnie grono ich wspólnych znajomych ograniczało się właściwie do ludzi, których znał on, co z perspektywy czasu Vera uznawała za szczęście. Dzięki temu te nieliczne chwile spędzane z Zaylee mogły poświęcać właśnie na to - obgadywanie go do woli.
Zresztą nie robiły tego wyłącznie w przypadku partnera Callahan. Nie tylko jej gust pozostawiał wiele do życzenia. Obie mogły poszczycić się całkiem pokaźną listą wpadek przy doborze życiowych towarzyszy. To tak jakby nie znały umiaru. Jakby nie potrafiły znaleźć złotego środka, zawsze decydując się na jakąś skrajność.
Obie wybrały sobie pracę, która nie należała do najłatwiejszych. Z biegiem lat człowiek był w stanie zobojętnieć i przyzwyczaić się do pewnych widoków, ale nigdy na tyle, by nie wywoływały już żadnych emocji. Zaylee miała tak z ciałami dzieci, u Very dotyczyło to terminalnie chorych najmłodszych pacjentów. Nie potrafiła tego zrozumieć, nie umiała się od tego odciąć i często jeszcze długo po wszystkim odchorowywała takie przypadki. Raz czy dwa razy w swojej karierze zdarzyło jej się nawet zwątpić. Zwątpić w to, czy jej praca miała jakikolwiek sens skoro ostatecznie i tak dochodziła do ściany przez którą nie dało się przeskoczyć. Do miejsca, w którym nie mogła już ani pomóc, ani ulżyć, a jedynym, co mogła jeszcze podarować swoim pacjentom i ich rodzicom był czas.
Przysłuchiwała się temu, co mówiła Miller i nie do końca się z nią zgadzała. Poniekąd rozumiała ich wizję - tę, w której chciały podarować chłopcu prawdziwy dom. Z drugiej jednak strony coś podpowiadało jej, że obie nie do końca wszystko przemyślały. Kim jednak była, żeby je krytykować? Nigdy nie stała przed takim wyborem i nigdy nie znalazła się w podobnej sytuacji. - Będziecie mamami, Zay - odezwała się wreszcie. - Sądzę, że w takiej sytuacji to chłopiec, który będzie waszym synem, powinien jednocześnie stać się priorytetem - naoglądała się w swojej karierze wielu rodziców i naprawdę pragnęła, by ich trójka dostała szczęśliwe zakończenie. - Jesteście tego pewne? Tak w stu procentach? Nie czujesz, że jedna z was chce tego bardziej od drugiej? - sięgnęła po kieliszek z winem, upijając niewielki łyk.

zaylee miller
diosmio
nuda i przesadna życioza
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czasami żartowała, że gdyby któraś z nich pracowała w standardowych godzinach od dziewiątej do siedemnastej, ich relacja nie miałaby prawa bytu. Przynajmniej obie wiedziały, z czym wiąże się brak czasu - i żadna nie miała pretensji, kiedy druga zostawała na nadgodzinach, nawet jeśli nie zawsze było to z własnej, nieprzymuszonej woli. A jak ironiczny był fakt, że niekiedy mali pacjenci Very trafiali później na stół sekcyjny Zaylee? Nie zdarzało się to często, ale czasem znaleźli się rodzice, którzy doszukiwali się błędów w sztuce lekarskiej i żądali rozszerzonej autopsji. Wtedy do akcji - cała na biało - wkraczała doktor Miller. Dosłownie. Rozwiewała wątpliwości co do przyczyn zgonu, chociaż rozumiała żal i wściekłość rodziców, którzy nie mogli pogodzić się ze śmiercią dziecka.
Wypuściła powietrze przez nos. Wiedziała, do czego piła Callahan. Bo to, że piła wino, to akurat wiadomo, kieliszek w jej dłonie nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości.
Ale chyba nie myślisz, że zrezygnuję z kariery na poczet macierzyństwa? — spojrzała na nią w taki sposób, jakby zobaczyła ją pierwszy raz w życiu. To byłoby naprawdę głupie, biorąc pod uwagę, że Zaylee była totalną pracoholiczką. — Sammy jest priorytetem. Ale nie możemy tak po prostu wszystkiego rzucić. Jakoś to w końcu dogramy — wyjaśniła z przekonaniem w w głosie. Niepewności miały już za sobą. Miller długo nie potrafiła się przyznać przed samą sobą, że chciałaby na stałe gościć Młodego w swoim życiu. Obgadały ze Swanson wszystkie za i przeciw. Tych przeciw było pewnie więcej, ale za miały większy wydźwięk i przeważyły szalę decyzji.
Nachyliła się nad stolikiem, żeby znów sięgnąć po butelkę i znów dolać sobie wina. I Verze, oczywiście! Straszny samolub z tej Zaylee, a przecież nawet nie była jedynaczką. Na pokładzie była jeszcze trójka Millerów, ale to i tak nie oznaczało, że dzielenie się przychodziło jej z jakąś niewiarygodną łatwością. Musiała w końcu się ogarnąć, bo głupio tak będzie wyrywać dziesięciolatkowi ostatni kawałek pizzy z rąk.
Nie podjęłybyśmy takiej decyzji, gdybyśmy nie były pewne. A co? Uważasz, że postępujemy niewłaściwie? — zmrużyła oczy, przyglądając się przyjaciółce z większą podejrzliwością. — Uważasz, że będę chujową matką? No dalej, Callahan. Powiedz to. Śmiało, nie krępuj się — wykonała bliżej nieokreślony gest ręką, który miał zachęcić do mówienia.
Przypuszczała, że Vera nie ma o niej tak podłego zdania. Chociaż, cholera wie! Może w rzeczywistości myślała o Miller same okropieństwa i każdym kolejnym słowem sugerowała, że powinna się wycofać, zanim popełni adopcyjny błąd? Nie no, na pewno powiedziałaby wprost, przecież przyjaźniły się nie od dziś ani nawet nie od wczoraj. Callahan była jej winna szczerość. Ale może po cichu myślała o niej gorzej i wcale nie uważała tego pomysłu za wybitnie dobry?

vera callahan
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
36 y/o
For good luck!
168 cm
pediatra mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czasami również dla Very praca Miller była zbawieniem.
Nie tylko roszczeniowi, pogrążeni w żałobie, załamani rodzice szukali pocieszenia i winy w błędzie lekarza prowadzącego leczenie ich dziecka. Czasami to Callahan potrzebowała usłyszeć, że zrobiła w s z y s t k o, co tylko mogła i że więcej zwyczajnie się nie dało. Zwłaszcza w chwilach, gdy wyrzuty sumienia, irracjonalne, bo przecież wina za śmiertelną chorobę pacjenta nigdy nie leżała po jej stronie, odciskały na niej piętno tak mocno, że przez kilka kolejnych dni funkcjonowała wyłącznie na autopilocie.
Prawdopodobnie nigdy nie nauczy się tej obojętności, która czasami bywała ich największym zbawieniem.
Uśmiech wykrzywił jej usta, gdy usłyszała ten konkretny absurd wypowiedziany na głos przez Zaylee. Oczywiście, że, kurwa, nie sądziła, iż porzuci tak pięknie rozwijającą się karierę dla macierzyństwa. Ona również nigdy by tego nie zrobiła. Nie po to spędziły długie lata na nauce, nie po to wspinały się po szczeblach kariery, nie po to harowały po nocach i poświęcały wiele relacji, żeby rezygnować z tego, co kochały, na rzecz k o g o k o l w i e k. Nawet macierzyństwa i dziecka, które w życiu człowieka zawsze urastało do rangi największego priorytetu.
- Zwariowałaś? Kocham was, ale jeśli miałabym którąkolwiek z was zachęcać do porzucenia kariery, to byłaby to Evina - wywróciła oczami, bo przecież było to oczywiste. Zawsze grała w drużynie Zaylee, nawet jeśli one we dwie grały już w jednej. Tak po prostu było.
Ostatecznie przecież tylko żartowała. Żadna z nich nie powinna porzucać niczego i Vera wierzyła, że znajdą kompromis. Ba! Ona po prostu to wiedziała.
Pokręciła głową w zaprzeczeniu, bo gdyby naprawdę uważała wszystko to, o co właśnie została posądzona, przyjaciółka już dawno by o tym wiedziała. Owszem, nie słynęła z przesadnej wylewności. Była raczej człowiekiem, który gryzł się w język, wiele rzeczy zostawiał dla siebie i nie zwykł komentować wszystkiego na głos. W przypadku Miller nigdy jednak się nie ograniczała. Jak zauważyła wcześniej, ich relacja była j e d y n ą naprawdę szczerą i prawdziwą na przestrzeni całego jej życia. Istniała przed erą Elliota, który zmienił ją bardziej niż chciałaby przyznać i będzie istnieć również po erze Elliota.
- Oczywiście, że tak nie uważam - wywróciła oczami, mając ochotę sięgnąć przed siebie, złapać ją za włosy i pociągnąć kilka razy, żeby wybić jej z głowy te wszystkie głupoty. - Uważam, że będziesz przyzwoitą matką. Na pewno nie instagramową i taką, która wszędzie będzie się spóźniać, ale nigdy nie zabraknie mu miłości - to była absolutna prawda, z którą Vera zgadzała się bez cienia wątpliwości. Nie zamierzała mówić, że będzie idealnie, bo na pewno nie będzie. Ani że Zaylee nie popełni błędów, bo pewnie zrobi ich kilka już w pierwszym tygodniu.
Da jednak z siebie wszystko, a finalnie chyba właśnie o to w tym wszystkim chodziło.

zaylee miller
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „#33”