Fajnie było być dzieciakiem jednak.
Szedł powoli parkową alejką, co chwilę oglądając się za siebie z uniesionymi brwiami, jakby sprawdzał, czy bibliotekarka albo jakiś wściekły nauczyciel nie ruszyli za nimi w pościg, ale wyglądało na to, że udało im się opuścić szkolne mury bez żadnych wścibskich spojrzeń. Przejechał dłonią po swoich włosach i słuchał potoku słów, które wylewały się z ust Cass. Uwielbiał ją jako swoją przyjaciółkę, była jedyną stałą w jego pieprzonym życiu i pomogła mu się pozbierać po śmierci ojca, ale - JEZU CHRYSTE - jej dzisiejsze odklejki zwalały go z nóg. Tak szczerze to czasami po prostu się wyłączał i jej nie słuchał, żeby nie dostać skrętu mózgu od tych wszystkich wizji z nosidełkami w nawiedzonych szopach. -
Cassie, przerażasz mnie - skwitował z głębokim westchnięciem i pokręcił głową z rozbawieniem. I pewnie nie powiedziałby nic więcej, gdyby Cassie nie stwierdziła, że Ace zostanie dziadkiem z banku. Parsknął śmiechem i wbił ręce w kieszenie. Serio, skąd ona brała te pomysły? On? W banku? W garniturze? Z własnym domem? Niezły żart, niezły. -
Nie będę dziadkiem z banku, będę hodować marihuanę w ogrodzie i wyzywać dzieciaki łażące po moim trawniku - odpowiedział, mimo że wizja mieszkania obok Cass wcale nie była taka zła, bo pewnie codziennie faszerowałaby go ciastem, a Albert lubił ciasto.
Zanim jednak zdążył pociągnąć temat ich emerytury, Cassie klepnęła go w ramię, nazwała berkiem i zerwała się do biegu. Ace, oczywiście, nawet nie drgnął. Był już PRAWIE dorosły. -
Berek-srerek, nie jesteśmy w podstawówce - zawołał za nią i przekręcił oczami. No i w sumie okazało się, że dobrze, że za nią nie pobiegł - Wildbird, jak to ona, pędząc przed siebie i oglądając się przez ramię, z impetem wpadła na jakiegoś dziadka spacerującego z psem. Gbur zaczął na nią fukać, nazwał ją
gówniarą i zaczął głosić jakieś farmazony, dlatego Ace jednak ruszył dupę i stanął między facetem a przyjaciółką, no bo tylko on miał prawo do opierdalania Cass. -
A pan się odczepi, dobra? Ja wiem, czym pan jeździ - rzucił groźnie, po czym posłał dziadowi tak niesympatyczne spojrzenie, że starszy mężczyzna tylko coś fuknął pod nosem i szybko się oddalił.
Zerknął na Cassie spod byka. -
Jakbyś tak nie poleciała do przodu to byś wiedziała, gdzie, bo bym ci powiedział - skomentował złośliwie całe zajście, a Cassie jak gdyby nigdy nic złapała go za rękę, pociągnęła w stronę furgonetki z lodami i zarządziła przerwę na deser. Początkowo chciał się nie zgodzić, bo dalej mógł ich tutaj capnąć jakiś belfer, aleeee skoro tak jej się oczęta zaświeciły na widok mrożonych kulek, to nie miał serca jej odmówić. -
Dobra, to bierz, ja nie chcę. Ale szybko, zanim jakiś nauczyciel nas zauważy i zawróci do budy - rzucił, po czym stanął za Cassie w kolejce i czekał naprawdę bardzo cierpliwie, aż Ruda dostanie swoją porcję. No i gdy Cass znowu zaserwowała mu kolejną porcję randomowej wiedzy, tym razem szturchnął ją lekko ramieniem. -
Niektórzy mają chyba zamrożony cały czas - podsumował z głupim uśmiechem. No i kiedy już Cassie miała te swoje lody, Ace ruszył żwawym krokiem ku właściwemu celowi ich dzisiejszej ucieczki. Wcale nie było tam tak daleko, wiecie? Po kilkunastu minutach drogi dotarli na tyłu starego, opuszczonego budynku kina. Elewacja popękała, powybijane szyby straszyły… ale w środku było całkiem fajnie, dlatego Ace całkiem sprawnie sforsował dziurę w zardzewiałym ogrodzeniu, a potem pomógł Cassie wdrapać się przez otwarte, niskie okno do środka.
W środku powitał ich zapach stęchlizny, gruz leżący pod nogami i porozrzucane śmieci. Bardzo sympatycznie. Przeszli przez ciemny korytarz i nagle znaleźli się w ogromnej, pustej sali kinowej. -
Ta daam - oznajmił dumnie Ace, rozłożył szeroko ramiona i obrócił się w stronę przyjaciółki. -
Odkryłem tę miejscówkę w zeszłym tygodniu razem z Chrisem i Thalią - dodał, krzywiąc się na samo wspomnienie Rosenhall. Cały czas nie rozumiał, dlaczego Chris - jego najlepszy przyjaciel - w ogóle był z tą Rosenhell, no ale… to nie był jego interes. Dzisiaj był tutaj z Cassie i zamierzał wyluzować. Przeszedł między rzędami zniszczonych siedzeń, wybrał jeden z foteli w pierwszym rzędzie, z którego wyłaziła już gąbka, i rozsiadł się na nim wygodnie. Wyciągnął długie nogi przed siebie i oparł głowę, wpatrując się w wielką, zakurzoną, czerwoną kurtynę, która była częściowo odsłonięta. -
Ciekawe, kiedy to wyburzą - rzucił w eter, po czym wskazał skinieniem głowy na fotel obok siebie, dając Birdy znać, żeby w końcu usiadła.
Birdy