Nigdy nie pytał o zgodę. Bo Donnie Bowen wspinał się po drzewach, żeby robić zdjęcia ptaków, wchodziła na zamknięte budynki, żeby łapać słońce. Żył po swojemu i z tego życia korzystał.
A potem zamykał się w czterech ścianach, żeby pisać nekrologi i ostatnie pożegnania, które ruszą za serce.
To Marii też chciał poruszyć.
I chyba nawet mu się udało, bo zamiast go wyprosić, to siedzieli w jej królestwie znowu zaglądając sobie w oczy. Znowu posyłając te ciekawskie spojrzenia.
-
Lubię gadać, moja babka mówiła mi, że powinienem zostać jakimś komentatorem, meczów na przykład, bo gęba mi się nie zamykała - uśmiechnął się do niej, bo mogła sobie teraz wyobrazić Donniego lat siedem, który wiecznie gadał. Teraz miał może trochę więcej lat, ale też... dużo mówił -
lubię słuchać, bo wtedy poznajesz ludzi, a ja lubię ich poznawać, mam znajomych w Stanach, dużo w Europie, ale też w Ameryce Południowej, ze wszystkich podróży wracam z nowymi znajomościami, bo na nie wiesz... Nie musisz mieć dużego plecaka - opowiadał jej opierając się o ladę.
Donnie zwiedził szmat świata. Poznał na swojej drodze wielu ludzi. I naprawdę potrafił się z każdym dogadać.
Uśmiechnął się kiedy Maria wspomniała o żonie Artura, i tym razem to on jej słuchał, a zielone oczy wodziły po jej twarzy.
-
Lubię ciasto drożdżowe... W ogóle ciasto - wtrącił się Donnie, z tym swoim wesołym uśmiechem, a zaraz opierał łokcie na blacie, układał głowę na dłoniach, wsłuchiwał się w opowieść Marii.
Wpatrywał w nią zielonymi ślepiami.
-
Brzmi dobrze, znaleźć kogoś takiego, z kim za pięćdziesiąt lat wciąż będzie się chciało chodzić za rękę - chociaż Bowen do tej pory unikał bliższych relacji. Kiedy zaczynało się robić poważniej to on znikał.
A w Toronto jeszcze siedział.
Sam nie wiedział, czy to za sprawą Aurelii, czy już może jej matki, którą chciał bliżej poznać?
Od tej nocy, którą spędzili razem, gdy też mogli sobie szeptać po hiszpańsku, albo włosku...
Ściągnął do siebie brwi, kiedy Maria znowu odezwała się do niego w ojczystym języku, jego hiszpański był na tyle dobry, że się dogadał, ale potrzebował chwili. Uśmiechnął się w końcu, kiedy zrozumiał jej słowa i już układał na języku wyznanie
tú también me gustas, że
on też ją lubił, ale zamiast tego przechylił na bok głowę -
por qué? -
dlaczego?, zapytał od razu, trochę głupio. Naiwnie, jakby naprawdę nie wiedział.
Ale przecież wiedział. Był młody, roztrzepany, ale nie głupi.
Nabrał w płuca więcej powietrza, kiedy Maria zapytała go o to, jak patrzy na swojego męża. Powinien to mówić? Wtrącać się?
Już to przecież zrobił.
-
Jakbyś czekała... - zaczął a jego zielone tęczówki odszukały jej piękne, przenikliwe spojrzenie -
na jego uwagę, na jakiś jego zryw... Aż powie ci sei bellissima -
jesteś piękna -
aż tak na ciebie spojrzy... - jak Donnie na nią patrzył cały czas.
Nie mógł oderwać od niej spojrzenia -
aż zaprosi cię do tańca i zapyta co dzisiaj robisz w swojej pracowni... - ale Javier tego nie zrobił.
To wszystko zrobił Bowen. To i jeszcze więcej.
Pewnie o tym wiedział, chociaż teraz z jakąś taką miną niewiniątka zaczepił ją trampkiem pod stolikiem, i pytał co on dla niej może jeszcze zrobić.
Dużo by zrobił.
Brudną robotę też.
-
Sam fakt, że pozwoliłaś mi tutaj wejść mnie cieszy, wiesz o tym? - musiała wiedzieć, kiedy te jego zielone oczy znowu błyszczały szukając jej spojrzenia. Kiedy palce odnalazły... kawałek dzbanka, na który na moment spuścił wzrok. Na tę chwilę, kiedy opowiadał jej te piękne
bajki.
A jednak na dźwięk jej głosu podniósł głowę.
Już miał się wtrącić i coś powiedzieć na temat
tych dzikich plaż, ale Maria zrobiła to za niego. A Bowen się uśmiechnął i z tym nasączonym wacikiem i kawałkiem ceramiki znowu zawiesił się na jej ślicznej twarzy.
-
Brzmi dobrze, ta ucieczka... Albo - podniósł spojrzenie gdzieś w sufit -
porwanie, mógłbym cię tam porwać Mario, tam gdzie można być wolnym - pochylił się nad stolikiem w jej kierunku. A na kolejne słowa wywracał oczami -
jakbyś chciała, to mogłaby być... nasza - tak jak była w tym parnym klubie, a potem tej gorącej nocy w pokoju numer trzynaście. To nie powinno się wydarzyć, ale...
Przez chwilę tworzyli swoje historie, na swoich zasadach, nie przejmując się niczym innym.
Może mogliby to powtórzyć?
-
Aurelia ma dużo swoich rzeczy, potrafi zająć się sobą, tylko ty byś musiała... Spławić męża i dzieciaki - diabeł jeden, do czego on ją namawiał?
Ale Donnie miał w sobie coś takiego.
Co jednak przecież ją kupiło i sprawiło, że raz już to zrobiła. Zapomniała o całym bożym świecie, przy nim.
-
Od razu zakładasz, że taka chwila może nie nastąpić, a zobacz, ta dzisiejsza też wcale nie była planowana, a jednak to się dzieje... - jego palce jakoś tak mechanicznie sunęły po ostrej krawędzi potłuczonej wazy, aż...
-
Kurwa... - pięknie to podsumował, ale wacik mu się omsknął, i przejechał szkłem po palcu, nie duża rana, kilka kropli krwi, które skapnęły na blat, a Donnie zaraz przyłożył do palca kolejny wacik.
Powie jej co by chciał?
Czy może to był kolejny znak od losu, że jednak nie powinni...
-
Pierdo la cabeza cuando estoy contigo y me hierve la sangre. Me gustaría besarte... una vez más -
tracę przy tobie głowę i sprawiasz, że moje krew wrze, odłożył na blat ten ubrudzony we krwi wacik, tuż obok kawałka ceramiki, którą też poplamił, a później... Bez ostrzeżenia, znowu, wyrwał się do niej. Opierając rękę na blacie pochylił się nad nią -
chciałbym... Cię jeszcze raz pocałować Mario - schylił do niej głowę. Zaciągając się zapachem jej perfum, delikatnym, który może pozostał jedynie gdzieś we włosach, a jednak znajomym, takim, który wdarł mu się w głowę tej pamiętnej nocy. Jego palce zaczepiły o jej kolano, kiedy podsunął do góry materiał zwiewnej halki -
a ty chcesz? - złapał jej spojrzenie, utkwił w jej oczach te zielone tęczówki, które mieniły się zadziornie.
Bezczelny gnojek.
Zrobił to.
Zamknął jej pełne, gorące wargi w pocałunku, takim, który chodził im po głowach od tej nocy. Który wisiał w powietrzu i był jakąś nikłą obietnicą tych wspólnych wakacji. Gorącego piasku, parzącego słońca, słonej wody... Wolności.
Pierdo la cabeza cuando estoy contigo y me hierve la sangre. Me gustaría besarte... una vez más ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ
་༘࿐