W przeciwieństwie do przyjaciela, nie zamierzał nawet udawać – choćby i w ten wyjątkowo nieudolny sposób – że wizja wieżyczek ułożonych z pieluch miałaby go w żaden sposób nie bawić. Doskonale świadczył o tym szeroki uśmiech, który ewidentnie nie zamierzał znikać z twarzy Dantego i z którym dzielnie zniósł nawet to lekkie uderzenie w ramię. Choć pewnie znacznie mniej byłoby mu do śmiechu, gdyby rzeczywiście te
pieluchowe zakupy miały dotyczyć właśnie jego. Wraz z późniejszą nauką robienia z nich użytku i przewijania dziecka, które na szczęście
nie miało póki co pojawić się na świecie.
–
Wyobraź sobie, że jakieś parę godzin temu to mogłaby być wizja bardziej jak z jakiegoś horroru. Teraz to faktycznie nawet zabawne – parsknął, unosząc w kolejnej chwili butelkę do ust i orientując się, że i ta najwyraźniej w międzyczasie jakoś tak
opustoszała. Bez większego namysłu wymienił ją więc na kolejną, kontynuując przy okazji zaczętą wypowiedź. –
No i przemyśl to jeszcze, taki wystrój na pewno pasowałby ci do mieszkania…
Choć może rzeczywiście zakup, o którym Stones wspomniał, był mimo wszystko tym nieco ciekawszym od jakichś tam pieluch. Może i Dante niekoniecznie należał do osób, którym faktycznie starczałoby cierpliwości do składania jakichś bardziej skomplikowanych zestawów lego – bo przecież nie było niczym nowym, że do raz przerwanego zajęcia za bardzo nie miał w zwyczaju wracać, znajdując sobie w międzyczasie przynajmniej kilkanaście innych i o tym pierwszym zwyczajnie zapominając – ale…
–
Jakbyś potrzebował wsparcia, to… – tu uniósł wymownie butelkę, zanim upił z niej kolejnych kilka łyków. –
Wiesz, przy alkoholu na pewno pójdzie sprawniej. Chociaż jest szansa, że niekoniecznie wyjdzie z tego to, co mogłoby sugerować opakowanie…
Trudno byłoby nie parsknąć znów krótkim śmiechem, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak takie wspólne składanie jakiegokolwiek zestawu musiałoby się skończyć. Najpewniej już po kilku drinkach, czy tam innych piwach, mogliby uznać, że jakakolwiek instrukcja była im absolutnie
zbędna i że bez niej poradzą sobie po stokroć lepiej. A w efekcie ułożyć z klocków na przykład jakąś koślawą wieżę, która raczej niewiele miałaby wspólnego z przedstawioną na opakowaniu ilustracją… Zresztą, taki scenariusz nie był przecież nawet aż tak bardzo odrealniony –
na pewno w trakcie swojej znajomości przynajmniej raz musieli próbować wspólnie uporać się z jakimś zestawem. I nie było najmniejszych szans, żeby to się udało…
Przytaknął z rozbawieniem na pomysł nagrania filmiku, jeśli rzeczywiście miałby się zdecydować na zamówienie tej niedorzecznej wersji pizzy. Bo tak, zdecydowanie musiałoby to być coś, co byłoby warte uwiecznienia – nawet jeśli potencjalnie obecna przy tym przedsięwzięciu Elsa mogłaby mieć na ten temat zupełnie inne zdanie… W końcu nie było jakąś wiedzą tajemną to, że z ich dwojga to właśnie ona potrafiła przefiltrować wszystkie te
wspaniałe pomysły Dantego, dzieląc je na te względnie akceptowalne i kompletnie durne. Przy czym – znów żadne zaskoczenie – zazwyczaj przeważały jednak te drugie…
–
A przypadkowe odcięcie ucha na fryzjerskim fotelu to pewnie całkiem popularny wypadek… Tyle, że nie mam pewności, kto ostatecznie miałby to ucho stracić, więc… no, może lepiej nie sprawdzać – roześmiał się raz jeszcze, mimo wszystko nie potrzebując jednak groźby utraty ucha, żeby rzeczywiście nie czuć potrzeby oglądania się za kimkolwiek innym. Zwłaszcza, że ta –
na szczęście…? – i tak wydawała się dość mało realna. Z oczywistych względów Elsa wybrałaby jednak nieco mniej
krwawe rozwiązanie, toteż… może mimo wszystko żadne uszy nie były zagrożone. A przynajmniej nie aż tak bardzo…
–
Na szczęście nikt cię nie pyta, co byś wolał – wzruszył wymownie ramionami, ani nawet myśląc o tym, żeby brać pod uwagę jakieś tam preferencje Stonesa, jeśli chodziło o potencjalną pamiątkę z Włoch. Miał dostać najbardziej idiotyczną rzecz, jaką Dantemu uda się znaleźć – to było już postanowione i Eric nie powinien nawet łudzić się, że mógłby tutaj cokolwiek zaradzić jakimś swoim
wolałbym. Ale to chyba doskonale powinien już wiedzieć – znali się przecież nie od dziś, a wzajemne wymyślanie najbardziej absurdalnych urodzinowych prezentów można było już chyba uznać za swego rodzaju tradycję. Nie inaczej musiało być więc z pamiątkami z wakacji.
–
Może innym razem. Teraz podobno razem z Olive mają trafić do rodziców Elsy – wywrócił oczami, nie musząc chyba dodawać na głos, co sądził na temat zostawiania psa na trzy tygodnie u ojca swojej dziewczyny. –
Mam nadzieję, że przez tych parę tygodni Murphy zdąży zeżreć jej ojcu jakieś buty. Albo przynajmniej do nich nasrać, jak jakimś cudem uzna je za totalnie niejadalne…
Oczywiście, że jakoś tak niespecjalnie – delikatnie powiedziane… – przepadał za facetem, który kiedyś być może faktycznie mógłby zostać jego
teściem. Zresztą, z wzajemnością. O ile więc mogło być mu przynajmniej trochę głupio – przez jakieś pięć minut – za wszelkie zniszczenia, których szczeniak mógł dokonać w mieszkaniu przyjaciela, to… na pewno nie miałby najmniejszych wyrzutów sumienia, gdyby ten podobnie destrukcyjnymi zdolnościami wykazał się w domu Eriksenów. Na szczęście mało prawdopodobne było, by Murphy mógł go pod tym względem rozczarować.
Nie komentując już w żaden sposób tego smsowania
o wszystkim i o niczym, przeniósł spojrzenie na piłkę, która potoczyła się wprost przed okupowaną przez nich ławkę. A także – to już kwitując jeszcze jednym wybuchem śmiechu – na przyjaciela, który dość nieudolnie chciał chyba do niej podejść.
–
My zwiewalibyśmy raczej komuś spod domu po wybiciu mu szyby, a nie grzecznie grali w parku… – zauważył z rozbawieniem, samemu podnosząc się z ławki, żeby wyręczyć Stonesa w oddaniu dzieciakom ich własności. O ile jednak jemu przynajmniej udało się trafić do piłki – a nawet
w nią, gdy już postanowił ją kopnąć – to jednak… chyba musiał
trochę przeszacować odległość, w jakiej znajdowali się oczekujący na nią chłopcy. Ta zatoczyła więc w powietrzu całkiem ładny łuk, trafiając ostatecznie… wprost do znajdującej się niedaleko rzeki. Co zresztą trudno było skomentować inaczej, jak tylko kolejnym rozbawionym parsknięciem. Zwłaszcza po całkiem zasadnym i niewymagającym raczej odpowiedzi pytaniu jednego z chłopaków o to, czy
kompletnie go popierdoliło.
–
O, to już bardziej zabrzmiało jak my – zaśmiał się, odwracając się w kierunku przyjaciela, kiedy dzieciaki odbiegły, najpewniej zamierzając wspólnie wykombinować, jak mogliby tę nieszczęsną piłkę odzyskać…
Eric Stones