
Wszechświat rozpoczął się od ciszy.
Przynajmniej ten mały, należący do paroletniej Diane zyskującej pierwsze wspomnienia, które miały z nią pozostać do dorosłości. Pamiętała ciszę ich mieszkania, wyzierającą z otwartych okien, oblepiającą ściany i podłogi. Pamiętała też jej źródło - pokój, który w mglistych odmętach jej dziecięcych myśli był znajomy, jakby kiedyś należał do niej, nim został przekształcony w coś innego, czego nie poznawała.
Pamiętała skomplikowane łóżko tkwiące na jego środku i dziwną tubę, z której odchodziły wężyki. Tuba wydawała przerażające odgłosy, ale łóżko podnosiło się i opadało - posiadało własnego pilota! Dziadek niejednokrotnie pozwalał się jej nim bawić i razem z łóżkiem, wznosiła się i opadała wewnątrz tego pokoju, który był niby jej, a niby nie.
Na samym początku jej mamę to bawiło. A przynajmniej tak jej się wydaje, bo jej śmiech również należy do tych mglistych ech czegoś, co powinna pamiętać, a co stale jej umykało.
Dziadek jest bardzo chory - stwierdzenie, któremu przytakiwała, raz za razem, rozumiejąc, ale nie do końca wiedząc, co to mogło znaczyć w teorii.
Znała zaś praktykę.
Dziadek przeniósł się do ich domu gdy miała parę lat. Mama powtarzała, że nie pozwoli mu tkwić w żadnym ho-szpis-um, a dzięki temu, że z nimi zamieszka, będzie mogła się nim lepiej opiekować. Całemu przeniesieniu towarzyszyła pewna energia, jak wszystkim zmianom, które zwiastowały coś lepszego - tym, w którym jej matka zrezygnowała z pracy i tym, w którym jej ojciec dostał awans i wszyscy z jakiegoś powodu odetchnęli z ulgą. Energia jednak była ulotna.
Gdy znikała, jej dziadek nie zapraszał jej już do pokoju i nie czytał jej bajek. Mama, choć była w domu ciągle, wcale nie miała dla niej czasu. Tata zniknął, wracając gdy już spała i wychodząc nim obudziła się do szkoły.
Po każdej zmianie dom wracał do swojego pierwotnego założenia - do ciszy, wypełniającej wszystkie pomieszczenia. Cisza była pożądana. Cisza oznaczała, że nie było problemu, którym trzeba było się zająć. Potwierdzała, że dziadek chwilowo spał, nie krzyczał, nie dusił się, nie kaszlał. W ciszy jej rodzice spali, zamiast kłócić się nocą.
W ciszy Diane odrabiała swoje lekcje, odgrzewała jedzenie dla siebie i dziadka, zmywała naczynia, odciążała zmęczoną matkę jak tylko mogła. W ciszy nie sprawiała problemów.
Co to znaczy - umrzeć? Najwyraźniej to znaczy pojechać do szpitala i już z niego nie wrócić. Prosta odpowiedź na proste pytanie. Nie wiedziała, dlaczego nikt nie potrafił wytłumaczyć jej tego konceptu w należyty sposób.
Nie wiedziała też, dlaczego ta jedna noc różniła się od pozostałych, w których dziadek znikał zabierany karetką. Dlaczego gdy jej matka wróciła do mieszkania, jej twarz była pozbawiona łez, oczy zimne, usta zaciśnięte w wąską linię. Dlaczego powinna ubrać sukienkę, której nie znosiła, na pogrzeb. Skoro miała się z nim pożegnać, z pewnością nie mógł jej w tym zobaczyć. Dlaczego brak dziadka, będącego nieustannym powodem kłótni jej rodziców zamiast skierować ich z powrotem ku sobie, sprawił, że tata spakował swoje rzeczy w środku nocy i zniknął. Dlaczego jej mama nigdy już nie była taka sama.
Dlaczego choć umarła jedna osoba, zniknęli zarazem wszyscy inni?
Tak wiele pytań, dlaczego nikt nie potrafił udzielić jej na nie odpowiedzi?
Cisza biblioteki była znajoma.
Pośród jej regałów pachnących kurzem i starym papierem odnalazła spokój, którego nie była w stanie zaznać w pokoju, który znów wrócił w jej posiadanie. Spędzała w niej większość swojego czasu, podobnie zresztą jak przyjaciele z przypadku, których poznała w trakcie swojej młodości. Podobnie jak oni, miała swoje ambicje, aspirowała do wielkości - w jej dłoniach znajdywały się podręczniki, wydane prace naukowe i wszystko, czego potrzebowała do dalszego kształcenia się ponad poziom, na którym była obecnie.
To pod nimi chowała fikcję. Małe światy zaklęte w papier, źródło jej ucieczki i fascynacji. Być może w tym tkwił jej problem od samego początku - to nie świat rzeczywisty pchał ją w stronę nauki, tylko wszystkie te bajki, które powstały nim zainspirowane. Te, w których obce planety przyciągały swoim niebezpieczeństwem w subtelnym tańcu realizmu hard sci-fi i kompletnej fantazji.
Te, w których cisza zamieszkiwała wyłącznie kosmiczną pustkę.
Przez wiele miesięcy mijali się bez słowa.
Dwójka podróżników w świecie ludzi usiłujących znaleźć odpowiedzi na coraz bardziej abstrakcyjne pytania. Z początku nie zwróciła na niego uwagi - kolejna twarz w morzu innych, skupionych na nauce i tego rodzaju fantazyjnym myśleniu, które jakby na przekór było wymagane w ich skrajnie logicznej branży.
Nie wiedziała, kiedy zaczęła dostrzegać jego czuprynę w pomieszczeniu pełnym ludzi, ani kiedy jej wzrok zaczął umykać w bok gdy jego zbliżał się niebezpiecznie blisko. Im bardziej stawała się go świadoma, tym większą czuła potrzebę odsunięcia się w bok - potrzebę tak głęboką, że któregoś dnia słysząc jego głos panicznie odwróciła się w bok z potrzebą ucieczki wyłącznie po to, by odbić się od jego klatki piersiowej i wyrzucić wszystkie ich notatki na ziemię.
Był jej kompletnym przeciwieństwem. Był osobą, która nie przestawała mówić gdy ona, z nawyku, milczała. Był pasjonatem, na którego twarzy wymalowana była każda, odczuwana przez niego emocja gdy jej stoickość maskowała najgłębsze uczucia. Był żywiołem, który wypełnił ich wspólny dom śmiechem.
Był złodziejem, który pozbawił jej życie ciszy.
Nigdy nie sądziła, że jej życie będzie usłane różami.
Nie było nimi gdy jej matka odeszła na miesiąc przed tym, gdy powiedzieli sobie tak. Gdy któregoś dnia wyszła z łazienki z plastikową wróżbą w dłoni, zwiastującą, że niedługo zostaną rodzicami. Gdy próbowali pogodzić swoje naukowe kariery ze stworzeniem rodziny. Gdy kończyła swój doktorat z formowania układów planetarnych i egzoplanet, jednocześnie usiłując być dobrą, obecną matką.
Nie sądziła jednak, że kiedykolwiek do jej życia powróci cisza.
Ta, w której spędzała swój wieczór sama gdy on zamykał się w gabinecie, poświęcony projektowi, do którego został przydzielony. W której czesała ich córkę podczas gdy on wściekał się na niedziałającą drukarkę, która miała właśnie pokrzyżować wszystkie jego plany.
Cisza, która została między nimi gdy dla ich dobra zrezygnował z własnych marzeń, których nie dało się wypędzić z ich domu - tkwiły w jego wnętrzu, jak zagnieżdżone w jego kątach duchy. Otrzymane nagrody, oprawione strony z gazet, ślady przeszłości, tego, kim mógłby być.
Cisza towarzyszyła jej w pomieszczeniu zbyt ciasnym, by mógł pomieścić ich prawników. Została z nią gdy zrezygnowała z własnej posady, nie informując o tym nikogo poza swoją córką. Oblepiała wnętrze ciasnego mieszkania jej ojca gdy informował ją o swojej chorobie.
W ciszy odnalazła swój komfort, w papierze zaś ucieczki do tych światów, które nie zostały jeszcze stworzone.