-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Odpędzając z głowy mało korzystne myśli, które tylko mu humor rypały, sięgnął po telefon, szukając numeru Benjamina. Przynajmniej z nim można było pogadać o pierdołach, odcinając się od tej pochrzanionej melancholii, która go dopadła. Nie był tym typem, nie użalał się nad sobą i z całą pewnością nie pozwalał, żeby przeszłość przejmowała nad nim kontrolę. Były rzeczy, których przeskoczyć nie potrafił, ale nie było mowy, że zalegnie teraz w domu, chowając się pod kołdrą i puszczając depresyjną muzykę. Nie był emocjonalną do porzygu babą.
Wystukał szybko wiadomość, przechodząc od razu do konkretów. Interesowało go jak cholera, czy Benjaminowi udało się dobrać do majtek sztywniaka, o którym wspomniał ostatnim razem. Wyzwanie, które rzucił mu Vanberg było dość banalne i ktoś pokroju Thallmana powinien sobie poradzić raz dwa. Przecież nie pierwszy raz kogoś bajerował, prześcigając się z tancerzem w podbojach. Ciekawe, czy zdarzyło im się zaliczyć te same osoby. Toronto może i duże, ale obaj obracali się w podobnym towarzystwie.
Uniósł lekko brwi, kiedy przyjaciel odpisał mu, że nadal działa. Co jest? Czyżby blondas był aż tak oporny? może faktycznie nie gustował w chłopcach. On osobiście uważał, że ograniczenia co do płci odbierały zabawę, ale miał świadomość, że nie każdy wychodził z podobnego założenia. Nie każdego dało radę przekonać i nie każdemu heterykowi dało się z taką łatwością rękę do gaci wsadzić.
Wyrzucił niedopałek do popielniczki, dostrzegając we wiadomościach Benjiego potrzebę. Nie cielesną, a bardziej mentalną. Może i Dean był chujem jakich mało, za nic mając emocje innych, ale kiedy w grę wchodzili przyjaciele, potrafił wysłuchać i być. Proszę, takiego mało kto go znał!
Zgarnął z lodówki ośmiopak i skierował się do domu chłopaka. Było późno, nie chciał narażać się Albiemu hałasem i nie chciał spotkać Młodej, która jeszcze pomyślałaby, że lezie do niej. Niewiasty bywały nieobliczalne.
Postawił piwo obok siebie, sięgając po drobne kamyczki. Stał centralnie na przeciwko okna sypialni Benjamina, które oczywiście było zamknięte. Rzucił, trafiając w szybkę.
-Julio, do kurwy, otwieraj to okno, bo trunek się grzeje! - rzucił, mając nadzieję, że nie obudził nikogo. Potrzebował zwrócić uwagę chłopaka, który oczywiście go zignorował. O ile zakład, że słuchał głośno muzyki na słuchawkach?
Westchnął i nie pozostało mu nic innego, jak wtaszczyć się na daszek, z którego mógł przedostać się do sypialni przyjaciela, niczym Spiderman.
Kiedy wgramolił się na podwyższenie, wyglądając dla osoby postronnej niczym gangus, zapukał w szybę.
-Romeo przyszedł, chociaż Julia to z ciebie chujowa, wiesz? Serenady chciałem ci śpiewać, a ty wolisz jakieś smętne wycie - rzucił na powitanie, kiedy ostatecznie został wpuszczony do środka.
Juliet
-
shooting star, straight through the heart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Każdy dzień był coraz cięższy. Coraz trudniejszy do opanowania, jeśli chodziło o jakiekolwiek emocje, które w nim siedziały. Czuł odrzucenie na każdej możliwej płaszczyźnie ze strony Kierana, a w dodatku ta pierdolona kwestia ze słuchem wcale nie pomagała jego pewności siebie. Bał się, że bez tego stanie się nikim. Że bez muzyki, bez śpiewania, bez tej jednej rzeczy, która trzymała go jeszcze w całości, nie zostanie z niego absolutnie nic. Nie mógł nikomu o tym powiedzieć. Przynajmniej nie teraz. Potrzebował na razie bliskości, zrozumienia i czegoś, co dałoby mu przez moment sens. Czegoś, co sprawiłoby, że poczuje, że do czegoś należy. Ciągłe odtrącenia go męczyły. Czuł się niczym śmieć.
Leżał na łóżku, odwrócony w stronę okna, z głową schowaną pod poduszką, próbując stłumić w sobie ten cholerny atak paniki, który dopadł go zaraz po tym, jak wysłał wiadomość do Deana. Nie słyszał niczego, co mogłoby świadczyć o tym, że tamten próbował dobijać się do jego pokoju. Po chwili jednak poprawił się na łóżku i o mało nie zszedł na zawał, widząc przyjaciela udającego spajdermena. Parsknął śmiechem pod nosem, podniósł się i otworzył okno. - Julia ma chujowy dzień - rzucił, przyglądając się brunetowi i zgrzewce piwa, którą zaraz wziął z jego dłoni i odstawił gdzieś na biurko. Miał dzisiaj syf w pokoju, ale to nie tak, że się tego wstydził. Dino nie raz już u niego bywał i widział gorsze rzeczy niż porozwalane ciuchy, puste puszki i ogólny obraz egzystencjalnje katastrofy. Benjamin przejechał dłonią po włosach i spojrzał na niego zrezygnowany.
Bliskość. Łaknął jej. Bardziej niż wcześniej.
Zrobił krok do przodu, zbliżając się do Deana, i po prostu się do niego przytulił. Mocno. Schował twarz w zagłębieniu jego szyi, zaciskając palce na materiale jego koszulki, - romeo, mam wrażenie, że zwariuję - wydusił z siebie drżącym głosem. Po chwili uniósł twarz, żeby spojrzeć mu w oczy. - Cały świat mi się sypie. - I nie chodziło tylko o Kierana. Ze złamanym sercem, nawet gdyby naprawdę się w nim zakochał, jakoś mógłby sobie poradzić... Najpierw blondyn musiał pozwolić mu się zbliżyc do niego... Chodziło o coś gorszego. O to, że bez muzyki stanie się nikim. Przetarł oczy wierzchem dłoni i ułożył dłoń na policzku bruneta. - Zostań ze mną dzisiaj - wyszeptał, zbliżając twarz do jego. A potem delikatnie musnął jego usta swoimi. Może zachowywał się egoistycznie w ten sposób wykorzystując przyjaciela, ale w tamtym momencie pocałunki i bliskość brzmiały lepiej niż słowa, które miał na końcu języka. Słowa, które sprawiłyby, że naprawdę musiałby przyznać, że jego świat się kończył.
romeo
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
A żeby go chuj jasny strzelił. Benjamin i te jego pieprzone pomysły w środku nocy, kiedy przyjacielską manipulacją wyrywał Vanberga z domu, dodatkowo zmuszając, żeby się gimnastykował niczym jakaś baletnica. Wisiał mu przysługę i to niemałą. Mógł być pewien, że Dean odbierze sobie z nawiązką to, co jego.
-To niech Julia lepiej się ogarnie, bo nie po to narażałem życie, żeby jeszcze z niczym zostać. A pocieszyciel ze mnie marny, sam to wiesz - stwierdził, kiedy ciężar puszek został mu odebrany. Chwila ulgi i już mógł stać pewniej na nogach, zapominając, że jeszcze kilka sekund wcześniej znajdował się parę metrów nad ziemią. Czego nie robiło się w imię przyjaźni. Jeśli jeszcze ktoś miał wątpliwości, czy Dean Vanberg posiadał serce, to tak, posiadał. Był tylko wyjątkowo selektywny jeśli chodzi o okazywanie jakichkolwiek pozytywnych emocji i przejawów człowieczeństwa, i tylko nieliczni mogli sobie pozwolić na dostrzeżenie jego zalet. Resztę miał głęboko w poważaniu.
Zmarszczył lekko brwi, dostrzegając wyraz twarzy Benjamina. Ewidentnie coś było nie tak i o ile Dean radził sobie z własnymi emocjami, tak te drugiej osoby potrafiły wprawić go w konsternację. Jak teraz, kiedy Thallman zmniejszał dzielącą ich odległość, a tancerz widział w jego oczach dziwny ból i pustkę. Na litość wszechświata, co znowu przegapił i co odjebało się w życiu blondyna.
W pierwszej chwili zareagował spięciem, zszokowany, że Benji go przytulił. Wiadomo, bromance trwało już kilka ładnych lat, ale teraz w tym geście była jakaś potrzeba, której być może Vanberg nie potrafił zaspokoić. Chciało się rzucić żartem, chciało posłać jakiś zjebany komentarz, ale nie miał na to serca. Nie, kiedy mu się tu ziomek rozklejał.
Poklepał go po plecach, wykrzesając z siebie jakiekolwiek oznaki empatii. Współczuł mu, to pewna. Z tym, że akurat jeśli chodziło o bardziej skomplikowane odczucia, Dean był raczej nogą.
-Jak się sypie, Benji? Co się stało? Nie mów mi, że przegapiłem coś ważnego, bo skoczę z tej marnej imitacji balkonu - westchnął. Zdecydowanie potrzebowali się napić. Po alkoholu wszystko przychodziło z łatwością. - Stary, po to przylazłem - skomentował tuż przed tym, jak chłopak delikatnie dotyka jego warg własnymi. No dobrze, to nie powinno tak wyglądać.
Ujął w obie dłonie twarz przyjaciela, powstrzymując go przed popełnianiem większych błędów.
-Benjamin - zaczął łagodnie i już samo to brzmiało poważnie; rzadko odzywał się do niego pełnym imieniem, na dodatek takim tonem. - Będziesz tego żałował, obaj to wiemy. A teraz mów, o co chodzi. I bez owijania w bawełnę. Pamiętaj, że wiem kiedy kłamiesz i próbujesz mnie w chuja zrobić - rzekł, sadzając go na krawędzi łóżka. Jeszcze tego brakowało, żeby robił za terapeutę!
benjamin thallman
-
shooting star, straight through the heart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale kiedy Dean, normalnie mesjasz od siedmiu boleści, go odsunął, coś w Thallmanie po prostu się przestawiło. Stracił resztki panowania nad sobą. Przymknął oczy, mocno je zaciskając, próbując zatrzymać łzy, które zbierały się w nim z rozpaczy i złości. - Cholera, Vanberg! - rzucił sfrustrowany. - Nie będę... proszę. - Przyciągnął go do siebie za koszulkę, całując desperacko jego szyję, żuchwę, a potem nachalnie jego usta. Czemu, kurwa, tego nie odwzajemniał? - Czego nie możesz pojąć?! Potrzebuję cię... - Uderzył go w ramię, odpychając od siebie. - Pierdolony egoista - prychnął pod nosem, kiwając głową z niedowierzaniem. Odchylił głowę do tyłu i wydobył z siebie żałosne parsknięcie śmiechem. - Unfuckingbelievable. - Zniżył wzrok na swojego przyjaciela. Był w takim headspace, że gówno go obchodziło, czy się pokłócą, czy nie. Musiał się wyżyć. Musiał wyrzucić z siebie gniew i niestety Dean znajdował się w jego najbliższym polu ataku. - Wynoś się. Nie chcę cię już widzieć - rzucił, odwracając się do niego plecami.
Po chwili jednak znowu na niego spojrzał. - Dean, wielki pogromca cipek i kutasów, pan nigdy się nie zwiąże, bierze wszystko wtedy, kiedy chce i co chce, bez żadnych konsekwencji, nagle nie jest w stanie odwzajemnić pieprzonego pocałunku? - spojrzał na niego z drwiącym uśmiechem. - Sumienie cię uderzyło czy za bardzo ci się spodobało ostatnim razem, huh? - Podszedł do zgrzewki, chwycił butelkę i uderzył szyjką o kant biurka tak, że kapsel się poluzował. Upił duży łyk piwa i usiadł na łóżku, nie wiedząc już, co jeszcze miał powiedzieć. Był zły na wszystko i wszystkich. Na samego siebie też, za to, że kiedykolwiek pozwolił sobie coś poczuć. A przede wszystkim był zły, że jedyna osoba, która miała mu pozwolić zapomnieć o tym bólu, zdecydowała się zrobić dokładnie to, czego Benjamin w tamtym momencie nie chciał.
vanberg
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Lustrował go uważnie wzrokiem, samemu starając się pojąć o co tu kurwa chodziło. Nigdy nie widział go tak skołowanego. Był prawdziwą emocjonalną bombą, która lada chwila mogła wybuchnąć, siejąc spustoszenie.
Brwi powędrowały ku górze, kiedy dosłyszał frustracją w głosie przyjaciela. Na litość kurwa wszystkiego. Czym zasłużył sobie na takie przedstawienie?
-Będziesz i nie zmienisz tego. Nie będę grał dzisiaj w tę grę, Thallman. Popatrz na siebie. Zachowujesz się jak ćpun na głodzie - skomentował jego zachowanie, nie reagując na pieszczoty, którymi go raczył. Gdyby był kimś innym, sprawy potoczyłyby się inaczej. Ale był jego rodziną z wyboru. Kimś, za kim stał zawsze murem i kogo w razie konieczności odwodził od głupich pomysłów. Jak teraz. Vanberg był lojalny, na dobre czy złe.
-Masz mnie tutaj. Wspiąłem się po tym jebanym daszku, napaleńcu. Zareagowałem na twoją wiadomość, ale nie po to, żeby dać się przelecieć, tylko żeby pozwolić ci mówić, bo najwidoczniej wewnętrznie cię rozpierdala - zaczął, a w jego głos wdarł się chłód. Mina stężała pozwalając, by zwolna twarz stała się kamienną maską. To on się tutaj produkował, życie narażając i z własnymi lękami walcząc, a w zamian dostawał gównem w twarz? No zajebista ta przyjaźń, taka kolorowa i podnosząca na duchu. - No kurwa jak baba w okresie - żachnął się, przeczesując dłonią włosy.
Wbił w niego ciemne tęczówki, w których przygasły wcześniejsze ogniki. Nie było już wesołości, nie było zaproszenia do wspólnego chlania. Była irytacja i poczucie jawnej niesprawiedliwości.
-Czyli tak… potraktowałeś mnie właśnie jak szmatę, chociaż nie dałem ci się zmacać, wyładowując przy okazji na mnie swoją frustrację. Nie wiem, co się u ciebie odjebało Thallman, ale ja się tak bawić nie będę. Rób sobie tanią dziwkę z kogoś innego. Nie wiem, może z tego twojego prawniczka, co? - prychnął, kręcąc głową. Przyjaciel przyjacielem, ale gdzieś w środku zakuło Vanberga, jakie zdanie miał o nim chłopak. Zupełnie, jakby obaj nie prześcigiwali się w tym, ilu zaliczą.
benjamin thallman