35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie chciał tego widzieć.
Przerażenia w jej oczach gdy wkraczał do środka pomieszczenia, ulgi wymieszanej z bólem gdy obróciła głowę w jego stronę. Pragnął powiedzieć jej, żeby się zatrzymała - przestała ruszać, tkwiła w jednej pozycji, w tej, która przynosiłaby jej najmniej bólu. Pragnął sprawić, by ten ból zniknął bezpowrotnie.
I zapomnieć, że to on go spowodował.
Nie bezpośrednio, oczywiście. Jego wyrzuty sumienia nie sięgały wyciągniętego w jej stronę pistoletu i naciśnięcia na spust. Właśnie dlatego sięgały tak głęboko - wydawały się ugruntowane w obiektywnej ocenie. Owszem, nie on spowodował, że Collins do niej strzelił, ale czy nie znalazła się tam wyłącznie dlatego, że nie potrafił przekonać jej do usiedzenia w miejscu?
A czy to wszystko nie było przecież efektem tego, że s k ł a m a ł?
Z tą świadomością znalazł się przy jej łóżku, z nią uklęknął obok, ignorując wszystkich pozostałych znajdujących się w pomieszczeniu. Jego usta wygięły się w lekkim uśmiechu, pozbawionym jednak stojącej za nim radości. Nie potrafił cieszyć się z tego, że była przytomna, że do niego mówiła - nie, gdy jego umysł skupiał się na tym, że leżała w szpitalnym łóżku.
- Nie wiedziałem, że mamy dom - odrzucił z nutą rozbawienia, choć jednym uchem słuchał wszystkich informacji, które próbował przekazać im jej lekarz.
Notował mentalnie to, co trzeba było teraz zrobić, na jak długo była wyłączona ze służby, jakie miała przyjmować leki. Choć jego twarz zwrócona była do Margo, słyszał wszystko, jakby pomiędzy tymi słowami miały być schowane kolejne ryzyka. Jakby gdzieś między jednym zaleceniem a drugim, mężczyzna miał powiedzieć, że tak naprawdę się nie udało, a wtedy on ocknąłby się z własnego rodzaju sennej mary.
- Ty wyglądasz znacznie gorzej - odpowiedział z przekorą, a coś w jego sercu ociepliło się czując kobiecą dłoń w jego włosach. - W dodatku uwaliłaś mi całe auto.
Odwrócił głowę, wyłącznie po to by przytaknąć lekarzowi i tym samym, mało subtelnie, poprosić go o chwilę prywatności. Pielęgniarka wciąż coś sprawdzała na aparaturze, po której powiódł czujnym spojrzeniem nim zaczęła kierować się do wyjścia, zostawiając ich z ciszą przerywaną wyłącznie pikaniem.
- Myślałem, że cię straciłem - szepnął, sięgając do jej wilgotnego policzka by zetrzeć kolejne łzy, mknące na spotkanie szpitalnej pościeli. Była to kolejna rzecz, której nie chciał widzieć - a zarazem widok tak rzadki, że każdy jego przypadek wypalał się w jego pamięci, niezdolny do zatarcia. Margo nigdy nie płakała. - Nie wiem, co bym zrobił, gdyby tak się stało.
Kolejne kłamstwo, jakby nawet w chwili takiej jak ta nie potrafił się od nich opędzić.
Wiedział, co by zrobił - w jakie miejsce się udał, ku komu skierował własną broń, w jaki punkt czaszki wycelowałby swoją broń.
Wiedział wszystko, a jeden rzut oka na nią pokazywał mu, że wiedziała to również ona.

też tak potrafie
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lawina konsekwencji, którą wprawili w ruch swoją bezmyślnością, sięgała bardzo daleko.
To prawda, że jej początek brał się z chwili, w której Rhys samotnie podjął decyzję, by wkroczyć na ścieżkę prowadzącą wyłącznie w najciemniejsze zakamarki. Była jednak pewna, że to mieli już za sobą. Że oboje doskonale rozumieli w jakiej wtedy się znalazł sytuacji i jak bardzo nie miał wyjścia. Że prawdopodobnie ona zrobiłaby dokładnie to samo, gdyby znalazła się w tamtej łazience, a w wannie leżałby on - człowiek, którego kochała najmocniej.
Ona również nie była bez winy. Zabraniał jej, wielokrotnie mówił kim był, gdzie znajdowało się jego miejsce i w którym momencie kończyło się to, które ona mogła przekraczać, a zaczynało to, do którego nigdy nie powinna zaglądać. Jej upór był jednak p o n a d to. Tak samo jak ciekawość i zgubna pewność siebie.
Być może wydawało mu się, że to przez niego zakorzeniła się w niej potrzeba zniszczenia Ventresci. Przecież ta irracjonalna myśl pojawiła się znacznie wcześniej, w chwili, gdy nie miała jeszcze najmniejszego pojęcia o jego powiązaniach z Sergio Carbone'em.
Niestety wiedziała też, że jakkolwiek bardzo próbowałaby mu to wyjaśnić i tak nie przyjąłby tych słów do siebie. Wyrzuty sumienia nie pozwoliłyby mu ani oddychać, ani żyć. Znała go. Widziała to w stłumionym, pustym uśmiechu, którym próbował ją okłamać. W dotyku, będącym desperacką próbą upewnienia się, że naprawdę tu była. W spojrzeniu, które jednocześnie błagało, by nie przestawała mówić, że nadal go kocha, że wciąż mają szansę, a równocześnie pragnęło, by wyrzuciła go za drzwi raz na zawsze.
Z n a ł a go.
I choć bardzo chciała się z nim sprzeczać, powiedzieć mu, że maska, którą właśnie założył, była dla niej boleśnie łatwa do przejrzenia, nie miała na to siły. Chyba też wolała jeszcze udawać, że wszystkie te kłamstwa nie wyrządziły im żadnej krzywdy. - To był mój popisowy numer, bo trzaskanie drzwiami przestało działać - odpowiedziała cicho, pociągając nosem, gdy powoli przerażenie i panika ustępowały miejsca spokojowi. Chyba tylko dzięki silnym lekom była w stanie ignorować złość, bo to jedno uczucie ani razu nie wróciło od chwili, w której otworzyła oczy. - Powiedz, że się wściekłeś i zadziałało, bo na razie na więcej mnie nie stać.
Jej ciężka dłoń nadal przesuwała się po jego włosach, powoli zsunęła się na zarośnięty policzek, by po chwili musnąć opuszkami jego usta. Patrzyła na niego z przymrużonymi oczami, jakby próbowała zapamiętać każdy szczegół. Chciała wyryć ten obraz w pamięci, bo była przekonana, że tamten sen jeszcze do niej wróci. Pragnęła, żeby wrócił. Chciała znowu znaleźć się na tamtej plaży i dokończyć wszystko to, czego nie zdążyła zobaczyć.
- Przepraszam - wyszeptała, próbując przesunąć się choć odrobinę, przekręcić na bok, żeby znaleźć się jeszcze b l i ż e j. Ta bliskość, którą dawał jej teraz, wciąż wydawała się niewystarczająca. - Zabijemy tego skurwysyna, Rhys - leki działały zdecydowanie za mocno, bo zaledwie chwilę po tych słowach łzy przestały płynąć po jej policzkach, zastąpione uśmiechem tak szerokim, jak wtedy, gdy po raz pierwszy powiedział jej, że jest nieznośna.

łobuz kocha najbardziej
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nawet teraz, klęcząc obok jej łóżka, czując jej policzek pod palcami swojej dłoni, do samego końca nie potrafił uwierzyć, że tutaj b y ł a. Że ten koszmar, który porwał ją z jego ramion w starym magazynie z jakiegoś powodu mu ją z w r ó c i ł. Jakby pierwszy raz w życiu jego starania wystarczyły, to kurczowe trzymanie się strzępów łączącej ich więzi i nieustanne szarpanie w próbach przywrócenia jej do jego życia naprawdę odniosło sukces.
I choć nie pozwalał wszystkim problemom, które na nich czekały przekroczyć progu szpitalnej sali, nadal czuł ich obecność. Jak głośny, uporczywy stukot pielęgniarskich butów przechadzających się tam i z powrotem po całej jego długości.
Świadomość tego, że i to mogło być tymczasowe, była tak zagnieżdżona w jego duszy, że w chwilach takich jak ta, była niemożliwa do zduszenia.
Ponieważ chwilę wcześniej jej nie miał, a choć znali się zaledwie kilka miesięcy, miał wrażenie, że nie wiedziałby już kim być gdyby jej zabrakło.
- Dlatego czekałem, aż się obudzisz - odrzucił z nutą rozbawienia, powstałej wyłącznie z tej odrobiny przekory, którą usłyszał w jej głosie, i której tak desperacko pragnął. - Żeby ci wręczyć rachunek za pranie tapicerki.
Ich słowa balansowały na granicy między kompletnie nieposiadającymi podstawy w rzeczywistości a tymi do bólu w niej ugruntowanej. Chciał, by jego problemem w tej chwili był brudny samochód.
Nie chciał, by czując jej palce na swojej twarzy, z jej ust wydostawała się obietnica zemsty.
Ponieważ powinni posiadać przycisk pauzy, bo powinna odpocząć, zregenerować się, bo nie mogła robić nic głupiego, bo nie zamierzał dopuszczać jej już do Ventresci ani na kilometr. Jakaś fragment jego upartej, samobójczej natury nadal pragnął zakończyć to osobiście lecz wiedział, że w chwili, w której Margo wylądowała w szpitalnym łóżku, to nie była już wyłącznie jego walka.
W tej chwili oboje mieli równe podstawy by chcieć to zakończyć.
Ale nie teraz.
- Na razie skup się na przeżyciu - odrzucił, z uśmiechem wciąż błądzącym gdzieś na jego ustach, który wyłącznie wzmógł gdy w oddali, pośród tych neutralnych kroków, usłyszał jedne, charakterystyczne. - Następna doba nie wygląda dla ciebie obiecująco.
- Margo! - krzyk przedarł się przez otwarte drzwi, następując po słownej, nieprzyjemnej wymianie zdań z pielęgniarką, zakończonej wyjęciem nieważnej już odznaki starego Mercera. Jako pierwsza, do wnętrza wpadła jej matka, z twarzą zalaną łzami, rozrzuconymi włosami i niedbałym, zarzuconym na siebie ubraniem. Dobiegła do szpitalnego łóżka nim zdążył się podnieść na nogi, ociężały po ostatnich godzinach i nieprzespanej nocy - przez co zobaczył go wchodzący do środka jej ojciec. - Spadło ci coś? - rzucił oschle, gdy Madden podnosił się z kolan, na których nie zamierzał tkwić w towarzystwie jej rodziny.
Detektyw uśmiechnął się bez wesołości, odsuwając, gdy jej matka z hukiem odłożyła na stolik obok ogromną torbę wypełnioną jedzeniem.
- Rhys nam wszystko powiedział. Kochanie, nie masz pojęcia, jak się martwiliśmy... - westchnęła, na wpół zajęta przyniesionymi rzeczami, na wpół wracająca do jej łóżka by poprawić jej poduszkę czy pogładzić po włosach. Jej mąż, stając obok niej, obrzucił ją spojrzeniem - gdzieś w jego głębi chowała się ulga na jej widok, jednak jego usta rozchyliły się w grymasie. - Jak mogłaś tak na siebie nie uważać, Margo?
- Zamknij się. - ręka starszej kobiety uderzyła go w ramię na odlew i dopiero wtedy, dostrzegła milczącego detektywa. - Rany boskie, Rhys, wyglądasz...
- Jak gówno - dokończył rozeźlony, stary Mercer, nim pochylił się konspiracyjnie nad łóżkiem Margo. - Dorwaliście skurwysyna, który ci to zrobił?

tyś łobuza na oczy nie widziała
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Udawanie, że n i c się nie zmieniło, przychodziło im z zadziwiającą łatwością. Jakby przez całe życie zawodowo zajmowali się aktorstwem, a nie nieudolnym ściganiem przestępców.
Czasami doprowadzało ją to do szału. Wściekała się, gdy zamiast skupić się na sednie problemu, godzinami krążyli wokół niego, omijając to, co istotne. Tym razem była jednak niewiarygodnie wdzięczna, że zepchnęli w najgłębsze zakamarki swoich umysłów wszystkie wydarzenia, które zaprowadziły ich do tamtego ciemnego magazynu. Wszystkie decyzje, które sprawiły, że Collins z satysfakcją nacisnął na spust. Wszystko to, co powinno ich teraz przytłaczać, odsunęli na bok, skupiając się wyłącznie na s o b i e.
Na jego rzęchu, który dla niej od zawsze był wyłącznie środkiem transportu, mającym dowieźć ich z punktu A do punktu B. Dla niego natomiast był niemal świętością. Jeszcze niedawno samochód był jedną z wielu kości niezgody pomiędzy nimi, a teraz stał się kolejnym pretekstem do tej dziwnej gry, przeciągania liny, którą oboje tak bardzo uwielbiali. - Szkoda, że masz w nim same skóry - odezwała się cicho, przesuwając opuszkiem kciuka po jego policzku, kreśląc na nim powolne, ledwie wyczuwalne linie. - Powiedz, że chociaż dotknęłam podsufitki i zostawiłam tam odcisk dłoni na zawsze.
Nie potrafiła skupić się na postrzale, na tym, że niemal umarła, że wyniósł ją z tego miejsca, dowiózł do szpitala i walczył o nią z desperacją, której nigdy wcześniej u niego nie widziała. Znacznie łatwiej było udawać, że wszystko sprowadzało się do jego ukochanego samochodu.
- Słucham? - uniosła pytająco brew. - W następnej dobie wychodzę stąd albo mnie porwiesz. Obiecałeś mi jebany Meksyk, kłamco - kąciki jej ust uniosły się najwyżej, jak tylko pozwalały jej siły. Wydawało jej się nawet, że uśmiech rozświetlił całą twarz.
Zgasł dopiero wtedy, gdy drzwi sali otworzyły się z impetem.
Claire wpadła do środka niczym huragan. Nie zwracała uwagi na nikogo, niemal biegnąc w stronę łóżka córki. W takich chwilach podobieństwo Margo do matki stawało się wręcz uderzające. Może odziedziczyła charakter po ojcu, może po nim nauczyła się walczyć i stawiać na swoim, ale serce miała zdecydowanie po Claire. To po niej odziedziczyła potrzebę troszczenia się o wszystkich wokół. Tę nieustanną gotowość, by zapomnieć o własnym bólu, jeśli obok cierpiał ktoś drugi.
Dlatego wystarczyło zaledwie kilka sekund, by upewnić się, że z córką wszystko było w porządku, potem jej spojrzenie odnalazło Rhysa. Jakby od samego początku wiedziała, że choć to Margo leżała na szpitalnym łóżku, to właśnie on rozsypywał się na kawałki. Bez chwili zawahania podeszła bliżej, ujęła jego twarz w obie dłonie i pogładziła kciukiem zarośnięty policzek z czułością, którą potrafiły mieć tylko matki. - Skarbie... powinieneś odpocząć - w jej głosie nie było ani grama pretensji. Wyłącznie troska, jakby przez wszystkie lata spędzone u boku męża nauczyła się dostrzegać ból tam, gdzie inni widzieli jedynie kamienną twarz.
- Też cię dobrze widzieć, tato - mruknęła pod nosem Margo. Kochała swoich rodziców, ale teraz pragnęła wyłącznie c i s z y. Albo przynajmniej świata, w którym jej ojciec nie potrafił zamienić nawet takiej chwili w kolejną lekcję życia. Niepokój, który jeszcze przed momentem uciszała obecność Rhysa, jego dotyk i ciepło dłoni, wrócił gwałtownie. Piknięcia monitora przyspieszyły, a twarz Margo wykrzywiła się w grymasie bólu. - Tak. Pomiędzy drogą do szpitala a salą operacyjną, odstrzelił mu łeb - rzuciła z przekąsem, nie filtrując ani jednego słowa. Zamknęła oczy niemal natychmiast po tej krótkiej wymianie zdań.
- Skończ gadać głupoty, Margo. Żyjesz i to jest jedyne, co powinno cię teraz obchodzić. Ważniejsze jest to, żeby twój partner - celowo zaakcentował ostatnie słowo. - potrafił cię ochronić, skoro sama najwyraźniej nie potrafisz zadbać o własne bezpieczeństwo - może właśnie taki był sposób starego Mercera na radzenie sobie ze stresem. Może tylko w ten sposób potrafił ukrywać strach, który przez ostatnie godziny ściskał go za gardło. Dla wszystkich innych brzmiał jednak jeszcze ostrzej i jeszcze bardziej nieprzyjemnie niż zwykle.

kłamca, kłamca, kłamca
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lubił rodziców Margo.
Rozpoznawał w każdym z nich odrobinę jej - zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych cech. Było to jak patrzenie na rozrzucone elementy układanki, którą znało się na pamięć. Claire miała jej uśmiech i ten rodzaj kalkulacji, który chował się pod powierzchnią - czujne spojrzenie, którym omiotła pomieszczenie upewniając się, że mogła pozwolić sobie na chwilę załamania. Thomas za to był źródłem jej złośliwości, choć w jego wydaniu nie była w żaden sposób urocza - brakowało mu tej słodkości, z której pomocą Mercer przełamywała każdy docinek, przez co ta sama jej cecha u jej ojca graniczyła ze zwykłą uszczypliwością.
Był ekspertem w puszczaniu takich rzeczy mimo uszu.
Zwykle.
Jej matka przyniosła ze sobą swoją miękkość, która niemal zaczęła mu się udzielać gdy kobieta przeniosła ku niemu część swojej troski. Jego ramiona opadły lekko, wcześniej spięte, gotowe na następny cios niezależnie od tego, z jakiej miałby nadejść strony. Odsunął się nieco, pozwalając ich dwójce przejąć przestrzeń wokół łóżka pacjentki, gotów w ciszy pozwolić jej nacieszyć się obecnością rodziny na tyle, na ile mogła to zrobić. Do czasu.
- Ile minęło czasu odkąd ostatnio był pan w terenie, panie Mercer? - wymknęło się z jego ust zanim zdążył to powstrzymać, zmęczone, zgorzkniałe słowa gdy złośliwość Thomasa tym razem nie przemknęła przez pomieszczenie bez echa. - Może ostatnie lata spędzone za biurkiem sprawiły, że zapomniał pan o tym, jak mało rzeczy jesteśmy w stanie kontrolować na zewnątrz.
Stary detektyw naprężył się jak struna, z wyrazem osłupienia na twarzy wywołanym całkowitym brakiem przygotowania na odpowiedź padającą z ust drugiego mężczyzny. Odwrócił się w jego stronę, z mieszanką oburzenia i irytacji, jakby nie był pewny, czy ta zawoalowana zniewaga była wypowiedziana z pełną premedytacją, czy po prostu tak wyszło, bo Madden był zmęczony i wyglądał jak gówno.
- Słucham? - wycedził, a tkwiąca przy łóżku po drugiej stronie Claire poderwała głowę, słysząc ostrzegawczą nutę w głosie własnego męża, z rodzaju tych, które mogła znać wyłącznie jego żona. - Thomas, przestań - syknęła, machnięciem ręki usiłując przegonić jego irytację jak bzyczącą w pomieszczeniu muchę.
Choć te słowa nie były skierowane do niego, powinien ich posłuchać. Czuł to instynktownie, podpowiadały mu to resztki racjonalności chowające się w jego wycieńczonym psychicznie i fizycznie organizmie, ale zamiast tego oderwał się od ściany, przy której znalazł wcześniej swój przyczółek.
- To jest najlepsze, co może pan powiedzieć swojej postrzelonej na służbie córce? - wycedził, ignorując gęstniejąca wokół atmosferę i ciężkość, którą chwilę wcześniej przegoniło jej przebudzenie się. - Że nie potrafi zadbać o swoje bezpieczeństwo?
- Zapominasz się, Madden - uniósł się mężczyzna, a sposób, w jaki wypowiedział jego nazwisko przypominał bardziej detektywa, którym był kiedyś - a nie potencjalnego teścia, spoglądającego na partnera swojej córki.
- A może powinien pan pogratulować jej, że zajmuje się ważniejszymi i trudniejszymi sprawami niż którekolwiek z tych krótkich, prostych śledztw, które tkwią w pana aktach?

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pragnęła zamknąć oczy i znowu zasnąć, by nie uczestniczyć w tej nikomu niepotrzebnej wymianie zdań. Jej ojciec był wspaniałym człowiekiem do momentu, w którym zdecydowała się iść wytyczoną przez niego ścieżką. Od tamtej pory stał się jej największym krytykiem, wytykającym każdy najmniejszy błąd, nawet jeśli był on od niej całkowicie niezależny.
Bezsilnie przysłuchiwała się temu, co mówili mężczyźni, widząc gorejącą krew w żyłach Rhysa. Można było zarzucić mu wiele pod warunkiem, że n a p r a w d ę się go znało. Thomas wiedział o nim tylko tyle, ile zdołał wyczytać z raportów, które nigdy nie powinny trafić w jego ręce i tyle ile usłyszał od zaprzyjaźnionych policjantów w czynnej służbie. Była pewna, że gdy tylko dowiedział się o jej nowym partnerze, zaczął wypytywać o niego wszystkich dookoła. Nie wiedział jednak nic p o n a d to. Ona natomiast wiedziała w s z y s t k o.
O n a, a nie on była jedyną osobą, która mogła cokolwiek zarzucić Maddenowi jako partnerowi. Wiedziała, że gdyby tylko mógł przewidzieć to, co się wydarzyło, bez mrugnięcia okiem stanąłby na linii strzału, przyjąłby tę kulę na siebie, wyciągnął własną broń i zatrzymując świat na jedno uderzenie serca, zabiłby Collinsa nigdy tego nie żałując.
Był człowiekiem, który zrobiłby dla niej absolutnie w s z y s t k o. Kurwa, wszystko. A słowa padające w tej sali dyskredytowały nie tylko jego, ale również ją - jej osąd i wybór. - Możecie przestać? - poprosiła słabym głosem, najpierw kierując spojrzenie na ojca, który rozjuszony nieposłuszeństwem Rhysa patrzył wyłącznie na niego. W ś c i e k ł y, że w ogóle miał czelność zwrócić mu uwagę, podważyć jego autorytet, bo przecież nikt nie robił tego nigdy. Zwłaszcza przy innych.
Dopiero po chwili odnalazła wzrokiem młodszego z detektywów, b ł a g a j ą c go spojrzeniem, żeby zamilkł. Żeby tego nie ciągnął. Cokolwiek powie, cokolwiek zrobi, zdanie Thomasa było już wyrobione, nie było najmniejszej szansy, by je zmienić. - Mamo, zacznę krzyczeć. Zamkną mnie w jebanym kaftanie, ale jeśli nie zabierzesz stąd ojca, to przysięgam, że odstawię jakiś numer - była do tego zdolna. Mogła szarpnąć za rurki wbite w jej ciało i wyrwać je wszystkie naraz, podnosząc alarm w całym oddziale; mogła przywołać pielęgniarki i zakazać wpuszczania kogokolwiek poza Rhysem.
Mogła zrobić w s z y s t k o. Zamiast tego ponownie spojrzała na ojca. - Ledwie przeżyłam. Gdyby nie on prawdopodobnie wykrwawiłabym się tam na śmierć, a ciebie obchodzi tylko to, co wydarzyło się później - poprawiła się na łóżku, wyraźnie krzywiąc i sycząc z bólu przeszywającego całe jej ciało. - Gdybyś mu podziękował, spadłaby ci pieprzona korona z głowy, co? - ostentacyjnie odwróciła od niego wzrok, wyciągając dłoń w stronę narzeczonego.
- Chcę zostać z tobą s a m a - wypowiedziała te słowa świadomie, wystarczająco głośno, by każdy obecny w sali je usłyszał. Wiedziała, że zranią ojca bardziej niż jakakolwiek wcześniejsza sprzeczka. Wiedziała też, że jej matka z r o z u m i e. Thomas natomiast, nieprzyzwyczajony do tego, że w najgorszych chwilach życia Margo wybierała kogoś innego niż jego, poczuje się urażony bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
- Zostawcie mnie. Rozumiecie? Wynoście się - podniosła głos niebezpiecznie wysoko, choć jednocześnie brzmiał on tak słabo i krucho na tle wszystkich wcześniejszych wybuchów, że bardziej przypominał desperacką prośbę niż rozkaz.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie rozumiał jak można było być tak płytkim człowiekiem jak Thomas Mercer. Wiecznie patrzący na swoją córkę przez pryzmat własnych doświadczeń i osiągnięć, nie potrafił dostrzec w Margo kompetentnego policjanta. Nawet wtedy, gdy poznali się po raz pierwszy, gdy za jej plecami zaprosił go do ich domu rodzinnego na kawę, dało się to wyczuć - przeświadczenie, że Margo potrzebowała ciągłej opieki, a on szukał jakiejś męskiej figury, której mógłby to zadanie powierzyć.
A jednocześnie trafiła mu się męska figura o renomie na komisariacie, która w tym momencie przesączyła się z jego akt do wnętrza szpitalnego mieszkania.
Pojawiła w jego impulsywności i sposobie, w jaki patrzył na mężczyznę spode łba, zaciśniętej szczęce i ustach gotowych powiedzieć coś jeszcze. Mierzył wzrokiem starego Mercera, gotów dorzucić jeszcze parę, kąśliwych uwag i obserwacji - ponieważ nawet wtedy, gdy przytakiwał mu i uśmiechał, zawsze o b s e r w o w a ł. Wiedział, że kariera zasłużonego Mercera nie była bez wad, znał dogłębnie jego akta tak samo, jak tamten znał jego własne i był gotów wyciągnąć każdy grzech na powierzchnię. Byle tylko z a b o l a ł o.
Ale wtedy tę gęstą ciszę przeciął jej głos. Dużo słabszy niż ten, do którego przywykł, natychmiast wyrwał go z natrętnych myśli i odebrał jakiekolwiek chęci do dalszego ataku. Brzmiał w sposób, od którego jego serce znów łamało się na kawałki, ich ostre krawędzie wpijały w miękką tkankę. Jego uniesiona w bliźniaczym geście do starego detektywa klatka piersiowa znów zapadła się w sobie, plecy nieco zgarbiły gdy oderwał wzrok od mężczyzny i przeniósł go na nią.
Jego zamknięte usta już nie były w stanie się otworzyć, ale też uszy stały się głuche na wszystko to, co Mercer powiedział później.
Bo z pewnością coś mówił - słyszał brzmienie jego głosu i uspokajające słowa Claire gdy chwilę sprzeczali się nad łóżkiem, w którym leżała Margo. J e g o Margo, przypięta do aparatury monitorującej jej stan, z wenflonem wystającym z drżącej dłoni i bandażami schowanymi pod szpitalnym odzieniem.
Usunął się gdy Thomas ruszył do wyjścia, prowokacyjnie chcąc wyminąć go w bliskiej odległości. Gdy tylko kazała mu przestać, zareagował instynktownie - wraz z jej głosem, dotarła do niego świadomość, że wciąż tu była.
- Twój ojciec jest... - wyrwało się z jego ust gdy drzwi za jej rodzicami zatrzasnęły się, a on znów podszedł do jej łóżka. Uniósł rękę w górę, przecierając zmęczoną twarz i zmywając z niej słowo, którym chciał się posłużyć. - Przepraszam - powiedział zamiast tego, gdy zamiast emocji, przemówiła za nim racjonalność.
Westchnął, przysuwając sobie krzesło, które zorganizowała wcześniej jej matka. Opadł na nie, byle znaleźć się w jej zasięgu - sięgnąć do niej ręką, odsunąć lekko splątane włosy wpadające do oka. Wciąż pachniała sobą, jej bliskość nadal działała na niego kojąco, nawet stłumiona przez szpitalny zapach antyseptyków, którego nie znosił.
Nienawidził szpitali.
- Załatwię to - obiecał, jeszcze nie wiedząc jak, ale będąc w stanie ją o tym zapewnić bo prędzej czy później, będzie musiał kajać się przed Mercerem przez wgląd na nią. - Później.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Potrafiła odetchnąć z ulgą dopiero wtedy, gdy zostali sami. Nie była małą dziewczynką, która potrzebowała obecności rodziców, by poczuć się bezpiecznie. Nawet przez moment nie zastanawiała się, kto ich powiadomił ani czy odchodzili od zmysłów, kiedy dowiedzieli się, że trafiła na salę operacyjną po postrzale. Po przebudzeniu liczyło się dla niej tylko to, czy Rhys był obok.
Z podobną obojętnością obserwowała, jak opuszczali salę. Wiedziała, że Claire zrozumie jej zachowanie, bo nie była ich pierwsza kłótnia ani pierwszy raz, gdy Thomas skutecznie psuł wszystko, czego dotknął. Przez lata spędzone u jego boku matka nauczyła się, że był początkiem większości rodzinnych konfliktów i zazwyczaj również ich końcem.
Odzyskując spokój, zacisnęła palce na jego dłoni, naiwnie licząc, że nikt więcej już nie przekroczy progu tej sali. Że żaden z jej braci nie wpadnie na pomysł odwiedzin, a wszystkim kolegom Rhys zdążył już powiedzieć, że przyjdzie na to odpowiedni moment.
- Jest paskudny? - podsunęła cicho. - Ma przerośnięte ego? Jest chamem? Jest niesympatyczny? - mogłaby wymieniać dalej, ale powieki stawały się coraz cięższe, a język plątał się nieznacznie, jakby do jej żył wtłoczyła się właśnie kolejna dawka przeciwbólowych leków, odbierając jej ostrość myśli. - Myślałam, że zdążyłeś się już do tego przyzwyczaić - jej usta drgnęły w bladym uśmiechu. Był ostatnią osobą, która powinna przepraszać.
Nic z tego, co wydarzyło się w dokach, nie było jego winą. N i c.
Nie widziała też najmniejszego sensu w naprawianiu relacji z Thomasem Mercerem. Po co? Sama przez tyle lat nie potrafiła znaleźć z ojcem wspólnego języka, więc dlaczego on miałby próbować zrobić coś, co jej nigdy się nie udało? Była gotowa zostawić za sobą wszystko - miasto, pracę i dotychczasowe życie. Wyjechać z nim choćby na drugi koniec świata, nikomu niczego nie tłumacząc, a jego martwiło teraz to, co pomyśli o nim jej ojciec?
- To nie jest istotne - pokręciła lekko głową, przesuwając palcami na wewnętrzną stronę jego nadgarstka i bez trudu odnalazła miejsce, którego szukała odruchowo za każdym razem. Czuła pod opuszkami miarowy puls, dlatego zatrzymała na nim dłoń, pragnąc dotykiem uciszyć chaos, który od godzin nie pozwalał mu odetchnąć.
Milczała przez dłuższą chwilę, pierwszy raz od dawna naprawdę zastanawiając się nad tym, co zrobiła. Nie żałowała, że pojechała do doków, ani że weszła do magazynu. Było jej żal tylko dlatego, że ten jeden raz go nie posłuchała - nie dlatego, że miał rację. Po prostu gdyby wtedy została w tym pieprzonym domku, on nie patrzyłby teraz na nią w taki sposób, nie nosiłby na barkach kolejnego ciężaru, którego nigdy nie powinien dźwigać.
- To ja powinnam cię przeprosić - jej głos był cichy.- Wiedziałam przecież, że znalazłbyś sposób, żeby nas stamtąd wyciągnąć - przygryzła lekko dolną wargę, wpatrując się przez chwilę w splecione dłonie. - Co teraz? - zapytała w końcu. - Zrobiłeś coś? - nie wiedziała czy była gotowa poznać prawdę, czy chciała ją usłyszeć, a jednocześnie bieg tych natrętnych myśli nie pozwalał jej odpocząć.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej ojciec był wszystkimi tymi przymiotnikami, które wymieniała raz za razem - ale był też, poniekąd, podobny do niej. Był jej wszystkimi, złośliwymi cechami, których brakowało miękkości, którą odziedziczyła po swojej matce. Był wariantem jej najgorszego wcielenia i może to właśnie przez to, że niektóre z jego złośliwości były dla niego znajome, nie potrafił patrzeć na niego z wściekłością zbyt długo.
A może to sam fakt tego, że mimo wszystko, posłusznie wyszedł, zostawiając ich samemu, a wspomnienie jego słów bledło z każdą chwilą.
- Nie jest - westchnął, przytakując, bo to nie było nie tylko istotne, ale też w ogóle nie było potrzebne. Było efektem jego zmęczenia, stresu, który wciąż odkładał się w jego ciele choć ona tkwiła już obok, żywa, oddychająca i chętna dowiedzieć się, co ją ominęło.
Pokręcił głową, przechwytując jej dłoń by ścisnąć ją nieco. Jeszcze wewnątrz doków byłby w stanie w złości skupić się na tym, że nie powinna tam przyjeżdżać - ale echo tej powierzchownej złości, podobnie jak każdej innej poza płonącą gdzieś pod powierzchnią furią, dawno już zniknęło.
- Nie musisz mnie za nic przepraszać - przerwał jej, nie chcąc słyszeć przeprosin, tym bardziej wypowiedzianych tym cichym głosem, tak nienaturalnym dla niej. - Okłamałem cię.
Nie pierwszy, nie ostatni raz. I znów, jak wiele razy wcześniej, wierzył, że robił to, by ją ochronić - nawet, jeśli kosztem tego miałoby być jej szczęście. Nawet jeśli miałby usunąć się z jej życia by to osiągnąć, był skłonny zrobić to i wiele więcej.
Ale by to osiągnąć, jego plan nie mógł mieć dziur w postaci Collinsa wkraczającego w niedzielę na komisariat i znajdującego podrzucone tam akta. Nie wziął pod uwagę niechęci, jaką ten darzył Margo - ani tego, że sięgnie po telefon by po nią zadzwonić.
Jego wzrok zawisł na palcach dłoni muskających jego nadgarstek. Jej pytanie rozbrzmiało w pomieszczeniu, przecięło ciszę zakłócaną wyłącznie pikaniem maszyny, które mógłby przysiąc, że przyśpieszyło gdy je wypowiedziała. Zrobiłeś coś sugerowało coś niewinnego, mógł przecież zrobić c o k o l w i e k, szczególnie w tym czasie, w którym ona pozostawała nieprzytomna.
Osoba, która tkwiłaby teraz w rogu tego pomieszczenia nie zdawałaby sobie sprawy z ciężaru, jaki niosło.
- Nie - odpowiedział po krótkiej chwili, odpędzając od siebie obrazy wszystkiego tego, co m ó g ł zrobić. Broni w jego ręce, ściągniętych w złości brwi Carbone'a gdy ten przenosił wzrok z wycelowanej w niego lufy na stojącego obok Collinsa. - Tak - dodał, cofając się kilka godzin wstecz, wypuszczając powietrze przez nos.
Nie powinna o tym słuchać, ani tym bardziej się tym przejmować. Odruchowo pragnął ją przed tym osłonić - skłamać, kazać jej odpoczywać, zamknąć oczy i przespać się trochę, jakby nie spała ostatnich paru godzin. Ale wiedział, że tego typu życzeniowe myślenie doprowadziło ich właśnie do tego miejsca, ponieważ Margo nie chciała tkwić z boku.
- Moretti wychodzi za czterdzieści pięć minut - dodał ciszej, świadom zegara umieszczonego na ścianie jej szpitalnej sali od samego początku.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedziała o tym aż nazbyt doskonale.
Nie była aż taką wariatką, by sądzić, że była wyłącznie zlepkiem dobrych cech swoich rodziców. Że odziedziczyła po matce spokój, empatię i współczucie, że poza tym, iż z a w s z e interesowało ją to, co działo się z ludźmi, których kochała, nie istniało nic co kładło się cieniem na jej charakterze.
W więcej niż jednej kwestii była odzwierciedleniem Thomasa Mercera. Miała jego upór, który kazał jej iść przed siebie, niejednokrotnie pod prąd i nie zatrzymywać się nawet wtedy, gdy wszyscy wokół mówili, że powinna wcisnąć stop. Miała jego ego, biorące nad nią górę podczas kłótni. Miała jego szaleństwo i ten rodzaj obłędu, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy czegoś naprawdę pragnęła. Miała też tę trudną do opisania potrzebę stawiania na swoim. Nie odpuszczała, nie wycofywała się, potrafiła kłócić się do samego końca tylko dlatego, że wierzyła we własne racje. Wiedziała o tym od zawsze i nigdy nawet nie próbowała tego zmieniać.
Nie zamierzała zmieniać się również wtedy, gdy poznała Maddena. Ten człowiek miał za uszami jeszcze więcej niż ona, będąc zlepkiem jej najlepszych i najgorszych cech w chwilach, kiedy naprawdę stawała się nie do zniesienia. W dodatku uparcie milczał wtedy, gdy powinien był coś powiedzieć, a odzywał się dokładnie w tych momentach, w których najchętniej kazałaby mu zamknąć się na zawsze. Uzupełniali się i d e a l n i e. Kiedy ona była chaosem, on pozostawał bezbrzeżnym spokojem. Kiedy zaś jego ogarniała furia, to właśnie ona rozciągała pomiędzy nimi ciszę.
- Ciągle mnie okłamujesz - odpowiedziała zgodnie z prawdą, ale w jej oczach nie pojawił się ani smutek, ani żal. Być może była to zasługa leków, które regularnie podawano jej od chwili wybudzenia, bo każda negatywna emocja pojawiająca się w jej głowie rozpływała się niemal natychmiast zanim zdążyła nabrać odpowiedniego ciężaru. Dlatego mówiła o tym wszystkim z takim spokojem, jakby wymieniała najbardziej oczywiste fakty świata, a nie kolejne rzeczy, które mogłyby dokładać ciężaru na jego barki.
- Kłamiesz odkąd się poznaliśmy - wyliczała niewzruszona. - Kłamałeś, że nic nie łączy cię z Carbonem i o swojej przeszłości - kącik jej ust uniósł się lekko. - Kłamałeś też, że chcesz być ze mną zawsze, a wcale nie chciałeś - nie przestawała kreślić opuszkami palców powolnych kółek na jego nadgarstku. Gest był tak niewspółmiernie czuły do wypowiadanych słów, że wręcz do niej nie pasował. - Kłamałeś, że będziemy razem, że będziesz mnie kochał, że będę twoją żoną i będziemy mieć ten piękny dom na przedmieściach - stwierdzała fakty, całkowicie nieświadoma tego, że każde kolejne zdanie mogło boleć bardziej od poprzedniego.
- Jesteś paskudnym kłamcą, Rhys - drugi kącik jej ust również uniósł się ku górze, rozświetlając bladą twarz ledwie dostrzegalnym uśmiechem.
Collins jej nie obchodził. Mógł nawet od kilku godzin leżeć w grobie, a nie zrobiłoby to na niej najmniejszego wrażenia. Moretti był zupełnie innym ciężarem. Takim, który momentalnie zaciskał coś w jej klatce piersiowej i wynosił ból na poziom, z którym nie potrafiła sobie poradzić. - Nie wypuszczaj go. Mamy teraz w rękach dowód przeciwko nim. Chcieli mnie zabić, Rhys. Z a b i ć policjanta. Czy to nie wystarczy? - przykuta do szpitalnego łóżka nie miała już najmniejszych szans czegokolwiek powstrzymać, choć jeszcze wtedy, gdy upadała na brudny beton dusznego magazynu, wierzyła, że kupiła im czas. Niezależnie od tego czy jej własny właśnie nie dobiegał końca.
- Chciałeś się przyznać i dać zamknąć razem z nimi. Co za różnica, skoro Carbone nadal będzie cię szantażował, że prawda o tobie wyjdzie na jaw? - bezskutecznie próbowała jeszcze interweniować. - Nie jestem ż a d n ą kartą przetargową. Próbowali odebrać ci mnie na twoich oczach.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”