Wiedział, że w pewnym momencie karcące spojrzenia pielęgniarek przekształciły się w werbalne błagania, które wygoniły go ze szpitala zmuszając do powrotu do mieszkania, zmycia resztek krwi i odświeżenia na tyle, na ile było to w ogóle możliwe. W innym wrócił do niego z kubkami kawy i śniadaniem, które akceptowała, wciskając się pomiędzy pochód kolegów i koleżanek z pracy, odwiedzających ją na zmianę. W kolejnym zaś zawiózł samochód do myjni, choć na czarnej tapicerce ślady szkarłatu niemal dały się zignorować i wbrew jej słowom, wcale nie zahaczyła palcami o sufit.
W następnym spoglądając na rząd kwiatów zostawionych na parapecie jej sali gdy spała, odnalazł podrzucony tam bukiet, z którego wystawało parę chryzantem. Korzystając z jej chwilowej nieprzytomności i starając się zdusić budzącą się w nim wściekłość, wyrzucił podpisany przez Collinsa podarunek wraz z tandetną karteczką wracaj do zdrowia, mający na celu wyłącznie wyprowadzić ją z równowagi.
Gdy w r e s z c i e otwierał jej drzwi swojego samochodu parę dni później, świat był skąpany w blasku popołudniowego słońca.
Na jej miejscu nie potrafiłby wysiedzieć, protestowałby, natychmiast pragnął wrócić do pracy - a jednak wciąż w tej hodowanej pieczołowicie naiwności liczył na to, że uda mu się utrzymać ją we względnym spokoju, przynajmniej jeszcze na parę dni.
I ta naiwność zadrżała, gdy docierając do drzwi jej mieszkania, dostrzegł wsuniętą pod jej wycieraczkę teczkę, w której rozpoznał oznaczenia ich własnego komisariatu.
- Nie potrafią dać ci spokoju ani na moment - rzucił ostrożnie, choć gdy pochylił się, wysuwając ją spod dywanika, jego wzrok przemknął po pliku akt z podejrzliwością. Był przekonany, że mogą to być kolejne niespodzianki zostawione im przez Collinsa i tylko gdy dostrzegł brak zaskoczenia na twarzy Margo, wręczył jej teczkę gdy otwierała drzwi.
- Nie wiem, czy powinnaś się tak wysilać - mruknął, pół żartem, pół serio, gdy wkroczyli do wnętrza jej mieszkania i sięgnęła do połów kurtki, którą natychmiast zaoferował, że zdejmie. Gdy tylko opuścili szpitalne progi atmosfera stała się nieco lżejsza ale dopiero teraz, gdy znaleźli się w d o m u, fakt tego, że opuściła tamtą salę stał się rzeczywisty. - Zamówiłem ludzkie jedzenie, od którego mogłaś już odwyknąć - dodał, odwieszając jej kurtkę na haczyk, choć jego zainteresowanie sprawdzaniem statusu zamówienia zniknęło gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły.
Zatrzymało się na n i e j.
Wciąż czuł w powietrzu szpitalny zapach, który zabrali ze sobą gdy zbliżył się, owijając ramieniem jej talię na tyle ostrożnie, na ile był w stanie. Dziki instynkt zaszyty w jego podświadomości pragnął zaciągnąć ją prosto pod prysznic, zedrzeć z niej smród antyseptyków, sprawić, by wspomnienie ostatnich dni zniknęło razem z mydlaną wodą.
- Na co masz ochotę? - mruknął, pochylając się do jej skroni, zostawiając na niej krótki pocałunek, jakby on miał dać ujście tęsknocie, która rozdzierała go odkąd weszła do swojego auta i ruszyła przed siebie. - Co robią ludzie postrzeleni? - dodał zawadiacko, jakby samemu nigdy wcześniej tego nie doświadczył.
Bo może nie powinna wiedzieć, jak on w tamtym czasie spędzał czas - ignorując zalecenia lekarzy i rzucając się w wir pracy.
margo mercer