ODPOWIEDZ
28 y/o
Welkom in Canada
183 cm
rezydent neurochirurgii w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
'Cause lately we've been living in different nations
Enemy lines are drawn, lines are drawn
We're speaking different tongues communicating
And as we fall, time is frozen
I know we break, but we're not broken
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cyrus Lockhart był człowiekiem do bólu uporządkowanym.
Nawet dokumenty, nad którymi ślęczał od trzydziestu minut, zostały równiutko ułożone na jego biurku. Rezydent neurochirurgii uwielbiał, gdy wszystko było perfekcyjne i gdy wszystko szło po jego myśli. Niektórzy komentowali to, mówiąc że to tylko jego małe dziwactwo, ale w rzeczywistości te cechy charakteryzowały całe jego życie. Cy nie radził sobie z porażkami, z bardziej zażyłymi kontaktami międzyludzkimi, z chaosem i potencjalnymi wadami. Dostawał szału na samą myśl, że mógłby popełnić jakiś błąd, który nawet nie zaważyłby tak mocno na jego karierze czy życiu. Takie były skutki izolowania dziecka przez piętnaście lat jego życia i wmawiania mu, że byle blizna na jego skórze, sprawiała, że był gorszy. Wariował, gdy coś było nie tak.

Blondyn nie rozumiał ludzi, którzy desperacko próbowali znaleźć sobie przyjaciół. On zostawił ten temat za swoimi plecami pod koniec liceum, gdy doszedł do wniosku, że wcale tego nie potrzebował. I to nie tak, że nikt nie chciał się z nim trzymać; choć przecież nie był najsympatyczniejszym człowiekiem na świecie. On po prostu… Lubił święty spokój. Lubił, gdy nikt nie wpieprzał się w jego życie ze swoimi komentarzami i oczekiwaniami. Lubił swoją monotonię i brak jakichkolwiek ekstremalnych emocji.
No, cóż… Do niedawna. Ostatnie miesiące rezydentury nie należały do najłatwiejszych. Większość jego zmian miała dwudziesto cztero godzinny tryb pracy. Cy miał wrażenie, że nic innego nie robił, jak siedział w szpitalu — operował, uczył się, włóczył się za swoimi przełożonymi. Rano wstawał, żeby pobiegać i odpocząć, a potem znowu jechał do pracy. Właściwie to wszystko było idealne i nie powinien na nic narzekać, ale zaczynał czuć… nudę. Irytację. Przebodźcowanie. Jego analityczny umysł, próbował zrozumieć sytuację. Dlaczego się tak czuję? Czego potrzebuję? Jedyne o czym myślał to; regulacja systemu nerwowego. Na pewno był wytrącony z równowagi przez to nieustające zmęczenie.

Lockhart próbował wrócić do studiowania przypadku swojego pacjenta, kiedy w wejściu do pokoju rezydentów, usłyszał kroki. Blondyn uniósł spojrzenie na drzwi, po paru sekundach, dostrzegając w nich Aarona. Ich relacja była… Cóż, z pewnością niebywała, zważywszy na to, że Cyrus naprawdę nie lubił ludzi. Nie potrafił nazwać drugiego człowieka swoim przyjacielem. A mimo to, Blackwood swoją upartością i jednocześnie upierdliwością, zapracował sobie na miejsce w jego życiu. Cyrus nawet nie krzywił się już na jego widok, a to było nie lada sukcesem! No i przede wszystkim nie wkurzał go tak mocno, jak inni, gdy tylko się odzywali.

— Nie masz co robić? — mruknął na powitanie, przestając notować. Może nawet u c i e s z ył się z jego wizyty, bo mógł oderwać się od tych gównianych papierów. Cyrus zerknął na kubek kawy na wynos w jego palcach i uśmiechnął się krzywo. — Jeśli to dla mnie, to pozwalam ci wejść — rzucił.

niejesteśmyprzyjaciółmi
29 y/o
Welkom in Canada
188 cm
detektyw wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Aaron wiedział, jak ważni w życiu byli ludzie i potrafił docenić ich obecność. Człowiek mógł udawać, że wcale ich nie potrzebuje, że jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim samemu, prąc przez życie w pojedynkę, ale prawda była taka, że nawet największy introwertyk, ktoś kto stronił od innych, budził się któregoś dnia ze świadomością, że o ile piękniejsze byłoby kolejne jutro, gdyby można było je z kimś dzielić. Sam przekonał się o tym niejednokrotnie, zaliczając dość skomplikowaną przeszłość. Z wielu sytuacji nie wyszedłby, gdyby nie wsparcie najbliższych. Patrząc przez pryzmat czasu był pewien, że nie poradziłby sobie sam, staczając się coraz bardziej. Jego mama, jego rodzeństwo, była żona, jak również nieliczni przyjaciele, którzy zostali, kiedy on kazał im odejść, rzucając wyzwiskami. Ukształtowali go, wkładając całą siłę w to, by ostatecznie wyszedł na kogoś. Był im za to wdzięczny i od tego czasu przyjmował niemal każdą osobą, która w jego oczach była dość wartościowa, by poświęcić jej trochę ze swoich chwil. Był otwarty nie niespodzianki losu, który podsyłał mu przeróżne osobowości.
Jak Cyrusa. Znajomość z nim był z całą pewnością skomplikowana, zaczynając się w dość zabawny (nie dla Aarona) sposób, kiedy wylądował w szpitalu po postrzale. Niegroźnym, ale wystarczającym, aby wymagał szycia, chociaż upierał się, że bandaż wystarczy. Przypadek zadecydował, że brał w tym udział Lockhart, z miejsca wzbudzając mieszane uczucia w Blackwoodzie. Z jednej strony profesjonalista, którego cechował spokój tak potrzebny w zawodzie, ale z drugiej chciało się krzesłem przywalić za to namacalne odpychanie i niewybredne komentarze. Zamiast jednak agresji, policjant wybrał bardziej masochistyczną drogę, zagłębiając się w tę relację będąc przekonanym, że uda mu się dotrzeć do zamkniętego sedrucha mężczyzny. I tak ostatecznie Cyrus, niezależnie od tego jak chciał nazywać ich znajomość, stał się kimś na wzór przyjaciela Aarona, którego aż chciało się wyrwać ze szponów samotniej ciemności.
Tego dnia postanowił nawiedzić go w szpitalu, zabierając ze sobą kawę jako kartę przetargową, gdyby czasem Lockhartowi humor nie dopisywał i postanowił pozbyć się policjanta. Nie z nim te numery; skoro już zdecydował, że pójdzie go trochę odchamić, dbając o jego social life, nie istniało nic (poza wezwaniem z roboty), co mogłoby go od tego odwieść.
-No dzień dobry, niewiasto. Też mi się serce raduje, że cię widzę - rzucił na powitanie, nie spodziewając się ze strony neurochirurga niczego przyjemniejszego, niż niewybredny komentarz. - Mam, ale z dobroci uznałem, że przyjdę ci potowarzyszyć, bo jak widać życie socjalne kuleje - podszedł do niego, uśmiechając się przy okazji. Nawykł już do postawy mężczyzny, który niemal zawsze reagował na innych tak samo, jakby z niechęcią i dystansem. Well, Aaron potrafił być uparty. - Wiedziałem, że zadziała. Mam jeszcze coś dobrego. Wybierasz croissanta z czekoladą i malinami, babeczkę cytrynową z makiem, czy pączka z nadzieniem sernikowym z różą. Nie pytaj, coraz dziwniejsze te wypieki - klapnął sobie na jakieś wolne krzesło, odstawiając torebki z cukierni. - Czy ty w ogóle wychodzisz z tego więzienia? - spytał, mając na myśli szpital.

Cyrus Lockhart
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
28 y/o
Welkom in Canada
183 cm
rezydent neurochirurgii w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
'Cause lately we've been living in different nations
Enemy lines are drawn, lines are drawn
We're speaking different tongues communicating
And as we fall, time is frozen
I know we break, but we're not broken
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Okej, jednak wyjdź — westchnął, słysząc jego śmieszne słowa. Cyrus miał praktycznie zerowe poczucie humoru, choć coraz częściej dochodził do wniosku, że to Aaron po prostu go nie bawi. Wysunął swoją czarną kawę spomiędzy jego palców, traktując to jako jedyny porządny argument, by wpuścić go do pomieszczenia, teoretycznie przeznaczonego tylko dla rezydentów. Lockhart miał czasem wrażenie, że częściej siedzieli tu ich goście, niż lekarze sami w sobie, ale dzięki temu utrzymywali jakiekolwiek życie społeczne i dostawali wsparcie. Jak na razie, Blackwood był jedyną osobą z towarzystwa Cyrusa, która go odwiedzała. Jego matka raz próbowała to zrobić, ale mężczyzna szybko odprawił ją z kwitkiem; nie zamierzał widywać się z nią częściej niż było to konieczne. Wystarczająco krzywdy narobiła mu przez pierwsze piętnaście lat życia, gdy trzymała go na uwięzi, jak najładniejszą laleczkę z kolekcji.

— Moje życie społeczne ma się świetnie, o to nie musisz się martwić — prychnął pod nosem. Nie była to kwestia, która szczególnie go interesowała. Cy zdecydowanie preferował samotność niż widywanie się z ludźmi, którzy swoją głupotą, dennym poczuciem humoru i brakiem zorganizowania, doprowadzali go do szału. Zwykle jego ponury nastrój, chłód i pracoholizm, odpychały od niego obcych, ale Aaron był cholernie uparty. Nigdy wcześniej nie widział człowieka, któremu tak bardzo zależałoby zbliżenie się do niego; w ogóle mu to nie odpowiadało, dopóki zwyczajnie nie skapitulował. — Zaniedbasz swoje obowiązki i będziesz zaraz marudził, że nie możesz się z tego wszystkiego odkopać — mruknął, upijając łyk kawy, która powinna nieco pobudzić jego umysł. Oczywiście, że musiał wtrącić swoje trzy grosze.
— Nie lubię słodkiego — odparł automatycznie; niszczyciel dobrej zabawy. — Nie mam zamiaru robić jutro więcej kilometrów, żeby to spalić — dodał, nawet nie zerkając w stronę słodkości. — Poza tym cukier działa na mnie usypiająco — westchnął, próbując jeszcze jakoś go zbyć, choć podejrzewał, że może się to nie udać.

Lockhart przywykł do ciągłej pracy w szpitalu. Wiedział na co się pisze, gdy zdecydował się na bycie medykiem, a potem na neurochirurgię. Początkowo myślał jeszcze o kardiochirurgi, bo w jego głowie były to dwie specjalizacje, które pozwoliłyby mu na to słodkie poczucie kontroli. Kompleks boga — sami rozumiecie. Bawiło go więc stwierdzenie Aarona, jakoby szpital miał być jego więzieniem. Traktował to miejsce bardziej jako emocjonalny schron niż swego rodzaju obóz pracy.
— Staram się jak najmniej — zażartował, zerkając przelotnie na kumpla. — Co tu robisz? Przyszedłeś mi poprzeszkadzać czy masz jakąś sensowną propozycję, którą może mógłbym rozważyć? — zapytał, zamykając teczkę z dokumentami i wrzucając ją do szuflady biurka. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej, zerkając na Blacka. — Mam ci zrobić tomografię? Pobrać ci krew? — rzucił żartobliwie, podejrzewając, że żadna z tych opcji nie będzie dla niego interesująca.

Aaron
29 y/o
Welkom in Canada
188 cm
detektyw wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Drażnienie osób, które śmiało mógł nazwać przyjaciółmi, było dla niego niczym hobby. Jasne, wszystko z umiarem, ale taki sposób okazywania miłości idealnie do niego pasował. Zresztą umówmy się, ludzie nie pozostawali mu dłużni, potrafiąc odpowiedzieć. Imponujące i zachęcające do dalszych słownych potyczek, które trwały do momentu umysłowego zmęczenia lub oficjalnego przyznania, że jedna ze stron wygrała. Takie relacje były potrzebne i warte pielęgnowania - znacznie bardziej, niż cukierkowe słowa bezmyślnie wypowiadane, by zadowolić. Bo kto to widział, ciągle tylko komplementy prawić! Gdzie tu pazur, gdzie wyzwanie!
-No. no. Już ja wiem, że skrycie pragniesz mojego towarzystwa. Słuchaj, jesteśmy sami więc nie musisz udawać, biszkopciku - zaśmiał się, zerkając na mężczyznę. Teraz, kiedy pozwolił mu wejść nie było mowy, że uda mu się go wywalić. Nie, kiedy Aaron przyniósł prowiant i miał zadanie w postaci wyciągnięcia mężczyzny do ludzi. Przynajmniej z założenia, bo musiał mu tę propozycję dopiero złożyć.
-Ooooczywiście, jesteś totalnie rozchwytywany. To gdzie ci twoi wszyscy fani, hm? - rzucił, rozglądając się na boki, jakby liczył, że zaraz z szafy albo spod innego mebla zaczną wyskakiwać ludzie, niczym króliki z magicznego kapelusza. Nie wątpił w zajebistość swojego rozmówcy, ale odnosił wrażenie, że kulał pod względem społecznym jeszcze bardziej, niż Blackwood. Umiał zrozumieć pracoholizm, własny zawód również go pochłaniał, ale na litość wszystkiego? Nie można było żyć tam, gdzie się pracowało! - Praca mi nie ucieknie. Najwyżej posiedzą kilka dni dłużej, co za różnica. Zresztą miałeś docenić moje poświęcenie, a nie jeszcze się czepiać, że się z czymś nie wyrobię. Tak, Aaron, jestem ci wdzięczny z całego serca. O, tak to powinno wyglądać - zauważył z szerokim uśmiechem na ustach. Zdążył już poznać Cyrusa na tyle, by przywyknąć do jego sposobu bycia tak różnego od tego, którym cechował się młody Azjata. Byli jak ogień i woda i może właśnie dlatego Blackwood się nim zainteresował.
-Ale z ciebie maruda. Nie przytyjesz od kawałka bułki czy babeczki. Poza tym jakoś nie widzę na twoim ciele zbędnych kilogramów, więc może przestaniesz szukać tanich wymówek, co? No już, jeden gryz - powiedział, podtykając mu bliżej twarzy croissanta. Niemal tak, jak robiło się małym dzieciom, jeszcze krzycząc “samolocik”.
-Dziczejesz, kochanie. Trzeba cię wyciągnąć do ludzi. Może jakaś randka w ciemno? Założe się, że piękna niewiasta zmieniłaby twój stosunek do twojej pracy - zaproponował usłużnie. Mógłby mu nawet towarzyszyć, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ot, asekuracyjnie, gdyby przeszedł załamanie, że był tak daleko od szpitala. - Przyszedłem ci potowarzyszyć i przypomnieć, że ludzie inni, niż pacjenci, istnieją. I że za murami jest inne życie, serio fajne - wpakował sobie kolejną porcję słodkości do ust i zapił to wszystko kawą. Siłownia to jemu będzie musiała wlecieć. - Igły mi nie straszne, wiesz? Jak sprawia ci przyjemność kłucie ludzi, dawaj śmiało. Zawsze to jakaś forma interakcji - i nawet wystawił w jego stronę rękę.

Cyrus Lockhart
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
28 y/o
Welkom in Canada
183 cm
rezydent neurochirurgii w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
'Cause lately we've been living in different nations
Enemy lines are drawn, lines are drawn
We're speaking different tongues communicating
And as we fall, time is frozen
I know we break, but we're not broken
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cyrus zamrugał z niedowierzaniem na to określenie, które tak łatwo wypadło z ust Aarona — cóż, nikt nigdy do tej pory nie nazwał go jeszcze biszkopcikiem, więc miał prawo czuć się nieco wytrącony z równowagi. To był dokładnie ten moment, gdy Lockhart zaczął żałować, że pozwolił mu zostać. Parsknął nieco ponuro pod nosem, odrywając od niego spojrzenie, by zatrzymać je na swoich notatkach. Oczywiście, że o wiele chętniej zostałby w szpitalu, ucząc się i pracując jeszcze przez parę godzin. Co prawda, był zmęczony i trochę sfrustrowany, ale jak na razie, jego kariera była dla niego największym priorytetem.
— Niczego nie muszę udawać, Blackwood — westchnął, stukając palcami o biurko, jakby robił się niecierpliwy. — I jak jeszcze raz nazwiesz mnie w ten sposób, to amputuję ci twój język — obiecał, tym razem uśmiechając się dość szczerze; niemal jak prawdziwy szaleniec, któremu spodobał się taki pomysł. Zaraz jednak jego uwagę przykuły słowa gliniarza, mówiące o tym, że Cy wcale nie miał tak wielu znajomych. Trochę by się ich znalazło, ale byli tak wkurzający, że Lockhart wolał udawać, że wcale nie istnieją, ale o tym nie musiał mu już wspominać. — Spławiam ich tak samo jak ciebie — odparł, unosząc na niego spojrzenie, ostatecznie odsuwając od siebie swój notes, bo podejrzewał, że Aaron nie odpuści mu tak szybko. Boże, ze wszystkich osób na świecie, musiał trafić akurat na takiego upartego gnojka.

— Cholera, nie chciałbym, żebyś zajmował się moją sprawą z takim podejściem — westchnął. Podejrzewał, a raczej miał nadzieję, że Blackwood tylko żartował i że tak naprawdę porządnie zajmuje się swoją pracą, bo podobnie jak w przypadku roboty Cyrusa, była dość znacząca dla społeczeństwa. — Im więcej masz oczekiwań, tym częściej będziesz się zawodził — parsknął pod nosem na jego słowa. Zdecydowanie różnili się od siebie charakterami, ale skoro i tak długo ze sobą wytrzymali w tej dziwnej znajomości, to chyba nie mogło być tak źle, racja? Rezydent odchylił się na krześle, gdy Aaron podsunął mu słodkość pod nos, przez co prawie wypadł; ostatecznie złapał pion, z frustracją chwytając croissanta. — Mówiłem ci już, że jesteś cholernie upierdliwy? — mruknął, wgryzając się prosto w wypiek. No dobra, był w porządku i trochę podniesie mu energię, ale nie wspomni o tym na głos. Broń boże.

Czy każdy człowiek z jego otoczenia, musiał wspominać o kobietach, randkach, miłości i jego pracoholizmie? Jakby.... Czy naprawdę nikt nie widział w nim nic więcej niż całą tę otoczkę? Cyrus sapnął pod nosem, kręcąc lekko głową; nie sądził, by jakakolwiek odpowiedź miała w tym momencie sens. Miał wrażenie, że każdego dnia, bezustannie odgrywał tę samą rozmowę. I to w kółko. Lockhart chwycił swój długopis i zamachnął się lekko, jakby chciał mu wbić go prosto w żyłę, ale zatrzymał się tuż przed jego skórą.
— Nic ci nie zrobię, bo będziesz miał pretekst, żeby mnie stąd wyciągnąć i jeszcze zamknąć w jakimś pieprzonym areszcie — stwierdził, odrzucając długopis gdzieś na bok. — Nie interesuje mnie to za czym ganiają inni ludzie — przypomniał mu, chwytając swoją kawę, która bardziej odpowiadała mu od słodyczy. Poza tym ostatnio częściej sięgał po whisky, więc kofeina była miną odmianą.

Aaron
29 y/o
Welkom in Canada
188 cm
detektyw wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Niejednokrotnie w swojej społecznej karierze zdarzało mu się zwracać do innych określeniami, które zwykłej osobie nie przyszłyby do głowy. No bo gdzie indziej bywało się określanym biszkopciuku, pierniczku, czy innym słodkim wypiekiem! Należało przy tym wspomnieć, że podobne teksty były tylko i wyłącznie zarezerwowane dla ludzi, którzy mieli dla młodego policjanta większe znaczenie. Nie wyobrażał sobie atakowania niczego nieświadomych i niewinnych osób na ulicy i szeptaniu im czule do uszka, że byli jego jędrnym pączuciem. Zakrawałoby to co najmniej na słowne molestowanie, za które mógłby zostać pozwany, dlatego ograniczenie się do wyżywania na chociażby Cyrusie, zdawało się być dobrym rozwiązaniem. Zwłaszcza, że w mniemaniu Blackwooda, nawet jeśli mylnym, drugiemu mężczyźnie się to podobało, chociaż trochę.
-To twoje granie niedostępnego i chłodnego wyjątkowo mi się podoba, Młodziaku. Sprawia, że chcę próbować jeszcze bardziej - rzucił do niego, nawiązując przy okazji do nieznacznej różnicy wieku pomiędzy nimi. Na jego ustach wciąż błąkał się niczym niezrażony uśmiech. Zdecydowanie Lockhart był jedyny w swoim rodzaju i o ile dla większości mógł zdawać się zdystansowany, niedostępny, ewentualnie gburowaty, tak Blackwood go lubił. Miał w sobie zaczepność, a przy bliższym poznaniu naprawdę wiele zyskiwał. Grunt to tylko się chociaż trochę zbliżyć i przebić przez to kolczaste ogrodzenie, które wokół siebie zbudował. - A mój język zostaw w spokoju, doktorku. nie wiem jakie ty masz tam fantazje, ale może się jeszcze przydać - tym razem po prostu się do niego wyszczerzył. Z ich dwójki to zdecydowanie Cyrus miał większe predyspozycje na zostanie psychopatą, chociaż przeszłość Aarona mogłaby dać niezłe pole do popisu; zwłaszcza ta zabarwiona przez narkotyki.
-W takim razie słabi są, bo ja nie dam się tak łatwo. Sorry, prince, ale jesteś na mnie skazany. I może to lepiej, że nikt mi się tu nie kręci; będziesz cały mój i nikt cię nie będzie rozpraszał - wzruszył ramionami, pakując sobie do ust kawałek babeczki. Była całkiem smaczna, chociaż zamarzyło mu się nagle ciasto marchewkowe, najlepiej domowej roboty. Ciekawe, czy Cyrus potrafił piec, bo jeśli tak, Blackwood był skłonny nawiedzać jego dom za każdym razem jak tylko coś znajdzie się w jego piekarniku. - Dla ciebie zrobiłbym wyjątek, ale nie licz na fory w przypadku zabójstwa. Jeśli okażesz się jakimś psycholem wymachującym skalpelem i tnącym wszystkich na około, osobiście cię posadzę - zapewnił. Żarty żartami, nie posądzał o to przyjaciela, niemniej gdyby faktycznie dopuścił się poważnego przestępstwa ich relacja by go z tego nie wyciągnęła. Dwa razy zdarzyło mu się posadzić osoby, które były z nim wyjątkowo blisko. Bolesne, ale konieczne.
-Czasami jesteś nad wyraz oziębły. Ja się tu szykuje z zamiarem wyrwania cię na randkę, a ty już przed tym niemal kosza mi dajesz - westchnął dramatycznie, zaraz kawy upijając. Był przystojny, nie ma co. Oko było na czym zawiesić, ale zasada była prosta - do gaci swoich przyjaciół się nie dobieramy. No chyba, że owe gacie chcą być zbadane.
-Za to mnie kochasz, umówmy się - cmoknął w jego stronę rad, że mimo wszystko postanowił coś zjeść. Wyglądał trochę licho, a nie chciał, by nagle mu tutaj padł. Pierwsza pomoc nie była mu obca, do tego znajdowali się w szpitalu, ale mimo wszystko wolałby nie być zmuszonym do wzywania pielęgniarek.
-To ty serio czasem zachowujesz się jak świr. Weź nie stosuj takich praktyk na ulicy, bo cię przymkną w jakimś zakładzie - głową pokręcił, kiedy ten niemal go nie dźgnął. No szaleniec! Gdyby jeszcze zrobić odpowiedni makijaż, jak nic wykapany Joker. - Ja nie potrzebuję pretekstu, żeby cię stąd wyciągnąć. w razie konieczności obezwładnię, przewieszę przez ramię i wyniosę - stwierdził lekko, jakby podobne praktyki stosował każdego dnia. - A za czym ty gonisz, Cyrus? - spytał, tym razem znacznie poważniej, niż wcześniej.

Cyrus Lockhart
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”