ODPOWIEDZ
39 y/o
For good luck!
185 cm
prezes zarządu Ironcrest Development
Awatar użytkownika
He's nice, polite, he'll catch you by surprise. A smile so bright, you'd never bat an eye.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001. beyond every problem lies a solution

Oddział pediatryczny z całą pewnością wyróżniał się na tle pozostałych dzięki malunkom pokrywającym ściany korytarzy. Jasne kolory, raczej pastelowe, momentami intensywniejsze, budowały tło pod wykonturowane wizerunki superbohaterów i księżniczek, ale można było natknąć się także na pejzaże wypełnione bujną roślinnością i zwierzęcymi sylwetkami. Ktoś stworzył leśny zagajnik obok Królewny Śnieżki, nieopodal Arielki prezentowała się błękitna morska toń, a po drugiej stronie czuwał Aquaman. Intencja tych artystycznych zabiegów była oczywista, próbowano wcisnąć w tę konkretną część szpitalnej przestrzeni jak najwięcej radości, aby z ramion najmłodszych pacjentów zdjąć niepotrzebny stres.
Prawdopodobnie Thomas był jedynym człowiekiem, który najbardziej w tym miejscu doceniał białe sufity. Widok nienaruszonej sztuką przestrzeni pozwalał mu przypomnieć sobie kolejne szczegóły na temat budynku, w którym właśnie się znajdował. Podczas studiów Mount Sinai Hospital kilkukrotnie bywał obiektem jego wzmożonej uwagi jako przykład kluczowej infrastruktury Toronto. Szpital należał do tych budynków, których nie chwali się za fasadę, ale za funkcjonalność, dlatego każde z dwudziestu pięter było rozplanowane z myślą o maksymalnym wykorzystaniu przestrzeni. Budynek został oddany do użytku w 1974 roku, za plany architektoniczne odpowiadała firma Bregman + Hamann Architects, jednak głównym wykonawcą była spółka Ironcrest Construction. Kolejny dowód na potwierdzenie tezy, że Bedardowie zbudowali to miasto.
Ewidentnie nie pasował do szpitalnego krajobrazu, a już tym bardziej do pediatrii. Zawsze cenił sobie elegancką prezencję, jednak w ciemnogranatowym garniturze i czarnych oxfordach wyglądał prawie niedorzecznie, jakby całą swą powagą stał w całkowitym kontraście wobec wesołej kolorystyki. Nie minął nawet kwadrans, od kiedy stanął przed drzwiami gabinetu E4.15, a już zdążył spotkać się z kilkoma dociekliwymi spojrzeniami. Pierwsze należało do matki z dzieckiem czekającej na swoją kolej do sąsiedniego pokoju zabiegowego, drugie do przechodzącego dziecka w piżamie, a trzecie do pielęgniarki, która z każdą minutą coraz bardziej była skora podejść do niego z pytaniem czy nie pomylił pięter. Na tym oddziale dorośli rzadko pojawiają się bez dzieci.
Spojrzał na zegarek przelotnie, niby niedbale, jednak wiele go kosztowało, aby nie zmarszczyć brwi w wyraźnym przejawie niezadowolenia. Zjawił się kilka minut przed zakończeniem pracy poradni, ale najwidoczniej musiało być jakieś opóźnienie w przyjmowaniu kolejnych małych pacjentów, skoro doktor Callahan wciąż nie opuściła gabinetu. Może inaczej podchodziłby do czasu oczekiwania, gdyby wcześniej zapowiedział swoje przybycie. Jego wizyta mogła wywołać różne reakcje.
Drzwi w końcu się rozwarły, stanęła w nich matka z kilkuletnim synem, jeszcze u progu zadając jakieś pytanie o dawkowanie leku. Thomas był na tyle cierpliwy, aby uprzejmie poczekać aż kobieta otrzyma zadowalającą ją odpowiedź i w końcu oddali się o kilka metrów, zanim sam stanął w progu, aby zajrzeć do środka. Szybko spojrzeniem zlokalizował kobiecą sylwetkę, z premedytacją czekając z zamknięciem za sobą drzwi. Miał prawo przypuszczać, że jego obecność nie będzie w najmniejszym stopniu pożądana.
Cześć – przywitał się spokojnie, z uprzejmym uśmiechem. – Przepraszam, że przychodzę bez zapowiedzi. Jeśli nie masz już innych pacjentów, znajdziesz dla mnie chwilę?
Być może nie powinien nachodzić jej w pracy, jednak paradoksalnie szpital był dla nich najbardziej neutralnym gruntem do przeprowadzenia jakiejkolwiek rozmowy. Przed podjęciem działania Thomas dokładnie przeanalizował sytuację Very oraz jej problem z otrzymaniem rozwodu. To nie mogła być sprawiedliwa walka, kiedy miała przeciwko sobie Elliota i całą jego znamienitą rodzinę. Doskonale znał jej męża, pojmował tok jego rozumowania, tym bardziej wiedział, że ten nie da jej tak po prostu odejść.
Chciał jej pomóc. Na pewno nie z powodu szczerej troski o jej szczęście, ale samym przybyciem do szpitala ujawniał cień dobrej woli.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
katri
sterowania moją postacią przez współgracza, mieszania wiedzy autora z wiedzą postaci
36 y/o
For good luck!
168 cm
pediatra mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Praca wciąż pozostawała dla niej ucieczką.
Była wymagająca, zabierała jej większość wolnego czasu, odbierała energię i często nie pozwalała zaplanować niczego poza nią, aczkolwiek Vera była wdzięczna swojemu grafikowi za to, że tak szczelnie wypełniał jej dni, odbierając możliwość przesadnego analizowania własnej sytuacji. Niestety słynęła z tego, że rozmyślała zbyt intensywnie, fiksując się na jednym temacie do tego stopnia, że wywoływał w niej panikę.
Życie u boku Elliota nauczyło ją, że niczego nie mogła być pewna. Że powinna spodziewać się wszystkiego. Że jego ciche dni nigdy nie oznaczały dla niej niczego dobrego. Po nich zawsze przychodził chaos, pochłaniający ją w całości, nie dający możliwości reakcji i osuwający spod nóg grunt, który jeszcze chwilę wcześniej wydawał się stabilny. Jej jeszcze mąż był złem w najczystszej postaci. Dla ludzi z zewnątrz uchodził za przykładnego i dobrego człowieka, za zamkniętymi drzwiami zrzucając jednak tę starannie wykreowaną maskę.
Teraz także milczał, a to milczenie oznaczało problemy. Oznaczało, że prędzej czy później zjawi się na jej progu osobiście albo wyręczy się jednym ze swoich pracowników, wręczając jej papiery. Nie te, które pragnęła zobaczyć. Nie te, które wysłała do niego z prośbą o j e d e n, pieprzony podpis, aby wreszcie zamknąć rozdział życia, który obojgu z nich ciążył. On wyśle te, które miały ugrać na tym rozwodzie coś dla niego, choć niewiele mogła mu jeszcze podarować. Wyprowadziła się z ich wspólnego domu z n i c z y m. Zostawiła wszystko, decydując się zbudować swoje życie od nowa, zupełnie niezależnie od niego, a jednak nawet to było za mało.
Wiedziała, że coś kombinuje. Nie wiedziała tylko, jak wielkie to będzie i jak bardzo ją zniszczy.
Dlatego właśnie oddawanie się pracy było dla niej zbawieniem. Brała kolejny dyżur od rana do późnych godzin wieczornych, przyjmowała pacjentów ponad miarę, a kiedy kończyła poradnię, szła jeszcze na oddział, choć w ogóle nie musiała tego robić. To sobotnie popołudnie nie różniło się niczym od poprzednich dni, zlewających się w jeden obraz odbijany na kalce. Dopiero po przyjęciu ostatniego pacjenta poczuła, że marzy już tylko o ciszy. Zamierzała zamknąć drzwi gabinetu, zrzucić buty, wyciągnąć przed siebie obolałe nogi, włączyć cicho muzykę i przez kilka minut po prostu pobyć sama. Nie robić n i c, nie rozmawiać i przede wszystkim nie myśleć.
Z dala od kakofonii dźwięków, dziecięcego płaczu i pełnych pretensji spojrzeń rodziców, którym często tłumaczyła to samo na kilka różnych sposobów, a mimo wszystko informacje i tak do nich nie docierały. Jej cierpliwość była zdecydowanie nadszarpnięta po długich godzinach spędzonych pomiędzy szpitalnymi murami, a mimo to wcale nie chciała stąd wychodzić. Chciała odpocząć t u t a j, wiedząc, że na tym etapie swojego życia nie istniało żadne inne miejsce, w którym czułaby się równie mocno u siebie.
Rozplątywała właśnie włosy, przeczesując je palcami, gdy po kilkunastu sekundach ciszy do jej uszu dobiegł znajomy głos. Przymknęła oczy, uśmiechając się ironicznie, bo Thomas Bedard był o s t a t n i ą osobą, którą spodziewała się dzisiaj zobaczyć. Kurwa, ostatnią, którą spodziewała się zobaczyć tutaj kiedykolwiek. - Nie zajmuję się pacjentami w twoim wieku - odpowiedziała bez równie uprzejmego co jego cześć. - Wydawało mi się, że jesteś na tyle bystry, żeby wiedzieć, czym jest pediatria - podniosła się z krzesła, prostując obolałe plecy, by mimo chłodnego przyjęcia podejść i zamknąć za nim drzwi.
Czy właśnie dotarł do niej posłaniec, o którym jeszcze przed chwilą myślała? Czy to nim Elliot postanowił się wyręczyć, wiedząc, że nić sympatii pomiędzy tą dwójką nigdy się nie zawiązała?

thomas bedard
diosmio
nuda i przesadna życioza
39 y/o
For good luck!
185 cm
prezes zarządu Ironcrest Development
Awatar użytkownika
He's nice, polite, he'll catch you by surprise. A smile so bright, you'd never bat an eye.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gabinet lekarski mógł wydawać się tylko tłem dla niewygodnej rozmowy, jednak w rzeczywistości stanowił kluczowy element dla dalszego przebiegu konwersacji. Thomas miał kontrolę nad wyborem czasu i miejsca spotkania, ale cała reszta leżała już w rękach Very. Dla możliwości zawarcia porozumienia ustępował jej pola, godząc się na to, że w szpitalnych murach to ona ma siłę sprawczą, dzięki której będzie mogła w każdej chwili pozbyć się nieproszonego gościa.
Od razu dostrzegł, że przyjęła obronną postawę, puszczone samopas kaskady ciemnych włosów nie mogły w pełni zakryć sztywności kobiecych ramion. Ironiczny komentarz podkreślił jej nieufność, ale nie stanowił przejawu wściekłej wrogości. Próba uderzenia w jego ego była swoistą manifestacją, tak samo powstanie z krzesła i przejście przez całe pomieszczenie w stronę wyjścia stanowiło subtelny pokaz siły. Tym bardziej zwlekał z przekroczeniem progu, do środka wszedł dopiero w chwili, gdy sama zdecydowała o zamknięciu drzwi.
Uznałem, że mniej szokujące będzie odwiedzenie cię w szpitalu niż zaczepianie znienacka na ulicy.
Dobrowolnie pozbył się uśmiechu z twarzy, ten najwidoczniej raził ją w oczy, skoro w przeszłości nie nawiązali choćby zalążka przyjacielskiej relacji. Znikomy cień sympatii i tak byłby marnym usprawiedliwieniem dla tej niezapowiedzianej wizyty. Nigdy nie próbował jej urazić, choć wielu przedstawicieli wyższych sfer już sam brak próby wkupienia się w ich łaski uznawało za zniewagę. Nie sądził, aby kierowała nią urażona duma, powodem jej wzmożonej czujności był oczywiście Elliot.
Wobec Elliota zawsze był przyjazny, nawet jeśli kilka lat temu ich kontakt ograniczył się do koniecznego minimum. Nie doszło do żadnej awantury, nie było wzajemnych oskarżeń, po prostu przestali rozmawiać o innych sprawach niż interesy łączące ich rodziny. Jeśli ktoś próbował pytać Thomasa o wyraźne rozluźnienie tej relacji, wówczas cierpliwie wyjaśniał, że ludziom zapracowanym ciężko utrzymać dawne przyjaźnie. Mimo to nie był zbyt wiarygodny w oczach Very, rozumiał rezerwę z jaką podchodziła do jego wizyty.
Nie przychodzę jako adwokat diabła – zakomunikował rzeczowym tonem, dokładnie obserwując wyraz jej twarzy, aby nie umknęła mu żadna istotna emocja. Sam do sprawy jej rozwodu podchodził na chłodno, natomiast ona miała pełne prawo reagować uczuciowo na każdą wzmiankę o nieudanym małżeństwie. – Wiem, że chcesz się rozwieść z Elliotem. Dobrze go znam, nie da ci odejść bez walki. I to cholernie paskudnej walki.
Podbój lub zniszczenie, taką zazwyczaj Elliot obierał taktykę w biznesie, rzadko godząc się na kompromis. Vera z pewnością była świadoma, że na szali leży jej reputacja, której nie zdoła uchronić nawet biel lekarskiego fartucha. Nagle pojawią się rodzice gotowi oskarżyć ją o postawienie błędnych diagnoz skutkujących pogorszeniem zdrowia ich pociech. Znajdą się dowody przyjętych łapówek. Komuś w końcu wpadnie w ręce dokumentacja z przebiegu jej specjalizacji, z której będzie wynikać szereg zaniedbań.
Chcę pomóc.
Pomóc w tej paskudnej walce, aby to reputacja drugiej strony spłynęła do rynsztoka. I miał już do zaoferowania coś konkretnego, ponieważ same słowa wsparcia nic nie wnoszą. Musiał tylko mieć pewność, że ta pomoc zostanie przyjęta.
Skierował kroki w stronę biurka, aby usiąść na krześle stojącym naprzeciw, zapewne przeznaczonym dla dorosłych opiekunów badanych dzieci. Wierzył, że rozmowa chwilę im zajmie i uda im się chociaż pobieżnie omówić warunki współpracy.

vera callahan
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
katri
sterowania moją postacią przez współgracza, mieszania wiedzy autora z wiedzą postaci
36 y/o
For good luck!
168 cm
pediatra mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie ufała mu.
Nie dlatego, że Thomas kiedykolwiek zrobił jej coś złego. Właściwie odkąd go znała, nigdy nie dał jej ku temu konkretnego powodu. Problem polegał na tym, że przez wszystkie te lata stał z b y t blisko Elliota. A w jej świecie istniała bardzo prosta zależność - każdy, kto dobrowolnie pozostawał w jego otoczeniu, prędzej czy później zaczynał przypominać go bardziej niż sam chciałby przyznać. Nie wiedziała czy wynikało to z wygody, lojalności czy zwyczajnego strachu, ale jeszcze nie spotkała osoby, która potrafiłaby funkcjonować obok jej męża, nie przejmując choć części jego sposobu działania.
Dlatego milczała.
Stała oparta plecami o zamknięte drzwi, nie spuszczając z niego wzroku ani na moment. Obserwowała wszystko - to, że nie wszedł do gabinetu od razu; że uśmiech zniknął z jego twarzy, kiedy zorientował się, iż nie trafił na podatny grunt; że nie próbował skrócić dzielącego ich dystansu bardziej, niż było to konieczne. Ważył każde słowo z wyjątkową ostrożnością i Vera miała nieodparte wrażenie, że robił to ś w i a d o m i e. Jak człowiek, który doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeden nieprzemyślany ruch wystarczy, by zakończyć rozmowę zanim ta na dobre się rozpocznie.
- To bardzo troskliwe z twojej strony - odpowiedziała chłodno, choć w jej głosie pobrzmiewała ledwie dostrzegalna ironia. - Elliot też lubił wybierać miejsca z których trudniej było uciec. Widzę, że czegoś cię jednak nauczył - rzuciła, bardziej sprawdzając jego reakcję niż próbując go sprowokować.
Dopiero kolejne słowa sprawiły, że jej twarz na ułamek sekundy zesztywniała. W innych okolicznościach prawdopodobnie prychnęłaby śmiechem. Samo zestawienie Elliota z diabłem było zaskakująco trafne. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że ktoś po prostu wypowiedział na głos myśli, których od tygodni nie potrafiła uciszyć. Dokładnie tego się spodziewała - nie podpisanych papierów rozwodowych, nie spokojnej rozmowy, a wojny.
Od dnia, w którym zatrzasnęła za sobą drzwi ich wspólnego domu, wiedziała, że dla Elliota przestała być żoną. Stała się p r z e c i w n i k i e m, kimś kto odważył się odebrać mu kontrolę.
Nie odpowiedziała od razu. Zamknięta przestrzeń nagle zaczęła wydawać jej się jeszcze ciaśniejsza. Zatrzymała się przy biurku, opierając o jego krawędź obie dłonie. - Nie powiedziałeś niczego, czego sama bym już nie wiedziała - uniosła na niego spojrzenie. - Od tygodni czekam na pierwszy ruch. Każdego dnia zastanawiam się, czy to będzie telefon, pozew, artykuł w gazecie czy jeszcze coś innego - uśmiechnęła się krótko, ale w tym uśmiechu nie było ani odrobiny rozbawienia.
Dopiero wtedy padły dwa słowa, które przez cały czas wisiały pomiędzy nimi. Chcę pomóc.
Vera odwróciła wzrok. Przez chwilę patrzyła gdzieś w bok - na porozrzucane po biurku dokumenty, dziecięce rysunki przypięte do tablicy i pluszowego misia siedzącego na szafce. Ten gabinet był jedynym miejscem, w którym od wielu tygodni czuła się bezpiecznie. A teraz nagle nawet tutaj Elliot zdawał się wyciągać po nią ręce. - Chcesz pomóc mi? - powtórzyła powoli. - Chcesz stanąć przeciwko człowiekowi, który jest twoim przyjacielem? - pokręciła głową z niedowierzaniem. Dobrze wiedziała, że ich relacje są tylko poprawne, daleko im było do przyjaźni, niemniej w zestawieniu z tym co łączyło ją i Thomasa, tamta relacja była o wiele głębsza. - Mam ci uwierzyć?
Zapadła cisza, której nie przerywała. Nie poprosiła go, żeby usiadł, choć sam zdążył już zająć miejsce. Nie zaproponowała kawy, nie zdjęła z twarzy ostrożności, a mimo to nie otworzyła drzwi, nie wskazała wyjścia i nie zakończyła rozmowy. - Dlaczego? odezwała się w końcu. - Chcę usłyszeć, d l a c z e g o człowiek, który zna go tak dobrze, nagle postanowił stanąć po mojej stronie - jej spojrzenie ani na moment nie złagodniało, choć w środku czuła drżenie.

thomas bedard
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”