ODPOWIEDZ
43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

You turn to me
I say, "What's there to talk about?"
Over fifteen years we’ve talked about it all
I've learned to be as alone as together means
Because you bring me down
And I drive you up the wall


Mógł nie odebrać. Przegapić połączenie, obwieszczane wątłymi wibracjami wyciszonego, i wepchniętego głęboko w wąską szparę w obiciu kanapy telefonu. Nie usłyszeć wygrywanej przez urządzenie melodii, zbyt zatopiony we własnych myślach nad połowicznie sprawdzonymi egzaminami jedenastoklasistów, i w Iggy'm Popie sączącym się ze słuchawek. Schwytany w silny uścisk ramion samego Morfeusza, który poza godzinami pracy przywłaszczał sobie Sala zachłannie, ale nieregularnie - bo czasem sen dopadał blondyna nagle i niepowstrzymanie, piętnastominutową popołudniową drzemkę zmieniając w pełne trzy godziny snu pozostawiające go zaślinionym i rozbitym, a czasem nie chciał nadejść nawet po wielu kwadransach spędzonych na liczeniu owiec w niedopranej trochę pościeli.
Mógł nie odebrać. I tym samym stracić szansę na kolejny popis w roli niedzielnego ojca, na którego nie da się może liczyć na co dzień, ale do którego znacznie rozsądniej jest zwrócić się po ratunek w jakimś niespodziewanym kryzysie, zwłaszcza jeśli drugą najlepszą opcją jest - w ujęciu Rory - zdecydowanie zbyt surowa ostatnimi czasy matka. Faktycznie, Diane w ostatnich miesiącach częściej wyznaczała granice niż odpuszczała, bardziej stanowczo przypominała o obowiązkach niż pozwalała o nich zapomnieć, i więcej uwagi niż do fluktuacji nastoletnich nastrojów Rory, przykładała do potencjalnych konsekwencji jej wyborów. Sal natomiast pozostawał tym rodzicem od planów awaryjnych (nawet jeśli i tak ostatecznie kończyło się interwencją Diane); od spontanicznych wyjazdów po lody w środku nocy; od teleskopu rozstawianego na strychu. Od odpowiedzi na pytania, których nauczyciele zwykle zbywali wzruszeniem ramion. Paradoksalnie trochę go to bolało, a trochę cieszyło. Byłoby znacznie gorzej, gdyby nie dzwoniła wcale.
Był w domu, co niektórym mogłoby wydawać się osobliwym wyborem jak na samotnego czterdziestotrzylatka w piątkowy wieczór, ale dla Sala stanowiło przede wszystkim źródło głębokiej ulgi. Nie musiał z nikim rozmawiać, niczego udowadniać ani negocjować z własnym introwertyzmem. Wystarczała kanapa, pies rozciągnięty u jego stóp, sterta klasówek i otwarte okno wpuszczające do środka ciepłe, czerwcowe powietrze pachnące lipami i rozgrzanym po całym dniu asfaltem.
— Tatooo...
Sal Dykman miał teorię, że rodzice byli jak nietoperze. Nie tylko dlatego, że w odbiorze własnych latorośli zdawali się jednocześnie głusi, ślepi i wiecznie się czegoś czepiający, ale również dlatego, że reagowali na częstotliwości, których reszta świata zwyczajnie nie rejestrowała. Nie potrafiłby wskazać momentu, w którym ta umiejętność się pojawiała. Być może była wrodzona. Być może uaktywniała się dopiero w chwili narodzin (albo adopcji, żeby być inkluzywnym) dziecka niczym jakiś uśpiony gen, o którym biolodzy jeszcze nie zdążyli napisać artykułu. Wystarczało jednak jedno przeciągnięte dramatycznie, drżące "tato", żeby postawić w gotowości cały ten dykmanowy, rodzicielski instynkt. Teraz, wypowiadane przez jego córkę po drugiej stronie słuchawki, brzmiało szczególnie desperacko.
— Rozmawiałaś z mamą?
Rozmawiałaś z mamą zawsze było natomiast pytaniem strategicznym. Nigdy nie wynikało z ciekawości, stanowiąc raczej próbę oszacowania rozmiaru katastrofy, z którą mieli się zaraz zmierzyć. Sal zadał je odruchowo, szamocząc się jednocześnie z jedną skarpetką, rękawem koszuli i kluczami, które jakimś cudem znowu zdążyły zniknąć mu z oczu dokładnie wtedy, kiedy były najbardziej potrzebne.
Nie chciał zrzucać odpowiedzialności na Diane. Chciał tylko wiedzieć, ile czasu zostało, zanim będzie musiał do niej zadzwonić.
Kilka urywanych zdań później blondyn wiedział już tyle, że jego córka znajdowało się na komisariacie policji razem z grupą znajomych. Że nikomu nic się nie stało. I że Rory bardzo, bardzo by chciała, żeby mama nie dowiedziała się o tym przynajmniej przez najbliższe pół godziny.
— Dobra. Już jadę - Powiedział. Nie zdążył jednak dodać rytualnego kocham cię, bo Aurora już zdążyła się rozłączyć, zostawiając go tylko z wieczorną ciszą.

Odległość dzielącą jego dom od posterunku, Sal pokonał z niemal podręcznikowym poszanowaniem przepisów. Zwolnił tam, gdzie zwolnić należało. Zatrzymał się na pomarańczowym świetle, choć jeszcze sekundę wcześniej zdążyłby spokojnie przejechać. Trzymał obie dłonie na kierownicy, wzrok wbity w jezdnię, a licznik prędkości kontrolował częściej niż zwykle.
Gdzieś z tyłu głowy uporczywie pracowała ta część umysłu, która przez lata kazała mu przeliczać wszystko na liczby. Masa ciała. Objętość wypitego parę godzin wcześniej alkoholu. Tempo metabolizmu (u mężczyzny po czterdziestce; ze względnie przyzwoitym BMI i - jakimś cudem - cholesterolem nadal w górnej granicy normy). Minuty, które upłynęły od ostatniego łyku piwa. Najprawdopodobniej był całkowicie trzeźwy.


Najprawdopodobniej. To słowo nigdy szczególnie mu się nie podobało.
Nie, Sal nie był na tyle durny, żeby świadomie prowadzić po pijaku i jeszcze dobrowolnie zjawiać się pod komisariatem policji. Nie ufał jednak własnemu organizmowi równie mocno, jak ufał mu kiedyś. Zwłaszcza że ostatnimi czasy alkohol coraz częściej przestawał być dodatkiem do wieczoru, a stawał się jego stałym elementem, i mógł utrzymywać się we krwi dłużej, niż wskazywałyby na to jego jawne efekty. Nie sądził, żeby ktokolwiek wyczuł od niego piwo. Poza Diane, bo ona przecież zawsze wyczuwała rzeczy, których nie zauważał nikt inny. Ale - o ile umowa zawarta z Aurorą miała przetrwać kolejną godzinę - nie musiał się póki co martwić o obecność byłej żony.
Wpadł na komisariat dokładnie tak, jak wypadł z własnego domu — z włosami w tragikomicznym nieładzie i flanelową koszulą zapiętą nierówno, i tylko na dwa guziki, zarzuconą niedbale na t-shirt z nazwą zespołu, którego większość młodych funkcjonariuszy zwyczajnie nie miała prawa pamiętać. Z dokumentami i kluczykami do samochodu zaciśniętymi w dłoni. I z sercem tłukącym się o żebra w rytmie ojcowskiej troski. Hamując przy dyżurce, zapytał skąd odbiera się tutaj marnotrawne dzieci. Potem ruszył w stronę wskazanego mu korytarza, aż do majaczącej u jego końca poczekalni, i zatrzymał się jak wryty. Nie, nie na widok Aurory.
Na widok Diane.

Najpierw zarejestrował tylko fragment sylwetki, ledwie cień, zarys, który znał na pamięć głównie dlatego, że ów wracał do niego nawet teraz niejednej nocy. Jasne włosy opadające miękką falą na ramiona, profil podkreślony jasnym światłem jarzeniówek, ruch smukłej dłoni zaciśniętej wokół paska niewielkiej torebki. Dopiero po chwili reszta obrazu ułożyła się w znajomą całość.
Diane Dykman Walker wyglądała tak, jakby ktoś wyrwał ją prosto ze środka bardzo udanego wieczoru. Miała na sobie ubrania, których nie znał, i kolczyki, których nie kojarzył. Tylko zapach jej perfum był ten sam, docierając do Sala jak wstrząs wtórny po dawnym trzęsieniu ziemi.
Przez krótką, zupełnie niepotrzebną chwilę przypomniały mu się te rzadkie bankiety organizowane po konferencjach Programu. Diane wyglądała wtedy dokładnie tak samo. Stała obok niego z kieliszkiem wina musującego, uśmiechając się uprzejmie do ludzi, których nazwisk żadne z nich nie potrafiło zapamiętać. Od tamtej pory minęły lata. A on nagle zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, skąd dziś przyjechała.
Wystarczyły dwa kroki w przód, powzięte odruchowo, by ich spojrzenia spotkały się niemal natychmiast ponad linią, gdzie malowała się ta żałosna koszula Sala, i jego przybrudzone trampki. W niemal ordynarnym kontraście do Walker, wyglądającej tak, jakby za chwilę miała wrócić do stolika w ekskluzywnej restauracji, a nie odbierać córkę z komisariatu.
No tak. Rewelacja.
- Podobno miałaś się o tym nie dowiedzieć - Powiedział, odchrząknąwszy ciężko. Jego dłoń uciekła do linii jego karku, jak zwykle, gdy się denerwował. - Jak widzę, plan był ambitny, ale krótkowzroczny... - Westchnął, jakby humor zawsze był najlepszą linią obrony (nie był). — Dowiedziałaś się już czegoś więcej ode mnie, czy tym razem zaczynamy od tego samego poziomu paniki?

Diane Walker
42 y/o
For good luck!
170 cm
creator of worlds
Awatar użytkownika
i'm waiting for you, you're waiting for me; afraid of what we'll find if we let words run free
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wdech.

Dzisiejszy wieczór kosztował ją zbyt wiele, niż była skłonna przyznać. To nie tak, że odwykła od stawania przed lustrem i przygotowywania się do wyjścia. Ilość uwagi, jaką przykładała do swojego wizerunku była odwrotnie proporcjonalna do ilości gówna, które wylewało się w jej życiu osobistym.
Od rozwodu spędzała b a r d z o dużo czasu w łazience.
Makijaż, staranne ubrania, ułożone włosy, to wszystko było zasłoną. Iluzją stworzoną na potrzeby utrzymanie dystansu od wszystkich osób pragnących w jakiś sposób się do niej zbliżyć. Osoba wyglądająca nędznie i czująca się nędznie mogła wymagać pocieszenia bądź skrycie pragnęła porozmawiać o swoich problemach i czuć się wysłuchana. Osoba konkretna, ułożona i zadbana już sobie ze wszystkim poradziła i chciała tylko świętego spokoju.
Wydech.

Dzisiejszy wieczór na pozór mógł wyglądać dokładnie tak samo, jak każdy inny. Wkraczała pod prysznic, myła włosy, suszyła je, nakładała makijaż. Wybierała dla siebie kreację, zakładała biżuterię, spoglądała w lustro przed wyjściem na zewnątrz.
Wszystko było inne.
Nad makijażem rozwodziła się przez czterdzieści minut tylko po to, by wyszedł o jeden procent lepszy niż zwykle. Jeden kosmyk włosów wyciągnięty z wałka ułożył się w krzywy sposób i doprowadzanie go do porządku niemal doprowadziło ją do łez zarazem. Perfumy psiknęła o raz za dużo, albo o dwa razy za mało - raz czuła je tak intensywnie, że robiło jej się niedobrze by zaraz nie czuć ich w ogóle. Nad pudełkiem nowych kolczyków tkwiła przez dobre pięć minut, do samego końca zastanawiając się nad wybraniem innych, tych, które znała, w których czuła się komfortowo.
Ona była inna.
I nie była pewna, czy była stworzona do tego życia. Do kupionej jej w prezencie sukienki, w której chciał ją dziś zobaczyć. Do kolczyków, do drogiej restauracji, do której musiała sprawdzać trasę w nawigacji, bo nigdy wcześniej w tej okolicy nie była - bo, oczywiście, w tym małym wyrazie niezależności odmówiła bycia odebraną.
Do następnych szans, gdy blizny po tych pierwszych wciąż tkwiły w jej sercu.
Wdech.

Pierwsze minuty były nerwowymi uśmiechami i dłońmi stale poprawiającymi ułożenie sztućców na białym obrusie. Intensywnym przeglądaniem karty menu, której zawartość sprawdziła uprzednio, by mentalnie się przygotować - a jednak teraz udawała, że poznaje ją na nowo z żywym zainteresowaniem. Rzuceniem nazwy niedrogiego wina, które lubiła, nim jeszcze kelner zdążył się odezwać pytaniem.
Słowem - pierwsze minuty były n i e z r ę c z n e.
Dlatego tym większą wartość miał dla niej moment, gdy wreszcie, po pewnym czasie, zaczęła się rozluźniać. Przestała myśleć o tym, czy w tej sukience nie wyglądała zbyt dziwnie i nie była na nią za stara. Przestała poprawiać tego jedynego kolczyka, z którego zapięciem coś było nie tak, choć nie potrafiła określić co dokładnie.
I przede wszystkim - przestała nerwowo obracać pierścionkiem na jej palcu założonym by ukryć wytarty w nim ślad po obrączce, który, na przekór logice, wciąż tam widziała.
Momenty miały jednak do siebie to, że często były rujnowane. Szczególnie, gdy zaczynało jej na nich zależeć.
Wydech.

Nerwowo ściskała telefon w dłoni wkraczając na komisariat, stukot jej butów na wysokim obcasie odbijał się echem od ścian przemierzanego przez nią korytarza. Telefon, którym zaledwie piętnaście minut temu odebrała pilną wiadomość wysłaną jej przez matkę koleżanek Rory, pytającą ją kiedy dotrze na komisariat. Jaki komisariat? Wściekłość wypchnęła ją z drzwi restauracji tak szybko, że niemal zapomniała przeprosić za zamieszanie - które, naturalnie, jej partner zrozumiał i zaoferował, że ją podwiezie, na co ona pośpiesznie odmówiła. Tych dwóch światów nie należało mieszać, jeszcze nie. Może nigdy.
Całą drogę głowiła się nad tym, dlaczego Rory do niej nie zadzwoniła - a gdzieś z tyłu, na obrzeżach jej myśli czaiło się pytanie do kogo zadzwoniła, skoro nie do niej, ale było wciąż tak oderwane od potoku wszystkich innych, nerwowych myśli, że nie skupiła na nim swojej uwagi.
Przynajmniej dopóki odpowiedź na nie nie spojrzała jej prosto w oczy, stojąc na środku korytarza.
Sal.
Oczywiście, że Sal.
Jej nogi zwolniły dostrzegając znajomą sylwetkę. Na jedno uderzenie serca coś w jego głębi przeskoczyło w inny tryb, spoglądając na jego zmierzwione włosy, zakłopotane spojrzenie, nerwowy uśmiech. Uśmiech, który zawsze potrafił wywołać jej własny wtedy, w przeszłości. W innych czasach, w których oboje byli innymi ludźmi.
Kącik jej ust zdradliwie zapragnął powędrować w górę i chwyciła go, gwałtownie, desperacko wręcz zmuszając do posłuszeństwa, przez co zamiast neutralnego wyrazu, jej wargi wygięły się w mocno przesadzony wyraz niezadowolenia.
- Co to znaczy miałam się nie dowiedzieć? - spytała chłodno, zatrzymując przed nim - w miejscu, w którym powietrze nabrało j e g o zapachu. Zapachu, który dalej potrafiła zidentyfikować w swoim mieszkaniu, w paru rzeczach, które zostawił na przestrzeni lat. I czymś innym, dodanym do tego - zapachu p i w a. - Śmierdzisz piwem, Sal - dodała ciszej, odsuwając się ostentacyjnie o pół kroku, choć nie potrafiła przyznać przed sobą, którego z tych dwóch zapachów nie chciała czuć w tej chwili bardziej. - Mam nadzieję, że nie przyjechałeś tu samochodem.
Odwróciła się, rozglądając za kimkolwiek, kto mógłby udzielić im odpowiedzi. Obecność Sala z jakiegoś powodu wszystko komplikowała, choć przecież nie powinna tego robić - był rodzicem Aurory, powinien to wszystko u ł a t w i a ć.
- Zadzwoniła po ciebie, nie po mnie - dodała, słowa wypadły nieco zbyt zgryźliwie niż powinny. - To ty powinieneś wiedzieć, co się dzieje i teraz łaskawie mnie o tym poinformować. Zresztą, dotarłeś tu pierwszy.

sal dykman
43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W ujęciu naukowym, w obszarze fizyki, siła nie była cechą ciała. Wynikała z relacji, powstając dopiero wtedy, kiedy jedno ciało zaczynało oddziaływać na drugie.
Sal od dawna wierzył, że z ludźmi działało to bardzo podobnie. Bo ludzie przecież nie przychodzili na świat silni, ale się tacy stawali, pod naporem zdarzeń fundowanych im przez los, hartowani przez własne okoliczności. Już kiedy ją poznał, Diane wyróżniała się cechami, których jemu samemu ewidentnie brakowało. Była bardziej opanowana, zwłaszcza w obliczu kryzysu. Cierpliwsza i zdolna by podejść na chłodno do kwestii, które jego samego natychmiast wprawiały w stan najwyższej gotowości (lub zwyczajnej paniki). Nie wyobrażał sobie jednak, że taka właśnie się urodziła; czasem podziwiał, a czasem rozżalał się nad faktem, że musiała nauczyć się taka być.
Rozumiał, i doceniał (za późno?), że przez wszystkie te lata to ona dźwigała ciężar ich wspólnego życia zawsze wtedy, kiedy on się pod nim chwiał albo - najpierw metaforycznie, a potem dosłownie, zawsze gdy w grę zaczął wchodzić alkohol - słaniał na nogach. Była silna, bo on pozwalał sobie być słabszy. Zachowywała kontrolę i panowanie nad sobą wtedy, kiedy on je tracił. Miała odwagę by pozostawać obecną, podczas kiedy dla niego, łatwiejszą okazywała się dezercja w teorię i hipotezy, niewiele mające wspólnego z przyziemnością ich własnej, wspólnej egzystencji.
A potem stało się coś, czego żadne z nich zdawało się nie spodziewać.
Ich relacja przestała istnieć.
Z punktu widzenia fizyki, siła powinna była zatem zniknąć razem z nią. Podczas jednak, gdy Sal zdawał się rozsypywać z miesiąca na miesiąc coraz bardziej, Diane — przynajmniej z jego perspektywy — zdawała się trwać niewzruszona, lub wręcz stawać jeszcze mocniejsza, jeszcze bardziej opanowana niż przed rozwodem. Jakby rozstanie odebrało równowagę wyłącznie jednemu z nich, w drugim budząc tylko kolejne, nieodkryte do tej pory pokłady perfekcjonizm i kontroli.

Gapił się. Trochę tępo, trochę beznadziejnie, zastanawiając się, co powinien teraz zrobić - i z każdą kolejną sekundą nabierając tylko coraz większej pewności, że na cokolwiek by się nie zdecydował, i tak każdym słowem i czynem zaraz wykopie sobie grób w ich dzisiejszej interakcji.
Ty za to pachniesz winem, chciał powiedzieć najbardziej. Winem, i tremą, i perfumami, których zapach musi Cię irytować, bo jest zbyt intensywny, zbyt intencjonalny jak na Twój gust. W ostatnich miesiącach ich małżeństwa Sal skutecznie się jednak nauczyć, że czasem naprawdę lepiej jest porzucić sarkazm i ironię, i zamiast tego wybrać mniejsze zło, najczęściej przybierające formę ugryzienia się w język. Teraz, wydawało się, ukąsił się w jego czubek z taką siłą, że aż się skrzywił, za grymasem tym kryjąc wszystko, co cisnęło mu się na wargi.
- Diane - Zaczął, i wypadło to miękko. Zawsze, kurwa, zbyt miękko, nawet kiedy tak bardzo starał się dorównywać jej chłodem. - Dotarłem tu minutę temu - Powiedział, wszelkie dostępne mu (i przy tym raczej dość wątłe) pokłady siły woli wkładając w staranie, żeby nie zabrzmieć za ostro, oskarżycielsko albo konfrontacyjnie, tylko po prostu poważnie. Spokojnie i dorośle, jak na odpowiedzialnego ojca przystało - Ja też jej jeszcze nie widziałem, więc wiem pewnie tyle samo, co ty - Wsunął dłonie do kieszeni, palcami lewej wyczuwając papierek po cukierku na gardło, drobniutki, pojedynczy gwóźdź, który znalazł się tam jakimś dziwacznym przypadkiem, oraz celulozowe drobiny - pozostałości po tym jednym epizodzie, gdy uprał kilka par spodni nie sprawdziwszy, czy przypadkiem w ich kieszeniach nie ukryła się jakaś chusteczka. - Najważniejsze, że jest cała. - Dodał, bo owszem, to właśnie było najważniejsze - i przynajmniej w tej jednej kwestii zdawali się mieć z Diane identyczne zdanie.
Otworzyły się jakieś drzwi - drzwi, których Sal w zasadzie wcześniej w ogóle nie zauważył - i w ich progu zamajaczył młody funkcjonariusz, niepokojąco neutralnym tonem pytając ich o nazwisko nazwiska, i nakazując poczekać kolejną chwilę. Mężczyzna wskazał ręką na rząd plastikowych krzeseł, chyba w sugestii, że mogą usiąść, zamiast tak stać, w kontrze do siebie nawzajem. Sal nie sądził, że jemu samemu uda się teraz usiedzieć w miejscu, ale mimo to powziął krok w lewo, usuwając się Diane z drogi, jeśli ta chciałaby zająć miejsce na krześle.
- Twój prawy kolczyk - Wypalił odruchowo nim udałoby mu się pomyśleć. Nie było to krytyką, próbą wytknięcia blondynce tej jednej, jedynej niedoskonałości której dopatrzył się w jej nieskazitelnej dziś prezencji. Nie było też jakąś zuchwałą, narcystyczną manifestacją uważności, dowodem, że mogli się starzeć zmieniać, a jednak Sal nadal był bystry i błyskotliwy, potrafiąc dostrzegać te drobne szczegóły, które zwykle skutecznie umykały uwadze innych osób. Jego słowa były po prostu wynikiem nawyku, instynktu, który odzywał się na długo przed tym, jak do głosu szansę miał dojść intelekt. Gdy Diane stanęła do niego profilem, zauważył bowiem, że... - Coś jest nie tak z zapięciem?
A chyba nie chciała go zgubić? Kolczyki wyglądały na zupełnie nowe, wolne jeszcze od zwyczajowych zaśniedzeń albo zadrapań związanych z regularnym noszeniem. Kupione na okazję, nie zaś wynikiem kaprysu albo spontanicznej potrzeby zrobienia samej sobie drobnej, codziennej przyjemności. Kupione, żeby pasowały do sukienki. Do drobin brokatu, niezwykle subtelnie połyskujących pod linią jej brwi, u szczytu górnej powieki. Kolczyki były przemyślaną decyzją. Podjętą - ewidentnie - nie dla samej siebie. I nie dla niego.

Diane Walker
42 y/o
For good luck!
170 cm
creator of worlds
Awatar użytkownika
i'm waiting for you, you're waiting for me; afraid of what we'll find if we let words run free
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

N i c nie uszło jej uwadze.
Ani sposób, w jaki jego spojrzenie prześlizgnęło się kontrolnie po jej sylwetce, po ubraniach, które miała na sobie i ułożonych elegancko włosach, ani grymas, który nagle wykwitnął na jego twarzy. Powinna go rozpoznać - czy nie ten sam pojawił się na jej własnej, przesadzony, wymuszony wręcz potrzebą nagłej reakcji?
Nie rozpoznała.
Jej racjonalność i pragmatyzm były obszarem ściśle kontrolowanym, stosowanym całkowicie wybiórczo. Lubiła to, lubiła stworzoną przez siebie iluzję bycia kobietą w pełni opanowaną, chłodną, zdystansowaną do tego wszystkiego, co Sal sobą reprezentował w jej życiu. Na swój chory, pokręcony sposób l u b i ł a widzieć jego niezadowolenie w reakcji na jej przybycie, bo czy nie stanowiło niepodważalnego dowodu na to, że sobie r a d z i ł a?
Iluzje miały to do siebie, że wystarczyło spojrzeć na nie pod nieco innym kątem, z nieco innej odległości a pryskały jak mydlana bańka.
Walker nie należała do przesadnie skromnych osób, przyznałaby bez trudu, że była kobietą zaradną - ale granica między prawdziwą zaradnością a podtrzymywanym przez nią teatralnym spektaklem była nie dość, że cienka, to jeszcze całkowicie płynna. Bywały tygodnie, w których czuła ten metaforyczny wiatr w swoich żaglach, parła naprzód, wstawała każdego dnia z akceptowalnym wyrazem twarzy i miała akceptowalny humor. Były zaś takie, w których każdy fragment mieszkania przypominał jej w jakiś sposób o tym wszystkim, co u t r a c i ł a.
Dykman nie był wyłącznie nazwiskiem, które wykreśliła ze swojego dowodu. Był czymś innym, czymś nowym, czymś, co zburzyło dotychczasowy porządek jej życia i przełamało bariery, za którymi czuła się bezpieczna - do czasu, gdy wysunięta spoza nich, nie dostrzegła w tej wolności szczerego pola.
Pola, w którym nagle znalazła się s a m a.
- W zależności od tego, co przeskrobała, może niedługo nie być - sarknęła, odwracając się w stronę policjanta byle tylko znaleźć sobie inny cel obserwacji, byle wznieść ten mur, który zawsze wokół siebie miała jeszcze wyżej, do samego, pieprzonego nieba.
Byle nie widział tego, jak cholernie niewygodnie było jej w tej sukience.
Dystans był narzędziem, którym posługiwała się z wprawą - to dzięki niemu mogła sobie radzić, dzięki niemu mogła skupić się na zapachu piwa i tym, jak nieułożona była zarzucona przez niego koszula. Wyłącznie z dystansu potrafiła tkwić w swojej roli, tej, w której łącząca ich nić, niegdyś nierozerwalny sznur splatający ich ze sobą, teraz była zaledwie cienkim wspomnieniem.
W złości nieraz obiecywała sobie, że zerwie ją do zera by na przestrzeni miesięcy przekonać się, że tkwiła tam bez żadnej ingerencji z jej strony, obojętna na jej życzenia.
- Kolczyk? - wyrzuciła bezmyślnie, stając przy krześle, niechętna by na nim siąść ale też korzystająca z okazji na odsunięcie się od byłego męża jeszcze bardziej niż wcześniej - zawieszona w swoim braku decyzyjności, z początku zapomniała kompletnie o tym, że miała na sobie nową, błyszczącą biżuterię. Jej dłoń wystrzeliła w górę, muskając złotą ozdobę i, istotnie, orientując się, że nie była zapięta.
Coś zacisnęło się w jej trzewiach przez ten głupi kolczyk, przez to, że dostrzegł taką drobnostkę, tak, jak zawsze to robił, co niegdyś w nim k o c h a ł a, a co teraz znów sięgało przez pustą przestrzeń między nimi do tego zamkniętego miejsca w jej sercu, z którego wykroiła dla niego kawałek.
- Są nowe - odrzuciła, czując, jak jej policzki zaczynają się czerwienić gdy odwróciła głowę pod pretekstem pośpiesznego poprawienia zapięcia - czegoś, co miało być w założeniu zaledwie chwilową operacją, ale przez jej długie zrobione paznokcie stało się niespodziewanie wymagające. - Co u ciebie, Sal? - wyrzuciła z siebie, na wydechu, w desperackiej potrzebie oderwania jego uwagi od siebie.
Od jej nowej sukienki i ułożonych włosów. Od szpilek na jej nogach, które lata temu zakładała na wszystkie przyjęcia, na których towarzyszyła mu w roli żony. Od tego, jak szamotała się z tym kolczykiem.
Od życia, które ewidentnie sobie u k ł a d a ł a, z którego powinna być dumna - ba! Może nawet powinna wetrzeć mu je w twarz, bo czyż jej kreacja nie była idealnym dowodem, kolejnym już, na to, jak wspaniale sobie r a d z i ł a?
Więc dlaczego tak desperacko próbowała sprawić, by zniknęło, szamocząc się z zapięciem kolczyka zaplątanym w jej idealnie ułożone włosy?

sal dykman
43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że sobie radziła. Było to dla Sala tak ewidentne, jak fakt, że ziemia - wbrew temu, co wykrzykiwała banda lunatyków regularnie koczujących pod ośrodkiem NASA, w którym lata temu blondyn rozpoczął swoje szkolenie - nie była jednak płaska. Ilekroć wysłuchiwał od Aurory jej nastoletnich lamentów o tym, jak to mama nie pozwala jej wisieć na TikToku do trzeciej nad ranem, i jak przynajmniej trzy z pięciu spożywanych w ciągu dnia posiłków muszą w większej części składać się z pełnoziarnistych produktów i organicznych warzyw, dochodził do wniosku, że nie było większej personifikacji radzenia sobie niż właśnie jego była żona. Odkąd się rozstali - tak naprawdę, z większością salowego dobytku wepchniętą w kartonowe pudła, i nazwiskami przywróconymi do ich pierwotnej formy we wszystkich możliwych dokumentach - Dykman miał poczucie, że życie Diane stanowi dokładne odbicie jego własnego. Tyle, że w krzywym zwierciadle. Tam, gdzie u niego panował chaos, u Diane panował porządek. Tam, gdzie on czuł się pogubiony, ona zdawała się kroczyć po równej, wyważonej trajektorii, i to w dodatku z wysoko uniesioną głową. To, czego on się wstydził, dawało jej powód do dumy. I nawet te same rośliny, które u niego zdawały się po prostu zawsze więdnąć albo gnić, niezależnie od tego, ile suplementów, wody lub słońca im zapewniał, u niej rozrastały się do niemal komicznych rozmiarów.
Teraz także zdawali się wpadać w dokładnie ten sam schemat - dwa przeciwne bieguny jednego spektrum, zderzające się ze sobą z niepokojącym impetem. Nie musiał być naukowcem żeby wiedzieć, że raczej nie doprowadzi to do niczego dobrego.

Zaśmiał się. Mimo wolnie, i pewnie kompletnie nieadekwatnie do sytuacji - ot, krótkie parsknięcie wyrwało się spomiędzy jego warg w reakcji na cięte słowa byłej żony. W przeszłości - do której Sal oczywiście wracał myślami znacznie częściej, niż byłby chętny przyznać - to Diane często wypowiadała na głos wszystko to, czego on z jakiejś przyczyny nie chciał lub nie potrafił ubrać w słowa. I vice versa. Nic więc dziwnego, że i teraz to ona posiliła się na wysłowienie tych morderczych fantazji względem ich pierworodnej, i jedynej zresztą córki, które i jemu przyszły na myśl, ale utknęły gdzieś w drodze między mózgiem i ośrodkiem mowy.
- Są ładne - Podchwycił szczerze, zabijając w zarodku kiełkującą nagle w jego sercu nadzieję, że ten rumieniec, który niezaprzeczalnie panoszył się teraz na kobiecej twarzy, był rezultatem jego komentarza, a nie po prostu reakcją na stres albo pośpiech. Sal skutecznie odbierał sobie prawo do przypuszczania, że jego uwagi miały jeszcze moc, by wzbudzać w Diane jakiekolwiek inne emocje niż tylko rozczarowanie i irytacja. Jasne, była to bolesna hipoteza, ale jednocześnie hipoteza wyjątkowo wygodna, dająca mu łatwą wymówkę do posługiwania się tymi samymi mechanizmami obronnymi od lat: czarnym humorem, tanim alkoholem, i unikaniem czegokolwiek, co pomogłoby mu ruszyć z własnym życiem do przodu. Było bowiem coś bezpiecznego w utknięciu we własnym nieszczęściu, i Sally nie był pewien, czy starczyłoby mu odwagi by kiedykolwiek jeszcze podjąć przeciwne ryzyko. - Ale chyba trochę niepraktyczne? - Nie podarował sobie, niezdolny jednocześnie by powstrzymać lekkie drżenie lewego kącika warg, wyrywającego się w górę w próbie ułożenia się w miękki uśmiech. Nie było w tym żadnej złośliwości ani satysfakcji, jedynie jakaś doza nieproszonej, ale niepowstrzymanej czułości wkradającej się w jego mimikę za każdym razem gdy stawał się świadkiem takich gestów i zachowań Diane, które pamiętał jeszcze z ich wspólnego życia. Zawsze była tak niepoprawnie samodzielna. A on zawsze lubił tę samodzielność trochę, na przekór, zaburzać i kwestionować. - Pomóc ci z tym?
Spodziewał się odmowy, ale i mimo tego nie powstrzymał się od propozycji, być może tym sposobem starając się odwrócić uwagę od potrzeby udzielenia odpowiedzi na zadane mu przez Walker pytanie.
Co u niego?
Absolutnie do dupy, nie widać?
- U mnie? - Powtórzył za nią chyba trochę głupio, bo przecież nie było tak, że za jego plecami mógł stać teraz jakikolwiek inny Sal, któremu Diane zadawała właśnie to pytanie. Wzruszył ramionami, wyobrażając sobie jakby to było, gdyby role się odwróciły, i teraz to ona stała przed nim we flanelowych spodniach od piżamy (które tak bardzo kiedyś lubiła, choć skutecznie upodabniały one zgrabne linie jej ciała do formy raczej bezkształtnej i bezpłciowej), kapciach i wytartym tiszercie, a on miał na sobie garnitur i zupełnie nową, ewidentnie nie-tanią wodę kolońską. Czułby się wtedy pewnie jeszcze gorzej niż czuł się teraz - U mnie wszystko w najlepszym porządku, Diane. Nie mogłoby być lepiej.

Diane Walker
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”