I say, "What's there to talk about?"
Over fifteen years we’ve talked about it all
I've learned to be as alone as together means
Because you bring me down
And I drive you up the wall
Mógł nie odebrać. Przegapić połączenie, obwieszczane wątłymi wibracjami wyciszonego, i wepchniętego głęboko w wąską szparę w obiciu kanapy telefonu. Nie usłyszeć wygrywanej przez urządzenie melodii, zbyt zatopiony we własnych myślach nad połowicznie sprawdzonymi egzaminami jedenastoklasistów, i w Iggy'm Popie sączącym się ze słuchawek. Schwytany w silny uścisk ramion samego Morfeusza, który poza godzinami pracy przywłaszczał sobie Sala zachłannie, ale nieregularnie - bo czasem sen dopadał blondyna nagle i niepowstrzymanie, piętnastominutową popołudniową drzemkę zmieniając w pełne trzy godziny snu pozostawiające go zaślinionym i rozbitym, a czasem nie chciał nadejść nawet po wielu kwadransach spędzonych na liczeniu owiec w
Mógł nie odebrać. I tym samym stracić szansę na kolejny popis w roli niedzielnego ojca, na którego nie da się może liczyć na co dzień, ale do którego znacznie rozsądniej jest zwrócić się po ratunek w jakimś niespodziewanym kryzysie, zwłaszcza jeśli drugą najlepszą opcją jest - w ujęciu Rory - zdecydowanie zbyt surowa ostatnimi czasy matka. Faktycznie, Diane w ostatnich miesiącach częściej wyznaczała granice niż odpuszczała, bardziej stanowczo przypominała o obowiązkach niż pozwalała o nich zapomnieć, i więcej uwagi niż do fluktuacji nastoletnich nastrojów Rory, przykładała do potencjalnych konsekwencji jej wyborów. Sal natomiast pozostawał tym rodzicem od planów awaryjnych (nawet jeśli i tak ostatecznie kończyło się interwencją Diane); od spontanicznych wyjazdów po lody w środku nocy; od teleskopu rozstawianego na strychu. Od odpowiedzi na pytania, których nauczyciele zwykle zbywali wzruszeniem ramion. Paradoksalnie trochę go to bolało, a trochę cieszyło. Byłoby znacznie gorzej, gdyby nie dzwoniła wcale.
Był w domu, co niektórym mogłoby wydawać się osobliwym wyborem jak na samotnego czterdziestotrzylatka w piątkowy wieczór, ale dla Sala stanowiło przede wszystkim źródło głębokiej ulgi. Nie musiał z nikim rozmawiać, niczego udowadniać ani negocjować z własnym introwertyzmem. Wystarczała kanapa, pies rozciągnięty u jego stóp, sterta klasówek i otwarte okno wpuszczające do środka ciepłe, czerwcowe powietrze pachnące lipami i rozgrzanym po całym dniu asfaltem.
— Tatooo...
Sal Dykman miał teorię, że rodzice byli jak nietoperze. Nie tylko dlatego, że w odbiorze własnych latorośli zdawali się jednocześnie głusi, ślepi i wiecznie się czegoś czepiający, ale również dlatego, że reagowali na częstotliwości, których reszta świata zwyczajnie nie rejestrowała. Nie potrafiłby wskazać momentu, w którym ta umiejętność się pojawiała. Być może była wrodzona. Być może uaktywniała się dopiero w chwili narodzin (albo adopcji, żeby być inkluzywnym) dziecka niczym jakiś uśpiony gen, o którym biolodzy jeszcze nie zdążyli napisać artykułu. Wystarczało jednak jedno przeciągnięte dramatycznie, drżące "tato", żeby postawić w gotowości cały ten dykmanowy, rodzicielski instynkt. Teraz, wypowiadane przez jego córkę po drugiej stronie słuchawki, brzmiało szczególnie desperacko.
— Rozmawiałaś z mamą?
Rozmawiałaś z mamą zawsze było natomiast pytaniem strategicznym. Nigdy nie wynikało z ciekawości, stanowiąc raczej próbę oszacowania rozmiaru katastrofy, z którą mieli się zaraz zmierzyć. Sal zadał je odruchowo, szamocząc się jednocześnie z jedną skarpetką, rękawem koszuli i kluczami, które jakimś cudem znowu zdążyły zniknąć mu z oczu dokładnie wtedy, kiedy były najbardziej potrzebne.
Nie chciał zrzucać odpowiedzialności na Diane. Chciał tylko wiedzieć, ile czasu zostało, zanim będzie musiał do niej zadzwonić.
Kilka urywanych zdań później blondyn wiedział już tyle, że jego córka znajdowało się na komisariacie policji razem z grupą znajomych. Że nikomu nic się nie stało. I że Rory bardzo, bardzo by chciała, żeby mama nie dowiedziała się o tym przynajmniej przez najbliższe pół godziny.
— Dobra. Już jadę - Powiedział. Nie zdążył jednak dodać rytualnego kocham cię, bo Aurora już zdążyła się rozłączyć, zostawiając go tylko z wieczorną ciszą.
Odległość dzielącą jego dom od posterunku, Sal pokonał z niemal podręcznikowym poszanowaniem przepisów. Zwolnił tam, gdzie zwolnić należało. Zatrzymał się na pomarańczowym świetle, choć jeszcze sekundę wcześniej zdążyłby spokojnie przejechać. Trzymał obie dłonie na kierownicy, wzrok wbity w jezdnię, a licznik prędkości kontrolował częściej niż zwykle.
Gdzieś z tyłu głowy uporczywie pracowała ta część umysłu, która przez lata kazała mu przeliczać wszystko na liczby. Masa ciała. Objętość wypitego parę godzin wcześniej alkoholu. Tempo metabolizmu (u mężczyzny po czterdziestce; ze względnie przyzwoitym BMI i - jakimś cudem - cholesterolem nadal w górnej granicy normy). Minuty, które upłynęły od ostatniego łyku piwa. Najprawdopodobniej był całkowicie trzeźwy.
Najprawdopodobniej. To słowo nigdy szczególnie mu się nie podobało.
Nie, Sal nie był na tyle durny, żeby świadomie prowadzić po pijaku i jeszcze dobrowolnie zjawiać się pod komisariatem policji. Nie ufał jednak własnemu organizmowi równie mocno, jak ufał mu kiedyś. Zwłaszcza że ostatnimi czasy alkohol coraz częściej przestawał być dodatkiem do wieczoru, a stawał się jego stałym elementem, i mógł utrzymywać się we krwi dłużej, niż wskazywałyby na to jego jawne efekty. Nie sądził, żeby ktokolwiek wyczuł od niego piwo. Poza Diane, bo ona przecież zawsze wyczuwała rzeczy, których nie zauważał nikt inny. Ale - o ile umowa zawarta z Aurorą miała przetrwać kolejną godzinę - nie musiał się póki co martwić o obecność byłej żony.
Wpadł na komisariat dokładnie tak, jak wypadł z własnego domu — z włosami w tragikomicznym nieładzie i flanelową koszulą zapiętą nierówno, i tylko na dwa guziki, zarzuconą niedbale na t-shirt z nazwą zespołu, którego większość młodych funkcjonariuszy zwyczajnie nie miała prawa pamiętać. Z dokumentami i kluczykami do samochodu zaciśniętymi w dłoni. I z sercem tłukącym się o żebra w rytmie ojcowskiej troski. Hamując przy dyżurce, zapytał skąd odbiera się tutaj marnotrawne dzieci. Potem ruszył w stronę wskazanego mu korytarza, aż do majaczącej u jego końca poczekalni, i zatrzymał się jak wryty. Nie, nie na widok Aurory.
Na widok Diane.
Najpierw zarejestrował tylko fragment sylwetki, ledwie cień, zarys, który znał na pamięć głównie dlatego, że ów wracał do niego nawet teraz niejednej nocy. Jasne włosy opadające miękką falą na ramiona, profil podkreślony jasnym światłem jarzeniówek, ruch smukłej dłoni zaciśniętej wokół paska niewielkiej torebki. Dopiero po chwili reszta obrazu ułożyła się w znajomą całość.
Diane
Przez krótką, zupełnie niepotrzebną chwilę przypomniały mu się te rzadkie bankiety organizowane po konferencjach Programu. Diane wyglądała wtedy dokładnie tak samo. Stała obok niego z kieliszkiem wina musującego, uśmiechając się uprzejmie do ludzi, których nazwisk żadne z nich nie potrafiło zapamiętać. Od tamtej pory minęły lata. A on nagle zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, skąd dziś przyjechała.
Wystarczyły dwa kroki w przód, powzięte odruchowo, by ich spojrzenia spotkały się niemal natychmiast ponad linią, gdzie malowała się ta żałosna koszula Sala, i jego przybrudzone trampki. W niemal ordynarnym kontraście do Walker, wyglądającej tak, jakby za chwilę miała wrócić do stolika w ekskluzywnej restauracji, a nie odbierać córkę z komisariatu.
No tak. Rewelacja.
- Podobno miałaś się o tym nie dowiedzieć - Powiedział, odchrząknąwszy ciężko. Jego dłoń uciekła do linii jego karku, jak zwykle, gdy się denerwował. - Jak widzę, plan był ambitny, ale krótkowzroczny... - Westchnął, jakby humor zawsze był najlepszą linią obrony (nie był). — Dowiedziałaś się już czegoś więcej ode mnie, czy tym razem zaczynamy od tego samego poziomu paniki?
Diane Walker