ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
183 cm
rezydent neurochirurgii w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
'Cause lately we've been living in different nations
Enemy lines are drawn, lines are drawn
We're speaking different tongues communicating
And as we fall, time is frozen
I know we break, but we're not broken
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cyrus miał wrażenie, że zaczyna się dusić.
Uniósł palce do ciasno związanego krawata przy swojej szyi, delikatnie go poluzowując. Przed wyjściem z rodzinnego domu, jego matka zacisnęła go tak mocno, że mógłby posądzić ją o próbę zabójstwa. Niestety, była to tylko jej chora obsesja na punkcie perfekcjonizmu i idealnego wyglądu, do którego (o dziwo!) i tak mu było daleko. Minęło wiele lat, kiedy ostatni raz wziął sobie jej słowa do serca. I minęło jeszcze więcej czasu od ostatniego bankietu, na który zgodził się z nimi pójść. Przestał to robić, gdy zaczęła tak namiętnie go krytykować — nie wybrał specjalizacji, jaka jej się podobała, nie wyglądał na tak ułożonego i przemyślanego, jak tego chciała. Jakby był statuetką, a nie dorosłym człowiekiem, który nigdy nie powinien być stawiany na piedestale za to, że po prostu jest.
Cyrus lubił uwagę; to znaczy lubił, gdy ludzie podziwiali go i rzeczywiście chwalili za to, kim był i jak sam sobie to zaplanował. Nienawidził klepania po ramieniu tylko za znane nazwisko. Kierował się jedynie własnym planem, a nie wymysłami swojej rodziny. Lockhart kochał mieć kontrolę nad tym, jak kreował swój wizerunek i być może to był też główny powód, który zmotywował go do pojawienia się na przyjęciu. Musiał pokazać się po takim czasie. Był rezydentem neurochirurgii, a kontakty na każdej możliwej płaszczyźnie biznesowej, zdecydowanie mogą mu się przydać w przyszłości. Wszystko dokładnie przemyślał.
Mężczyzna przesunął palcami po swoim zaroście, obserwując uważnie salę i gości, którzy wypełniali ją coraz bardziej z minuty na minutę. Pojawiło się parę znanych twarzy, które kojarzył jeszcze z czasów liceum. Nie byli to koniecznie ludzie, z którymi chciał zamienić nawet parę słów. Gdy minęła go jedna z kelnerek, niosąc na tacy szampana, rezydent wyciągnął dłoń, by wziąć jeden z kieliszków. Musiał zająć czymś ręce i natłok analizujących myśli, które zalały jego umysł, sprawiając że rozbolała go głowa. Ściągnął nieznacznie brwi, jak zawsze gdy czuł się przytłoczony analizowaniem wszystkich i wszystkiego wokoło. To była jedna z tych rzeczy, która nie zmieniła się od kiedy był gówniarzem; Cyrus próbował wyłapać każdą, nawet najdrobniejszą błahostkę, która mogła zmienić bieg wydarzeń, przeszkodzić mu lub wyjść na dobre.
— Mayfield — rzucił, gdy minęła go znajoma sylwetka. Typowy dla dziewczyny chód, którego zdążył się nauczyć przez całe lata znajomości. Ich rodzice byli przyjaciółmi i próbowali zmusić ich do tego samego, co nie wyszło im na dobre, bo skutek był raczej odwrotny. I może to nie tak, że się nie lubili, bo znali się od małego, ale po prostu nie dali rady nawiązać czysto przyjacielskiej relacji. Mieli znajomość bardziej… z szacunku niż z realnych chęci. Tym razem, Cyrus uznał pojawienie się dziewczyny za zbawienie, bo nie wiedział, czy zdołałby tu wytrzymać sam zbyt długo. — W końcu wyglądasz jak kobieta — skomentował; z pewnością było to coś, co chciała usłyszeć po długiej przerwie nie widywania się, gdy Lockhart zasuwał na studiach i na praktykach. Blondyn nie należał do najbardziej towarzyskich osób na świecie i nawet nie próbował. Nie zmieniało to jednak faktu, że Blair go znała, więc mógł pozwolić sobie na więcej bez obawy, że odwróci się to przeciwko niemu. W ramach wielkodusznego powitania, wysunął swój nietknięty jeszcze kieliszek szampana w jej stronę, aby śmiało go od niego przejęła.

old good mayfield
31 y/o
Welkom in Canada
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils can
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Imprezy firmowe, bankiety, spotkania, konferencje… to wszystko było dla niej codziennością do odbębnienia. Nawet gdyby chciała jakoś od tego wszystkiego uciec, to naprawdę było ciężko. Od zawsze miała powtarzane, że udział w życiu społecznym był ważny; że kontakty były jednym z kluczy do sukcesu, jeśli nie chciało się zginąć gdzieś na tyle innych. Dlatego każda taka okazja była dla niej misją, na której musiała spędzić przynajmniej trzy godziny — a przynajmniej taki deadline ustalili sobie kiedyś z Charliem, dochodząc do wniosku, że po tym czasie nawet ich rodzice nie interesowali się, czy dzieci nadal były na miejscu. Podczas tych kilku pierwszych godzin, zdążyli się nimi pochwalić, a wtedy młodzi uciekali. Czasami na tyły ogrodu, żeby być gdzieś w zasięgu, jeśli bankiet był jakiś ważniejszy, a jeśli była to niewiele znacząca impreza, to przenosili się w miejsca, gdzie na pewno nikt im nie będzie przeszkadzać.

Dzisiaj jednak była sama. Jej narzeczony poleciał na Teneryfę podpisywać kontrakt, a ona nadal musiała reprezentować — dzisiaj nie tyle co siebie, nie tylko Mayfield Architects, ale także gdzieś Charliego. Zakręcić się gdzieś w okolicy Marshalli i opowiedzieć o wyjeździe przyszłego męża, który niewątpliwie zakończy się sukcesem. Wiedziała to, w końcu zawsze osiągał to, co chciał, prawda? Prowadził dobre negocjacje, a gdy strona przeciwna już myślała, że może czuć się na przegranej pozycji, to wyciągał asa z rękawa, oferując propozycję, którą aż głupio byłoby odrzucić. Zawsze go za to podziwiała; za tę umiejętność prowadzenia interesów i stanowczość, której miała wrażenie, że ona jeszcze się uczyła.

Odeszła od jednych rozmówców i po kilku krokach spojrzała na drobny zegarek na swoim nadgarstku. Trzydzieści dwie minuty. Tyle dzieliło ją od wyjścia z tej szopki i powrotu do domu. W tym momencie również usłyszała swoje nazwisko, przez co podniosła spojrzenie, patrząc w bok na mężczyznę z burzą blond loków. Dla niej nie było to towarzystwo, które wybawiłoby ją od tego ognia piekielnego. — Lockhart — przywitała się, kiwając w jego kierunku głową. Znali się od dziecka, była to jedna ze znajomości, która po prostu była. Która była za dzieciaka, bo rodzice wsadzili ich do jednej piaskownicy i czasami kończyło się to miłością (dosłownie!), a czasami piachem w oczach (i w przenośni!). W przypadku ich relacji, nadal czuła, że piasek uwierał ją pod powiekami. — Miło usłyszeć z twoich ust komplement — rzuciła, uśmiechają się pobłażliwie i lustrując jego sylwetkę. — Aż dziwnie jest cię tutaj widzieć. Coś przeskrobałeś i musisz teraz udobruchać rodziców? — zapytała, lekko nachylając się w jego kierunku. W końcu zawsze tak było — bankiety to była karta przetargowa, aby ich udobruchać, nawet jeśli powód ich złości bądź też dezaprobaty nie do końca był… słuszny. Zerknęła na kieliszek wyciągnięty w jej stronę. — Naplułeś tam? — parsknęła, kręcąc głową, ale odebrała od niego szampana, biorąc niewielkiego łyka.

Lockhart
28 y/o
For good luck!
183 cm
rezydent neurochirurgii w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
'Cause lately we've been living in different nations
Enemy lines are drawn, lines are drawn
We're speaking different tongues communicating
And as we fall, time is frozen
I know we break, but we're not broken
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cyrus prawdopodobnie nie wytrzymałby psychicznie, gdyby musiał brać regularny udział w tych wszystkich bankietach, jak jego starzy. W przeciwieństwie do bliskich mu ludzi, którzy mieli większe doświadczenie w takich imprezach, Lockhart nie potrafił utrzymać języka za zębami. Nie umiał grać dobrej miny do złej gry, kiwać uprzejmie głową i pieprzyć o jakichś farmazonach, które nikogo nawet nie interesowały. A jeszcze bardziej nienawidził tego charakterystycznego klepania po ramieniu, ze słowami “dobra robota, Cyrus”, bo nie potrzebował żadnej aprobaty ze strony tych wszystkich snobów. Cóż, to niesamowicie zabawne, że myślał o nich w ten sposób, choć sam zdecydowanie do nich należał. A więc blondyn był pod ogromnym wrażeniem, że Blair tak dobrze sobie radziła na tych wszystkich bankietach i wcale nie wygląda, jakby miała zaraz zwymiotować — zupełnie jak on.

Z Mayfield nigdy nie był blisko, ale traktował ją jak swego rodzaju sojuszniczkę; szczególnie dzisiaj. Wiedział, że rozmowa z nią nie będzie tak wkurzająca, jak z resztą i może dzięki temu zabije ten czas, który musiał tu przesiedzieć. Poza tym dawno się nie widzieli i akurat w jej przypadku, interesowało go to, co mogło zmienić się u niej przez te miesiące… A może już nawet więcej? Nawet nie pamiętał, kiedy spotkali się po raz ostatni. Jak dorośli, ich drogi znacząco się rozeszły. Traktował ją teraz jako dobrą koleżankę z dzieciństwa i może, gdyby tak szybko nie zerwali ze sobą kontaktu, mógłby nazwać ją swoją przyjaciółką, bo możliwe, że wiedziała o jego życiu znacznie więcej niż on sam.

Słysząc nazwisko, padające z jej ust, blondyn zaśmiał się pod nosem.
— Czy kiedykolwiek zaczniemy mówić do siebie po imieniu? — zapytał, choć sam pierwszy przywitał ją w ten sposób. To był już chyba ich znak rozpoznawalny; Cyrus nawet będąc dzieckiem, nazywał ją Mayfield. Być może właśnie po to, by zbudować między nimi dystans. Może czas dorosnąć i dostrzec, że pewne znajomości nie są utrapieniem, a mogą okazać się całkiem przydatne? — Wbrew pozorom, stać mnie na trochę więcej — zażartował. Tak zdarzało mu się. Nieczęsto, ale robił wyjątki. Na jej słowa, mężczyzna wywrócił oczami, zaraz jednak przeczesując palcami włosy. Miała prawo myśleć w ten sposób, bo medyk od paru dobrych lat już nie pojawiał się na bankietach. Wystarczy, że musi chodzić na te głupie zjazdy lekarzy i rezydentów; tego nie mógł już olać, to miało za duży, realny wpływ na jego życie.
— Słyszałem, że tym razem pojawią się tu osobistości, które mogą być dla mnie bardzo przydatne w przyszłości — wyjaśnił, zgodnie z prawdą, nie planując jej oszukiwać. — Ale na razie widzę te same twarze, co za dzieciaka — westchnął z dezaprobatą. — Co za strata czasu. Jeszcze godzina i wychodzę — stwierdził. Jutro zaczynał kolejną zmianę dwudziesto cztero godzinną, więc chciał się choć minimalnie wyspać.

Widząc jak podejrzliwie zerka na kieliszek, Cy wzruszył lekko ramieniem.
— Arszenik — skomentował, unosząc przy tym brew; jego poczucie humoru było odrobinę trudne. Zaraz jednak odwrócił się do dziewczyny, krzyżując ręce na klatce piersiowej. — Co u ciebie, Blair? — zapytał, chyba pierwszy raz w ich dorosłym życiu, zwracając się do niej imieniem.

Blair
ODPOWIEDZ

Wróć do „Archeo”