
Urodził się w meksykańskiej Oaxace, ale zanim zdążył dobrze zapamiętać zapach tamtejszych rynków, rodzina spakowała cały swój dobytek i ruszyła na północ. Dorastanie w Boyle Heights w Los Angeles było szybką szkołą przetrwania. Jako najstarszy z czwórki rodzeństwa, Diego od małego wiedział, czym jest zapach przypieczonej tortilli i odpowiedzialność, która potrafi przygnieść do ziemi. Rodzice harowali od świtu do nocy, żeby ogarnąć amerykańskie obywatelstwo i godne życie, więc on zamiast biegać po ulicach, stał w kuchni z babcią. To tam nauczył się, że jedzenie to jedyna rzecz, która potrafi utrzymać rodzinę w kupie. I tak mu już zostało – miłość do garów stała się jego biletem z gorszej dzielnicy.
A potem poszło szybko. Za szybko. Przeprowadzka na wschodnie wybrzeże, mordercze zmiany, pot, krew i pierwsze poważne sukcesy na poziomie restauracji z gwiazdkami Michelin. Zamiast jednak cieszyć się życiem, Diego wpadł w klasyczny gastronomiczny ciąg – praca po kilkanaście godzin, alkohol, kokaina, brak snu i wieczne udawanie, że ma wszystko pod kontrolą. W wieku 29 lat jego idealnie poukładany świat spektakularnie pierdolnął na oczach całego personelu w trakcie piątkowego serwisu. Szpital, załamanie nerwowe, a zaraz potem odwyk.
Toronto miało być nowym początkiem. Przyjechał tu sześć lat temu, z czystą kartą i ogromną potrzebą ustatkowania się. To tutaj poznał swoją (byłą już) żonę, z którą doczekał się dwóch córek – pięcioletniej Isabeli i trzyletniej Sofii. Choć małżeństwo nie przetrwało próby czasu i jego trudnego charakteru, Diego nie zamierzał uciekać. Został w mieście, żeby być blisko dzieciaków, a od jakiegoś czasu rządzi kuchnią w Messini Authentic Gyros. Jest trzeźwy od dziewięciu lat i każdego dnia stara się udowodnić sobie (oraz całemu światu), że najgorsze ma już za sobą. Choć jego kuchnia to strefa militarna, w której nie ma miejsca na błędy, głęboko pod tą szorstką skorupą kryje się facet, który po prostu próbuje nie spaść z rowerka.
- Absolutny tyran w kwestii marnowania jedzenia. Zostawisz coś na talerzu albo wyrzucisz dobry produkt? Masz przejebane.
- Noże kuchenne traktuje lepiej niż większość ludzi – są jego świętością i jako leworęczny nikomu nie pozwala ich dotykać.
- Na jego ciele znajdzie się kilka tatuaży, w tym data oznaczająca koniec odwyku, ale rzadko o tym opowiada.
- Ma 7-letniego kundla Chuy, którego zgarnął ze schroniska i który jest prawdopodobnie jedyną istotą, na którą Diego nigdy nie krzyczy.
- Pali. Dużo. Zazwyczaj po skończonej zmianie, stojąc na zapleczu i gapiąc się w przestrzeń.
- Latynoski temperament ma na smyczy, ale jak ta smycz pęknie – potrafi rzucić mięsem w trzech językach na raz.
- Gdy ma wolne, biega po Toronto, dopóki nie padnie z nóg – twierdzi, że to jedyny sposób, żeby uciszyć chaos w głowie.
- W kuchni cicho nuci klasycznego rocka albo meksykańskie kawałki, co potrafi być dziwnie mylące, biorąc pod uwagę jego groźną aparycję (180 cm żywej wściekłości i mięśni).
- Oficjalnie na drugie ma Mateo. W Toronto większość znajomych i stałych klientów mówi na niego po prostu Teo – dla lokalsów to łatwiejsze do wymówienia niż pełne imię, a jemu to absolutnie nie przeszkadza. Na zapleczu, gdy myśli, że nie słyszy, młodziakom zdarza się szeptać na niego Don Teo.