36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tylko nie zmieniaj zdania.
Louise swojej decyzji pożałowała już w momencie, gdy Karrion wyszedł z kawiarni. Oczywiście chciała lecieć z nim do Hiszpanii i wiedziała, że to nieuniknione, jeśli miała zająć się projektem przebudowy jego rezydencji, która znajdowała się w San Sebastian. Obawiała się po prostu reakcji Xaviera - tego, że mógłby nie tylko zaprotestować, ale też ostro się wkurwić, że zadecydowała o wyjeździe całkowicie bez jego wiedzy i wcześniejszej zgody.
Ku jej zdziwieniu, ale i wielkiej uldze, Beckett nie tylko nie robił z tego powodu problemów, ale wręcz ucieszył się(?!), gdy Lou powiedziała mu o swoich planach. Stwierdził, że to „świetnie się składa”, jako że sam musiał w tym czasie wyjechać z miasta. Kobieta szybko zrozumiała, że jej mąż w tej sytuacji pokładał swe nadzieje w Stiflerze, że przypilnuje jego własności żony, podczas jego nieobecności. Ale czy słusznie?
Dom Karriona zrobił na niej wrażenie - przynajmniej z zewnątrz. W środku nie zdążyła się dobrze rozejrzeć, bo gdy tylko dotarli na miejsce, gospodarz zaprowadził ją prosto do pokoju gościnnego. Ustalili, że dadzą sobie kilka godzin na odpoczynek po podróży i na odświeżenie się, po czym oprowadzi ją po całej posiadłości i zjedzą razem obiad. Jak stwierdził wspaniałomyślnie Karrion - na pracę przyjdzie jeszcze pora.
Przez jakiś czas próbowała uciąć sobie drzemkę, jako że w samolocie nie zmrużyła oka. Niestety się nie udało. Przeturlała się kilka razy po łóżku, w poszukiwaniu najwygodniejszej pozycji, ale nieważne jak bardzo była zmęczona, nie mogła zasnąć. Zbyt dużo myślała i z jakiegoś powodu myśli te nie dawały jej spokoju. Sama do końca tego nie rozumiała. Dostała to czego chciała - trochę oddechu i wolności, była w końcu z dala od wszystkiego, co zdawało się zatruwać jej życie, a i tak nie potrafiła przestać o tym rozmyślać. Byłaby niezadowolona, gdyby mąż nie wyraził zgody na ten wyjazd, a z drugiej strony to, że przystanął tak chętnie na ten pomysł… oczywiście ją ucieszyło, ale równocześnie rodziło wiele pytań.
W pewnym momencie porzuciła marzenie o śnie. Zamiast tego wzięła długi, relaksujący prysznic, starając się wyłączyć przy tym zupełnie umysł i wszelkie irytujące rozkminy. Zdążyła też rozpakować walizkę, wybierając przy okazji swój strój na resztę dnia - zwiewną, letnią sukienkę, która była dużo lepiej przystosowana do hiszpańskiego upału niż to w czym przybyła na miejsce. Schodząc na dół, sprawdziła telefon, ale nie zobaczyła na ekranie żadnych powiadomień. Kilka godzin wcześniej wysłała wiadomość do Xaviera z informacją o tym, że wylądowali. Odczytał ją, ale nie odpisał. Nie wiedziała czy bardziej powinno ją to cieszyć, czy może martwić. W tamtej chwili wytłumaczyła to sobie po prostu tym, że musiał być zajęty - sam miał być przecież na służbowym wyjeździe poza miastem.
Nie dostrzegając nigdzie Karriona, pozwoliła sobie pokręcić się chwilę samotnie po pomieszczeniach na dole - zdążyła obejrzeć kuchnię, jadalnię i salon. Stiflera znalazła dopiero wychodząc przez wielkie, przeszklone drzwi, prowadzące na taras. Stał niedaleko, przy basenie i rozmawiał przez telefon. Nie chciała mu przeszkadzać, więc nie podchodziła bliżej, ale i tak była na tyle blisko, by usłyszeć kawałek rozmowy. Kilka słów wypowiedzianych przez mężczyznę wystarczyło, by domyśliła się kim był jego rozmówca.


Karrion Stifler
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
41 y/o
Enjoy the simplest things
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Czarnych pięściarzy bije się dużo łatwiej
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiHe/tler
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Karrion od samego początku miał wrażenie, że ten wyjazd będzie potrzebny bardziej, niż początkowo zakładał. Oficjalnie chodziło o projekt rezydencji. O jej przebudowę, dokumentację, urzędy i wszystkie te rzeczy, które już od dobrych kilku miesięcy skutecznie odkładał na później. I rzeczywiście - potrzebował pomocy Louise. Nie znał nikogo, komu ufałby bardziej w kwestii tak dużego przedsięwzięcia. Nieoficjalnie jednak cieszył się z tego wyjazdu z powodów, których nawet przed samym sobą nie próbował specjalnie analizować.
Brakowało mu takich zwykłych wakacji, w których odpoczynku i cieszenia się chwilą jest równie dużo, co jakichś przedsięwzięć. Z reguły bowiem jego wyjazdy miały głównie charakter służbowy. Tym razem było to pozbawione sponsorów, dziennikarzy i ludzi oczekujących od niego tej konkretnej wersji Karriona Stiflera - byłego boksera, który służy radą i doświadczeniem.
Kilka dni w Hiszpanii z kobietą, którą szczerze lubił jeszcze na długo przed tym, zanim świat zaczął kojarzyć jego nazwisko z pasami mistrzowskimi, brzmiało zaskakująco dobrze. Zwłaszcza że ostatnie spotkanie przypomniało mu, jak bardzo lubił jej towarzystwo. I jak bardzo podobała mu się sama Louise.
Dlatego właśnie, stojąc przy basenie i rozmawiając przez telefon, przez moment nawet nie zauważył, że wyszła na taras.
- Na razie - mruknął do słuchawki, kończąc rozmowę, po czym odwrócił głowę i przez krótką chwilę po prostu patrzył na brunetkę. Louise wyglądała zupełnie inaczej niż kilka godzin wcześniej na lotnisku. Lekka sukienka poruszała się delikatnie przy każdym podmuchu ciepłego wiatru znad oceanu, ciemne włosy opadały swobodnie na ramiona, a promienie słońca sprawiały, że wyglądała bardziej jak ktoś, kto przyjechał tutaj odpoczywać, niż walczyć z hiszpańską administracją. Wyglądała uroczo, kobieco, a jednocześnie bardzo pociągająco. Wyglądała obłędnie.
Schował telefon do kieszeni i podszedł kilka kroków bliżej.
- No dobrze... - odezwał się powoli, mierząc ją spojrzeniem od stóp do głów. - Świetnie wyglądasz, Lou - uśmiechnął się przyjaźnie, nie mając problemu z tym, by ją skomplementować.
Przez chwilę nie potrafił oderwać od niej wzroku, jednak w końcu musiał odchrząknąć i skinąć głową w kierunku leżaków przy basenie.
- Chcesz się powygrzewać na słońcu, czy pokazać ci dom? - spytał, bo skoro i tak nie udało im się zdrzemnąć, to zawsze mogli spożytkować ten czas na coś innego. Jeśli wybierze oprowadzenie po domu, będzie to pożyteczne. Jeśli z kolei skorzysta ze słońca i się trochę poopala, to będzie to przyjemne. Win-win.
Spojrzał gdzieś dalej, na linię wybrzeża widoczną za ogrodzeniem.
- A potem zabiorę cię na najlepsze chorizo w okolicy - uśmiechnął się pod nosem. - Nie martw się, nie zapomniałem - rzucił rozbawiony i poprawił hawajską koszulę, w którą przebrał się tuż po rozpakowaniu pierwszej części bagażu. Lubił, gdy stroje nie krępują ruchów, więc dobranie akurat tego okrycia ramion + krótkie spodenki dawały mu aż nadto luzu.

Louise Beckett
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Louise natomiast nastawiała się głównie na pracę. Oczywiście perspektywa tego, że spędzi czas w urokliwej, słonecznej Hiszpanii, z dala od męża i rodziców również wydawała się jej kusząca. Nie podejrzewała nawet jednak jak zbawienne okażą się te małe wakacje dla jej zdrowia psychicznego; jak pozytywnie wpłynie na nią nieobecność wiecznie kontrolującego Xaviera, towarzystwo Karriona, czy nawet takie błahostki jak dobre jedzenie i piękna pogoda. Miała dopiero się o tym przekonać, chociaż i tak dobry humor zdawał się jej nie opuszczać od momentu, gdy znaleźli się w samolocie. Mimo pewnych obaw i własnych, wewnętrznych rozmyślań, nie przestawała się uśmiechać, rozmawiając ze Stiflerem przez większość podróży.
Zeszła na dół ze świadomością, że miała jeszcze trochę czasu przed umówioną godziną „zbiórki”. Nie chcąc przeszkadzać gospodarzowi, który - jak się domyślała - odpoczywał nadal w swojej sypialni, rozejrzała się sama po kilku pomieszczeniach, zanim zauważyła, że mężczyzna przebywa na zewnątrz. Nie udało się jej wyłapać wszystkiego z rozmowy, ale to co akurat zrozumiała wyraźnie, od razu wzbudziło jej podejrzenia.
Dotarliśmy na miejsce.
Wszystko dobrze.
Nie martw się o nią.

Wpatrywała się przez chwilę w jego plecy z powagą, czekając aż się rozłączy albo w końcu ją zauważy. Gdy się odwrócił, a ich spojrzenia się spotkały, nie wyglądał na spanikowanego, czy jakoś szczególnie przejętego jakby przyłapała go na czymś niedozwolonym. Przeciwnie. Wyglądał zupełnie normalnie. Tak, jakby nic się nie stało. Tak, jakby właśnie nie rozmawiał z jej m ę ż e m.
Czy to może tylko jej paranoja?
Skrzyżowała ręce na piersiach i lekko marszcząc brwi przyglądała się, kiedy się zbliżał. Nawet tego nie skomentował. Zamiast tego wypalił komplement, którego się nie spodziewała. Podziękowała jednak grzecznie, a potem oboje przez chwilę milczeli. Spoglądali na siebie nawzajem - Louise w taki sposób, jakby zupełnie nie rozumiała tego, czego właśnie była świadkiem i próbowała odczytać myśli mężczyzny, a on mierzył ją spojrzeniem od stóp do głów, co nie umknęło jej uwadze i co mogło być wyrazem uznania samym w sobie, bez słów.
Wszystko jedno — mruknęła ze wzruszeniem ramion, może bardziej oschle niż planowała, dlatego dodała zaraz — Możemy tu zostać na chwilę.
Skinęła głową na jego obietnicę, ale wyraz jej twarzy nie uległ zmianie. Patrzyła na niego wciąż z tą samą powagą, próbując cokolwiek z niego wyczytać i zastanawiając się czemu robił z tego taką tajemnicę.
Ale chyba zapomniałeś o czymś innym — stwierdziła dość tajemniczo, powoli zbliżając się do niego jeszcze bardziej. Nie dodając żadnego wyjaśnienia, patrzyła mu prosto w oczy, stojąc tuż przed nim i w końcu wyminęła go, ruszając w stronę leżaków. Odezwała się znów dopiero gdy zajął już miejsce obok niej, nieco skonfundowany — Od kiedy masz kontakt z Xavierem? Będziesz teraz meldował mu każdy mój krok? — zapytała wprost, nie upewniając się nawet, czy rzeczywiście po drugiej stronie telefonu znajdował się jej mąż — To on zadzwonił, czy sam poczułeś taką potrzebę? — zaśmiała się gorzko, zawiedziona. Miała nadzieję na to, że to nieporozumienie albo że Karrion miał na to wszystko jakieś solidne wytłumaczenie, które by ją uspokoiło i przekonało do tego, by nie pakować się w najbliższy powrotny lot do Toronto. Przecież dopiero co tu przyleciała! Była podekscytowana na myśl o pracy przy projekcie, ale i o odpoczynku od wszelkich zmartwień. Niestety, w jednej chwili, cały jej dobry humor oraz poczucie pozornej wolności zniknęły.


Karrion Stifler
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
41 y/o
Enjoy the simplest things
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Czarnych pięściarzy bije się dużo łatwiej
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiHe/tler
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Karrion początkowo nie zrozumiał, do czego Louise zmierzała. Dopiero gdy usiadł na leżaku obok niej i usłyszał imię Xaviera, wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Przez krótką chwilę po prostu patrzył na Louise, a potem westchnął ciężko i odchylił głowę do tyłu.
- Tak, rozmawiałem z Xavierem - przyznał bez problemu i przetarł dłonią kark. Nie wyglądał jednak ani na przyłapanego, ani na szczególnie przejętego faktem, że właśnie został nakryty na kolaboracji z jej mężem.
- I nie, nie melduję mu każdego twojego kroku - spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem. - Nie mam aż tyle czasu - kącik jego ust drgnął lekko, jednak zaraz spoważniał. - Dzwonił wcześniej. Jeszcze zanim wylądowaliśmy. Potem odezwał się drugi raz, kiedy już byliśmy na miejscu - wzruszył ramionami. - Nie będę cię okłamywał. Średnio miałem na to ochotę - powiedział szczerze, mając na myśli zarówno same dyskusje z Xavierem, jak i nie przepadanie za sytuacjami, w których robił za opiekuna czy nadzorcę wręcz.
- W skrócie chciał wiedzieć, czy dotarliśmy bezpiecznie i czy wszystko jest w porządku - spojrzał gdzieś przed siebie w kierunku basenu. - Powiedziałem mu dokładnie to samo, co powiedziałbym każdemu innemu. Że jesteśmy na miejscu. Że nic nam nie odpadło po drodze. Że żyjesz - przeniósł wzrok z powrotem na Beckett. - Koniec raportu - rzucił i przez chwilę milczał, aż w końcu parsknął cicho.
- Teraz zaczynam rozumieć, jakie to dziwne, że dowiaduje się tego wszystkiego ode mnie - przyznał, po czym uśmiechnął się przyjaźnie, jednak w środku zaczął się głęboko nad czymś zastanawiać. Głównie nad tym, dlaczego Xavier potrzebował aż takiej kontroli, by niepokoić nawet Karriona telefonami. Wtedy w kawiarni wyczuł, że nie wszystko jest między nimi w porządku. Louise też dodała swoje trzy grosze i zaczął rysować się obraz męża, który nie do końca jest taki kryształowy, za jakiego chciałby uchodzić. To jednak zatrzymał ostatecznie dla siebie.
Spojrzał na nią uważniej.
- Jesteś tutaj, bo poradzisz sobie z tą rezydencją najlepiej ze wszystkich, kogo znam. Nie mnie oceniać czy donosić, co robisz w wolnym czasie - uniósł lekko, acz prowokująco brew, po czym trącił delikatnie jej kolano swoim. - Jeśli zadzwoni kolejny raz, usłyszy dokładnie to samo - rzucił spokojnie. - Nawet jeśli będziesz leżeć gdzieś między leżakiem a basenem i nie mogła się ruszyć z objedzenia chorizo - zażartował i zaśmiał się nawet lekko.
- A jeśli mam być szczery, to po tej rozmowie liczę na coś zupełnie odwrotnego - uniósł brew. - Skoro Xavier dostał już potwierdzenie, że nasz samolot się nie rozbił po drodze, to może przez najbliższy tydzień da nam święty spokój - kącik jego ust drgnął lekko. - I będziemy mogli skupić się na tygodniu w Hiszpanii - zamilkł na moment. - Znaczy... na pracy nad tą piękną rezydencją - wypowiedział to z tak teatralnie-poważną miną, że sam nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
Oparł się o leżak wygodniej i spojrzał w stronę oceanu.
- Naprawdę sądziłaś, że mógłbym zostać kapusiem? - rzucił niby w eter, a jednak chyba chciał usłyszeć jakąś odpowiedź z jej strony.
- Chociaż, jakby się tak zastanowić... - zaczął. - To trochę mu się nie dziwię - kontynuował. - Gdyby moja piękna żona pojechała sama na tydzień do Hiszpanii, też chciałbym kontrolować, co się u niej dzieje - dodał już trochę ciszej, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, że określił ją mianem pięknej, było to niezamierzone.
Wzruszył ramionami na koniec.
- Ale to zadzwoniłbym bezpośrednio do niej, zamiast do jej bodyguarda - zaśmiał się cicho i odwrócił głowę w jej kierunku, raz jeszcze podziwiając ją w tym letnim wydaniu. I znów złapał się na tym, że najbardziej czego teraz chciał, to nie konkretów w sprawie rezydencji, nie pysznego chorizo czy innych smakołyków, a choć przez moment popatrzeć na Louise w bikini, opalającą się na leżaku przy samym basenie.

Louise Beckett
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Możliwe że jej reakcja mogła wydawać mu się mocno przesadzona. W końcu nawet jeśli to prawda i rozmawiał z jej mężem, to co w tym złego? Znali się przecież! Mogli do siebie dzwonić w każdej chwili i nie było to nic, w czym ktokolwiek - poza Louise najwyraźniej - dopatrywałby się czegoś podejrzanego. Czemu przyjęła to tak negatywnie? Miała zaufanie do Karriona, ale za to w działaniach Xaviera nauczyła się zawsze węszyć podstęp - nawet jeśli było to coś tak małego i nieistotnego jak rozmowa telefoniczna ze Stiflerem. Zastanawiała się czemu akurat jej telefon milczał. Czyżby mąż czerpał satysfakcję z odnajdywania coraz to nowych sposobów na kontrolowanie jej? Jeśli próbował ją tym rozjuszyć, to zdecydowanie mu się to udało! Swoją drogą, to niezły wyczyn być w stanie całkowicie wyprowadzić ją z równowagi, gdy w tym czasie był oddalony o tysiące kilometrów.
Rozumiem… — mruknęła tylko, gdy mężczyzna wyjaśnił krótko i poinformował ją o tym, że Xavier próbował dodzwonić się do niego już wcześniej. Z ulgą zauważyła jego rozbawienie jej sugestią jakoby miałby robić Beckettowi sprawozdania z tego, co robi jego żona. Nie przemyślała tego, była zbyt zdenerwowana, by panować nad tym co mówiła. W jednej chwili, swoim pytaniem potwierdziła pewnie wszystkie teorie jakie zdążyły zrodzić się w głowie boksera - coś w domu Beckettów zdecydowanie nie grało.
Nie musisz przecież odbierać — odparła ze wzruszeniem ramion, gdy przyznał, że nie miał najmniejszej ochoty na to by rozmawiać z jej mężem. Przyniosło jej to lekką ulgę.
Chciała powiedzieć, że to jej całe oburzenie było zwykłym żartem, miała to już na końcu języka, bo nie wiedziała jak inaczej mogłaby z tego wybrnąć, by znajomy nie wysnuł na ich temat żadnych wniosków. Powstrzymała się jednak i zamiast tego, pogrążając Xaviera chyba jeszcze bardziej, wyznała — Zastanawiało mnie tylko czemu po prostu nie zadzwonił do mnie, ale już nieważne — machnęła dłonią w powietrzu, nie mając zamiaru dłużej o tym rozmawiać i psuć nastroju, tym samym stawiając Karriona w niezręcznej sytuacji. Bycie opiekunem czy nadzorcą zdecydowanie nie należało do jego obowiązków, tak tym bardziej nie musiał robić jej teraz za psychoanalityka czy specjalistę od małżeńskich relacji. Zresztą Louise i bez tego wiedziała doskonale, że żyje u boku narcyza i manipulatora, a to po prostu była kolejna z jego sztuczek. Ot co!
W końcu się uśmiechnęła, spoglądając na Stiflera. Wyraz jego twarzy i słowa, które wypowiadał, pomagały jej się rozluźnić, co dawało nadzieję na to, że może uda jej się wkrótce puścić w niepamięć to, co próbował zrobić Xavier. W pewnym momencie, gdy mężczyzna trącił kolano Lou swoim, wyrwał się z jej ust cichy śmiech. — Dzięki, chyba właśnie to potrzebowałam usłyszeć.
Rozłożyła się wygodniej na oparciu leżaka i przymknęła na chwilę oczy, ciesząc się gorącymi promieniami słońca na jej skórze. Miała ochotę na to, by wyłączyć telefony - zarówno swój jak i Stiflera - i spędzić ten tydzień całkowicie wolna od trosk, których potrafił przysporzyć jej mąż. Podejrzewała jednak jakie konsekwencje czekałyby na nią po powrocie do Toronto.
Bardzo nie chciałam, by okazało się to prawdą, ale muszę przyznać, że przez chwilę w ciebie zwątpiłam — westchnęła ciężko — Wiesz, męska solidarność i te sprawy… — wywróciła oczami i przez moment znów skupiła na nim swoje spojrzenie. Uśmiechała się subtelnie, a jej wzrok uciekł w stronę basenu dopiero, gdy usłyszała komplement z jego ust.
Nie wierzę, że byłbyś zdolny do tego, by w taki sposób traktować swoją piękną żonę — skomentowała krótko, jednak miała na myśli nie tylko upierdliwe telefonowanie, ale całokształt tego w jaki sposób Xavier zachowywał się wobec niej. Nagle nieco spoważniała. Zastanawiała się chwilę nad tym co chciała powiedzieć i w końcu zwróciła twarz w jego stronę — Mówiłam serio z tym nieodbieraniem. Możesz to dla mnie zrobić? Gdy będzie dzwonił, po prostu go zignoruj.
Zdawała sobie sprawę z tego, że to dziecinne zachowanie i że może taka prośba nie była fair w stosunku do Karriona, ale zwyczajnie chciała się zemścić, a nic innego nie przychodziło jej do głowy. Wiedziała też, że prędzej czy później jej mąż znajdzie sposób na to, by się z nią skontaktować albo „umilić” jej pobyt w Hiszpanii odwalając coś zupełnie innego, ale w tamtej chwili o to nie dbała. Może dobrze mu to zrobi, gdy się o nią trochę pomartwi?


Karrion Stifler
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
41 y/o
Enjoy the simplest things
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Czarnych pięściarzy bije się dużo łatwiej
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiHe/tler
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Patrzył na Louise uważnie, próbując ocenić, czy mówiła pod wpływem chwilowych emocji, czy naprawdę o to prosiła. W końcu westchnął cicho i pokręcił głową.
- Dobrze - odezwał się spokojnie. - Skoro tego chcesz, nie będę odbierał - potwierdził, nie pokazując po sobie tak naprawdę, czy mu się to podoba czy nie. W pierwszej chwili mógł to odebrać jako próbę wymuszania na nim czegoś, jednak w rzeczywistości... było mu to na rękę. Nie chciał bowiem się tłumaczyć nikomu i wolał skupić się na tym, by spędzić z Louise przyjemny tydzień.
- To twój wyjazd, Lou. Nie jego - dodał po krótkiej chwili z zaskakującą stanowczością, której nawet sam po sobie się nie spodziewał. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej pewnie próbowałby pozostać całkowicie neutralny. Teraz... coraz trudniej było mu udawać, że to wszystko go nie obchodzi.
Nie lubił sposobu, w jaki Xavier sprawiał, że Louise reagowała na zwykły telefon tak, jakby spodziewała się kolejnej awantury. Nie podobało mu się, jak szybko zgasł uśmiech, z którym zeszła na taras. I chyba najbardziej nie podobało mu się to, że kobieta wyglądała, jakby nawet tutaj nie potrafiła poczuć się naprawdę wolna. A to było wrażenie jedynie z tych kilku krótkich godzin, które spędzili w swoim towarzystwie odkąd Stifler się do niej odezwał. Co więc musiało się dziać przez cały ten czas, gdy ich kontakt zanikł?
Odwrócił głowę w jej stronę.
- Odkąd tu przylecieliśmy, pierwszy raz widzę, żebyś przestała się uśmiechać. I wystarczył do tego jeden telefon. Od niego - przez chwilę między nimi panowała cisza. Karrion oparł łokcie o kolana i spojrzał gdzieś na spokojną taflę basenu. - Nie zamierzam wypytywać cię o rzeczy, o których nie chcesz mówić - odezwał się po chwili. - Ale jeśli przez najbliższy tydzień będę mógł zrobić cokolwiek, żebyś choć na chwilę mogła odpocząć, to zamierzam to zrobić - odwrócił się z powrotem w jej stronę. - Nawet jeśli będzie to oznaczało usługiwanie ci oraz karmienie chorizo i winem całe dnie - zaśmiał się cicho.
Złapał się na tym, że znowu przyglądał jej się odrobinę za długo. Słońce służyło urodzie Louise, a lekki wiatr poruszał materiałem sukienki. Wyglądała tak naturalnie, że przez moment kompletnie zapomniał o właściwym celu ich wyjazdu. Znów poczuł to, na czym łapał się ostatnio zbyt często - na tym, jak bardzo Beckett była w jego typie i jak bardzo mu się podobała.
Chrząknął cicho, zmuszając się do oderwania wzroku.
- Chyba powinienem przestać cię tak obserwować- kącik jego ust uniósł się wyżej. - Jeszcze ktoś pomyśli, że faktycznie jestem twoim ochroniarzem - rzucił rozbawiony, po czym wyciągnął dłoń w jej stronę.
- Chodź - poczekał, aż na niego spojrzy. - Zanim zabiorę cię na obiad, chcę pokazać ci miejsce, którego nie ma na żadnych zdjęciach tej posesji. Mój ulubiony kawałek całego domu - i wcale nie miał na miejsca basenu, przy którym właśnie się znajdowali, choć z pewnością był on w czołówce jego ulubionych miejsc. Zwłaszcza, gdy była tu Louise, a jeszcze bardziej, gdy pojawiała się nadzieja, że będzie tu w bikini.

Louise Beckett
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego uwaga dała jej do myślenia. Wystarczył jeden telefon, by posmutniała i choć to tak naprawdę powinno źle świadczyć o samym Xavierze, tak jednak to jej w tamtym momencie było głupio. Nawet jeśli Stifler miał rację, a w ich małżeństwie pojawiały się ciągłe problemy, to nie powinna tego pokazywać. Do tej pory jej to przecież wychodziło - nikt niczego nie zauważał, a jej bez trudu przychodziło granie szczęśliwej żony oraz utrzymywanie iluzji, że żyła w idealnym związku. Karrion jednak zaglądał głębiej, widział więcej niż tylko pozory i ten niby szczery uśmiech, którego się tak dobrze nauczyła i przyklejała na twarz prawie zawsze, ukrywając smutek. Udawanie przy nim czegokolwiek nie było tak łatwe. Zastanawiała się nad tym czy to on tak dobrze umiał odczytywać ludzi i ich emocje, czy może jednak to ona była słabą aktorką, a osoby z jej otoczenia zwyczajnie ślepe na wszystkie znaki.
To nie tak, że nie chciała o tym rozmawiać z nim - nie chciała o tym gadać w ogóle, z kimkolwiek. Przyznanie mu racji i wyznanie wszystkiego przez co przechodziła byłoby kolejną, ostateczną już oznaką słabości oraz osobistą porażką. Za bardzo się bała, by odkryć przed kimś tę część siebie. Miała poczucie, że gdy kogoś do siebie dopuści, by zobaczył absolutnie wszystko, bez żadnych filtrów i masek, to już nigdy nie spojrzy na nią tak, jak dawniej - pozostanie w czyichś oczach już na zawsze tą biedną, smutną sierotką, która jest wiecznie sterowana przez męża, a nie pewną siebie, silną kobietą, za którą chciała uchodzić i którą wiedziała, że potrafi być. Tęskniła za tą Louise - tą lekko buntowniczą, która umiała postawić się rodzicom, a przede wszystkim wolną, nie zastraszoną, odnoszącą sukcesy.
Miał rację mówiąc, że był to jej wyjazd. Nie chciała pozwolić, by cokolwiek zniszczyło jej zabawę, czy przeszkadzało w pracy, stąd też jej prośba o to, by Stifler nie odbierał już więcej telefonów od Xaviera, choć wiedziała, jak namolny potrafił być.
Zaśmiała się na jego słowa, choć ta jego gotowość na wszystko, byle tylko Beckett mogła się zrelaksować, znacznie bardziej ją rozczuliła niż rozbawiła. — Myślę, że po prostu muszę oddać się pracy. Wiem - to brzmi absurdalnie, ale praca na pewno pomoże mi odpocząć i oderwać myśli od… wszystkiego — westchnęła cicho i w końcu na niego spojrzała, przyłapując równocześnie na tym, że przyglądał się jej chyba już dłuższą chwilę. Wciąż uśmiechając się, uniosła lekko brew. — A to źle? Co wolałbyś, żeby pomyśleli? — miała ochotę zasugerować kilka opcji, ale ugryzła się w język.
Bez namysłu, podała mu rękę, wstając z leżaka, by dać się poprowadzić w jego ulubione miejsce. Jednak odchodząc z tarasu, wciąż trzymając się dłoni mężczyzny, spojrzała jeszcze raz w stronę basenu tęsknym wzrokiem. — No dobrze, ale chyba jeszcze dziś tu wrócę. — zapowiedziała, bo miała wielką ochotę popływać, być może przy blasku księżyca? Trzeba korzystać z okazji, w końcu - jak powiedział Karrion - to był jej wyjazd. Chciała oddać się przyjemnościom, nim praca zdąży pochłonąć ją bez reszty. — Ulubiony kawałek domu? Chyba nie prowadzisz mnie na siłownię?


Karrion Stifler
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
41 y/o
Enjoy the simplest things
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Czarnych pięściarzy bije się dużo łatwiej
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiHe/tler
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Karrion uniósł lekko brew, kiedy spytała, co wolałby, żeby ludzie pomyśleli. Przez krótką chwilę odpowiedź pojawiła się w jego głowie z zadziwiającą łatwością - że jest jej mężem. Ta myśl pojawiła się tak naturalnie, że sam był nią przez moment zaskoczony. Na szczęście lata przed kamerami nauczyły go panować nad twarzą znacznie lepiej niż nad własnymi myślami. Dlatego zamiast powiedzieć to na głos, tylko uśmiechnął się niewinnie.
- Nie wiem - wzruszył ramionami. - Może, że jestem bogatym sponsorem ambitnej architekt? Albo, że próbuję wyłudzić od niej darmowy projekt? - rzucił z pewnym rozbawieniem w głosie. Nie rozwijał jednak tematu, co było znacznie bezpieczniejsze, niż brnięcie w coś, co mogłoby udupić ich wyjazd już na samym początku.
Gdy podała mu rękę, pomógł jej wstać z leżaka i ruszył w stronę domu.
- Basen nie ucieknie - zapewnił. - Możesz korzystać z niego kiedy chcesz, także w nocy - puścił do niej oczko, zachęcając ją wręcz do tego, by skorzystała z tej propozycji. W trakcie dnia basen był świetnym miejscem na orzeźwienie, ale dopiero nocą, kiedy zapalały się kolorowe światła, a woda dalej była podgrzewana, to miejsce zyskiwało nową siłę. Jedyną wadą takiego rozwiązania byłoby to, że wtedy nie zobaczy jej opalającej się na słońcu.
Kiedy wspomniała o siłowni, zachichotał pod nosem.
- Bardzo krzywdzący stereotyp - zauważył przechodząc przez korytarz. Minęli jedno pomieszczenie, potem kolejne, następnie zeszli krótkim bocznym przejściem prowadzącym do części gospodarczej. Louise mogła jeszcze nie wiedzieć, dokąd zmierzają. W pewnej chwili Karrion otworzył drzwi.
- Proszę - rzucił i odsunął się na bok z gestem godnym prezentowania najwspanialszych dzieł architektury świata. W środku znajdowało się kilka półek, mopy, miotły, odkurzacz, kartony detergentów, kilka zapasowych żarówek i różne inne tego typu, funkcjonalne przedmioty.
Stifler założył ręce na piersi.
- Oto ono - przez kilka sekund zachowywał absolutnie kamienną twarz. - Moje ulubione pomieszczenie w całej rezydencji - mówił z powagą w głosie godną najbardziej wprawionego polityka. - Spójrz tylko na tę organizację przestrzeni. Na funkcjonalność i ponadczasowy minimalizm - wskazał na stojącą w kącie miotłę. - To prawdziwe serce tego domu - wytrzymał jeszcze może dwie sekundy i kiedy zerknął na nią, całkowicie się złamał. Jej mina była wręcz idealna do opisu tej sytuacji i dlatego też nie mógł się powstrzymać od śmiechu, który był coraz głośniejszy.
- Ty naprawdę przez chwilę uwierzyłaś - rzucił w przerwach między kolejnymi podśmiechujkami i musiał oprzeć się dłonią o framugę. - Lou, błagam. Powiedz, że uwierzyłaś - śmiał się jeszcze przez moment, po czym zamknął schowek i wziął głębszy oddech, by opanować swoją głupawkę.
- Dobrze, ale już koniec znęcania się nad biedną panią architekt - rzekł spokojnie i ruszył dalej korytarzem. - Chodź, tym razem już na serio - dodał i znów wyciągnął ku niej dłoń, chcąc poprowadzić ją korytarzem w kierunku prawidłowego pomieszczenia.
Kilka minut później weszli na piętro. Tam Karrion poprowadził ją do dużych, drewnianych drzwi znajdujących się na samym końcu korytarza. Otworzył je. Za nimi znajdowała się główna sypialnia. Pomieszczenie było ogromne. Centralne miejsce zajmowało wielkie łóżko, bardziej przypominające małą wyspę niż normalny mebel. Jasne ściany, wysokie okna i dużo naturalnego światła sprawiały, że wnętrze wydawało się jeszcze większe. Jednak nie łóżko było najważniejsze. Były bokser przeszedł przez pokój i otworzył szerokie przesuwne drzwi prowadzące na balkon. Był częściowo zadaszony i na tyle duży, że zmieściłby się na nim mały salon ogrodowy. Przed nimi rozciągał się widok na zatokę. Ocean ciągnął się aż po horyzont, a słońce powoli zaczynało schodzić niżej, barwiąc wodę złotem.
Przez chwilę Karrion nic nie mówił. Po prostu oparł dłonie o balustradę.
- To jest moje ulubione miejsce - rzucił spokojnie. - Nie salon, nie basen, nie siłownia - spojrzał gdzieś daleko na wodę. - Tutaj przychodzę zawsze, kiedy chcę pomyśleć albo po prostu pobyć sam - po chwili zerknął na Louise. - Rano jest jeszcze lepiej. Wschód słońca wygląda tutaj lepiej niż gdziekolwiek indziej - stwierdził i nie mógł się mylić, bo miał dość spore porównanie, wszak przez całe życie mieszkał w wielu miejscach i niemal we wszystkich obserwował wschody i zachody słońca.
Lekki uśmiech wrócił na jego twarz.
- Dlatego właśnie kupiłem ten dom. Reszta była dodatkiem - oparł się wygodniej o balustradę. - I zanim zapytasz... nie, nie zamierzam codziennie przyprowadzać cię tutaj o piątej rano, żeby oglądać wschody słońca - zawiesił głos na moment. - Chociaż... - spojrzał na nią z pewną zawadiackością w oczach, chcąc wybadać jej reakcję. Byłoby to w pewien sposób romantyczne, a biorąc pod uwagę fakt, że Beckett była mężatką... nie powinna się zgodzić. Chyba, że dla niej wyjazd, to też pewien pretekst. Tylko dlaczego Karrion teraz o tym myślał, skoro dotąd nawet mu nie zasugerowała zainteresowania nim?

Louise Beckett
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czekała na dalsze pomysły Stiflera, wciąż z tą samą, lekko zadziorną miną. Widziała jak zmieniał się wyraz jego twarzy - ze szczerego zdziwienia pytaniem w coś irytująco nieodgadnionego i aż po niewinny uśmiech. Przechyliła lekko głowę, nie potrafiąc odczytać z jego twarzy, czy przeszło mu przez myśl przypadkiem coś podobnego, co nasunęło się niemal natychmiast jej samej.
Bogatym sponsorem?! — powtórzyła głośno, z udawanym oburzeniem jego odpowiedzią, choć rzeczywiście nie spodziewała się, że mężczyzna pójdzie w tę stronę — I to naprawdę jest lepsza opcja niż bycie moim ochroniarzem? Błagam, sponsor brzmi tak… nieprzyzwoicie — przyznała, ściszając lekko głos na to ostatnie słowo, jakby wyjawiała Karrionowi jakiś sekret i zaraz zawtórowała mu śmiechem. O próbie wyłudzenia nie było jednak mowy, bo przecież od początku upierała się, że za swoją pracę nad tym projektem nie miała zamiaru przyjąć od niego ani centa, ale już tego nie komentowała, przewidując, że bokser znów zaprotestuje.
Nie wyuczyła się i nie miała jeszcze w głowie całego planu rezydencji, więc początkowo, bez wsparcia przewodnika, mogłaby się łatwo zgubić. Przechodząc przez kolejne pomieszczenia w ślad za Karrionem, była coraz bardziej zdezorientowana i nie miała bladego pojęcia gdzie ją prowadzi.
Jeśli nie siłownia to już nie wiem… piwnica? — rzuciła znów żartobliwie, wiedząc że może sobie przy nim na to pozwolić, bo nie obrażał się nawet na te „bardzo krzywdzące stereotypy”. Po przejściu korytarzem, który prowadził do części gospodarczej, nie ujrzała jednak żadnego przejścia do potencjalnych lochów, a drzwi. Gdy je otworzył, oniemiała, lecz bynajmniej nie z zachwytu. Karrion wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie, a Louise, mocno już skonfundowana, gapiła się to na niego, to na niewielkie wnętrze typowego schowka na miotły. Już mniej zdziwiona byłaby nawet, gdyby pokazał jej jakiś sekretny pokój do zabaw sado-maso, rodem z „Pięćdziesięciu Twarzy Gray’a”!
Ścisnęła usta, próbując się nie roześmiać, gdy tak opowiadał i tylko potakiwała głową. Był poważny i całkiem nieźle grał. Pomyślała, że może trochę minął się ze swoim powołaniem w życiu, bo wciskał kit nie gorzej niż niejeden polityk. Zresztą jako aktor też miałby szansę na sukces. Beckett pozostawała opanowana do momentu, gdy nie zaczął mówić o miotle jako prawdziwym sercu domu. Roześmiała się głośno w tym samym momencie.
Może troszeczkę, ale tylko na początku! — zastrzegła i znów ruszyła za nim, przyłapując się na tym, że po raz kolejny zapomniała bardzo szybko w jego towarzystwie o tym czym była zasmucona i że w ogóle miała tego dnia zły humor. Uśmiechnęła się tylko na tę myśl, wsuwając dłoń w jego.
Przepiękne drzwi! — pochwaliła od razu, gdy tylko weszli na piętro, wskazując oczywiście na wejście do głównej sypialni. Przez rozmiar, nie tylko drzwi, ale i samego pomieszczenia, odnosiło się wrażenie jakby sypialnia była oddzielnym, małym mieszkaniem w samym środku domu. Przez jakiś czas nie mówiła nic, po prostu się rozglądając. Podziwiała. Szukała nawet czegoś, do czego można by było się przyczepić, ale na nic takiego nie wpadła. Tu nie należało nic zmieniać i wcale nie dziwiło Louise to, że było to ulubione miejsce Stiflera.
Bajecznie… — powiedziała cicho, wychodząc do niego na zewnątrz. Okazało się szybko, że sama sypialnia nie umywa się jednak do imponującego widoku, który mogli podziwiać z balkonu. Przez chwilę znów stali w ciszy. Lou oddychała spokojnie, wpatrując się w ocean i przysłuchując się odgłosom okolicy. W dosłownie kilka sekund poczuła się kompletnie zrelaksowana, czy może bardziej „znieczulona” na wszystko co mogłoby zaprzątać jej myśli.
Jak to? Dlaczego nie? — odpowiedziała automatycznie, marszcząc przy tym brwi, jakby rzeczywiście ją to uraziło — Jeśli ty nie zamierzasz mnie tu przyprowadzać, to sama się wproszę! Może nie codziennie… ale chociaż raz byłoby miło obejrzeć stąd wschód słońca — O ile wcześniejszy komentarz o sponsorze wywołał u niej oczywiste skojarzenia, tak w tym przypadku zupełnie nie wyczuła żadnych podtekstów.


Karrion Stifler
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
41 y/o
Enjoy the simplest things
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Czarnych pięściarzy bije się dużo łatwiej
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiHe/tler
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Karrion przez chwilę patrzył na Louise w milczeniu, od czasu do czasu zerkając też w kierunku oceanu. Nagle doszedł do wniosku, że ten widok obok niego zaczynał stanowić całkiem poważną konkurencję dla panoramy zatoki i że chciałby widywać go częściej, znacznie częściej.
Kącik jego ust uniósł się wyżej, gdy usłyszał jej protest.
- Czyli jednak planujesz wtargnąć do mojej sypialni bez zaproszenia? - zauważył z rozbawieniem. Cisnęło mu się też na usta coś w stylu "Xavier byłby zachwycony tą deklaracją", jednak finalnie nic takiego nie powiedział, nie chcąc psuć nastroju.
Oparł się wygodniej o balustradę i spojrzał na horyzont.
- Raz brzmi rozsądnie - przyznał. - Chociaż muszę cię ostrzec, że ten widok uzależnia. Najpierw człowiek chce zobaczyć go jeden raz. Potem drugi. A później orientuje się, że od tygodnia codziennie siedzi tutaj z kawą o świcie - z kawą rzadko mu się zdarzało, ale takie określenie wybitnie pasowało do zobrazowania tej sytuacji.
Przeniósł wzrok na nią.
- Zresztą... z odpowiednim towarzystwem mogłaby wyglądać tak moja codzienność - powiedział to lekko, jakby to była tylko luźna uwaga. Jednak przez ułamek sekundy zatrzymał na niej spojrzenie odrobinę dłużej, niż prawdopodobnie powinien. Dopiero potem odwrócił wzrok z powrotem ku oceanowi, bo nie chciał też przesadzać i tak balansował ostatnio na granicy, której rozsądny człowiek raczej nie powinien przekraczać. Zwłaszcza gdy obok stała atrakcyjna mężatka. Na szczęście Louise wydawała się całkowicie odporna na wszelkie podteksty albo po prostu ich nie zauważała, co dla spokoju ich relacji było znacznie lepsze niż ryzyko pogorszenia stosunków tylko dlatego, że Stifler ma na nią ochotę.
Przez moment jeszcze stali w ciszy, pozwalając wiatrowi znad oceanu robić swoje. W końcu Stifler westchnął teatralnie.
- Dobra - odepchnął się od balustrady. - Zanim przejdziemy do konkretów z wywróceniem wszystkiego do góry nogami... - skinął głową w kierunku drzwi. - Chodźmy coś zjeść - spojrzał na nią z udawaną powagą. - Obiecałem chorizo i słowa zamierzam dotrzymać - przytaknął sam sobie. - Poza tym podejrzewam, że od kilku godzin żyjesz wyłącznie kawą, adrenaliną i architektonicznym entuzjazmem - ruszył powoli z powrotem do wnętrza sypialni. - A nawet najwybitniejsi nie powinni pracować na pusty żołądek - zatrzymał się przy drzwiach i obejrzał przez ramię, uśmiechając się przy tym szerzej.
- No chodź, Lou. Pokażę ci miejsce, które walczy o tytuł mojego drugiego ulubionego miejsca w całym San Sebastian - uniósł brew. - Restaurację, całkiem dobrą. I jest tam więcej miejsca niż w schowku - zachichotał lekko, po czym ruszył w kierunku wyjścia z sypialni, a następnie z budynku, pozostawiając Beckett czas na to, by zebrała ze sobą wszystko, czego potrzebuje.
Kiedy tylko spotkali się przed wejściem, od razu poszli do samochodu i pojechali w kierunku jednej z ulubionych knajp Karriona, znajdujących się przy samym oceanie i serwujących najlepsze ryby oraz chorizo w okolicy.

Louise Beckett
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”