Odnalezienie osoby odpowiedzialnej za zatrudnienie piosenkarki okazało się trudniejszym zadaniem niż zakładał. Szybko okazało się, że nie dotarła do Rapture żadnymi oficjalnymi kanałami, a pracownik odpowiedzialny za ściągnięcie jej na zastępstwo nie kwapił się do przyznania, że zamiast renomowanego zespołu, który nie dotarł na czas, wepchnął na scenę daleką koleżankę, nie pytając wcześniej nikogo o zdanie. Gdy wydusił ten fakt z nowo zatrudnionego, młodego chłopaka pracującego za barem, nie interesowało go jednak wymierzanie jakichkolwiek konsekwencji - potrzebował tylko rozwikłania zagadki tej jednej, pieprzonej literki.
Potrzebował wyłącznie jej imienia.
Jakby to miało rozwiązać jej tajemnicę, a tym samym - uwolnić jego myśli, podstępnie skręcające w jej kierunku choć nie potrafił znaleźć ku temu racjonalnego wytłumaczenia. Haze zagnieździła się w jego czaszce na wzór wbitej w dłoń drzazgi - choć nie sprawiała dużego dyskomfortu, nie potrafił zapomnieć o jej obecności.
Violet Haze, dwadzieścia dziewięć lat, posiadaczka mieszkania w Rexdale. Kariera muzyczna ograniczająca się do zarobkowych występów w restauracjach czy klubach, ślad w internecie znikomy. Nie wiedział, czy bardziej irytował go brak informacji na jej temat, z którym wrócił do niego jeden z jego podwładnych, czy sam fakt tego, że w ogóle tych informacji szukał.
Avis wystosował zaproszenie do jej agenta, zapraszając na występ w następnym tygodniu - nie wspominając przy tym, że zespół, który grywał w ten dzień tygodnia wieczorami został z tego powodu zwolniony ze stałego zlecenia. Monroe uważał, że tego typu powiew świeżości był pożądany w klubie a jego manager wiedział, które decyzje należało podważać, a które wymagały puszczenia wolno.
Siedem dni później Haze została przywitana w Rapture w dokładnie taki sposób, w jaki witano wszystkich, stałych artystów - manager czekał na nią w wejściu przeznaczonym dla pracowników by wskazać prywatną garderobę. Odstępstwem były jedynie czekające w niej kwiaty - ogromny bukiet stojący na toaletce do makijażu wyglądał, jakby ktoś włożył w przygotowanie go sporo wysiłku. Pośród przeważających w nim fiołków mogła znaleźć schowany w środku liścik - Przekazuję najszczersze przeprosiny, A. B.. Tekst na karteczce był poszarpany, jakby ręka polityka drżała gdy go wypisywał, zdradzając lufę broni przyłożonej do jego skroni.
Atmosfera wewnątrz Rapture była inna tego wieczoru. Być może przez ladies night, zorganizowane spontaniczne zaproszenie z darmowym wejściem dla kobiet, których ilość zdecydowanie przeważała w sekcji vipowskiej.
A może przez to, że tym razem wiedział, kto wyjdzie na scenę.
Zajął miejsce przy stoliku na samym końcu sali, w jakiejś irracjonalnej próbie udowodnienia sobie, że jej obecność nie miała tego wieczoru żadnego znaczenia. I nawet przy nim, dostrzegał ją po drugiej stronie wyraźnie gdy stanęła w blasku świateł. Gdy jej miękki głos rozlał się po wnętrzu klubu, zagłuszył nawet huk jego własnych myśli.
W ciszy, która trwała na długo po tym gdy kobieta zeszła ze sceny, nogi zaprowadziły go do baru. Baru, w którym Avis zostawiał czeki z wynagrodzeniem dla artystów. Baru, w którym on w tym momencie zapragnął zdobyć dla siebie drinka.
Gdy dostrzegł ją pośród innych kobiet, zbliżającą do rozświetlonego w o d o p o j u, tkwił po złej stronie - za ladą, koło przygotowujących napoje dla klientów barmanów, rozporządzając alkoholem wedle własnego uznania by nie odrywać ich od obowiązków. A przynajmniej takie wyjaśnienie brzmiałoby bardzo wiarygodnie, gdy on szukał pretekstu, by przy nim tkwić - a jednocześnie odgrodzić się od odzianych w skąpe ubrania, podpitych kobiet.
- Cieszę się, że twój manager znalazł dla nas czas, panno Haze - słowa przywitania opuściły jego usta w chwili, w której te wygięły się w półuśmiechu. Od początku mówiła do niego per pan, kiedy jego odpowiedzi były czymś pomiędzy kurtuazją a zupełną swobodą, do której posiadania w tym miejscu zdążył przywyknąć. Sięgnął pod spód lady, wyciągając stamtąd butelkę wody niegazowanej, którą postawił na blacie tuż przed nią. - Lodu?
why do you haunt me?