-
don't let me think I'm enough then disappear when the wine runs outnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pocieszała się tym, że w przypadku takiej formy komunikacji, Bremers prawdopodobnie nie będzie w stanie nawet wyczuć jej zdenerwowania. Wątpliwości Bonnie pojawiły się oczywiście również przy propozycji wspólnego wyjścia. Zastanawiała się czy w głowie Coven zabrzmi to odpowiednio „na luzie” i wcale nie tak, jakby zależało jej za bardzo. Na szczęście szybko się zgodziła, co niestety nie sprawiło, że Miller przestała się stresować, ale wiedziała, że odrobina alkoholu powinna jej pomóc, gdy już zjawi się w umówionym miejscu. Ot, cała tajemnica dlaczego akurat zasugerowała bar.
Cieszyła się. Naprawdę się cieszyła. Podekscytowanie spotkaniem z nową znajomą o dziwo zaczęło z czasem zagłuszać nerwy. Nic złego przecież nie mogło się stać, a przynajmniej to próbowała sobie wmawiać. Nie chciała już na wstępie wyraźnie dawać Coven do zrozumienia, że jej się spodobała. Nie robiła też sobie wielkich nadziei, bo przecież mogło się jeszcze okazać - co pewnie bardzo by jej nie zdziwiło - że dziewczyna wcale nie była zainteresowana, nie tylko Millerówną, ale w ogóle tą samą płcią. Chciała ją jednak poznać, tak po prostu. W najgorszym wypadku (co wbrew pozorom nie byłoby takie złe), mogła zyskać fajną znajomą… No dobra, przez kilka dni miałaby pewnie doła, ale Bremers nie byłaby pierwszą laską po której przechodziłaby żałobę.
Po skończonej zmianie, wyleciała z kawiarni jak z procy. Miała wprawdzie kilka godzin na ogarnięcie się, ale to nieważne, bo i tak uważała, że to niewystarczająco dużo, by mogła zrobić się na bóstwo. Choć może bez przesady, bo przecież to wcale nie była randka. Sprawa była skomplikowana! Nie mogła narzucić na siebie pierwszej lepszej kiecki i już. Strój musiał być idealny - coś w czym wyglądała lepiej niż tylko „dobrze”, ale równocześnie coś, w czym teoretycznie można było spotkać ją na co dzień i co nie krzyczałoby „właśnie spędziłam dwie godziny przekopując wszystkie szafki”. Postawiła między innymi na nowe spodnie, które wybrała dla niej sama Bremers. Te obcisłe, w których jej tyłek wyglądał zaskakująco dobrze.
Do Mimmo’s Place zawitała wcześniej niż to konieczne. Wolała być przed czasem niż się spóźnić, co w sumie mogło się zdarzyć, gdyby jeszcze kilka razy zmieniła zdanie co do stroju i sterczała dłużej przed lustrem. Na pojawienie się Coven, zdecydowała się poczekać siedząc przy barze.
coven bremers
-
mówisz mi "zostań" i jestem dziś pewien, że chcę z tobą tańczyć i zostać u ciebie
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor

Ale w końcu dostała upragnioną wiadomość i aż jej się wywrócił żołądek na lewą stronę. Bo nie dość, że Bonnie o niej pamiętała, to jeszcze zaproponowała wspólne wyjście do baru! No najlepsze uczucie na świecie! Pewnie wymanifestowała tę randkę myślami! Nie, zaraz. Nie mogła patrzeć na to w kategoriach randki. To było zwykłe, koleżeńskie wyjście. Dokładnie tak. Co nie oznaczało, że Bremers miała wyglądać na nim źle. Nie chciała też jakoś przesadzać, więc postawiła po prostu na długą, kwiecistą spódnicę, która idealnie wpasowywała się w letni klimat i krótki, biały top, który pewnie odsłaniał więcej niż zasłaniał. W każdym razie to nie było nic, czego nie założyłaby na co dzień. Darowała sobie jednak obcasy, bo co, jeśli w którymś momencie przyjdzie jej uciekać przez popełnione gafy? Nie, ni powinna tak myśleć. Trampki były po prostu wygodne. I na pewno wygodniej w nich będzie się przemieszczać, jeśli postanowią nagle zmienić lokalizację. W okolicy było mnóstwo innych barów. I mieszkanie Coven, do którego wcale nie zamierzały zaglądać, prawda? Oby, bo miała tam straszny burdel!
Do Mimmo's Place wpadła spóźniona. Nie jakoś drastycznie, zmieściła się w studenckim kwadransie, ale studentką nigdy nie była. Ale nie trzeba być przecież turystą, żeby jeść konserwę turystyczną i można jeść Merci, nawet jeśli nikt ci nie podziękował. Przez chwilę rozglądała się po wnętrzu, próbując zlokalizować Bonnie. W końcu dostrzegła ją przy barze. Zanim jednak zdecydowała się podejść, wygładziła materiał spódnicy i poprawiła włosy. Powinna jeszcze skontrolować makijaż, czy przypadkiem gdzieś się nie rozmazała, ale musiała liczyć na to, że od jej wyjścia z domu nic takiego się nie wydarzyło. Przeszła zaledwie dwie przecznicę, nie mogło być aż tak źle. A przede wszystkim to powinna wziąć się w garść i przestać histeryzować.
— Cześć! — przywitała się natychmiast, kiedy tylko usiadła na wysokim barowym stołku. — Mam twoją kurtkę — oznajmiła, wyciągając spod pachy odzienie wierzchnie, które Miller zostawiła w lumpeksie. — Wiem, że miałaś ją odebrać przy okazji, a teraz jest zdecydowanie za gorąco, żeby ją zakładać, ale pomyślałam, że może ci się przydać — i że może po tym spotkaniu nie będziesz chciała mnie więcej widzieć, więc nie będę miała jak jej zwrócić, dodała już tylko w głowie. — Co pijesz? Już ustaliłyśmy, że nie jesteś alkoholiczką, więc powiedz przynajmniej, czy sączysz jednego drinka przez pół wieczoru, czy raczej stawiasz na szoty? — zapytała, po czym uświadomiła sobie, że z tą alkoholiczką mogła sobie darować. Jak tak dalej pójdzie, Bonnie zaraz sobie stąd wyjdzie.
Bonnie Miller
-
don't let me think I'm enough then disappear when the wine runs outnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Może rzeczywiście za bardzo się wszystkim przejmowała? Ciągle zastanawiała się nad tym co powiedzieć i zrobić, by zostać odebraną jak najlepiej i przez to niepotrzebnie komplikowała sobie życie? A może właśnie to było tak łatwe? „Hej, Coven. Podobasz mi się. Pójdziesz ze mną na randkę?” Nie ma szans! Wcześniej zdążyłaby z pięć razy zejść na zawał.
Radosne powitanie oderwało ją w końcu od tych fascynujących przemyśleń, jednak dzięki nim, nawet nie zarejestrowała tego, że Coven spóźniła się choćby minutę. I dobrze! Bo inaczej pewnie już dawno zaczęłaby panikować i podejrzewać, że została wystawiona do wiatru. Okropne, w dodatku na pierwszej randce!
Nie, to przecież nie randka - wciąż musiała sobie o tym przypominać.
Natychmiast odwróciła się w stronę dziewczyny i nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Bremers zajęła miejsce i podała Bonnie kurtkę, którą ta ostatnio przypadkowo zostawiła w lumpeksie.
— Och, moja zguba, dzięki! — uśmiechnęła się, odkładając ciuch na kolana. Oczywiście wcześniej przeszło jej przez myśl, że był to dobry powód do odwiedzenia Coven w miejscu pracy, ale nie wypowiedziała tego na głos, nie chcąc przede wszystkim wyjść na niewdzięczną, ale też na kogoś tak żałosnego, kto potrzebował specjalnego pretekstu, by móc przyjść i z nią pogadać.
— Dziś postawiłabym na drinki, ale jeśli wolisz szoty, to się dostosuję — odpowiedziała, jak jej się wydawało, bezpiecznie. Nie chciała wstawić się zbyt szybko, a wiedziała, że tak właśnie będzie w przypadku szotów, choć z drugiej strony nie potrafiła sączyć drinka w żółwim tempie przez pół wieczora. Nieważne na co się zdecydują, będzie musiała po prostu uważać - pijana Bonnie miała jeszcze większą tendencję do mówienia głupstw.
— Lepiej powiedz co ty preferujesz — dodała zaraz, uznajac, ze jest jej naprawde wszystko jedno. Znała się na alkoholach, miała nawet swoich ulubieńców, ale gdy jesteś biedny jak mysz kościelna, uczysz się z czasem tego, że nie wolno wybrzydzać. Zwykle więc kierowała się zasadą „byle co - byle sponiewierało”, ale nie dziś. Dziś miała być grzeczna.
coven bremers
-
mówisz mi "zostań" i jestem dziś pewien, że chcę z tobą tańczyć i zostać u ciebie
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Istniało spore prawdopodobieństwo, że za którymś razem trafiłoby się na swoją bratnią duszę, która zmaga się z podobnymi problemami. A potem już do końca życia wspólnie klepałoby się tę słodką biedę. Ale nieważne! Najważniejsze, że razem!
Coven bardzo starała się nie myśleć o tym, że spotkanie z Bonnie było prawdziwą randką, jednocześnie w głębi duszy mocno na to licząc. Czy miała rozdwojenie jaźni? Być może. Nie mogła nic poradzić na to, że przez Miller czuła milion różnych rzeczy, których nie potrafiła nawet sensownie zdefiniować. Co było zabawne, bo przecież właściwie w ogóle się nie znały. Dlaczego więc tak bardzo przejmowała się tym, czy spodoba jej się spódnica, którą założyła tego wieczoru i stresowała się niemiłosiernie, że w najmniej odpowiednim momencie znowu palnie coś głupiego? Trzeba pamiętać, że w wymienionych wiadomościach nie padło słowo klucz. Pisały od drinku, ale nie o randce, a sam drink jeszcze o niczym nie świadczył. Bo co, jeśli Bremers za dużo sobie wyobrażała i totalnie mylnie odbierała sygnały, które wysyłała jej Bonnie?
— A może najpierw kolejka szotów, a potem drinki? Czy takie mieszanie to kompletny idiotyzm? — spojrzała niepewnie na Miller. Potrzebowała czegoś mocniejszego na odwagę. Sama nie rozumiała, dlaczego aż tak stresowała się tym spotkaniem. Umawiała się już z różnymi ludźmi i nigdy wcześniej nie była aż tak spięta ani nie pilnowała się na każdym kroku, żeby przypadkiem nie zacząć paplać bez sensu. A to przecież było nieuniknione. Coven mówiła dużo, często bez ładu i składu. Nie zamierzała jednak udawać przy Bonnie kogoś, kim nie była. Fajnie byłoby tylko nie skompromitować się już na samym początku.
— Robią tutaj rewelacyjne Sour Shots, ale jeśli wolisz zostać przy drinkach, to polecam Lemon Drop. Lubisz takie kwaśne smaki? — zapytała, bo przecież Miller mogła mieć zupełnie inne preferencje. Może była tradycjonalistką i wolała zamówić gin z tonikiem albo Pina Coladę? A może w ogóle miała uczulenie na cytrusy i Bremers właśnie próbowała ją nieświadomie zabić? O matko, to byłaby dopiero nieudana randka-nierandka.
— Równie dobrze możemy coś wylosować — zaproponowała, sięgając po kartę z listą drinków. Tym samym chciała dać Miller do zrozumienia, że naprawdę było jej wszystko jedno, co będą sączyć przez resztę wieczoru. Byle klepało! To znaczy, byle dobrze im się rozmawiało i żeby Bonnie nie zwracała aż tak dużej uwagi na jej gadanie. Może nawet pod koniec spotkania nie uzna jej za kompletną wariatkę? To byłby już spory sukces. — Albo powiedz mi, czego nigdy nie piłaś, a bardzo chciałabyś spróbować — uśmiechnęła się do niej znad karty. Zaraz jednak uznała, że do podjęcia takiej decyzji Miller też powinna mieć dostęp do listy alkoholi. Poprawiła się więc na barowym stołku, położyła menu na ladzie i nachyliła się, odruchowo opierając dłoń na ramieniu dziewczyny.
Bonnie Miller
-
don't let me think I'm enough then disappear when the wine runs outnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Cóż, nie próbowała jeszcze podrywu na podobne teksty o długach, niewystarczająco dobrze płatnej pracy i niespełnionych ambicjach. Może powinna spróbować? Może właśnie Coven to ta bratnia dusza, która zrozumiałaby jej codzienne zmagania z tymi wszystkimi, bardzo dorosłymi problemami i od tej pory żyłyby sobie długo i szczęśliwie… co prawda nadal w biedzie, ale przynajmniej razem!
— Kolejka szotów, a potem drinki… — powtórzyła cicho, stukając palcem wskazującym o brodę i mrużąc przez chwilę oczy, jakby rzeczywiście zastanawiała się nad tym, czy to dobry pomysł. Mieszanka alkoholi może nie była bezpieczną opcją, szczególnie gdy Bonnie obiecała sobie, że zachowa się tego wieczoru jak na grzeczną dziewczynkę przystało, ale… co złego mogło się stać? — Rzeczywiście brzmi jak kompletny idiotyzm. Wchodzę w to! — wykrzyknęła zdecydowanie. Trudno, Miller najwyżej się zbłaźni, Coven zaraz po wyjściu z baru zablokuje jej numer i już zawsze będzie musiała omijać jej lumpeks szerokim łukiem.
Dopiero w tamtym momencie, po zamówieniu kwaśnych szotów u barmana, które Bonnie swoją drogą uwielbiała i chętnie przystała na tę propozycję, pozwoliła sobie zawiesić wzrok na dziewczynie nieco dłużej. Podziwiała oczywiście strój! Bo przecież na pewno nie to co odsłaniał krótki top, jaki jej towarzyszka miała na sobie. Po chwili, uniosła spojrzenie na twarz Coven, zdając sobie sprawę, że właśnie na swoim bezczelnym gapieniu się została przyłapana.
— Świetnie wyglądasz — powiedziała, nie tylko dlatego, by jakoś wyjść z tego z twarzą, ale naprawdę tak uważała! Bremers zawsze wyglądała świetnie. Nawet zanim jeszcze zaczęły ze sobą rozmawiać, już nie raz zdarzało się jej podziwiać z daleka jej outfity… a przy okazji jej sylwetkę i uderzająco piękną twarz, ale o tym już nie musiała wiedzieć.
Na pytanie Coven o to czego zawsze chciała spróbować, z zaciekawieniem sięgnęła po kartę, gdzie były rozpisane wszystkie dostępne kompozycje. Skanowała wzrokiem listy, szukając tej jednej pozycji, która już jakiś czas temu ją zaintrygowała, ale jakoś nigdy nie miała okazji, by to zamówić. Gdy w końcu ją znalazła, wskazała palcem na odpowiednią nazwę w karcie i chciała nachylić się bliżej ku dziewczynie, ale Bremers sama zrobiła to jako pierwsza, opierając się dodatkowo o ramię Bonnie — O, jest! Widziałaś to? Mają tu szoty, które nazywają się Cheeseburger. To tequila, sok z kiszonek i sok pomidorowy - wszystko podawane w oddzielnych kieliszkach i pije się to dokładnie w tej kolejności. Brzmi może trochę obleśnie, ale jestem ciekawa czy rzeczywiście smakuje choć trochę, tak jak burger — Miller brzmiała na naprawdę podekscytowaną. Chyba trochę się zapominając, zwróciła głowę w stronę Coven, a ich twarze przez moment znalazły się bardzo blisko siebie. Może za blisko. Bonnie zaśmiała się nerwowo i powoli odsuwając się, odłożyła kartę na ladę — Jak już zamówimy drinki, to możemy pójść pograć — zaproponowała, wskazując kciukiem w bok na stół bilardowy, gdy barman postawił przed nimi kieliszki z cytrusowym trunkiem. By trochę rozładować napięcie, od razu chwyciła za szkło i znów spojrzała na Coven — Za nas? To znaczy, no… nasze zdrowie!
coven bremers
-
mówisz mi "zostań" i jestem dziś pewien, że chcę z tobą tańczyć i zostać u ciebie
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Myślałam, że będę cię dłużej namawiać — zaśmiała się, ale bez złośliwości. Czy miała Miller za chodzący wzór cnót? Całkiem możliwe. Na razie sprawiała wrażenie tej grzecznej dziewczyny z dobrego domu. Tylko że Bremers doskonale wiedziała, że pozory potrafią być wyjątkowo mylące. Nie raz przekonała się o tym na własnej skórze. Ludzie często pokazywali światu tylko tę wersję siebie, którą chcieli pokazać, a prawdziwe oblicze wychodziło dopiero wtedy, kiedy ktoś zdołał przebić się przez wszystkie warstwy ostrożności i uprzedzeń. Dlatego na razie po prostu obserwowała Bonnie, bez zakładania z góry, jaka była. Dlatego na razie po prostu obserwowała Bonnie, bez zakładania z góry, jaka była. A była prześliczna - to musiała przyznać! No i zrobiła naprawdę dobre drugie wrażenie. Zresztą podobnie jak podczas ich pierwszej rozmowy w lumpeksie. Coś w niej sprawiało, że Coven od razu miała ochotę dowiedzieć się o niej więcej. Sama zyskiwała dopiero przy bliższym poznaniu, bo większość ludzi po kilku minutach wyrabiała sobie opinię, że jest nierozgarniętym oszołomem. I w sumie mieli rację.
Zamrugała, trochę zbita z tropu komplementem. Zaraz jednak uśmiechnęła się szeroko i pokiwała w podzięce głową.
— Ty też. Dlatego do siebie pasujemy — rzuciła, ale niemal od razu poczuła, że chyba zabrzmiało to trochę inaczej, niż powinno. — Chodziło mi nasze kreacje. Że pasują do siebie kolorystycznie i w ogóle — wyjaśniła szybko, próbując ratować sytuację. Miała wrażenie, że zrobiła się czerwona jak wiśniówka, którą inny barman właśnie polewał chłopakom stojącym na drugim końcu baru. Dobra, nic się nie stało. Przepiją to i wpadka pójdzie nie niepamięć!
Zrobiła wielkie oczy, kiedy Miller znalazła szota, o którym Bremers istnieniu nie miała pojęcia. No teraz to jej zaimponowała!
— Brzmi obrzydliwie — stwierdziła z uśmiechem. — Zamówmy je! — zgodziła się, reagując z identycznym entuzjazmem, jak Bonnie na propozycję szotów i drinków. Chciała jeszcze coś dodać, ale wtedy dziewczyna obróciła głowę w taki sposób, że prawie zetknęły się nosami. Coven przełknęła głośno ślinę i złapała szybko za kieliszek. Cud, że nie rozlała połowy jego zawartości na siebie albo na Miller. — Na zdrowie! — rzuciła, wlewając alkohol do gardła. Był tak kwaśny, że aż wykrzywiło jej gębę.
Potrząsnęła burzą włosów i spojrzała we wskazanym wcześniej kierunku. Stoły bilardowe tylko się prosiły, żeby z nich skorzystać. W końcu obiecała Bonnie, że podszkoli ją w trafianiu w dziurkę!
— Koniecznie. Ale najpierw zamówmy Cheebsurgera. Nie odejdę stąd dopóki cię nie spróbuję — dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, co właśnie wypaliła. Otworzyła buzię, zamknęła ją, znów otworzyła, po czym zastygła z miną skretyniałego karpia na twarzy. — To znaczy szotów. Nie spróbuję tych szotów. Z tobą — zdołała w końcu z siebie wydusić, czując, że zaczyna się pocić jak prosię pod intensywnym spojrzeniem dziewczyny. Gdyby mogła, zjadłaby własny język. Była pewna, że zobaczyła w oczach Bonnie niedowierzanie połączone z dzikim rozbawieniem. Żeby odwrócić rękę, pomachała do barmana i poprosiła go o Cheesburgery. Jeszcze zaznaczyła, że chodzi o szoty, żeby przypadkiem nie zaserwował im kanapki, przez co gość popatrzył na nią, jakby urwała się z innej planety. I czemu tak? Na pewno mieli tutaj na kuchni jakieś fast foody!
Bonnie Miller
-
don't let me think I'm enough then disappear when the wine runs outnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wtórując dziewczynie śmiechem, pokręciła głową na te słowa i przypomniała znów sobie jej wcześniejszą wypowiedź o tym, że Miller nie wyglądała na alkoholiczkę.
— Coś ty! Do grzechu wcale nie trzeba mnie namawiać długo — przyznała, wciąż w tym samym, rozbawionym tonie i poruszyła przy tym sugestywnie brwiami. W sumie powinna sprostować tę wypowiedź - to Coven nie musiała namawiać jej do tego długo, bo to właśnie teraz, przy niej, dość spokojna na co dzień i mało imprezowa Bonnie, zamieniała się powoli w nieco odważniejszą i żądną przygód wersję siebie.
Nadal nie potrafiła całkowicie się wyluzować i być sobą, choć zależało jej na tym, by dobrze się bawić tego wieczoru. No i przede wszystkim chciała, by to Bremers dobrze wspominała to spotkanie. Uspokajała się w myślach tym, że po prostu potrzebowała czasu, by się oswoić i otworzyć.
Uniosła brew, chcąc dopytać co Coven próbowała powiedzieć przez to, że do siebie pasowały i chyba podekscytowała się tym tekstem zbyt szybko. Dziewczyna sprostowała zaraz, że oczywiście miała na myśli ich stroje, tym samym dusząc w zarodku nadzieje Miller, jakie zdążyły się przez te kilka sekund euforii pojawić. Lekka panika, jaką spowodowała nagła bliskość, sprawiła, że kompletnie nie zauważyła jej zawstydzenia tym, co wypaliła wcześniej.
Bez słowa sięgnęła po kieliszek, widząc jak towarzysząca jej piękność, na raz wlewa do ust zawartość swojego. Unosząc lekko szkło, odpowiedziała cicho tym samym, niepewna czy kobieta mogła to w ogóle usłyszeć. W podobny sposób co ona, skrzywiła się i potrząsnęła głową, po czym głośno wypuściła z siebie powietrze. Wbrew pozorom szot nie był wcale taki mocny, ale na pewno był kwaśniejszy, niż się spodziewała.
Nie odejdę stąd dopóki cię nie spróbuję.
Twarz Bonnie znowu zwróciła się w stronę dziewczyny. Nie wierzyła do końca w to, co właśnie usłyszała. Coven wcale nie musiała być blisko ani mówić jej tego szeptem do ucha, by przeszedł ją przyjemny dreszcz. Uśmiechnęła się delikatnie pod nosem, nie spuszczając z niej wzroku, gdy zaczęła się szybko poprawiać. Nie skomentowała tego przejęzyczenia, by nie wprawić Bremers w jeszcze większe zakłopotanie, ale poczuła się z tym wszystkim… lepiej. Dotarło do niej, że nie była w tej swojej niezręczności taka osamotniona, jak jej się mogło wydawać. Nagle cały stres mógł w końcu odpuścić.
— Gotowa? — spytała, gdy barman postawił przed nimi po trzy kieliszki i zerknęła znów na Coven, obejmując już palcami pierwszy szotów, czyli ten zawierający tequilę — Tylko się nie zatrzymuj! — zastrzegła jeszcze z szerokim uśmiechem, gdy Coven już potwierdziła swoją gotowość na spróbowanie tego, dość niestandardowego połączenia. Gdy na znak, obydwie opróżniły swoje szoty, jeden po drugim, Bonnie zaczęła strzelać dziwne miny. Wygladała trochę jak ta Kombucha Girl, nie mogąc zdecydować się, czy miks smaków oceniała pozytywnie, czy może właśnie wypiła najobrzydliwszą rzecz w życiu.
— Cóż, nienajgorsze — odezwała się w końcu, cmokając przy tym jeszcze chwilę językiem, jak prawdziwy degustator — Ale na pewno nie smakuje mi to jak burger… a tobie? — zaśmiała się, znów przywołując gestem dłoni chłopaka, który stał za barem. Zanim jednak do nich podszedł, mogła skupić uwagę na dziewczynie i posłuchać o jej wrażeniach. Zamówiła sobie drinka na bazie tequili, z dodatkiem limonki, soku ananasowego i ginger ale’a. Doszła do wniosku, że pozostanie przy jednym rodzaju alkoholu będzie w jej przypadku najrozsądniejszym rozwiązaniem. Akurat to mogła sączyć już przez resztę wieczoru i się nie upić, w dodatku uwielbiała to słodko-kwaśne połączenie.
coven bremers
-
mówisz mi "zostań" i jestem dziś pewien, że chcę z tobą tańczyć i zostać u ciebie
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie do końca jeszcze wiedziała, dlaczego tak się działo, ale Miller jakoś ją onieśmielała, co przecież w przypadku Coven nie zdarzało się właściwie nigdy! Ta dziewczyna miała w sobie coś takiego... chyba nie potrafiła tego określić. Bo wprawienie Bremers w konsternację to naprawdę rzadkość. A jednak Bonnie udawało się to z zadziwiającą łatwością i Coven już nie wiedziała, czy bardziej była tym faktem przerażona, czy jednak podekscytowana. Chyba jednym i drugim po równo. Chciała ją poznawać i odkrywać. I smakować, skoro już tak z tym wypaliła, chociaż to akurat powinna zachować dla siebie. Albo na później. Jedno było pewne - Bonnie Miller totalnie ją oczarowała, dlatego chciała wypaść w jej oczach jak najlepiej. Jednak na razie tylko się błaźniła.
Gotowa?
Chciała powiedzieć, że była gotowa jak nigdy, ale to nieprawda. Kieliszki postawione na barze budziły w niej wątpliwości. To połączenie wyglądało podejrzanie. Mimo to złapała za pierwszy z nich i skinieniem głowy dała dziewczynie znać, że mogą działać. Wlała zawartość tequili do gardła, a później sok z kiszonki i ten pomidorowy. Brakowało tylko takiego serowego, w którym macza się nachosy. Ściągnęła w zamyśle brwi, próbując stwierdzić, czy całość jej smakowała, czy jednak niekoniecznie.
— To było... ciekawe — podsumowała krótko. — Ale faktycznie koło burgera to chyba nawet nie stało. Nie wiem, czy zamówiłabym to drugi raz. Chyba wolę jednak tequilę w oryginalnym wydaniu, taką z cytryną i solą — oznajmiła i słysząc, że Bonnie zamawia sobie takiego fajnego, słodko-kwaśnego drinka, poprosiła dokładnie o to samo, bo to połączenie brzmiało akurat bardzo dobrze! No i chciała poznać gusta Miller. Kto wie, może ten drink stanie ich ulubionym i kiedyś same takie sobie zrobią u Coven na chacie? No dobra, chyba trochę za daleko wybiegała myślami w przyszłość. Liczyła jednak na to, że to nie będzie ich ostatnie spotkanie. Pytanie, jak zapatrywała się na to sama Bonnie?
— Wszystkiego cię nauczę! — uśmiechnęła się szeroko, bo przecież z tym bilardem, to żaden problem. Mogła uczyć ją wszystkiego od podstaw. Przynajmniej nie ściemniała, że jest jakąś mistrzynią snookera, a podczas rozgrywki wyszłoby, że nie wie, w jakiej kolejności zbijać bile.
Podeszły do wolnego stołu i Bremers od razu sięgnęła po dwa kij i niebieską kredę.
— To podobno zapobiega ześlizgiwaniu się kija z bili. Tak mówi mój brat. Ja tam się nie znam, ale jak jej używasz, to wyglądasz super profesjonalnie — powiedziała poważnym tonem i podała kredę dziewczynie, żeby mogła zrobić dokładnie to samo. W międzyczasie ona ustawiła kule na stole w trójkącie, który później odrzuciła na bok. Pokiwała głową, zadowolona ze swojego dzieła, chociaż to nie był żaden wielki wyczyn. — Podejdź tutaj — poprosiła, przywołując Bonnie gestem ręki. — Kij trzyma się tak — zaczęła, stając za nią i wsuwając ręce pod jej ramiona. Były tego samego wzrostu, więc Coven musiała stanąć na palcach, żeby mieć lepszy widok za jej pleców. Chociaż jak znalazła się tak blisko i przylegała ciałem do ciała Miller, to w ogóle nie miała głowy to jakichkolwiek tłumaczeń. — Tę ręką chwytasz tutaj, a te zsuwasz nieco niżej — poinstruowała i sama złapała ją za nadgarstek. — Teraz musisz się pochylić. Pamiętaj, że przynajmniej jedna stopa musi dotykać ziemi, więc niestety nie możesz położyć się na stole. To znaczy, to po wbrew zasadom! — zreflektowała się, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że zabrzmiała tak, jakby była tym faktem strasznie zawiedziona. To nie tak, że chciałaby zobaczyć Bonnie w takiej pozycji. To znaczy, chciała, ale nie mogła przecież myśleć w taki sposób, a już na pewno nie powinna mówić o tym na głos!
Bonnie Miller