-
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am home again
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am whole againnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Powinna wyjść. Tylko, że chyba musiała w jakiś sposób ochłonąć i rozładować te wszystkie emocje, które się w niej kłębiły. Nie było to uczciwe, ale chyba znowu robiła ze swojej żony worek treningowy, bo wydawała się najlepszym celem, który niemal zawsze znajdował się w pobliżu. Nie było to w żaden sposób uczciwe, ale trudno było jej ten stan rzeczy zmienić. Zwłaszcza, że Zaylee również ostatnimi czasy wskakiwała na nią bardziej niż zwykle.
Nawet jeśli już była na miejscu to powinna siedzieć cicho. Trudno jednak było jej zignorować to spojrzenie rezydentki oraz to jak zagubiona się wydawała. Dlatego też ruszyła ze swoim komentarzem jako pierwsza, aby zagonić ją do roboty. Nie miały czasu na maraton przeprosin oraz tłumaczeń, gdy miała zajmować się sekcją razem z Miller. Tylko, że to wtrącenie było dodatkowym impulsem, który sprawiał, że wyjątkowo działała koronerce na nerwy.
- Jak sobie pani życzy, pani doktor. Proszę zatem zająć się panią Valemont oraz autopsją - rzuciła w odpowiedzi niezrażona tym w jaki sposób kobieta się do niej odnosiła.
Nie po raz pierwszy na siebie warczały. Nie był to też pierwszy raz, gdy Miller mogła się poczuć jakby ktoś jej się wpierdalał w kompetencje. Po raz kolejny Evinie przeszło przez myśl, że nie powinny być przypisywane do tych samych spraw. Ktoś na górze powinien w końcu pójść po rozum do głowy.
Biedna rezydentka mogła jedynie posłuchać rad swojej mentorki i wrócić spokojnie do pracy, a one dwie... No cóż, napięcie eskalowało i nikt nie mógł być temu winny niż sama Swanson.
Obserwowała to jak żona zrzuciwszy rękawiczki, nacierała w jej stronę, ale sama pozostawała niewzruszona. Jedynie wbiła spojrzenie w jej wzburzone ciemne tęczówki i zastanowiła się nad tym pytaniem.
- O nic. Po prostu mamy kolejny przypadek, któremu nie udało nam się w żaden sposób zapobiec w jednej z najgłośniejszej spraw od dawna... Powiedzmy, że zależy mi na otrzymaniu szybko rzetelnego raportu od fachowca - odparła niby to obojętnym tonem, ale Zaylee na pewno nie miała problemu z wychwyceniem tego jak bardzo była wkurwiona.
Znały się doskonale. Miały swoje odpały i raczej nie umiały ich przed sobą zamaskować. Prędzej czy później wszystko wyłaziło i gotowe było je ugryźć w dupę.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie pomagał w tym fakt, że żona wlazła do prosektorium, jakby było jej własnym biurem. Czego ona właściwie oczekiwała? Miłego powitania? Uśmiechu? Tego, że Miiller odłoży wszystko na bok i zacznie jej przytakiwać, jakby właśnie nie była w trakcie pracy? Może jeszcze tego, że protokół z sekcji zwłok sam się napisze? Albo lepiej - że koronerka wyjmie go sobie z dupy?
Naprawdę próbowała nie reagować. Próbowała pamiętać, że to nadal była jej żona i że gdzieś pod tą irytującą, wszystkowiedzącą fasadą kryła się osoba, którą kiedyś pokochała. Tyle że ostatnio coraz trudniej było jej się do tego dokopać, kiedy Evina z uporem godnym lepszej sprawy naciskała dokładnie te przyciski, które potrafiły doprowadzić ją do szału. A prosektorium zdecydowanie nie było miejscem, w którym Zaylee miała ochotę urządzać sobie małżeńskie przepychanki.
W myślach zaklinała się, że to ostatnia sprawa, przy której będą musiały ze sobą współpracować. Następnym razem niech Swanson zleca autopsje Bobby'emu Hackmanowi. Niech on słucha jej uwag i pozwala zaglądać sobie przez ramię. Miller miała już tego serdecznie dość. Liczyła na to, że jak najszybciej złapią tego seryjnego mordercę małoletnich, zamkną tę sprawę i ich zawodowe drogi w końcu się rozejdą. Bo może właśnie tutaj tkwił problem. Może praca i życie razem to było po prostu za dużo Każda różnica między nimi zdawała się mnożyć podwójnie. Każda uwaga brzmiała jak atak, a każde spojrzenie jak prowokacja.
— To nie mój problem, że nie zdołałaś temu zapobiec — odparła chłodno, cały czas utrzymując z żoną kontakt wzrokowy. — To ty jesteś policjantką, nie ja — przypomniała jej. Zaylee wykonywała swoją pracę należycie. Jej zadaniem było przeprowadzenie sekcji, zebranie dowodów i przekazanie wniosków śledczym. Nie była od łapania przestępców, ani przewidywania, kto stanie się kolejną ofiarą. — Jeśli przyszłaś tutaj po to, żeby mnie poganiać, to źle trafiłaś — dodała, kątem oka ponownie zauważając, że Nora przygląda się im ukradkiem.
Rezydentka ewidentnie nie wiedziała, czy powinna udawać, że niczego nie słyszy, czy może jednak zniknąć, zanim atmosfera zrobi się jeszcze bardziej napięta.
— Prze-przepraszam — odezwała się w końcu nieśmiało. — Może zostawię panie same? — zaproponowała, zastygając w miejscu ze skalpelem w dłoni.
Miller przeniosła na nią wzrok.
— Świetny pomysł. Zrób sobie chwilę przerwy. Byłabyś tak uprzejma i przyniosła mi czarną kawę? — poprosiła, siląc się na lekki uśmiech.
Valemont natychmiast pokiwała głową, wyraźnie wdzięczna za możliwość ucieczki z pola rażenia. Odłożyła narzędzia, zdjęła rękawiczki i odwiesiła fartuch na wieszak. Potem szybko wyminęła obie kobiety i po cichu zamknęła za sobą drzwi.
W prosektorium zapadła cisza. Zaylee ściągnęła usta w wąską linię i spojrzała na Swanson. Przez chwilę zastanawiała się, co właściwie powinna powiedzieć, ale wszystkie odpowiedzi, które przychodziły jej do głowy, prawdopodobnie tylko dolałyby oliwy do ognia. W końcu westchnęła i przycisnęła palce do nasady nosa. Była coraz bardziej zmęczona tym wszystkim. Tylko czym dokładnie? Chyba wszystkim.
— Chcę oddać tę sprawę innemu koronerowi — powiedziała w końcu. Nie był to impuls ani reakcja na złość. Myślała o tym już od dłuższego czasu. Właściwie od momentu, kiedy ich wspólna praca przestała być czymś, co ułatwiało im życie, a zaczęła być kolejnym powodem do spięć. — Kiedyś współpraca wychodziła nam całkiem nieźle. Teraz to po prostu nie działa — wyjaśniła, co było powodem takiej decyzji. Nie musiała nawet dodawać, że znała Evine wystarczająco dobrze, żeby przewidzieć jej reakcję. Swanson prawdopodobnie wzruszy ramionami, udając, że jest jej wszystko jedno.
Evina J. Swanson
-
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am home again
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am whole againnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przez te wszystkie miesiące za bardzo się przyzwyczaiła, że mogła przychodzić swobodnie do prosektorium. Może i działało to lekko na nerwy koronerce, ale starała się jej nie przeszkadzać oraz wyczuć odpowiedni moment. Teraz brakowało jej zdecydowanie tego wyczucia i potrafiła jedynie zakłócić przebieg sekcji oraz doprowadzić obie znajdujące się we wnętrzu pomieszczenia kobiety o stan ciężkiej nerwicy. Tak zwyczajnie.
Powinna jej odpuścić chociaż w pracy. Zwłaszcza teraz, gdy znalazł się poważny przypadek jakim miały się zająć. Powinna chociaż teraz odpuścić i poczekać na to, aż faktycznie raport z sekcji znajdzie się w jej gabinecie lub wpaść zwyczajnie za dwie godziny lub później, aby się upewnić, że dotychczas nic nie odbiegało od schematu prezentowanego przez ich zabójcę.
Aktualnie spędzały ze sobą zdecydowanie zbyt wiele czasu: mieszkały razem, pracowały przy jednej sprawie, a dodatkowo starały się też wspólnie pojawiać na ważnych wydarzeniach w życiu Sama, bo procedura adopcyjna znajdowała się już na samym finiszu. Żadna z nich nie miała czasu, aby zwyczajnie odetchnąć i odpocząć: także od siebie. Może właśnie to najbardziej by im się przydało. Przydałaby im się także podróż poślubna, ale pewien seryjniak zadbał o to, aby jej nie otrzymały.
- Sama niestety nie obstawię wszystkich kluczowych parków w Toronto - prychnęła jeszcze, bo tekst o tym, że nie zdołała schwytać zabójcy potraktowała jako zdecydowanie zbyt osobisty przytyk.
Tak naprawdę mało wiedzieli na temat zabójcy. Dotychczas przesłuchiwani pracownicy firmy sprzątającej wydawali się mieć dosyć mocne alibi, ale zgodnie z prawidłowościami jakie zauważyły przy pracy nad grafikami wytypowały kilka miejsc, w których sprawca mógł uderzyć. Tylko, że żaden z patroli nie był w stanie go ująć, bo ten lekko zmodyfikował swój plan działania, aby uniknąć wykrycia.
Obie zdecydowanie wiedziały, co robić, żeby trafić w punkt, który wywoływał największą reakcję. Swanson szykowała już się do tego, aby odszczeknąć małżonce, ale usłyszała jak rezydentka się odzywa, aby znaleźć wymówkę dla wyjścia z pomieszczenia. Tak było lepiej. Nie musiała być przy małżeńskich kłótniach, które albo sprawiały, że czuła się niezręcznie lub miała w sobie na tyle świadomości, aby się wycofać i dać im przynajmniej odrobinę prywatności.
Obserwowała to jak Nora wychodzi z pomieszczenia, czując się nieswojo z tym wszystkim, co się zadziało do tej pory.Na moment zapadła cisza. Żadnej nie było spieszno do tego, aby przerwać ją i odezwać się pierwszą. W końcu jednak zrobiła to Miller, a słowa, które wypowiedziała wcale nie zaskoczyły detektywki.
- Byle nie Bobby'emu Hackmanowi - powiedziała w pierwszej kolejności, ale zaraz potem westchnęła. - Wolałabym mieć koronera, który zna tę sprawę na wylot, ale jeśli uważasz, że tak jest lepiej...
Im obu zależało na jak najszybszym rozwiązaniu sprawy, aby uniknąć dalszych ofiar. Dla obu była ona traumatyczna, bo miały przy sobie dziesięciolatka, którego rówieśników mordowano. Czasem jednak trzeba było wiedzieć kiedy odpuścić dla dobra śledztwa i chyba ten moment nastąpił dla Zaylee.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— To poproś o pomoc kogoś z wydziału zabójstw — zasugerowała, bo przecież nikt nie powiedział, że detektywka musi prowadzić tę sprawę całkowicie sama. Nie rozumiała, dlaczego Evina tak uparcie brała na siebie cały ciężar. Jasne, była zaangażowana i zależało jej na rozwiązaniu sprawy, ale to nie oznaczało, że musiała samotnie dźwigać wszystko na swoich barkach. — Albo powiedz Sloanowi, żeby dał ci więcej ludzi. Niech się w końcu do czegoś przydadzą — mruknęła, wyraźnie niezadowolona z tego, że żona zachowywała się, jakby nie miała wokół siebie całego wydziału. Prawda była taka, że wcale nie musiała robić wszystkiego sama. Miała współpracowników, przełożonych i ludzi, którzy mogliby się zaangażować, gdyby tylko ich o to poprosiła. Czasem Miller miała wrażenie, że Swanson bardziej ufa własnemu uporowi niż pomocy innych osób. A przecież to nie była sprawa, którą trzeba było wygrać w pojedynkę.
— Nie mam wpływu na to, kto ją przejmie po mnie tę sprawę. Najpewniej ktoś, kto akurat będzie miał okienko w grafiku — wzruszyła lekko ramionami, próbując zachować względny spokój, chociaż w środku wszystko się w niej gotowało. Nie chciała kolejnej sprzeczki, ale jednocześnie coraz trudniej było jej udawać, że cała sytuacja wcale jej nie frustruje. — Zresztą to nie jest jebany koncert życzeń, Swanson. Kogoś ci przydzielą. Poza mną pracuje tutaj jeszcze trójka koronerów — przypomniała, wykonując zamaszysty gest ręką, jakby chciała jej tych koronerów przedstawić. Obie doskonale wiedziały, że pod względem umiejętności pozostali nie dorównywali Miller. Nie oznaczało to jednak, że byli bezużyteczni. Niektórzy z nich mieli większe doświadczenie, na przykład Bobby Hackman, który pracował dla policji prawie tak długo, jak Evina. A skoro TPSH chciało z nimi współpracować, najwyraźniej widziało w nim wystarczające kompetencje. Zaylee nie zamierzała jednak udawać, że nie miała własnego zdania na jego temat. Bo miała. I było ono bardzo nieprzychylne. Najwyraźniej małżonka je podzielała.
Evina J. Swanson
-
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am home again
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am whole againnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Najlepsi są zajęci już swoimi sprawami - odparowała, bo to nie tak, że nie rozważała tej opcji.
Problem polegał na tym, że ci, którzy byli faktycznie świetni w swoim fachu nie mieli czasu, aby nawiązać z nią konkretniejszą współpracę. Mogłaby pewnie, co najwyżej uzyskać pomoc od jakiegoś emerytowanego starego wygi, który nie narzekał na nadmiar zajęć, ale taki układ mógł się różnie zakończyć.
- Myślisz, że nie mówiłam tego Sloanowi? Podobno dał kogo mógł, ale i tak to chuja dało - warknęła, bo mimo wszystko nie udało im się zapobiec kolejnej tragedii.
To nie tak, że chciała działać całkowicie sama. Zdawała sobie sprawę ze swoich własnych ograniczeń. Jeden człowiek nie mógł być wszędzie i załatwiać każdej drobnej rzeczy. Wiedziała też, że niektóre rzeczy niekoniecznie mogą jej się udać, ale mimo wszystko zawsze czuła ogromna frustrację, gdy tylko jakieś przedsięwzięcie kończyło się porażką. Teraz, gdy stawka była naprawdę wysoka to tym większa była złość.
- Oprócz ciebie jest trójka koronerów, a wśród nich lepsi i gorsi - nie próbowała ich nawet porównywać do Miller, bo według niej to właśnie Zaylee znajdowała się na pierwszym miejscu, ale mogła być nieco stronnicza. - Zwyczajnie nie chcę dostać tej gorszej opcji.
Oczywiście, mogło się stać również tak, że przełożeni powiedzą, że nie mają im zawracać dupy i jakoś się dogadać, a sprawa nie zostanie nikomu przekazana. Każda z opcji była wielce prawdopodobna, a Swanson mogła jedynie modlić się o to, aby przejęcia nie dokonał Hackman, którego najchętniej by udusiła za samo jego istnienie.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Masz znajomości. Użyj ich — podsunęła, bo kiedy jej zdarzało się utknąć w martwym punkcie, potrafiła poruszyć niebo i ziemię, byle tylko wyciągnąć z sekcji zwłok jak najwięcej. Dzwoniła do ludzi, szukała dodatkowych informacji, konsultowała się z innymi specjalistami. Nie zawsze było łatwo, nie zawsze dostawała odpowiedzi, których potrzebowała, ale nigdy nie zakładała, że sama determinacja wystarczy. Czasami trzeba było po prostu przyznać, że ktoś inny może mieć narzędzia albo wiedzę, których akurat jej brakowało. A bywały przecież takie momenty, kiedy naprawdę nie miała pojęcia, w którą stronę ruszyć. Kiedy wyniki autopsji nie dawały jej kompletnie żadnego punktu zaczepienia i żadnej wskazówki, która pozwoliłaby złożyć historię zmarłej osoby w całość.
Nie brała pod uwagę opcji, że mogłaby po prostu zostać zmuszona do dalszej współpracy z żoną. Sama myśl wydawała jej się absurdalna. Nie wyobrażała sobie kolejnych tygodni spędzonych na ciągłym warczeniu, wymianie uszczypliwości i próbach przebicia się przez mur, który między nimi wyrósł. Zaylee miała serdecznie dość tych wszystkich przytyków, bo zwyczajnie uważała, że na nie nie zasługiwała. Jak tak dalej pójdzie, ich dwumiesięczne małżeństwo skończy się rychłym rozwodem.
— Ale czego ty ode mnie oczekujesz? — rozłożyła ręce, nie do końca rozumiejąc, do czego właściwie Swanson zmierza. Przecież nie miała wpływu na to, kto zostanie przydzielony do sprawy. — Jeśli obawiasz się, że trafi ci się ktoś, za kim nie przepadasz, mogę dać ci namiary na kilku lekarzy medycyny sądowej. Będziesz mogła skontaktować się z nimi w razie jakichkolwiek wątpliwości — zaproponowała, bo wydawało jej się to jedynym rozsądnym rozwiązaniem. W dodatku bardzo uczciwym, bo nie zostawiała detektywki z problemem.
Evina J. Swanson
-
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am home again
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am whole againnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wiedziała jednak też, że niekiedy natrafia się na zwyczajny mur nie do przebicia. Jej możliwości były w ten czy inny sposób ograniczone i dlatego musiała starać się robić, co mogła ze środkami, które były w jej posiadaniu. Wiedziała kiedy powinna poprosić o pomoc. Umiała rozpoznawać takie sytuacje i radziła sobie dość nieźle w organizowaniu różnych akcji, ale były rzeczy, których zrobić nie była w stanie. Ani ona ani te kontakty, o których teraz wspominała Miller.- Myślisz, że nie robię wszystkiego, co mogę? - zapytała znów o wiele ostrzej, bo w takim razie żona na pewno ją znała dużo gorzej niż myślała.
Owszem, Swanson była uparta jak sto pięćdziesiąt, a za jej zwierzę totemiczne można byłoby uznać osła, ale przede wszystkim zależało jej na wyniku śledztwa. Nie zawahałaby się przed niczym, aby tylko ująć sprawcę. Miała może swoje metody działania oraz zasady, ale nie miały one w żaden sposób miejsca nadrzędnego nad dobrem sprawy, którą się zajmowała. Nawet jeśli z reguły nie prosiła o pomoc to bez problemu mogła to zrobić... oraz zaangażować dodatkowe osoby, o ile je znajdzie, ale dalej wydawało się, że to nie wystarczało.
Zaylee może chciała dobrze, podrzucając jej pomysły, ale zamiast tego jedynie mocniej rozjuszała Evinę, która miała wrażenie, że dostaje teraz wykład z oczywistości, a to na pewno jej się nie podobało. Nie bez powodu niektórzy nazywali ją legendą wydziału. Zapracowała na swój tytuł i stanowisko, udowodniła przeszło ćwierćwieczem wyjątkowo udanego stażu, że wie, co robi.
- Masz znajomości. Użyj ich - powtórzyła cierpko, korzystając ze słów żony. - Na ile przydadzą mi się te konsultacje jeśli taki Hackman coś naprawdę spieprzy? Naciśnij na Sloana jeśli będzie trzeba.
Z pewnością nie mógł być aż tak beznadziejny, bo wtedy nie pracowałby dalej na komendzie, ale w dalszym ciągu nie chciała, aby cokolwiek zostało przeoczone lub zniszczone przez koronera o mniejszych kompetencjach. Dla niej wydawało się to sensowne, ale zapewne żona nie wzięła nawet takiej opcji pod uwagę.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Nic takiego nie powiedziałam — prychnęła, bo żadne podobne słowa nie padły z jej ust. Nie uważała, że detektywka nie dawała z siebie wszystkiego. Wiedziała, ile pracy Swanson wkładała w tę sprawę i ile brała na siebie. Czasami samo zaangażowanie jednak nie wystarczało. Zwłaszcza kiedy obie od początku były kilka kroków za mordercą. To on rozdawał karty, a one tylko próbowały nadążyć i tańczyły tak, jak im zagrał. — Potrzebujesz zespołu, który pchnie śledztwo naprzód, a nie jakichś krawężników, których podsyła ci Sloan. Nic dziwnego, że potem wygląda to tak, jak wygląda — mruknęła, nawiązując do sytuacji między nimi. Podejście żony skutecznie zniechęcało koronerkę do dalszej współpracy. Kiedyś była skłonna się o to wykłócać, a potem załagodzić napięcie seksem, ale od dłuższego czasu nie miała ani siły, ani ochoty na takie rozwiązania. Może po prostu ten ogień, który tlił się między nimi, dawno zgasł i utknęły w rutynie? No cóż, bywa. Nic przecież nie trwa wiecznie. Nawet małżeństwa.
Legenda wydziału chyba trochę wyżej srała, niż miała dupę. Ale w porządku, Zaylee nie zamierzała już w to ingerować. Niech Swanson robiła, co uważała za słuszne. Nie oczekiwała przecież, że jej rady zostaną wysłuchane, a tym bardziej wzięte pod uwagę. Evina zawsze miała swoje zdanie i najwyraźniej najlepiej wiedziała, jak prowadzić sprawy. Miller też wiedziała swoje. Ale nie zamierzała dalej wchodzić jej w drogę. Chyba powoli zaczynała dochodzić do wniosku, że niektóre rzeczy po prostu muszą potoczyć się własnym rytmem. Co ma być, to będzie. I w przypadku śledztwa. I w przypadku ich relacji. Bo w tej drugiej kwestii nie dało się przecież starać za dwie osoby.
— Jasne, nacisnę. Powiem, żeby dał ci opcje, to będziesz mogła wybrać sobie między Pattersonem a Winslow — powiedziała obojętnie. Ani Simon ani Courtney nie dorównywali jej do pięt, ale to zawsze coś. Co? Trudno powiedzieć. Może po prostu coś lepszego od współpracy z Hackmanem. Jakby nie patrzeć, swoim zachowaniem Evina sama zapracowała sobie na to, jak Zaylee zaczynała podchodzić do sprawy. Jej dopierdalanie się o wszystko sprawiło, że straciła nie tylko zapał do pracy, ale też coraz mniej miała ochotę przebywać w towarzystwie żony.
Evina J. Swanson
-
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am home again
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I am whole againnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Tyle to i jak wiem, ale materiałów wcale nie przybywa, a choćbyś miała cały zastęp ekspertów to z gówna bicza nie ukręcisz - mruknęła, bo chyba największą ich bolączką było to, że ich sprawca nie zostawiał po sobie śladów, które mogłyby dobrze wykorzystać.
Dalej czekały na jakieś jego potknięcie. Coś, co dostarczyłoby im amunicji i naprowadziło na odpowiedni trop. Dotychczas wszystko zdawało się prowadzić donikąd lub dawać raczej mało skonkretyzowane rezultaty. Nieważne ile razy mogła przeglądać wyniki badań, protokoły z zeznań i raporty... Nic nowego się w nich nie pojawiało, a specjaliści, których prosiła o ich opinię nie mieli dla niej nic interesującego. Potrzebowali czegoś. Lub musieli się pogodzić z faktem, że niektóre sprawy pozostają nierozwiązane i potem nawiedzają śledczych do końca życia.
Dojście do jakiegokolwiek porozumienia wydawało się być w zasadzie niemożliwe, gdy naprzeciw siebie znajdowały się dwie osoby święcie przekonane o słuszności swoich racji. Zazwyczaj tak bardzo im to nie wadziło, bo albo problem się gdzieś rozmywał albo dochodziły do swoistego porozumienia. Obecnie nie miały nawet takiej ochoty na to, aby rozładować to całe niepotrzebne napięcie w sypialni czy gdziekolwiek indziej. Może jednak faktycznie ślub zmieniał pewne rzeczy? Dotychczas nie przypuszczały, że tak szybko może je dopaść kryzys małżeński, ale chyba było inaczej. Huczny rozwód mógłby być jednym rozwiązaniem, ale... Możliwe, że wpierw wykończyłyby się wzajemnie: fizycznie albo psychicznie, gdyby zostały doprowadzone do skrajności.
- W porządku. Brzmi sensownie - odpowiedziała, gdy tylko żona zgodziła się nacisnąć na Sloana.
Czyżby było to już jakieś porozumienie? Małe, ale zawsze. Chyba faktycznie to robiły. Co prawda, Evina wolałaby zostawić przy sobie najlepszą koronerkę, ale musiała ją puścić jeśli faktycznie Zaylee nie była w stanie już kontynuować pracy nad ich wspólnym śledztwem. Dla nich... wyjdzie to na lepsze.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zaylee coraz częściej zastanawiała się, czy to wszystko w ogóle miało sens. Czy nie próbowała za bardzo. Czy nie dawała z siebie więcej niż Swanson. Wątpliwości przybrały tak kolosalnych rozmiarów, że zaczęła podważać nawet rzeczy, które wcześniej wydawały jej się oczywiste. Nie była już pewna, czy adopcja dziecka to rzeczywiście dobry pomysł. Czy nie zrobią Samowi krzywdy, jeśli zamieszka z nimi na stałe i trafi w sam środek ich wewnętrznych konfliktów. A przecież dziecko nie powinno być kolejnym powodem do walki. Nie powinno dorastać w domu, w którym dwie osoby, które miały być dla siebie najważniejsze, nie potrafią znaleźć wspólnego języka. Niejednokrotnie myślała też o tym, czy im obu nie byłoby lepiej z kimś innym. Może po prostu nie były dla siebie stworzone. Pod wieloma względami były do siebie aż zbyt podobne - uparte, dumne i przekonane, że same wiedzą najlepiej. A jednocześnie różniły się tak bardzo, że czasami trudno było jej uwierzyć, że kiedyś właśnie te różnice wydawały się fascynujące, a nie wykańczające.
— Na pewno coś wymyślisz — rzuciła krótko. Nie mogła jej pomóc. Decyzja, która kiełkowała w niej od tygodni, w końcu zapadła i Miller nie zamierzała się z niej wycofywać. Była wyczerpana - zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Potrzebowała przerwy. Nie była jeszcze pewna, czy tylko od śledztwa, czy również od Eviny. Musiała to sobie poukładać. Najlepiej z dala od żony, bez kolejnych spięć, bez słów wypowiedzianych w złości, których później żadna z nich nie będzie potrafiła cofnąć.
— W porządku — dodała po chwili. Odsunęła się od niej i podeszła do biurka znajdującego się na końcu prosektorium. Sięgnęła po wstępny protokół, chcąc zająć czymś ręce i myśli. Bo co innego jej zostało? Czy właśnie tak miało teraz wyglądać ich małżeństwo? Rozmowy składające się z półsłówek, krótkich odpowiedzi i urwanych zdań? Dla Swanson może nie było to żadną nowością. Ale Zaylee potrzebowała inaczej. Potrzebowała rozmowy. Potrzebowała szczerości. Potrzebowała wreszcie poczucia, że stoją po tej samej stronie, a nie że każda z nich samotnie walczy o przetrwanie.
Evina J. Swanson