-
what a wicked game we play.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Po zaparkowaniu zatrzasnął drzwi samochodu i ruszył w stronę domu. Gdy tylko przekroczył próg, do jego nozdrzy dotarł zapach pysznego jedzenia. Co jak co, ale Maria jako kucharka była zajebista. Na stole zawsze czekały jakieś niesamowite porcje, od których trudno było oderwać wzrok. Nic nie szkodziło, że pół godziny wcześniej opił się kawy. Dla jej potraw zawsze znajdował drugi żołądek. Postawił teczkę z dokumentami na szafce przy wejściu, zsunął buty i wszedł głębiej. - Hola, mi corazón - rzucił w jej kierunku. Rzadko zwracał się do niej po imieniu. Robił to właściwie tylko wtedy, kiedy był naprawdę wkurwiony. Podszedł od tyłu, położył dłonie na jej biodrach i musnął ustami kark. Jej słodkie perfumy przebijały się przez aromat gotowanego jedzenia, drażniąc jego zmysły bardziej, niż powinny. Dopiero po chwili odsunął się od niej i usiadł przy stole, chwytając leżącą tam gazetę. Odruchowo zaczął przeglądać kolejne strony, co jakiś czas spoglądając ponad nimi na swoją żonę.
Kiedy odwróciła się, żeby po coś sięgnąć, uniósł brew znad gazety. Wyglądała naprawdę p i ę k n i e. O wiele lepiej niż jeszcze kilka miesięcy temu. Promieniała, dbała o siebie, nosiła ubrania, które idealnie podkreślały jej sylwetkę. Zmieniła się. I właśnie to uderzyło go najmocniej. Złość powróciła niemal natychmiast. Doskonale wiedział, że nie robiła tego dla niego. Robiła to dla innego mężczyzny. Młodszego mężczyzny. Czy ona naprawdę miała go za takiego idiotę? Myślała, że nie zauważy? Że nie dostrzeże, jak kobieta, która jeszcze niedawno niemal zupełnie przestała o siebie dbać, nagle zaczęła wyglądać jak milion dolarów? Ha. Dobre sobie. Palce zacisnęły się na gazecie, gniotąc papier pomiędzy nimi. - Maria, czy ty naprawdę masz mnie za jakiegoś idiotę? - wydusił w końcu, nie potrafiąc ukryć frustracji. - Date la vuelta cuando te hable. - Podniósł się z krzesła i zrobił kilka powolnych kroków w stronę żony. Dawno nie czuł czegoś podobnego. Takiej złości, zazdrości i tego kurewskiego pociągu do niej, który pojawił się nagle, uderzając z siłą, z jaką nie potrafił już walczyć...
𝓶𝓲 𝓪𝓶𝓸𝓻𝓬𝓲𝓽𝓸
-
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Hola, mi corazon, rzucone na powitanie straciło na wiarygodności, a dotyk nie wprawiał ciała w przyjemne drżenie. Czując jego dłonie na swoich biodrach spięła się, a ciepło oddechu na jej karku, które kiedyś przecież potrafiło rozgonić wszelkie troski, teraz budziło w niej jedynie zniecierpliwienie. Magia wymknęła się wraz z nim i jego nocnymi ucieczkami
Ruszała.
Długi czas próbowała sklejać te wszystkie pęknięcia, tak jak skleja naczynia w swojej pracowni złotym lakierem. Może łudziła się, że blizny dodadzą im uroku. Może była naiwna wierząc, że jeszcze uda się wrócić do tego co było. Dźwigała to początkowo dla nich, z czasem dla dzieci, a teraz? Teraz zrozumiała, że nie może ciągle próbować skleić wazy, gdy jedna osoba ciągle ciska nią o ziemię. Wcale się z tym nie pogodziła, zwyczajnie straciła wiarę. Wiarę w niego. Wiarę w nich. Musiała znów uwierzyć w siebie.
Uwierzyła, ale nie stało się to z dnia na dzień, nie przyszło do niej wraz z powiewem młodości, która ją zachwyciła i porwała, w romans uwikłała. Dzieci podrosły, a ona miała więcej czasu dla siebie. Zaczęła poświęcać więcej czasu swojej pracy, wychodzić z domu, uczęszczać na tańce. Faktycznie zaczęła o siebie bardziej dbać — dla siebie, ale on tego nie rozumiał, prawda? Bo przecież kobieta nie może rozkwitnąć sama dla siebie? Zawsze musi chodzić o mężczyznę. Typowe.
Czy ty naprawdę masz mnie za jakiegoś idiotę?
Nie zareagowała od razu, spokojnie dokończyła krojenie pomidora słysząc w tle szelest gniecionej gazety. Zaskoczył ją jego ton, władczy… nieco zachrypnięty. Nie zamierzała jednak dać się wytrącić z równowagi.
Date la vuelta cuando te hable.
Uniosła deskę zsuwając z niej pomidory do miski i powoli odłożyła zarówno ją, jak i nóż. Sięgnęła po ścierkę przecierając dłonie o materiał i dopiero wtedy odwróciła się opierając biodrem o blat i krzyżując ręce na piersi.
— Za idiotę? — zapytała nie rozumiejąc, o co mu chodzi. — No, Javier. Nunca te he considerado un idiota — choć pewnie wiele gorszych słów kierowała pod jego adresem w niejednej kłótni, nie mówiąc już o własnych myślach.
Przyglądała się mu uważnie, widziała ten przypływ złości, który plątał się w jego rozżalonych oczach. Coś nowego, doprawdy fascynujący widok, ale Maria nie zamierzała ulec jego frustracji. Ze spokojem się mu przyglądała, choć nie miała pojęcia do czego zmierza i skąd to nagłe poruszenie. — The Painted Lady. Znajomy adres, prawda? — zapytała, postanawiając zbić go z tropu.
I kto kogo miał za idiotę?
𝓑𝓲𝓮𝓷𝓿𝓮𝓷𝓲𝓭𝓸 𝓪 𝓬𝓪𝓼𝓪, 𝓭𝓮𝓽𝓮𝓬𝓽𝓲𝓿𝓮 ⋆˚࿔