Proszenie o pomoc znajdowało się na samym końcu długiej listy rzeczy, które Vera kiedykolwiek robiła.
Radziła sobie s a m a bez względu na wszystko. Radziła sobie w pojedynkę, kiedy rodzice zatrudniali kolejne nianie, których zadaniem było wychować ją według ich wytycznych, podczas gdy oni oddawali się własnemu
życiu. Radziła sobie, gdy zmuszano ją do uczestniczenia w przyjęciach i umawiania się z chłopcami wybieranymi przez matkę - tymi z
elit, mającymi odpowiednio wpływowych i bogatych rodziców. Radziła sobie, gdy wyszła za mąż za człowieka, który okazał się kimś zupełnie innym, niż sądziła. Radziła sobie, gdy ją poniżał, umniejszał jej w towarzystwie, gdy pierwszy raz podniósł na nią rękę i wtedy, gdy zaczął ją zastraszać.
Radziła sobie od p o c z ą t k u, aż wreszcie dotarła do ściany tak wysokiej, że nie potrafiła jej przeskoczyć. Ściany przybierającej postać uśmiechniętej twarzy Elliota, obiecującego jej, że odbierze jej w s z y s t k o. Że nie da jej rozwodu. Że nie uwolni jej od siebie n i g d y, aż w końcu sama wróci, błagając go na kolanach, by przyjął ją z powrotem.
Nigdy wcześniej się go nie bała. To kolejne miesiące, w których nie działo się
nic, wytrąciły ją z równowagi. Sprawiły, że z pewnej siebie, twardo stąpającej po ziemi kobiety zamieniła się w tę, która odruchowo oglądała się przez ramię i drżała za każdym razem, gdy dzwonił telefon albo ktoś w szpitalu informował ją, że miała
gościa. Nie była w stanie dłużej tak funkcjonować.
Jedna przypadkowo usłyszana rozmowa. Chwila, w której znalazła się w miejscu, w którym prawdopodobnie nie powinna. Jej brak naturalnej ciekawości, który tym razem zawiódł. Tyle wystarczyło, by w jej głowie zapaliła się lampka.
Przez kolejne dni gryzła się z własnymi myślami. Rozważała wszystkie za i przeciw. Tych drugich znajdowała zdecydowanie więcej, jednak po stronie argumentów
za widniał jeden, ogromny plus - Elliot miał w Magnusie wroga. Jedynego, którego kiedykolwiek udało jej się poznać.
Największym minusem, większym nawet od samej konieczności proszenia kogokolwiek o pomoc, był fakt, że
kiedyś, podczas jednej ze wspólnych imprez, po dwóch kieliszkach szampana za dużo, jawnie z nim flirtowała. Wyłącznie po to, by wyprowadzić Elliota z równowagi. Nigdy wcześniej nie uciekała się do tak tanich zagrywek, jednak alkohol skutecznie zagłuszył wtedy zarówno dumę, jak i wstyd.
Napisanie krótkiej wiadomości z prośbą o spotkanie kosztowało ją niemal tyle samo, co wszystkie późniejsze próby unikania Grimstada. Świadomie omijała jego spojrzenie, stawała po przeciwnej stronie sali podczas wspólnych wydarzeń, pilnowała nawet, by przypadkiem nie minęli się gdzieś w drodze do toalety. Życie bywało jednak przewrotne. Z właściwą sobie złośliwością zmusiło ją do poproszenia o pomoc właśnie człowieka, przed którym od miesięcy odczuwała zwyczajne zażenowanie.
Na spotkanie dotarła znacznie później, niż początkowo planowała. Dyżur przeciągnął się niemal do samego wieczora, a zaraz po nim czekała ją jeszcze obowiązkowa kolacja z lekarzami z Bostonu, którzy przyjechali do Toronto na kilkudniową konferencję.
Kiedy wreszcie zaparkowała pod hotelem, zegarek wskazywał kilka minut przed dwudziestą drugą. Wysiadła z samochodu dokładnie w takim stroju w jakim jeszcze godzinę wcześniej siedziała przy elegancko nakrytym stole. Czarna sukienka idealnie podkreślała sylwetkę, sięgając niewiele przed kolano. Szpilki dodawały jej kilku centymetrów wzrostu, a starannie wykonany makijaż i rozpuszczone włosy sprawiały, że zdecydowanie bardziej przypominała kobietę wybierającą się na wieczorne spotkanie niż pediatrę kończącego kilkunastogodzinny dyżur.
Podeszła do recepcji.
- Dobry wieczór. Szukam apartamentu pana Grimstada - odezwała się spokojnie. Recepcjonista uniósł wzrok znad monitora, omiótł ją krótkim spojrzeniem i z uprzejmym uśmiechem wskazał dłonią kierunek.
- Ostatnie piętro. Pierwsza winda po prawej stronie - odparł. Już miała odejść, gdy zatrzymał ją jeszcze jednym zdaniem.
- Jeśli mogę pozwolić sobie na małą sugestię, następnym razem proszę zachować nieco więcej dyskrecji. Nasi goście bardzo cenią sobie prywatność, a hotelowi zależy na nienagannej opinii - powiedział półgłosem, uśmiechając się w sposób, który pozostawiał niewiele miejsca na domysły. Vera zmarszczyła brwi. Przez krótką chwilę po prostu patrzyła na niego, próbując zrozumieć, co właśnie usłyszała. Dopiero po sekundzie dotarło do niej, co właściwie zasugerował - że przyszła tutaj
świadczyć usługi, że była jedną z t y c h kobiet.
Jadąc windą na ostatnie piętro, jeszcze kilka razy rozważała rezygnację. Desperacja okazała się jednak silniejsza od dumy. To ona poprowadziła ją przez długi, cichy korytarz, to ona kazała zapukać do drzwi.
Kiedy Magnus otworzył, Vera przez krótką chwilę tylko na niego patrzyła.
- Mam - odezwała się w końcu, całkowicie pomijając powitanie, choć doskonale wiedziała, że jako osoba prosząca o pomoc powinna zacząć znacznie uprzejmiej.
- Właśnie na dole zasugerowano mi, że jestem d z i w k ą - uniosła pytająco brew, nie kryjąc niedowierzania.
- To każe mi się zastanowić, kto właściwie odwiedza cię tutaj na co dzień i jakie dokładnie interesy załatwiacie w tych apartamentach - uśmiech zatańczył na jej ustach, tocząc równą walkę ze wstydem.
Magnus Grimstad