-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie musiał jej jednak pytać o to, czy było w porządku. Wiedział, że nie odpowiedziałaby mu zgodnie z prawdą, więc zamiast słów, ograniczył się do kontrolnego spojrzenia, własne komentarze również zachowując dla siebie.
- Podejrzewam, że właśnie czeka zostawione pod drzwiami - mruknął w odpowiedzi, wciąż niechętny do poruszenia się. Jego dłoń wodziła po kobiecej głowie w czułym, odruchowym geście, którego nie był nawet w pełni świadomy. - To zależy od uczciwości twoich sąsiadów. Mieszkasz w podejrzanej okolicy.
Drobne kłamstewko opuściło jego usta, wygięte w uśmiechu - jeśli któreś z nich mieszkało w podejrzanej okolicy, był to zdecydowanie on, choć pozostawiona przez nich broń na stole umacniała wypowiedziane na głos przekonanie.
Westchnął, składając krótki pocałunek w jej zmierzwionych włosach nim zaczął powoli wyswabadzać się z pościeli, w którą się zagrzebali. Posiłek niestworzony z wątpliwej jakości, szpitalnej diety był kolejnym punktem na drodze do normalności.
- Meksyk jest przereklamowany - odparł beztrosko, chwytając za bokserki by wsunąć na siebie cokolwiek - na wypadek, gdyby po otworzeniu drzwi wyjściowych miał napotkać którąkolwiek z jej ciekawskich sąsiadek. - Polecimy gdzie indziej. Na przykład na Hawaje, albo Kanary - kontynuował z łatwością, o której zdążył w ciągu ostatniego tygodnia zapomnieć, a która również wydawała mu się komfortowo znajoma. - Albo poszukamy kontaktów wśród Włoskiej mafii.
Przechodząc obok regału, dostrzegł leżącą na nim teczkę. Jego wzrok prześlizgnął się po niej niezobowiązująco gdy kierował się do drzwi, które otworzył i, zgodnie ze swoją prognozą, dostrzegł na wycieraczce zostawione, zapakowane jedzenie.
Gdy jednak wracał do łóżka, teczka znalazła się w jego dłoni, niemożliwa do zignorowania na dłużej. W końcu po co miałaby być jej teczka przysłana z wydziału? Wciąż była na zwolnieniu, choć nie podejrzewał jej o to, by miała się go trzymać rygorystycznie.
- Dlaczego Evans przysyła ci akta? - zagadnął niezobowiązująco, stawiając przed nią torbę z jedzeniem, a zaraz za nią - wspomnianą teczkę, zgarniętą w trakcie jego drogi do sypialni z regału.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie szukała dowodów przeciwko Carbone'owi. Nie była aż tak naiwna, żeby wierzyć, że ktoś zostawił je zamknięte w policyjnym archiwum. Szukała czegoś znacznie cenniejszego - b ł ę d u. Konfliktu. Człowieka, który równie mocno jak oni pragnął zobaczyć upadek Sergia Carbone'a.
Przez kilka ostatnich dni właśnie to pozwalało jej nie zwariować. Kiedy nocami nie potrafiła zasnąć, kiedy sufit szpitalnej sali wydawał się niższy z każdą kolejną godziną, zatapiała się w aktach. Czytała nazwiska, łączyła daty, rozrysowywała zależności, wracała do tych samych stron po kilka razy, mając irracjonalne przekonanie, że odpowiedź musiała gdzieś tam być. Że Carbone nie mógł dojść na sam szczyt, nie zostawiając za sobą ludzi, którzy pewnego dnia zapragną zemsty równie mocno jak ona.
Dlatego, kiedy Rhys wyszedł z sypialni, była niemal pewna, że wróci nie tylko z jedzeniem. Sama zrobiłaby dokładnie to samo - sięgnęłaby po tę teczkę, posunęłaby się o krok dalej - już dawno siedziałaby na podłodze, przeglądając jej zawartość z przekonaniem, że miała do tego pełne prawo. Robiła przecież podobne rzeczy już wcześniej, ilekroć czuła, że coś przed nią ukrywał.
On jednak miał więcej cierpliwości, taktu i szacunku dla cudzych granic.
Na krótką chwilę przymknęła oczy. Miała absurdalną ochotę machnąć ręką, rzucić coś lekkiego, zbywającego, wmówić mu, że były to zwykłe dokumenty z wydziału, których nawet nie zdążyła przejrzeć. Chciała skłamać, nigdy jednak nie potrafiła robić tego tak jak on. Rhys kłamał z niewiarygodną łatwością. Spokojnie, pewnie, bez najmniejszego zawahania. Ona zaś zdradzała się każdym nerwowym spojrzeniem, każdym ułamkiem sekundy ciszy, zbyt szybkim oddechem. Jej twarz była otwartą księgą, którą Madden czytał od miesięcy z łatwością.
- Nie mam pojęcia. Może dlatego, że bardzo za mną tęskni? - odpowiedziała z cieniem uśmiechu, poprawiając się ostrożnie na poduszkach. Jak gdyby nigdy nic sięgnęła po jedno z pudełek, otworzyła je i chwyciła pałeczki. Zajęła dłonie jedzeniem, bo dzięki temu łatwiej było odwlec moment, którego oboje się spodziewali.
Teczka pozostała n i e t k n i ę t a. Leżała pomiędzy nimi na pościeli, niepozorna, cienka, a mimo to wydawała się ważyć więcej niż wszystko, co znajdowało się w tym mieszkaniu. Przez kilka chwil jadła w milczeniu, wiedząc, że nie odpuści. - Są tam akta kilku większych spraw dotyczących innych grup, które przez lata wchodziły Ventresce w drogę - odezwała się w końcu spokojniej, odkładając pałeczki. - Poprosiłam Evansa, żeby je dla mnie wyciągnął - uniosła wzrok dopiero wtedy. Widziała to napięcie jeszcze zanim zdążyło w pełni się pojawić - mięsień drgający pod skórą, spojrzenie, które z każdą sekundą stawało się coraz cięższe.
- Szukałam wrogów Carbone'a - dokończyła już ciszej. Człowiek, który trzyma pół miasta za gardło, ma potężnych sprzymierzeńców musi więc mieć jeszcze potężniejszych przeciwników.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Myślenie zaś, że nie obracała w głowie tego, co się stało przez cały czas jej pobytu w szpitalu byłoby przejawem skrajnej głupoty - a nigdy nie uważał się za człowieka głupiego.
Wiedział więc, że to, co znajdowało się w teczce było związane z jednym, lub z drugim. Nie zamierzał, tak jak zrobiłaby to pewnie ona, samemu ją otwierać i dociekać prawdy, gdy ona siedziała obok. Miał w sobie wystarczająco cierpliwości by dać jej szansę opowiedzieć mu to z jej perspektywy, jej słowami.
Bo czy nie tkwili w tym teraz razem?
Cień rozbawienia przemknął po jego spojrzeniu na samą wzmiankę o tym, że Evans mógł za nią ogromnie tęsknić i z tej tęsknoty właśnie wysyłać jej akta - może z liścikami miłosnymi przemyconymi między stronami.
Gdy jednak upewnił się, dostrzegając w jej spojrzeniu przejaw chęci wyjawienia prawdy, że faktycznie ją usłyszy, powoli zajął miejsce na łóżku. Jego ręce sięgnęły do torby z jedzeniem, nie z głodu, a bardziej z potrzeby ich zajęcia czymkolwiek gdy ona mówiła.
Oczywiście, że próbowała rozwiązać ten problem na własną rękę. Mógłby się na nią wściec.
Ale robił dokładnie to samo, w tych krótkich chwilach, w których zostawiał ją samą w szpitalnym łóżku. Wtedy, gdy wracał na noc do swojego mieszkania bądź kupował jej rzeczy, o które prosiła.
Dlatego na jego twarzy nie pojawiło się nawet zdziwienie - nawet nie przeniósł spojrzenia na akta, które otwierała, wiedząc, że znajdzie w nich potwierdzenie jej słów.
- Ventresca ma swoich ludzi w policji - zaczął zdawkowo, wyciągając jeden, a później drugi pojemnik z chińszczyzną, którą zawsze zamawiała gdy czuła się gorzej, a na którą on sam teraz nie miał nawet szczególnej ochoty. Wyciąganie jej jednak dawało pozory normalności - normalnej konwersacji, normalnego planowania.
Nie tego, co robili tak naprawdę.
- Collins nie był jedyny. Jest ich więcej, ukrytych w innych działach - dodał, jego ton brzmiał neutralnie, ale mogła dostrzec odrobinę napięcia wkradającą się do jego sylwetki. - Nie sądzę, żebyśmy znaleźli coś wartościowego w policyjnych aktach. Nie bez powodu Carbone tyle czasu pozostaje na wolności.
Wyjął parę sztućców dołączoną do zestawu i, znów, z tym pozorem n o r m a l n o ś c i, wyciągnął je w jej kierunku, wreszcie podnosząc na nią swój wzrok.
- Kierunkiem może być Moretti.
Ten jeden mężczyzna, który nawet w oczach Sergio był niebezpieczny - nieprzewidywalny, gwałtowny, pieprzony rzeźnik, którego własnoręcznie wypuścił z powrotem na światło dzienne i któremu przyglądał się przez ostatnie dni z niezdrową uwagą zawsze, gdy jej wzrok skupiał się na czymś innym.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przez krótką chwilę przyglądała mu się uważniej, próbując odnaleźć ten jeden drobny szczegół, który zdradziłby prawdziwe emocje. Może zwyczajnie nie chciał urządzać jej awantury wtedy, kiedy ledwie wróciła do domu. Może uznał, że organizm po operacji nie potrzebował dodatkowych powodów do stresu. A może wydarzenia z magazynu zmieniły coś również w nim.
Ostatnia wydawała się najmniej prawdopodobna. Nie chciała wierzyć, że nagle pogodził się z tym, iż Ventresca przestała być wyłącznie j e g o problemem. Że niezależnie od tego, ile razy próbowałby odsunąć ją od tego świata, było już za późno. Collins zadbał o to jednym pociągnięciem za spust, a Carbone dokończył resztę, pozwalając im wyjść żywym z magazynu.
Słuchała go uważnie, choć jej wzrok ani razu nie zatrzymał się na aktach. - Właśnie dlatego nie szukałam ich wśród spraw Ventresci... - odezwała się spokojnie. - Szukałam ich wszędzie dookoła - odłożyła pudełko na kołdrę i ostrożnie sięgnęła po leżącą na fotelu czystą, jasną bluzę. Powolnym ruchem wsunęła ręce w rękawy, uważając, by nie naciągnąć świeżo gojącej się rany. - Tacy ludzie nigdy nie dochodzą na sam szczyt, nie depcząc komuś po odciskach. Carbone ma pieniądze, wpływy i swoich ludzi praktycznie wszędzie, ale właśnie dlatego musiał przez lata narobić sobie równie wielu wrogów - wyjaśniła mu to wszystko do czego dotarła, to co pozwalało jej w szpitalu nie zwariować, to w co z n o w u wciągnęła się z pełną pasją.
- Takich, którzy może nie byli wystarczająco silni, żeby go zniszczyć, ale mogą wiedzieć coś, czego nie wiemy my - na moment zamilkła, przesuwając wzrokiem po jego twarzy. - Jeśli istnieje ktoś, kto od lat czeka tylko na odpowiedni moment, żeby uderzyć... może warto mu trochę pomóc? - nazwisko Morettiego sprawiło jednak, że zmarszczyła brwi.
- Moretti? - powtórzyła z wyraźnym niezrozumieniem. - Zawsze wydawało mi się, że jest najwierniejszym człowiekiem Carbone'a. Prawą ręką, która zrobi dla niego wszystko. Nie wyglądał na kogoś, kto kiedykolwiek odwróciłby się przeciwko niemu - nie wyobrażała sobie, żeby właśnie t a osoba miała stać się najsłabszym punktem mafioza. - Co mi ucieka? - oparła się wygodniej o zagłówek, w pełni skupiając uwagę na Rhysie. Jeśli wspomniał właśnie o Morettim, musiał mieć ku temu powód.
Nauczyła się już, że Rhys wiedział zdecydowanie w i ę c e j niż ona. Zwłaszcza w kwestii Ventresci, ich wszystkich ludzi i samego szefa. Widział więcej i potrafił czytać między wierszami, gdy tamci nie mówili niczego wprost. Dotychczas jej to nie powstrzymywało, ale wraz z kulą, która utknęła w jej brzuchu zrozumiała, że nigdy więcej nie powinna działać s a m a.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale ten strzał jednocześnie ujawnił mu prawdę, na którą wcześniej podświadomie pozostawał ślepy.
To już dawno nie była wyłącznie jego walka.
Udowodnił mu to Collins, jego nienawistne spojrzenie, którym obdarzał Margo, jego broń unosząca się w stronę kobiety, usta wygięte w pogardliwym wyrazie. Nie spostrzegł chwili, w której nienawiść mężczyzny rosła gdzieś w tle, skupiona właśnie na niej zamiast na Maddenie. Kiedy pomiędzy nimi zaczęła wytwarzać się własna więź, być może przez którą to właśnie wtedy detektyw znalazł się na komisariacie choć wcale nie powinien. Może dlatego, że obserwując ją nieustannie, tego dnia nie potrafił jej znaleźć.
Bo nie wątpił, że to Collins był źródłem wszystkich tych zdjęć, które podrzucał mu mafiozo by wymuszać na nim posłuszeństwo.
Był tak pochłonięty Carbone’m i jego własną relacją ze szczytem łańcucha pokarmowego Ventresci, że nie zdążył zauważyć własnej sieci, w którą wpadała w tym czasie Mercer.
- To może być szukanie igły w stogu siana - westchnął, wręczając jej pudełko chińszczyzny zupełnie tak, jakby prowadzili n o r m a l n ą konwesację, jak dwójka partnerów w pracy. - Nie mówiąc o tym, że może potrwać całe miesiące. Po tej akcji w dokach nie wiem, czy mamy tyle czasu.
Odstawił własne pudełko przed siebie, kontemplując czy powinien kierować się swoim chwilowym brakiem apetytu, czy potrzebą zajęcia czymś rąk. Rozmowa teraz wydawała mu się łatwiejsza niż zwykle.
Ostatnie wydarzenia przesunęły skalę jego tolerancji. Wcześniej samo grzebanie w tych aktach przez Margo uważałby za nierozsądne, niepotrzebne i niebezpieczne, znajdując na poczekanie jeszcze parę przymiotników zaczynających się od nie.
Od kiedy jednak poczuł na własnej skórze jak daleko potrafiła się posunąć, samo posiadanie przez nią akt różnych spraw, którym chciała się przyjrzeć, w jego oczach stało się całkowite n i e w i n n e. Przynajmniej dopóki była tutaj, na urlopie, wewnątrz własnego łóżka i co najważniejsze - czterech ścian, w których Ventresca nie mogła jej dopaść.
A gdyby to zrobiła, czekałby na nią jego zostawiony na stole pistolet.
[akaipt] - Jak bardzo wmieszałaś w to Evansa? - zapytał krótko, świadomie ignorując to pytanie, które zadała wcześniej ona. Trochę dlatego, że przeczuwał, że jego odpowiedź mogłaby się jej nie spodobać.[/akapit]
Głównie dlatego, że jej odpowiedź mogła nie spodobać się j e m u.
- Ile wie? - dodał, wprost, na końcu języka mając to, że nie powinien wiedzieć n i c, bo nikomu na komisariacie nie mogli zaufać nie wiedząc, kto pracował dla Ventresci, a kto nie.
Nikomu poza sobą.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie była tym zmęczona. Budziła się i zasypiała z tą samą myślą. Towarzyszyła jej w każdym fragmencie dnia, niezależnie od tego czym akurat się zajmowała. Nawet kiedy prowadziła inne śledztwo, jej umysł nieustannie wracał do Sergio Carbone'a, jakby już nigdy nie miał uwolnić się od macek Ventresci. Myślała o nim podczas porannych odpraw, wracał do niej przy rodzinnych obiadach, a ta sama natrętna myśl nie opuszczała jej nawet wtedy, gdy cały jej świat zamykał się w ramionach Rhysa.
Marzyła o wolności, o świętym spokoju. O chwili, w której przestanie oglądać się przez ramię, zastanawiając się, kto obserwował ją tym razem. O przerażonym spojrzeniu Collinsa, błagającego o litość.
Nigdy nie przypuszczała, że tak bardzo się zmieni. Jeszcze kilka miesięcy temu była przekonana, że jej kręgosłup moralny nigdy się nie ugnie. Że zawsze będzie odróżniała dobro od zła z tą samą pewnością z jaką zakładała policyjną odznakę. Wierzyła, że nie istnieje sprawa, która zmusiłaby ją do przekroczenia własnych granic. Teraz patrzyła na samą siebie i nie odnajdywała w sobie nawet cienia wyrzutów sumienia. Pragnęła śmierci człowieka, pragnęła zemsty. Chciała wykorzystać ludzi równie niebezpiecznych jak Carbone, jeśli tylko miało to doprowadzić do jego upadku. Być może właśnie tak działał ten świat. Może policyjna rzeczywistość, przesiąknięta korupcją, kłamstwami i przemocą, wcześniej czy później łamała każdego. Może życie zgodnie z własnymi ideałami było jedynie luksusem ludzi, którzy nigdy nie musieli spojrzeć prawdziwemu złu prosto w oczy.
Dłubała w jedzeniu ze spokojem, co chwilę odbierając od niego kolejne pudełko. Zamówił tyle różnych dań, że nie potrafiła zdecydować się na jedno, więc po prostu próbowała wszystkiego po trochu. W przeciwieństwie do niego nie straciła apetytu. Nie odczuwała też napięcia, które zazwyczaj pojawiało się między nimi zawsze, gdy rozmowa schodziła na Ventrescę i ustawiała ich po przeciwnych stronach barykady. - Nie wmieszałam go - pokręciła głową spokojnie, bo nie była głupia. Wiedziała już, że zaufanie w ich świecie było towarem deficytowym.
Musiała powiedzieć Evansowi cokolwiek, ale w całym tym szaleństwie wiedziała jedno - był jednym z niewielu ludzi, którzy doskonale wyczuwali moment, w którym nie należało zadawać zbędnych pytań. Wiedział, że miała swoje sprawy, tak samo jak on miał własne. Każde z nich dźwigało ich wystarczająco dużo, by nie dokładać sobie jeszcze cudzych.
- Powiedziałam mu, że potrzebuję tych akt, bo muszę wytypować nowego informatora, bo poprzedni zniknął - wyjaśniła, unosząc lekko ramiona. Brzmiało to wystarczająco wiarygodnie. Evans wiedział, że od samego początku przyglądała się Ventresce, ale był przekonany, że robiła to wyłącznie przez sprawę Mastersów. Wciąż sądził, że właśnie tamte wydarzenia były jedynym powodem, dla którego się nimi nadal interesowała.
Wiedziała, że celowo nie odpowiedział na j e j pytanie. Tak samo jak on wiedział, że ona nie należała do ludzi, którzy odpuszczali. Im dłużej milczał, tym bardziej utwierdzał ją w przekonaniu, że za nazwiskiem Morettiego kryło się coś o czym nie chciał jej powiedzieć. Sięgnęła pałeczkami po kawałek kurczaka, po czym wyciągnęła dłoń w jego stronę. - Co z Morettim? - powtórzyła spokojnie.
Scena była niemal absurdalnie z w y c z a j n a. Leżeli razem na łóżku i rozmawiali cicho, jak każda zakochana para po długim dniu. Jakby planowali wspólny wyjazd albo zastanawiali się, co obejrzeć wieczorem. Jakby pomiędzy nimi nie leżały policyjne akta, a gdzieś za ścianami tego mieszkania nie istniała największa organizacja przestępcza w Toronto, próbująca jednocześnie przeciągnąć ich na swoją stronę i skazać na śmierć.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie siebie z t e r a z, ale siebie sprzed lat. Choć śmierć Sophie była wygodnym wytłumaczeniem jego utraty pasji do wykonywania swojego zawodu, prawda była znacznie bardziej skomplikowana.
Lata temu spoglądał na wszystko przez te same, różowe okulary o których posiadanie posądzał Margo. Nosił swoje odznaczenia z dumą, każde zdobyte w należyty sposób, każde udowadniające to, że był należytym gliną. Na komisariat wchodził z energią, werwą i potrzebą dokonania zmian, wymagającej wzięcia byka za rogi - czegoś, na co nie było już stać starszych stażem policjantów, którym z biegiem lat coraz więcej rzeczy nie robiło żadnej różnicy. Nawet jego awans na detektywa był czymś, dzięki czemu dostrzegał wyłącznie morze możliwości - większa autonomia, niezależność, możliwość dokonywania prawdziwych zmian.
Zmiana w nim zachodziła powoli, jak zasiane ziarno zepsucia z wola sięgające do zdrowych tkanek.
Może zaczęło się od pierwszego mordercy, który wyszedł na wolność przez policjanta, który nie dopilnował swoich obowiązków i stworzył formalnościową lukę. Może od obojętności rodzin poszkodowanych, którym złapanie mordercy nie zwracało utraconych bliskich, a więc i przekazywanie im dobrych wieści często spotykało się jedynie z innego rodzaju cierpieniem.
Może to wszystko tkwiło w nim od samego początku, od podniesionego głosu jego pijanego ojca, wnętrza ciemnej piwnicy i krzyków zdesperowanej matki. Może zwyczajnie zamaskował to poczuciem zmian, które mógł wnieść do tego świata i gdy to poczucie osłabło, zderzyło się z barierą biurokracji i zwykłej, ludzkiej bezsilności, to wszystko do niego w r ó c i ł o.
Carbone był osobą, która zepchnęła go z klifu - ale oszukiwałby samego siebie gdyby udawał, że samemu nie zbliżył się do krawędzi na znaczącą odległość bez żadnej, zewnętrznej ingerencji.
I czy nie to samo robiła teraz Margo?
Z początku to siebie o to obwiniał, jakby to on sam jeden był siewcą, który siłą zerwał z jej nosa różowe okulary by zastąpić je własnym pesymizmem. Na samym początku, nieskażona jego podejściem do pracy wydawała mu się taka sama, jak on był kiedyś - ambitna, idealistyczna, o głębokiej potrzebie dokonania zmian i z początku wydawało mu się, że jej to odebrał. Że zasiał w niej to ziarenko zgnilizny, zmuszając ją do przekraczania kolejnych granic w imię oddania mężczyźnie, który na to nie zasługiwał.
Spoglądając na jej uważne spojrzenie, słysząc jej wyważone słowa i ostrożny ich ton, nie był tego już taki pewien.
Być może i on zepchnął ją w przepaść, do której wcześniej zbliżała się sama.
- Moretti wprowadził dużo zamieszania w Ventresce. Nie wydaje się być zbyt zadowolony z tego, że został wyciągnięty bo jego zdaniem, Carbone powinien upewnić się, że nigdy do tego więzienia nie trafił - odpowiedział, równie zdawkowo jak ona, nie wiedząc, w jaki sposób mogła zareagować. Byli dwójką osób leżącą w łóżku z zamówionym jedzeniem, która jednocześnie wędrowała po własnych polach minowych. - To wściekły pies - dodał, unosząc wzrok znad opakowania chińszczyzny by na nią spojrzeć. - Którego można wykorzystać, żeby ugryzł rękę, która go karmi.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Świat, do którego zaglądali od miesięcy, nie opierał się przecież na lojalności. Lojalność była walutą, którą płaciło się wyłącznie do momentu, w którym przestawała się opłacać. Później pozostawały już tylko pieniądze, strach albo urażona duma, potrafiąca zamienić najwierniejszego człowieka w największego wroga.
Przez chwilę obracała jego słowa w głowie, leniwie przesuwając pałeczkami po makaronie. Jeszcze kilka tygodni temu pewnie bez zastanowienia przyznałaby mu rację, dzisiaj jednak, im dłużej analizowała tę wizję, tym bardziej czuła jak coś w niej zaczyna protestować. Jak pojawia się ta mała iskra, uśpiona przez ostatnie kilka dni, która zawsze była w niej ż y w a aż do bólu.
Odzyskała tę znajomą złość, która od czasu magazynu siedziała w niej gdzieś głęboko i tylko czekała na odpowiedni moment. - Nie - odezwała się stanowczo, pierwszy raz od początku tej rozmowy przerywając między nimi ten zaskakujący spokój. - To jest zły pomysł - uniosła na niego wzrok. - Nie chcę mieć nic wspólnego z Morettim - w jej głosie pojawił się upór, ten sam z którym jeszcze niedawno potrafiła godzinami wykłócać się z nim o każdy szczegół dotyczący Ventresci.
- Carbone siedział za biurkiem i wydawał rozkazy, ale to Moretti dopilnowywał, żeby były wykonane. Ilu ludzi zginęło z jego rąk, ilu pobito, ilu zastraszono? Ilu zniknęło, jak ci wszyscy ludzie zamknięci w kontenerze? - pokręciła głową, czując, jak napięcie wraca do jej barków i przez ułamek sekundy zamilkła.
Dopiero teraz spojrzała mu prosto w oczy. - Trafił do aresztu, bo tam było jego miejsce i wyszedł stamtąd dlatego, że ty mu na to pozwoliłeś - jej słowa niosły za sobą ciężar, który zawisł między nimi jak zwykle, gdy poruszali t e n jeden temat. Ten, w którym tak bardzo się nie zgadzali. Ten, który Margo chciała bardzo odwieść w czasie i wierzyła, zamykając oczy po postrzale, że jej się to udało. Nie wypowiadała ich po to, żeby go zranić, po prostu były ich kolejną prawdą, która miała się za nimi ciągnąć w nieskończoność.
Do jej głosu nie zakradał się krzyk, mówiła spokojnie, choć czasami właśnie ten był gorszy od emocji wylewających się na zewnątrz. - Dalej będziemy obracać się wśród tych samych ludzi. Dalej będziemy uzależniać się od Ventresci. Dalej będziemy potrzebować przysług od ludzi, których próbujemy zniszczyć - pokręciła głową raz jeszcze. Było coś jeszcze, co wydawało się, że jemu umyka, a przed jej oczami wciąż pozostawało ż y w y m obrazem. Jego raną, której nie chciała rozdrapywać, a jednak znowu musiała.
- Ci ludzie są rękami Carbone'a, to oni wykonywali jego polecenia. To oni sprawili, że ty straciłeś Sophie. Nie potrafię zrozumieć, jak możesz w ogóle brać pod uwagę żebyśmy teraz mieli budować cokolwiek na człowieku, który był częścią tego wszystkiego - nie była naiwna. Wiedziała, że czasem trzeba było zawierać sojusze z ludźmi, których się nienawidziło, ale był cienka granica pomiędzy wykorzystaniem czyjegoś konfliktu a podaniem ręki potworowi. I niestety to był krok, którego ona nie mogła wykonać.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dramatyzm wydarzeń, które rozegrały się na przestrzeni ostatnich tygodni skutecznie przykrył wszystko inne. Nie było w nim miejsca na analizę tego, co każde z nich zrobiło a mogło zrobić inaczej, nie było chwili by zatrzymać się i poświęcić go na spojrzenie na czyjeś błędy. Obydwoje zostali przełączeni w zupełnie inny tryb, tryb, w którym ciemne plamy krwi na jego tapicerce nie miały znaczenia tak samo, jak nie miało znaczenia wszystko to, co zrobili by dotrzeć do tego punktu.
Liczyło się tylko jedno - p r z e ż y ć.
Za wszelką cenę wyszarpać dla siebie normalność, która ich opuściła, wrócić do tego, co było wcześniej. I w tym trybie funkcjonowali oboje aż do dzisiejszego ranka, wstrzymując oddech wyczekując wypisu ze szpitala, w pełnej napięcia ciszy tkwiąc w samochodzie wiozącym ich do jej mieszkania, przekraczając jego próg z chorobliwą wręcz ostrożnością.
I wreszcie ta codzienność w r ó c i ł a, nawet jeśli w postaci namiastki tego, do czego przywykli wcześniej.
Wrócił sprzeciw w jej spojrzeniu, w jej postawie, spiętych ramionach i wyprostowanych przesadnie plecach. Powoli, wraz ze wspomnieniami t a m t e j nocy, zakradł się do jej zaciśniętych na pałeczkach dłoni i wreszcie wsunął pod jej język, wybrzmiewając słowami pełnymi złości.
Złość była jak w i r u s.
Gdy tylko usłyszał jej sprzeciw, gdy dotarł do tej ściany, do której spodziewał się dotrzeć, odstawił opakowanie z jedzeniem na pościel przed sobą, rezygnując z próby dalszego jedzenia. Gdy jednak usłyszał padające z jej strony oskarżenie, w miejscu posmaku zamówionej chińszczyzny pojawiło się coś znacznie bardziej gorzkiego.
- Ja mu pozwoliłem? - odbił piłeczkę, wsuwając się w znajome objęcia ich skomplikowanej dynamiki gdy tylko Margo wydobrzała na tyle, by ciskać w jego stronę oskarżeniami. - Czy zostałem do tego zmuszony po tym, gdy ty wepchnęłaś się do sytuacji, do której nie miałaś zaproszenia?
Nie był w stanie po prostu s i e d z i e ć obok, musiał wstać, musiał coś zrobić. Chwycił za pudełko i odstawił je na stolik obok jej łóżka, samemu zsuwając się z pościeli w poszukiwaniu swoich porzuconych po jej mieszkaniu ubrań - nie dlatego, że planował z mieszkania wyjść i uciec, zostawiając ją w łóżku, ale podejrzewał, że ten bezruch sprawi, że i on w pewnym momencie wybuchnie.
A nie chciał tego robić. To wciąż była n a m i a s t k a normalności.
- Moretti nie chodziłby na wolności gdybyś mnie posłuchała - wycedził, odwracając się w jej stronę. - A gdybym ja odmówił Carbone'owi wypuszczenie go na zewnątrz wtedy, w dokach, nasze ciała tkwiłyby teraz na dnie rzeki - syknął, podnosząc z ziemi spodnie by pośpiesznym ruchem wsunąć je na siebie. - Nie masz prawa mówić, że dałem na to jakiekolwiek, kurwa, przyzwolenie. Nie miałem innego wyboru.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pewnie powinna ugryźć się w język. Przemyśleć to jeszcze raz zanim zwerbalizuje natrętne myśli, jednak nie potrafiła. Było dokładnie tak, jak powiedziała - wypuścił na wolność człowieka, który nigdy więcej nie powinien oddychać jako wolny człowiek. Jego miejsce było w więzieniu, obok wszystkich tych najgorszych przestępców, których dłonie splamione były krwią niewinnych ludzi. Tymczasem teraz chodził pomiędzy nimi, prawdopodobnie robiąc jeszcze gorsze rzeczy.
Choćby miała sprzedać duszę diabłu, tym diabłem nie mógł być Moretti. Nie mógł być nim człowiek, który być może bezpośrednio, a być może za pośrednictwem czyichś rąk, pociągnął za spust i odebrał życie jego Sophie. Rhys tego nie widział. Był zaślepiony pragnieniem uwolnienia się od wpływów Ventresci i Sergio Carbone'a. Albo to ona pozostawała ślepa, naiwnie wierząc, że wciąż mieli inne wyjście.
Złość wkradała się do jej ciała podstępem, spinając wciąż obolałe mięśnie. Nakazała jej odłożyć na bok pudełka z jedzeniem i poprawić się na łóżku, bo nagle siedzenie opartą o poduszki i obserwowanie, jak po jej słowach narasta w nim gniew, choć przecież nie wymierzyła ich bezpośrednio w niego, wydawało się niewłaściwe. Odbierało swobodę, która od zawsze pomagała jej rozładować emocje, zwłaszcza te najbardziej niepożądane. - W przeciwnym razie wsadziłbyś do więzienia też siebie - odpowiedziała na jego zarzut, wciąż nie podnosząc głosu. Nadal odpowiadała spokojem na gorejący w nim gniew.
Obserwowała jak u c i e k a i sama się podniosła. Trochę w panice przed tym, że faktycznie mógłby wyjść, trochę z potrzeby zatrzymania go i wyjaśnienia wszystkiego na spokojnie, również podniosła się z łóżka. Nie obyło się bez ostrego ukłucia bólu w okolicach blizny. Zapomniała o lekach, nadwyrężając ciało wtedy, gdy tęsknota wreszcie zapragnęła znaleźć dla siebie ukojenie, kiedy zostali sami w miejscu pachnącym nimi i smakującym jak d o m.
- Rhys - weszła za nim do salonu, obserwując jak zbiera swoje rzeczy i bez pośpiechu zakłada je na nagie ciało. - Twoje ciało też mogło skończyć w płytkim grobie albo na dnie rzeki - odbiła piłeczkę w tym niekończącym się meczu. - Wysłałeś mnie z dala od Toronto i uznałeś, że go wrobisz, a jebany Collins był krok przed tobą - zmniejszyła dzielący ich dystans, wchodząc w jego przestrzeń osobistą i chwytając go za dłonie. Unieruchomiła go przy sobie, niezależnie od tego czy mu się to podobało.
- Umierałam ze strachu. Byłam pewna, że cię straciłam. Naprawdę uważasz, że powinnam była za wszelką cenę pojechać do tamtego domku? Ty zrobiłbyś to samo? - na razie porzuciła temat Morettiego, odsuwając go na bok jako problem, do którego mogli wrócić później. Teraz skupiła się na tym, czego nigdy nie przepracowali.
O co nigdy się nie pokłócili, czego nigdy nie zdążyli sobie wyrzucić. Do czegoś, co ona odbierała jak zdradę, a on jak swoją największą powinność. - Zostawiłbyś mnie, wiedząc, że mnie przejrzeli? Nie zrobiłbyś n i c, bo właśnie tego bym od ciebie chciała? - wlepiła w niego iskrzące spojrzenie, nie oczekując odpowiedzi. Wiedziała, jak będzie wyglądała. Będzie zaciśniętą szczęką i ciężkim milczeniem, bo wypowiedzenie prostego nie było cholernie trudne.
Rhys Madden