Gorąca woda uderzająca w rozgrzane ciało zmywało ze skóry wspomnienie dnia. Miał absolutnie gdzieś fakt, że w Toronto panowały teraz upały, właściwie to był ich świadomy bardziej niż większość zwykłych ludzi; praktykując w karetce przez następne kilka tygodni czekając na swoją certyfikację, widział co ten upał robił z ludźmi. Omdlenia, odwodnienia, poparzenia, jeśli ktoś zapomniał, że metal nagrzewa się idiotycznie szybko, udary słoneczne.. Najgorzej mieli staruszkowie i dzieci, a serce Theo łamało się nad każdym berbeciem, który cierpiał z tego czy innego powodu. Po to była mu ta praktyka, tak czy siak, żeby skóra stwardniała i nie czuł w gardle dławiącej guli za każdym razem, kiedy radio wzywało do przypadku w którym musiał sobie poradzić z panikującymi opiekunami i z dzieckiem w kryzysie. Nie wiedział nawet, czy będzie w stanie kiedykolwiek aż tak się znieczulić, by spływało to po nim jak po kaczce; paramedycy z którymi praktykował, tych, których cieniem był i którym podawał narzędzia jeśli była taka potrzeba, wydawali się tak bardzo pewni i
dorośli w swoich ruchach, a Theo był.. No, wciąż Theo. Jego mózg czasami był chaotyczny. Umiejętność zachowania zimnej krwi w kryzysie miał w sobie od zawsze, ale co ze sobą zrobić, kiedy kryzys minął.. Z tym chyba borykał się każdy, kto postanowił oddać życie ratunkowym siłom, nie ważne czy w ambulansie, wozie strażackim, policyjnym samochodzie czy wojskowym chopperze.
Musiał ogarnąć notatki, te same, które naskrobał na kolanie na szybko w poruszającym się ambulansie, składając sobie samemu raport z każdego przypadku, przy którym był. Wszystko co pamiętał na świeżo, a co z biegiem dnia mogło mu uciec i w dupie to miał, że stary paramedyk uśmiechał się pod nosem drwiąco po drugiej stronie ciasnej karetki, przyglądając się jak wyciąga z kieszeni mały notesik i gorączkowo skrobie. Niech sobie mówi co chce. Bachmannowi zależało, a jak mu zależało, to stawał na rzęsach, żeby być przygotowanym na wszystko. Być podporą i bezpiecznym portem w czyjś najgorszy dzień.
Dlatego musiał ogarnąć notatki, przeglądnąć, przepisać na czysto tak, żeby to miało sens przy użyciu laptopa, zapisać na później, przeglądnąć jeszcze raz co musiał odhaczyć z listy przygotowania do certyfikacji.. O rekrutację do straży się nie obawiał. Została mu tylko rozmowa o pracę, ostatnia część którą musiał "zdać", zanim oficjalnie podpisze papiery i dostanie wytyczne kiedy zaczynał swoje 23 tygodnie w Ontario Fire Academy..
Ale to nie dzisiaj. Nie teraz. Notatki nie uciekną i, tak jak pomyślał przed prysznicem, mógł je równie ogarnąć później albo rano, zanim wyjdzie z domu. Dzisiaj miał na głowie inne rzeczy, nie zaplanowane i chaotyczne, powinien użyć tego prysznica, żeby się ogarnąć i wyzerować, uziemić.. Nie podziałało. Żołądek spinał mu się w chłodnym, nerwowym uścisku, a zerkając na zegarek po prysznicu, w luźnym dresie, boso i bez koszulki odkrył, że Maggie zaraz miała być u niego.
Boże drogi, jak on za nią tęsknił.
Nie wiedział, czy wypada się ubrać, czy jak miał się ubrać i co ze sobą zrobić, więc.. Nie zrobił nic. Dopił swoją już zimną herbatę, ogarnął spojrzeniem minimalistyczną, surową kawalerkę, na dłuższą chwilę spojrzenie zatrzymując na materacu na podłodze we wgłębieniu w kącie, który służył mu za łóżko. Rough but warm. W sumie całkiem do niego pasowało.. Tak czy siak, rozglądał się, żeby znaleźć sobie jakieś zajęcie, coś do posprzątania, ale niestety był na swój sposób pedantem i szlag by go trafił, gdyby zostawił coś "na później", znając się i wiedząc, że to "później" mogło nie nadejść. Just ADHD things.
Dźwięk domofonu.
Maggie.
Wpuścił ją do klatki i tak, oczywiście, że stał tam przy drzwiach, czekając, aż wespnie się na jego piętro.
Otworzył przed nią drzwi nadal w swoim stanie częściowego negliżu i po prostu otworzył je szerzej, wpuszczając ją pod swoim ramieniem opartym o framugę, zanim zamknął ten lichy kawałek sklejki za nią, przekręcając zamek z czystego przyzwyczajenia. Zmarszczył lekko brwi, przez moment zastanawiając się, czy przypadkiem jej nie osacza, ale.. Gdyby nie czuła się bezpiecznie, to by mu powiedziała, prawda? Odetchnął, odwrócił się w jej stronę, opierając lekko o drzwi i dopiero teraz rzeczywiście na nią spojrzał.
Nie zmieniła się za bardzo. Nosiła włosy w ten sam sposób i tak samo robiła makijaż. Jej perfumy były droższe, ale zawierały w sobie tą samą słodko-świeżą nutę. Szczupła, wysoka, dokładnie taka, jaką ją pamiętał, jeśli nie licząc dodatkowych linii na szyi, przy oczach i ustach od połowy życia przeżytej bez niego. Serce zabiło mu w gardle, kiedy podchodził bliżej, utrzymując jej spojrzenie, wyciągnął butelkę z jej dłoni, odkładając ją przy ścianie, na kuchennym blacie powoli. Zapach jej skóry zmieszany z perfumami, ciepło ciała które znał zalały go tak potężną falą emocji, że nie mógł się odezwać. Zamiast tego zrobił to, o co domagało się jego własne ciało; złapał ją w talii, podniósł na kuchenną wyspę, wsuwając się między jej nogi, nie zwracając uwagi na marszczącą się sukienkę, ułożył dłonie na bokach jej szyi, kciukami napierając na krawędź szczęki, by podniosła na niego spojrzenie, kiedy lekko się do niej pochylał, by złączyć ich usta w tęsknym pocałunku.
Margaret Voss