ODPOWIEDZ
32 y/o
For good luck!
185 cm
pielęgniarz w North York General Hospital
Awatar użytkownika
I had a hole in the middle where the lightning went through, but I told my friends not to worry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

3
look


Strasznie żałował tego, co wydarzyło się nieco ponad tydzień temu. Nieczęsto zdarzały mu się aż takie załamania nerwowe, by pozwolić sobie na publiczne okazywanie emocji i to w tak wyraźny sposób. Cmentarz był jednak miejscem, które wyjątkowo go przytłaczało, a tamten dzień należał do najgorszych od bardzo dawna. Z perspektywy czasu aż go skręcało z zażenowania na myśl, że śpiewał i płakał nad grobem zupełnie obcej kobiety tylko dlatego, że miała na imię tak samo jak jego siostra.
Nie znosił wracać do The Pas, ale właśnie tego żałował najbardziej - że nie był w stanie odwiedzić prawdziwego grobu siostry ani grobu Kayleigh, o której przecież również nigdy nie zapomniał. Z tamtą stratą zdążył się jednak w większym stopniu pogodzić. Minęło już tyle lat, a stało się to jeszcze w liceum.
Bał się pomyśleć, jak skończyłby się tamten wieczór, gdyby nikt go nie nakrył. Owszem, wiązało się to z ogromnym wstydem i zażenowaniem, ale jednocześnie brutalnie postawiło go do pionu. Wikary podniósł go wtedy na duchu, zaproponował herbatę na plebanii (po raz pierwszy miał okazję zobaczyć to miejsce od kuchni), a ich rozmowa sprawiła, że mgła zalegająca mu w głowie zaczęła się powoli rozrzedzać. Jeśli właśnie tak wyglądała cała ta religia i misja duchownych, to chyba mógł szczerze przyznać, że rozumiał ją odrobinę bardziej niż kiedyś. Nadal nie widział siebie ani na mszy, ani klęczącego do modlitwy, ale był to niewątpliwie krok w stronę ocieplenia jego opinii o kościele jako instytucji.

Początkowo wcale nie planował tam wracać. Owszem, wcześniej kilka razy odwiedzał cmentarz, żeby po prostu posiedzieć w ciszy, ale po szopce, jaką tam odstawił, zamierzał unikać okazji do ponownego spotkania młodego wikarego. Nawet jeśli dla tamtego nie było to nic wielkiego, nawet jeśli pewnie widział już znacznie gorsze przypadki, wstyd był dla Raymonda emocją wyjątkowo silną. Niejednokrotnie skutecznie powstrzymywał go przed kontaktem z ludźmi. Co więc zmieniło jego zdanie?
Dzień wcześniej mieli na oddziale księdza, który uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu. Mimo rozległych obrażeń ani przez chwilę nie wydawał się rozgoryczony czy zrozpaczony. Co więcej, kiedy jego stan chwilowo się ustabilizował, przyznał, że wybacza sprawcy wypadku. To mocno Raya zaskoczyło. Równie mocno poruszył go fakt, że mężczyzna nie miał nikogo bliskiego, kogo mogliby powiadomić, poza gosposią z plebanii. Strasznie go to przygnębiło. Zwłaszcza że kilkanaście godzin później ksiądz zmarł w wyniku powikłań odniesionych obrażeń. Śmierć na oddziale nie była niczym niezwykłym, ale zawsze niosła za sobą pewien smutek. Inaczej chyba nie mógłby nazywać siebie człowiekiem, prawda?
Przez to wszystko wrócił myślami do wikarego. Do tego, z jaką bezinteresownością okazał mu wtedy wsparcie, nie oczekując absolutnie niczego w zamian. Czy tak samo wyglądało życie zmarłego księdza? Pomagał ludziom, nie oglądając się na siebie, podczas gdy wszyscy tylko coś od niego brali, a mało kto zastanawiał się, czy jemu samemu nie przydałaby się pomoc. Ta myśl nie dawała mu spokoju. Korzystając z wolnego popołudnia, następnego dnia postanowił więc pójść do kościoła, licząc na to, że spotka tego samego człowieka, którego jeszcze niedawno przysiągł sobie unikać do końca życia.

Niepewnie, z narastającym stresem, przekroczył próg świątyni. Nie zaczął płonąć. Nie uderzył w niego grom z jasnego nieba. Posadzka nie rozstąpiła się pod jego stopami, by pochłonąć go prosto do piekła. Nie wydarzyło się absolutnie nic. Spojrzał na aspersorium. Przez krótką chwilę rozważał zanurzenie palców w wodzie święconej i przeżegnanie się, ale niemal natychmiast odgonił tę myśl z lekko kpiącym uśmiechem. Sam siebie zażenował, że w ogóle dopuścił taką możliwość. Przecież nic by to nie zmieniło. Nie wierzył, że bóg istniał, i nie zamierzał ani udawać wierzącego, ani przywłaszczać sobie rytuałów osób religijnych. W jego oczach byłby to zwyczajny brak szacunku, a tego akurat chciał uniknąć.
Po wnętrzu kościoła echem niosły się dźwięki organów. Wszystko wydawało się niemal filmowe, zwłaszcza że poza nim nie dostrzegł w środku żywej duszy. Był środek tygodnia, pora niezwiązana z żadnym nabożeństwem, dokładnie na to liczył. Powoli ruszył w głąb świątyni, próbując zlokalizować instrument. Jeśli dobrze pamiętał, to właśnie nim najczęściej zajmował się wikary, więc istniała spora szansa, że właśnie tam go zastanie.
Stanął w alejce prowadzącej do ołtarza i przez chwilę w ciszy przyglądał się fragmentowi jego pleców oraz głowie wystającym zza balustrady chóru. Jak na niego przystało, grzecznie poczekał, aż mężczyzna skończy grać coś, co brzmiało mu na całość jednego spójnego utworu. Dopiero wtedy odważył się odezwać. — Dzień dob... to znaczy... niech będzie pochwalony? — zaczerwienił się natychmiast. Kompletnie nie wiedział, jak powinno się witać w takim miejscu, i dopiero teraz uświadomił sobie, że mógł był to wcześniej sprawdzić. Jakoś zupełnie wyleciało mu to z głowy.


Harry Dillion
panko
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

02. look
   Skłamałby, jeśli powiedziałby, że obca mu była idea załamania nerwowego. Może nie stracił nikogo bliskiego, nie mówiąc już o kilku takich osobach, niemniej jednak i on był ofiarą niesprawiedliwości, a przynajmniej on to tak nazywał. Wiedział, że pójście na policję i zgłoszenie przestępstwa niekoniecznie okaże się dobrym pomysłem. Był nowojorczykiem od urodzenia i wiedział lepiej, wiedział, jak się zachowywać i że najlepszą taktyką na przetrwanie było niewpychanie nosa w nieswoje sprawy. Ale był przecież lekarzem, który świeżo złożył przysięgę o tym, by nikomu nie szkodzić i nieść pomoc tam, gdzie była ona potrzebna. Wyszedłby na okropnego hipokrytę, gdyby tą zasadą kierował się jedynie w szpitalu, chociaż teraz zaczął żałować, że nie zachował podobnej wybiórczości. Decyzja, którą podjął dość impulsywnie, okazała się tą, która zmieniła całe jego dotychczasowe życie. Znalazł się w niebezpieczeństwie i musiał zniknąć. Dlatego właśnie pomimo tego, że nie stracił nikogo, to w całym tym zamieszaniu stracił siebie i życie, które mógłby mieć, gdyby tylko jego nogi poprowadziły go tamtej nowy w inną dzielnicę.
   Gdy tylko spadła na niego decyzja, że musi się wyprowadzić i zmienić swoją tożsamość, również płakał. Nie było mu wstyd, bo w sumie w tamtym momencie wydawało mu się, że właśnie tylko to mu pozostało. Był bezradny i nikt nie mógł mu w tym pomóc, bo od tego zależało również ich bezpieczeństwo. I jeśli ktoś wyobraża sobie, że proces ten jest niedorzeczny, to ma absolutną rację. Z resztą proces ten jest tak abstrakcyjny, jak tylko może się wydawać, a jego efekty ciężko przewidzieć. No bo jak można przewidzieć to, że z lekarza stanie się organistą w kościele, do którego się nie przynależało? Harry nie był anglikaninem. Od małego wychowywany był w wierze katolickiej i chociaż nie praktykował, ba… nawet nie określał się obecnie mianem wierzącego, to nie spodziewał się, że przyjdzie mu pomagać obcemu pastorowi, który jako jeden z nielicznych został wtajemniczony w to, co tak właściwie się działo. A on musiał więc udawać organistę i wikarego, chociaż oficjalnie nie był ani jednym, ani drugim.
   Jedyny pozytyw, jaki Harry widział na początku to fakt, że kościół w środku prezentował się wyjątkowo spektakularnie. Jasne, marmurowe posadzki, białe ściany i ławy wykonane z białego drewna przypominały mu wystrój szpitala, w którym robił praktyki i dostał się na rezydenturę. Oczywiście nostalgia, którą to wywoływało sprawiła również, że zatęsknił za domem i początkowe kilka tygodni było dla niego wyjątkowo trudnych, co pewnie było dość widoczne, bo w tym czasie pastor zasypywał go najróżniejszymi zajęciami. Mogło się to wydawać złym posunięciem, niemniej jednak Harry był wdzięczny mężczyźnie, że ten znajdował mu jakieś zajęcia, nawet jeśli były one błahe. Cieszył się, że mógł coś robić, bo siedzenie na tyłku i rozmyślanie nad tym, co było a nie jest mogłoby pchnąć go do tego, by skoczyć z najbliższego mostu.
   No i miał też organy, bo chociaż nie był wykształconym muzykiem, to potrafił grać na kilku instrumentach i szybko podłapał jak kościelne organy działają i co z nimi robić. Kościół o tej porze był pusty, więc Harry często zakradał się pod ołtarz i grał na instrumencie, twierdząc, że lubi ćwiczyć przed kolejnymi nabożeństwami. Nie była to do końca prawda, ale mocne dźwięki wydobywające się z mosiężnych rur sprawiały, że zapominał o wszystkim, co działo się dookoła i pozwalał się zawładnąć wibracjami. Grał, nie zastanawiając się, jak dużo czasu na tym już zmarnował. Nie przeszkadzało mu to jednak, bo w planach nie miał już niczego więcej. Zakończył swój utwór i zamknął klapę zasłaniającą klawisze. I wtedy usłyszał głos, który dla jego uszu wydał się w tym momencie nieco przygłuszony, chociaż dalej wyraźny. Uśmiechnął się nieco.
   – Niech będzie – odpowiedział, uśmiechając się szerzej, bo w jego uszach zabrzmiało to jak najlepszy żart, jaki mógł w tej chwili powiedzieć. Bo przecież nie był ani duchownym ani też wierzącym, więc zupełnie nie wiedział, kogo mieliby teraz wychwalać. – Wszystko w porządku? – zapytał, bo chociaż widział, że mężczyźnie nic nie dolega, to wolał się upewnić, że nie będzie miał do czynienia z kolejnym kryzysem. Albo też chciał się na niego przygotować.

raymond cassidy
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. John's Anglican Church”