Czekał by na nią na lotnisku, z plecakiem i aparatem na szyi, z ręką wyciągniętą w jej kierunku, gdyby tylko opowiedziała mu o tym, co siedziało w jej duszy. W jej głowie.
Bo przecież Donnie nigdy się nie wahał, nie zastanawiał, działał. Leciał, dalej w świat.
Poznawał ludzi, ich historie, ciekawe miejsca...
-
W Meksyku jest taka Jaskinia, trochę dzika, żeby się do niej dostać trzeba skoczyć z klifu i przepłynąć pod skałami... - zaczął. Donnie lubił takie miejsca, dzikie, nieszablonowe, wyjątkowe, które polecili mu tubylcy -
nazywają ją Cueva del Diablo -
Jaskinia Diabła, zielone tęczówki przesunęły się po twarzy Marii, zatrzymał je na jej pięknych, dużych oczach -
kiedy odpowiednio się tam wsłuchasz, a fale uderzają o ściany, możesz słyszeć cmoknięcie, lokalsi mówią, że to pocałunek Diabła, że daje buziaka za to, że się tam przedarłeś, nawet go słyszałem - uśmiechnął się do niej szczerze. A jego spojrzenie wodziło po jej twarzy, zastanawiał się czy ta opowieść ją zaciekawiła. Bo to przecież nie piękna rzeźba, jak pocałunek Śmierci, a głupia opowieść, którą przekazywali sobie mieszkańcy Guadalupe.
Ale Donnie lubił takie historie, a teraz dzielił się nimi z Marią -
pokazała mi ją taka para Maria i Juan, tą jaskinię, później zaprosili mnie na urodziny swojej babci Rosy, porobiłem jej zdjęcia, mam je do tej pory, to były jej dziewięćdziesiąte urodziny, a ona była cała pomarszczona - przesunął smukłymi palcami po swojej twarzy. Ta Bowena była jeszcze gładka, napięta, młoda -
a ona mnie poprosiła, żebym zrobił tak, żeby nie było widać zmarszczek - parsknął śmiechem na to wspomnienie -
było widać, ale wyszła pięknie, kiedyś pokażę ci te zdjęcia - bo Donnie wszystkie te zdjęcia trzymał, miał na komputerze specjalne katalogi ze swoich podróży. Dużo tego było. Tak jak dużo ludzi na jego drodze.
A teraz stała na niej Maria, którą Bowen chciał rozgryźć.
Desperatka?
-
Nie - odpowiedział od razu, a zielone oczy znowu odszukały jej spojrzenie -
bo ty na to zasługujesz Mario, a twój mąż... jest chyba ślepy, skoro tego nie widzi - Donnie nie znał Javiera za dobrze, ale kompletnie nie rozumiał, czemu on mając taką kobietę przy sobie, nie porywa jej codziennie, wieczór w wieczór, do klubu, nie tańczy z nią salsy, a potem nie kocha się w jakimś hotelowym pokoju z
trzynastką na drzwiach. Dlaczego nie zabiera jej na wakacje, gdzie mogłaby się czuć wolna.
Dlaczego jej nie widzi.
Kiedy ona tak bardzo chce być dostrzeżona. Dostrzegana codziennie, między tymi potłuczonymi wazami.
W ogrodzie przy stole, gdzie jej stopa tańczy boso po trawie.
W tańcu.
W słońcu.
I w przytłumionym świetle lampy też. Odziana w samą tylko białą halkę.
-
Bo to jest twoja historia, a ja... chciałbym cię poznać Mario - i znowu te zielone oczy wpatrzone w nią jak w obrazek, i słowa, które w jednej chwili ich relację zwaną
pożądaniem przenosiły na zupełnie inny poziom.
Chciałby ją poznać.
Zatracić się nie tylko w pięknych, ciemnych oczach, w gorących, miękkich ustach, w dotyku, ale i w tym... kim była Maria Perez.
-
Jest - bo tak było, dla Donniego wszystko było proste. Chcesz coś... to wyciągasz ręce, zaciskasz palce i to bierzesz.
Bo świat jest po to, żeby go poznawać, czasem się sparzyć, ale próbować. A potem żałować, że się coś zrobiło, a nie, że się nie spróbowało.
Zdecydowanie Bowen wolał żałować, że wprosił się tak do jej świata, niż potem tego, że stchórzył -
wiesz jak mówią Mario, wiara góry przenosi, uskrzydla i... coś tam, ale chodzi o to, że jak wierzysz w coś to do tego dążysz, a nie zostawiasz wszystko w rękach losu i jakoś to będzie - bo Donnie tego nie lubił. Jakoś to mogło być, kiedy wychodził na szlak w samych trampkach i spotykała go ulewa, ale czy się wtedy cofał? Czy się wahał?
Nie. Bo jak sobie coś postanowił, to w to szedł.
I może nawet by jej to powiedział? Że się nie rozczaruje.
Ale rozciął sobie palec, z tym soczystym
kurwa na ustach.
Nie było w porządku, bo wszechświat ewidentnie im mącił, postawił ich na swojej drodze. Jego lat dwadzieścia pięć, głowa w chmurach i zielone oczy, które szukały jej spojrzenia...
Desperacko?
I ją, mężatkę, matkę... jego dziewczyny.
Nie powinni się wydarzyć, a jednak się dziali.
Całowali. Nawet. Ale Maria zaraz opierała smukłe palce na jego torsie odpychając go od siebie, a Donnie mruknął.
-
Mario... - jakoś tak błagalnie, bo chciał ją. Bo oboje tego chcieli. Więc dlaczego?
Rozcięty palec naznaczył jej nogę szkarłatem, kropelkę krwi zostawił też na bieli jej sukienki. Posłał jej to spojrzenie pełne zawodu, a kiedy obejrzała się na drzwi, to zielone oczy wciąż wpatrywały się intensywnie w jej twarz.
Odchylił do tyłu głowę i już może miał jej zrobić wykład na temat tego, czy mogli, czy nie mogli? Bo chcieli...
Ale wtedy Maria zacisnęła palce na jego koszulce, pociągnęła go do siebie, a Donnie momentalnie oparł palce na jej biodrach, szarpnął ją do siebie lądując między jej udami.
-
Sobre la libertad, el sol y el sabor de tus labios? -
o wolności, słońcu i smaku twoich ust?, mruknął układając te słowa na jej wargach, które zaraz całował, zachłannie, tak jakby jutro wcale nie było takie pewne...
Bo dla nich nie było.
Jedyna pewna rzecz, to to, że jutro znowu ich głowy będą o sobie myśleć, o tym pocałunku. O jego palcach, które odważniej sunęły po jej udzie zadzierając biały, zwiewny materiał coraz wyżej. Donnie zacisnął palce na jej udach, a zaraz bez ostrzeżenia, poderwał ją w górę ze stołka i sadzał na blacie. I może by...
było miło?
Tylko przy okazji strącił ten koszyk z pobitą wazą i jakiś przybornik, robiąc przy tym mnóstwo hałasu.
Huku, który przeciął ciszę i pewnie wybudził ten pogrążony we śnie dom.
C u d o w n i e.
Ale czy Bowen się tym przejął? Wcale.
Bo on zaraz ściągał Marię za kolano na ziemię, zaraz zaciskał palce na jej dłoni i pociągnął ją za sobą na korytarz. Poruszenie na górze...
Aurelia? A może Javier?
Ale nawet się nie zatrzymali. Szybko do tylnych drzwi, a potem na ciemną werandę, na ukryty w mroku ogród, po trawie, która była mokra od rosy, pod jakiś krzak, gdzie mogli ukryć się w ciemności.
-
Zaraz ktoś tu przyjdzie... - zapaliło się światło na górze, widzieli to doskonale. Ale Donnie nie wiedział który to pokój. Maria pewnie tak.
Bowen za to nie marnował ani chwili, bo... jego wargi znowu odnalazły pełne, miękkie usta Marii, w które się wpił w kolejnym... Ostatnim już na dzisiaj? Pocałunku. Pod różanym krzakiem.
Un cuento de hadas sobre besos y libertad
ɞ˚‧。⋆